Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Annapurna - 1987
Przede mną "siedziba bogów" — wyniosłe szczyty Himalajów, które zdają się dotykać nieba. Powietrze jest przezroczyste, światło jak czysty kryształ, niebo lazurowo błękitne. Wystarczy się rozejrzeć, by człowiek poczuł się szczęśliwy. Wysokie góry, pełne tajemnic, i z nagła zapadająca cisza budzą strach, obnażają najgłębszą istotę egzystencji.

Przyjechałem tu, żeby się zmierzyć z jednym z najwyższych szczytów Ziemi. Nie jestem alpinistą, ale kiedy mój przyjaciel Jurek Kukuczka zaproponował, bym wybrał się z nim na Annapurnę, nie zastanawiałem się ani chwili. Oczywiście nawet nie pomyślałem, że zdołam wejść na sam wierzchołek, mój osobisty cel był o wiele skromniejszy: wspinać się, dopóki starczy mi sił, aż do ostatniej granicy bezpieczeństwa. Nigdy bowiem nie odstępuję od zasady, że chcąc doświadczać coraz to silniejszych emocji, trzeba próbować przesunąć granicę ryzyka, natomiast pod żadnym pozorem nie wolno przesuwać granicy bezpieczeństwa.

W Katmandu głośno było o nas, Polakach, zamierzających jako pierwsi zdobyć Annapurnę od południowej strony zimą, a więc wtedy, gdy wszyscy inni zakończyli właśnie sezon — bez spektakularnych sukcesów — i powoli opuszczali Nepal.

47.jpg  48.jpg  49.jpg

Team, którego część teraz stanowię, to prawdziwa plejada asów: Jurek Kukuczka, Krzysiek Wielicki, Wanda Rutkiewicz, Artur Hajzer oraz Rysiek Warecki i Michał Tokarzewski, lekarz. A jednak w hotelu "Tukucha Peak", gdzie się zatrzymaliśmy, wyczuwa się w powietrzu napięcie. Jesteśmy wszyscy trochę zdenerwowani z powodu kłopotów z biurokracją. W ministerstwie , które wydaje zezwolenia, z powodu niedopełnienia pewnych formalności wykreślono naszą wyprawę z oficjalnego rejestru. Dzięki talentom dyplomatycznym Wandy niespodziewana przeszkoda zostaje pokonana.

Po nocy spędzonej w rozklekotanym autokarze, 12 stycznia wysiadamy w miejscowości Pokhara, skąd wychodzą wszystkie ekspedycje w zachodnią część Nepalu. Rekrutujemy ludzi, którzy przeniosą przez doliny, aż do bazy nasze pokaźne, ważące 30, 50 kg ciężary. Są to odznaczający się wielką wytrzymałością uchodźcy tybetańscy oraz Gurkhowie, byli żołnierze Korony Brytyjskiej, uważani za najdzielniejszych żołnierzy, jakich zna historia, a także kilka kobiet Szerpów, które siłą w niczym nie ustępują mężczyznom. Szef grupy tragarzy szacuje spojrzeniem nasz ekwipunek, który zaraz przytroczą sobie do pleców w taki sposób, by przez całą drogę zachował idealną równowagę. Wystarczy im do tego jeden trzcinowy sznur, od tyłu podtrzymujący ładunek, z przodu przechodzący przez czoło. Od tej chwili zaczyna się dla nich mordercza praca. Wkraczamy na stary trakt handlowy, biegnący w kierunku Tybetu. Jest to jeden w wielu szlaków trekkingowych — może nawet najatrakcyjniejszy — gdzie po drodze można zaopatrzyć się w żywność oraz znaleźć nocleg w którejś z mijanych wiosek.

Idziemy gęsiego przez ścieżki i mosty, które od czasu do czasu znikają, porwane przez monsun. To, co jeszcze tydzień temu było wąskim strumyczkiem, teraz zamieniło się w rwący potok. Upadek do wody z bagażem oznaczałby w tych warunkach pewną śmierć. Tragarze idą boso przez strome zbocza i bambusowe lasy, aż do skraju lodowca.

Ścieżka zwęża się, niebezpiecznie wznosi i opada wzdłuż rzeki, coraz bardziej wezbranej i rwącej. Nic dziwnego: dolina Kali Gandak jest najgłębszym parowem świata, gigantycznym kanionem wrzynającym się pomiędzy masywy Dhaulagiri i Annapurny, o ścianach, których wysokość przekracza pięć tysięcy metrów.

Z rzadka pojawiają się wioski; niemal nagle wyrastają przed nami skupiska domków z kolorowej gliny, o dachach z drewna i słomy, z których zwisają suszące się płody rolne. Ludność przyjmuje nas życzliwie, z uśmiechem. Wszędzie witają nas typowym nepalskim pozdrowieniem namaste, co oznacza nie tylko dzień dobry lub dobry wieczór, lecz ma jeszcze inny, głębszy sens, dający się oddać słowami: "kłaniam się przed boskością, która jest w tobie".

Młode kobiety noszą stroje w jaskrawych kolorach, o kroju podkreślającym ich smukłe sylwetki, i zdobią się fantazyjnymi naszyjnikami ze złota, srebra i turkusów. Lepiej nie mówić o chmarach dzieci, które nie odstępują nas na krok i długo idą za nami w nadziei, że uda im się wyłudzić parę cukierków albo długopis.

Miejscowa ludność żyje, a raczej wegetuje, dzięki skromnym plonom prosa, jęczmienia i ziemniaków, jakie udaje się zebrać z jałowego gruntu. Ludzie znają tu tylko ciężką pracę od wschodu do zachodu słońca, nieustającą walkę z naturą, która nie jest dla nich łaskawa, przedwczesną śmierć spowodowaną wyniszczeniem bądź banalnymi chorobami; obce są im natomiast nienawiść, małostkowość i przemoc. Kiedy przechadzam się wąziutkimi uliczkami starej wioski, mam wrażenie, że odbyłem podróż w czasie i znalazłem się w epoce Marco Polo, gdyż wszystko tu zostało dokładnie takie, jakie było wtedy. Żyje się tak samo, pielęgnując te same tradycje.

Zatrzymujemy się na nocleg w domu, który służy właścicielom jednocześnie za mieszkanie i miejsce pracy. Niskie wejście prowadzi do ciasnego pomieszczenia. W samym środku pokoju stoi nad ogniem wielki garnek, a w nim gotuje się mleko jaka, z którego powstanie ser, suszony następnie na zimę.

Pod wieczór uroczystą ciszę doliny przerywa beczenie owiec i ryk jaków — to stada schodzą z pastwisk. Natychmiast zaczyna się ożywiona krzątanina, tłumek obstępuje zwierzęta. Jedni doją, inni napełniają mlekiem małe drewniane beczułki, dzieci gonią owce, a potem trzymają je mocno, nie pozwalając im ruszyć się aż do końca dojenia.

W tych zagubionych na końcu świata wioskach ludzie żyją w idealnej harmonii z przyrodą, niewyobrażalnie dalecy od naszego wzorca cywilizacyjnego. Ubogie wspólnoty rozsiane na rozległym i nieznanym terytorium rządzą się odwiecznymi prawami i przestrzegają nakazów oraz rytuałów tybetańskiego buddyzmu, które do dziś wzbogacają tych przedstawicieli dumnej rasy górali. Tutaj razem z powietrzem wdycha się spokój, mądrość i szacunek.

Niebotyczne, ośmiokilometrowej wysokości góry, chmury, lód, twarda jak kamień, trudna do zaorania ziemia składają się na obraz tutejszej natury, przepięknej, ale jednocześnie skąpej i tak potężnej, że człowiek w jej obliczu staje bezsilny. Jedyną dostępną możliwość wpływania na własny los stanowi dla Nepalczyków modlitwa, a religia jest obszarem, na którym czują się bezpiecznie. To ona nadaje ich życiu ten prosty, najistotniejszy sens, pozwalający przezwyciężyć trwogę i samotność.

Po czterech dniach docieramy do Lete. Tu opuszczamy szlak wydeptany przez turystów i karawany osłów, które transportują wszelkiego rodzaju towary z Indii i z innych okręgów Nepalu aż do Tybetu i Chin, i odwrotnie. Zaczynają się kłopoty z tragarzami, domagającymi się butów i podwyższenia uzgodnionej stawki. Po ostrej wymianie zdań niektórzy odchodzą.

Wiele godzin zajmuje nam droga przez wspaniały las, tak różnorodny, że każdy botanik zapiałby z zachwytu na jego widok. Wokół nas kwitnące magnolie i rododendrony, bambusowe zarośla, ścieżkę obrzeżają fioletowe prymulki.

Pod wieczór pogoda ulega całkowitej zmianie. O świcie gwałtowna zamieć śnieżna uspokaja się, odsłaniając widok zapierający dech w piersiach. Przed nami, prawie na wyciągnięcie ręki, Annapurna: po nepalsku — bogini obfitości. Wschodzące słońce barwi baśniowymi kolorami lodowe szczyty i zawrotnie wysokie ściany, oświetlając świat, który wygląda, jakby dopiero wyszedł spod ręki Stwórcy.

W 1950 roku maharadża Bahadur Rana zezwolił cudzoziemcom na przekraczanie granicy Nepalu. W tym samym roku francuska ekspedycja pod kierunkiem Maurice'a Herzoga zdobyła pierwszy spośród ośmiotysięczników — właśnie Annapurnę. Przez prawie dwadzieścia następnych lat nikt nie zbliżał się do tej góry, za to później jedna wyprawa goniła drugą, w sumie było ich dwadzieścia siedem. Niestety, ogólny bilans jest tragiczny. Trzydziestu sześciu osobom udało się zdobyć szczyt, ale innych trzydziestu czterech śmiałków nigdy nie powróciło do swoich domów.

Na wysokości 4200 m zakładamy bazę, z której wyruszymy na południową ścianę Annapurny. Tego samego dnia nasza euforia ustępuje miejsca wielkiemu strachowi, kiedy nagle ziemia zaczyna drżeć, powodując lawiny. Na szczęście nie wyrządzają nam żadnych szkód. Byliśmy świadomi czyhających na nas niebezpieczeństw, nie spodziewaliśmy się jednak, że będzie ich aż tyle: lawiny, grad lodowych odłamków, spadające z hukiem seraki*. Krzysiek nie może oprzeć się zdumieniu, mówi, że nigdy przedtem nie widział, żeby rozpętały się naraz wszystkie moce natury.

W czasie ekspedycji zimowej zwiększa się znacznie stopień trudności, co powoduje konieczność zwielokrotnienia wysiłków nawet przez doświadczonych alpinistów. Temperatury są niższe o 15—20°C, wieją stałe, bardzo dokuczliwe wiatry, większe są skoki temperatury podczas przechodzenia ze strefy nasłonecznionej do obszaru pozostającego w cieniu, dni są krótsze, opady śniegu obfitsze, a w świeżym śniegu człowiek z łatwością się zapada. Wszystko to jednak nie odstrasza moich przyjaciół, dla których zima stała się normalnym sezonem wspinaczkowym.

Odkrywam prawdziwą kopalnię nieznanych mi przedtem emocji. Coraz lepiej poznaję moich kolegów, którzy zrezygnowali z szaleństw konsumpcyjnego stylu życia, z codziennej gonitwy za wyimaginowanymi wartościami, aby móc cieszyć się życiem autentycznym, przeżywać zwycięstwa, a od czasu do czasu także klęski. Autentyczne życie to nieustająca bezpośrednia konfrontacja z siłami natury i z tym wszystkim, co jest przyrodzone człowiekowi: strachem, zmęczeniem, słabością, ale również odwagą, silną wolą, zdolnością do poświęceń.

W dniu 1 lutego Jurek i Artur rozbijają V obóz na wysokości 7400 m. Pogoda się pogarsza, sypie śnieg, a na dodatek opada mgła. Są tak zmęczeni, że decydują się na 24 godziny odpoczynku. Wczesnym rankiem wychodzą z namiotu. Do szczytu zostało jeszcze 700 m, tylko tyle, a zarazem aż tyle. Pogoda jest okropna: chmury, głęboki śnieg, lodowate zimno, widoczność ograniczona do dwudziestu metrów. Coraz trudniej oddychać, a przed nimi jeszcze mordercza wspinaczka po pionowej ścianie. Powoli tracą nadzieję na zwycięstwo. "Padał śnieg i było bardzo zimno — powie Jurek po powrocie — po raz kolejny dręczyła mnie wątpliwość: iść dalej, czy tym razem dać sobie spokój. W takich warunkach człowiek nie walczy o sukces, lecz wyłącznie o przeżycie. A jednak nasza namiętna miłość do gór nauczyła nas pokonywać nieludzkie warunki i dążyć do przodu".

Z bazy, drogą radiową, nadchodzą słowa zachęty: "Idźcie dalej, wierzchołek jest wolny od chmur — dodają im odwagi pozostali na dole przyjaciele — jest szansa, że wam się uda".

O godzinie 1235 znajdujący się na wysokości 7500 m Kukuczka prosi, żeby sprawdzić na zdjęciu w archiwum, którędy powinni iść, gdyż jego pole widzenia zredukowane jest do zera. Z naszą pomocą udaje mu się odnaleźć drogę. Kontynuują wspinaczkę wzdłuż wąskiej i urwistej grani, każdy krok naprzód oznacza ogromny wysiłek. I tak będzie aż do końca, do ostatniego kroku. O godzinie 1600 stawiają stopę na szczycie jednego z czternastu ośmiotysięczników, największych gigantów naszej planety.

Następuje kilka krótkich chwil radości. Powolnymi ruchami, żeby nie narażać płuc na dodatkową pracę, wykonują parę zdjęć. Nie ma nawet czasu, żeby nacieszyć się zwycięstwem. Za chwilę zapadnie zmrok, muszą więc natychmiast rozpocząć schodzenie. I jak często bywa, powrót okazuje się jeszcze trudniejszy niż wspinaczka, a droga usiana pułapkami. Nie odzywają się do siebie ani słowem, są kompletnie wyczerpani, ale nie wolno im się poddać, za wszelką cenę muszą wrócić do namiotu.

50.jpg  51.jpg  52.jpg

Dwa dni później, śmiertelnie znużeni, zarośnięci, z ogorzałymi twarzami, docierają do bazy. Teraz próbują Krzysiek i Wanda, ale pogoda za bardzo się popsuła. Wanda nie jest w najlepszej kondycji fizycznej i rezygnuje. Krzysiek poświęca swoje ambicje i schodzi razem z nią.

Solidarność i przyjaźń są ważniejsze od zwycięstwa.

Z czwórki przyjaciół pozostało dziś tylko dwóch. Jurek, wielka postać światowego alpinizmu, człowiek prawy i lojalny, w 1989 roku runął w przepaść, gdy dzieliło go niewiele metrów od szczytu Lhotse, na którym był już dziesięć lat wcześniej i od którego zaczął zdobywanie wszystkich po kolei ośmiotysięczników. Także Wanda, dama Himalajów, pewnego dnia nie powróciła z gór, które tak bardzo ukochała.

Zdjęcia Jacka Pałkiewicza są dostępne w Agencji Fotograficznej EASTNEWS www.eastnews.com.pl.

Jacek Pałkiewicz

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;