Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Camel Trophy - 1984
Zobacz w galerii:

Zobacz też:
Jacek Pałkiewicz uczestniczył w 1984 r. jako konsultant w piątej edycji Camel Trophy przebiegającego wzdłuż nieprzejezdnej w porze deszczowej Transamazonica z Santarem do Manaus (Brazylia). Dwa tygodnie morderczej walki w ekstremalnych warunkach wilgotnego lasu równikowego.

I znów jestem w Amazonii. Wilgotny upał, ulewne deszcze, grzęzawiska, komary, trakt z czerwonawej ziemi, wyglądający jak szrama pozostawiona na zielonym ciele dżungli przez uderzenie potwornego pazura, rwące błotniste rzeki, odrywające się od brzegów skiby gruntu są elementami składającymi się na otaczającą mnie rzeczywistość. Ale wbrew moim zwyczajom, tym razem nie będę przemierzał dzikich odstępów w pirodze, lecz land roverem. Tak, jestem bowiem na Camel Trophy, tym samym, który tak bardzo rozpala wyobraźnię wielu ludzi na całym świecie.

Prawie zawsze staram się podczas moich podróży unikać mechanicznych środków transportu. Dlatego w ciągu ostatnich dni zdarzyło mi się rozglądać dokoła krytycznym okiem. Przeszkadzał mi zapach benzyny i koleiny wyżłobione przez samochody terenowe, wgryzające się w dziewicze dawniej obszary, gdzie nie było nic prócz dżungli...

32.jpg  33.jpg  34.jpg

Co ja tu właściwie robię? Parokrotnie sam sobie zadawałem to pytanie. Chciałem przeżyć także i tę przygodę, ale tęsknię za podróżami, podczas których wszystko zależy wyłącznie od moich własnych sił, gdy tymczasem tutaj... A jednak doświadczam w tym nowym dla siebie środowisku odczuć ambiwalentnych: z jednej strony jestem lekko poirytowany, wiele rzeczy mi przeszkadza, z drugiej zaś dołącza się do tego ciekawość nieznanej sytuacji oraz ludzi, wybranych spośród pół miliona chętnych z dwunastu krajów i co za tym idzie, najlepiej przygotowanych do tego przedsięwzięcia, które jest jakby zawieszone w połowie drogi między przygodą a wielkim cyrkiem reklamowym.

Camel Trophy to przede wszystkim triumf samochodu nad umiejętnościami człowieka, mimo iż jego uczestnicy muszą się wykazać sportowym zacięciem i, aby przezwyciężyć trudne sytuacje, muszą ze sobą współdziałać w ramach grupy z wielkim zaangażowaniem i poczuciem wspólnoty. Liczy się ponadto wygląd zewnętrzny. Sponsor, Reynolds Tobacco, od początku stawiał na wizerunek mężczyzny twardego i niezłomnego, takiego, który przechodzi sam siebie, dokonując wspaniałych wyczynów w nieprawdopodobnie trudnych sytuacjach, a przy tym potrafi zaskarbić sobie sympatię tych wszystkich, którzy zostali, aby snuć marzenia we własnym domu.

Oficjalnie ekipy porozumiewają się po angielsku, ale znad biwaków poszczególnych grupek unoszą się słowa, zdania, okrzyki we wszystkich językach. Są tu jeszcze organizatorzy, dziennikarze, do których i ja się zaliczam, mechanicy, fotografowie.

Bardziej niż o czysto sportowe współzawodnictwo chodzi w tym wszystkim o wykazanie się nawykami działania zespołowego. Do tego stopnia, że po zakończeniu rajdu wszystkie załogi głosują na najlepszy team spirit. Liczy się altruizm, wola niesienia pomocy, sympatia, cierpliwość, serdeczność. Istnieje także klasyfikacja oficjalna, oparta przede wszystkim na wynikach prób specjalnych, które premiują systematyczność, panowanie nad pojazdem, szybkość, pomysłowość, silne nerwy.

Wieczorem sprawdza się silnik, dokręca śruby poluzowane w wyniku niewiarygodnych naprężeń, wymienia jakieś części wymazanymi smarem rękoma. Ludzie, których tu widzę, w niczym nie przypominają wymuskanych jak z żurnala uczestników konferencji prasowych, wystrojonych w jednakowe, świeżutkie koszule, spodnie khaki i wypolerowane do połysku buty. Tutaj nie obowiązuje mundur, każdy ubiera się, jak lubi i jak mu najwygodniej. Jednakowe są tylko plamy z błota i potu. Zamiast butów każdy ma na nogach dwie bezkształtne bryły błota. Równie dobrze można by chodzić boso, gdyby nie niebezpieczeństwo kolców, jadowitych owadów i węży.

Później wszyscy spotykają się przy ognisku, omawiają najważniejsze sprawy dnia, snują wspomnienia o innych przygodach albo o wspólnych przyjaciołach. Często jednak nie mają na to siły, gdyż dosłownie padają z nóg, prosto na hamaki rozpięte między dwoma samochodami.

Imprezę organizuje się zawsze w czasie pory deszczowej, najlepiej, kiedy teren pokryty jest śliską gliną, co ma komplikować wszelkie manewry i sprawiać, że wiele sytuacji wydaje się bez wyjścia. Właśnie dlatego, powtarzam do znudzenia, tak ważna jest współpraca i zespolony wysiłek wszystkich. Grzęznący w błocie i zapadający się w nie coraz bardziej samochód nie mógłby kontynuować drogi, gdyby nie współdziałanie wielu osób. Posługują się wyciągarkami, zdobywają teren walcząc rękami, nogami, na kolanach. Często każdy metr okupiony jest nadludzkim wysiłkiem.

35.jpg  36.jpg  37.jpg

Bywa i tak, że dla potrzeb ekipy filmowej konwój musi wielokrotnie powtarzać jakiś odcinek drogi albo celowo wjechać w bagnisko — czegóż się nie robi, aby dokument wypadł jak najbardziej efektownie. Ale zdarzają się też poważne, zupełnie nieprzewidziane trudności, właśnie jak teraz. Kilku samochodom udaje się przejechać przez walący się most, po czym zostaje on porwany nurtem rzeki, a pozostałe pojazdy zostają zablokowane na brzegu. W Amazonii nie ma objazdów, a zatem jedynym sposobem osiągnięcia celu jest budowa nowego mostu, a to nie jest łatwe, gdy chodzi o rzekę prawie dwudziestometrowej szerokości.

Ożywia się duch współpracy, nikt nie dba o zmęczenie i nie mierzy wysiłku. Liczy się jedno: musimy przejechać na drugi brzeg. Ruszamy w głąb puszczy, by znaleźć drzewa odpowiedniej wysokości, odzieramy je z gałęzi, ciągniemy na brzeg. Nieznośny upał wzmaga zmęczenie.

Ku zadowoleniu akredytowanych fotografów nie mamy odpowiedniego oprzyrządowania. Mogą więc, zgodnie z tym, co sobie z góry założyli, filmować supermanów w akcji. To najlepsza okazja, by pokazać wszem i wobec, że nie ma takich trudów, przed którymi ugięliby się ludzie wybrani do Camel Trophy.

Pochyliwszy głowy, pracujemy przez cały dzień. Wieczorem niepocieszeni, że tak wielki wysiłek nie przyniósł oczekiwanych rezultatów, postanawiamy kontynuować budowę mostu nocą. Nadchodzi świt. Dzisiaj musimy skończyć. Rzucamy się do pracy z nowym zapałem.

I oto chwila największego strachu, a zarazem największej satysfakcji: przejeżdża pierwszy samochód. Czy mu się uda? Głośny okrzyk radości jest największą odpowiedzią. Dla pewności wzmacniamy konstrukcję, zanim przejedzie po niej reszta konwoju, i dopiero wtedy pozwalamy sobie na chwilę przerwy, aby uczcić swe dzieło. Posłuży nie tylko nam, ale i nielicznym innym osobom, które los przygnał w te strony. Grupka garimpeiros, poszukiwaczy złota, od wczoraj czeka na możliwość kontynuowania marszu.

Czasami jednak zdarza się utknąć w martwym punkcie. Tak było kiedyś na Borneo. Droga po prostu skończyła się, znikła wśród wybujałej roślinności. No i koniec, można było wracać, tylko dokąd? Pieszo zaczęliśmy badać teren. Organizatorzy zbaranieli. "Jak to, przecież zapewniano nas... a ta rzeka, skąd ona tu się wzięła, nie ma jej na mapie". Nie ma sensu przejmować się mapą, rzeka była tu zawsze. Szefowie Camela od samego początku chcieli pokazać nowy element — potęgę technologii w służbie poszukiwaczy przygód. Zbyt wiele zainwestowanych pieniędzy nie pozwala ani na porażki, ani na błędy. Wszystko jest zaprogramowane, nie ma miejsca na przypadek. Człowiek zawsze może liczyć na maszynę, jego wysiłek jest czysto fizyczny, znikła przestrzeń dla fantazji.

38.jpg  39.jpg  40.jpg

Drogą radiową zostaje wezwany helikopter, który zwykle co jakiś czas dostarcza żywności i trochę piwa. Patroluje całą strefę, schodząc tak nisko, że aż muska wierzchołki drzew, po czym wraca z pomyślną wiadomością.

Pomyślną? Trzeba przenieść całą karawanę przez kilka kilometrów. Zadanie nie byle jakie. Opróżniamy samochody, żeby maksymalnie zmniejszyć ich ciężar, obwiązujemy je linami. Potem, po kolei, śmigłowiec unosi pojazdy i znika wraz z nimi za drzewami.

Stoję z zadartą głową i rękami w kieszeniach, wokół mnie leży jeszcze pełno gratów. Tymczasem hałas milknie. Siadam na pniu porośniętym wilgotnym mchem. Zostało nas niewielu i po raz pierwszy od początku tego rajdu mogę wsłuchać się w odgłosy dżungli. Dźwięki, gwizdy, szelest liści — to wszystko, co wydaje się cichnąć w naszej obecności, jakby ogarnięte przerażeniem.

Taką dżunglę kocham. Mam ochotę zabrać swój worek i oddalić się chyłkiem, uciec od tego wszystkiego i znów w sobie samym, we własnych siłach poszukiwać sposobów rozwiązania wszelkich problemów. Zbyt długo zwlekałem. Powraca, złagodzony nieco przez zieleń, hałas śmigieł. Staje się coraz głośniejszy, helikopter trzęsie drzewami, zdziera liście, szarpie trawą. Znowu tu jest, niebawem powróci po raz kolejny, bo przecież "przygoda" jeszcze się nie skończyła.

Zdjęcia Jacka Pałkiewicza są dostępne w Agencji Fotograficznej EASTNEWS www.eastnews.com.pl.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;