Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Wyspy Komandorskie - 1991
Autor: Jacek Pałkiewicz   
Jeśli dobrze pamiętam, to wśród egzotycznych nazw geograficznych mojego dzieciństwa najbardziej pobudziły moją wyobraźnię Wyspy Komandorskie i oto, po wielu latach, mogę zrealizować swój dawny sen. Jestem na ostatnim skrawku rosyjskiej ziemi, który razem z Aleutami łączy kontynent azjatycki z Ameryką. Podróż samolotem z Pietropawłowska Kamczackiego teoretycznie trwa około dwóch godzin, ale ja straciłem całe trzy dni, aby tu dotrzeć. Niedobra pogoda zatrzymała mnie na małym lotnisku o 30 minut drogi od celu, skąd pilot Jaka 40 dwukrotnie podnosił się w powietrze i dokąd powracał już znad wyspy, bo gęsta mgła pojawiająca się w ostatniej chwili nie pozwalała na lądowanie...

89.jpg  90.jpg  91.jpg

Żadnego śladu słońca tylko silnie spiętrzone, ciężkie chmury płynące nisko, gnane silnym wiatrem. Niebo i gniewne morze są tego samego, szarosrebrnego koloru. Rozhukane fale rozbijają się o wysokie, skaliste wybrzeże wulkanicznej wyspy. W powietrzu unosi się silny zapach soli morskiej, a ciszę przerywa tylko krzyk czajek.
I kiedy patrzy się na szare, biedne domy osady Nikolskoje, głównego centrum archipelagu, wydaje się, że człowiek zrobił wszystko, aby pomóc sprzymierzonym siłom natury, uczynić to miejsce jeszcze bardziej smętnym i ponurym. Monotonię smutnego otoczenia przerywa jedynie pagórkowaty krajobraz intensywnie zielonej tundry.

Po krótkiej przerwie znowu dookoła ściele się wilgotna mgła i do wieczora nieustannie siąpić już będzie kapuśniaczek. Łańcuch Wysp Komandorskich i Aleutów oddziela lodowate masy wód Morza Beringa od stosunkowo ciepłego prądu Oceanu Spokojnego, tworząc nieustanne niże, których efektem jest właśnie taka psia pogoda. Nie bez racji archipelag ten określany jest mianem kolebki wiatrów
i ojczyzny sztormów. Na Komandorach pada przez 260 dni w roku,
a kiedy nie ma deszczu od oceanu napływa gęsta mgła i prawdziwe słońce trafia się nie częściej niż kilkanaście razy w roku. Praktycznie cały czas jest wietrznie, a często wiatry przybierają na sile.

Z pewnością nie spotkałem nigdy po drodze tak wyjątkowo złego klimatu, co potwierdza też amerykańska publikacja Coast Pilot.

Odkrycie Komandorów wiąże się z postacią duńskiego eksploratora w służbie cara Piotra Wielkiego, Vitusa Beringa. Rosjanie nazwali go Iwanem Iwanowiczem i uważali za swojego ziomka. W latach 1727-1729 odkrywał on Alaskę. W czasie powrotu do domu jego statek wpadł w trwający 40 dni sztorm. Załoga wycieńczona walką z burzą, osłabiona panującym szkorbutem, nie była w stanie oprzeć się morskiemu żywiołowi. Żaglowiec, przypominający pływający wrak, osiadł na mieliźnie w niezamieszkanej zatoce, a garstka ludzi, którzy przeżyli, dotarła później do Pietropawłowska. Aby uczcić pamięć zmarłego komandora, wyspie tej nadano imię słynnego odkrywcy.

Wielka Matka Rosja rozszerzyła swoje terytorium na Alaskę i Aleuty i w krótkim czasie ziemie te, zamieszkane przez miliony niedźwiedzi morskich o wartościowym futrze, zostały zalane przez handlarzy kozackich. W 1825 roku na nie zamieszkane wyspy Rosjanie sprowadzili ze wschodniej części archipelagu liczną kolonię Aleutów, którzy mieli zająć się łowieniem morskich zwierząt. W następnych latach wyspy te stały się terenem istnej hekatomby niedźwiedzi morskich.

Z czasem obecność Rosjan na Alasce stała się powodem napięcia
w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi. Po przegranej wojnie krymskiej car Aleksander II zajął się reformowaniem państwa i wolał wycofać się z drażliwego tematu. W 1867 roku sprzedał Alaskę i Aleuty za symboliczną sumę 7,2 miliona dolarów. Rosji pozostały tylko Komandorskije Ostrowa, cztery wyspy, z których największa, Beringa, wielkością odpowiada Gotlandii. Druga nazywa się Miednyj
i była zamieszkana do 1972 roku, po czym ludność opuściła ją z powodu braku jakiegokolwiek zajęcia pozwalającego na chociażby skromne utrzymanie się. Toporkow to właściwie goła tundra opanowana przez ptactwo, a Siwuczij to nie tyle wyspa, ile stercząca z wody duża skała.

Z czystych Aleutów, ludu mongoidalnego, spokrewnionego z Eskimosami, na Komandorach właściwie nikt już nie pozostał. Instruktor domu kultury w Nikolskoje z trudnością kultywuje lokalne tradycje. "Coraz mniej chętnych zgłasza się do zespołu folklorystycznego i zostało już niewiele osób, które potrafią grać na dawnych instrumentach, tańczyć i śpiewać ludowe pieśni" - mówi z głębokim żalem. Nie ma w tym nic dziwnego, Aleuci bowiem już dawno wymieszali się z Ukraińcami, Białorusinami i innymi narodami sowieckiego imperium i dzisiejsi mieszkańcy nie wykazują już żadnego zainteresowania swymi dalekimi przodkami. Wskrzesić tej kultury już nie można. "Podczas uroczystości weselnych bądź w święto rybaka ważniejsze jest zdobycie kilku skrzynek wódki niż zapewnienie muzyki ludowej" - dodaje nauczycielka miejscowej szkoły.

Upadek komunizmu nie doprowadził do wielkich zmian w Nikolskoje, stara nomenklatura wciąż jest u władzy, a razem z nią pozostały dawne nawyki myślowe, generalne zaniedbanie, apatia i wyczekiwanie miejscowej ludności.

Chciałbym wstąpić do muzeum etnograficznego, ale jest zamknięte na dużą, zardzewiałą kłódkę i dopiero następnego dnia pojawia się dozorca, który umożliwia mi obejrzenie eksponatów. Tych oryginalnych jest zaledwie kilka, narzędzia do obróbki skóry, kajak, przedmioty wyrzeźbione w kości, ozdobne wyszywanki. Natomiast tradycyjna odzież wykonana została niedawno, specjalnie dla muzeum.

Jako materiał wykorzystywano skórki ptasie i szczególnie cenną skórę niedźwiedzi morskich, od wieków służącą do wyrobu pięknych futer. Ssaki te, znane jako otarie czy uchatki, obejmują dużą grupę zwierząt morskich i wyróżniają się długą szyją, małymi małżowinami usznymi i bujnym futrem. Przez cztery miesiące, począwszy od czerwca, przebywają na lądzie, gdzie w tym okresie rodzą się małe. Żyją wtedy w stadach, gdzie na jednego samca przypada 30 samic.

Przyjąłem zaproszenie na wieczór od Miszy, którego babcia była stuprocentową Aleutką, co widać po rysach jego twarzy. W skromnym, dwupokojowym mieszkaniu nie ma śladu starych tradycji, ale gospodarze zrobili mi niespodziankę i goszczą potrawami, których w pobliskiej knajpie nigdy nie podają. Na przystawkę talerz czerwonego, świeżego kawioru i język niedźwiedzia morskiego. Potem żona Miszy, Tatarka z pochodzenia, podaje zupę grzybową, wątróbkę uchatki z cebulką i kotlet z łososia z ziemniakami. Zamiast herbaty pijemy aromatyczną nalewkę z łabażnika.

Misza od tygodnia zatrudniony jest przy zdobywaniu skór uchatek, a jak się je zdobywa, mam okazję zobaczyć następnego dnia rankiem. Jedziemy ułazem do odległej o 30 km zatoki Sarannaja, gdzie w prostym baraku zamieszkuje czasowo 17 mężczyzn. Częstują nas kawiorem i herbatą, po czym wyruszają do pracy. Lekka mgła pokrywa całą plażę, na której rozłożyła się kolonia uchatek. "Myśliwi" bijąc w metalowe garnki przepędzają z plaży zwierzęta w głąb wyspy. Oddzielają duże samce od samic, które odganiają dalej, po czym zaczyna się masowy mord. Wielkimi pałkami biją po głowach bezbronne zwierzęta i często wystarcza jedno uderzenie, aby padło ono martwe. Niektóre skomlą, krzyczą, inne wydają z siebie przerażający jęk, przypominający prawdziwy płacz. W pewnej chwili widzę, jak stukilowy samiec wyrwał jednemu z mężczyzn pałkę z ręki i z uzębieniem podobnym do ssaków drapieżnych, rzucił się na swojego prześladowcę. W tym momencie dosięgnął go jednak inny masywny drąg i zwierzę legło bez ruchu na ziemi.

Robota pali im się w rękach, zbierają martwe uchatki w jedno miejsce, po czym zabierają się do delikatnej operacji ściągania skóry. Rzeź robi duże wrażenie nawet na ptactwie, które zwykle zalega plażę, a teraz nie widać go wcale. W jego miejsce pojawia się natomiast kilka pieśców, które wyczuły tu ucztę dla siebie.

W ciągu półtora miesiąca zmagazynuje się kilkadziesiąt tysięcy skór, które wkrótce trafią na licytacje na dużych międzynarodowych giełdach. Specjaliści wiedzą, że futra te są bardziej gęste, a zatem cenniejsze od wszystkich innych. Policzono, że na jednym centymetrze kwadratowym tego ssaka znajduje się prawie 50 tysięcy włosów.

Misza widząc moje zdegustowanie zapewnia, że ta makabryczna rzeź jest uwarunkowana naturalnymi kryteriami biologicznymi i nie ma nic wspólnego z wyniszczeniem gatunku. Specjalna konwencja międzynarodowa chroni te ssaki, zabrania zabijania ich w wodzie, zezwalając na odłów 5% stada na Komandorach, Kurylach i na wyspie Pribyłowa.

Wracając do osiedla natykamy się na patrol wojskowy eskortujący młodego kłusownika norek, które od dawna są pod ochroną. Właściwym zadaniem nielicznych żołnierzy jest kontrola wybrzeża i pilnowanie, by nie dochodziło do ewentualnych naruszeń wód terytorialnych przez japońskie kutry.

Wylatuję z Komandorów wcześniej niż to było zaplanowane. Opuszczam to miejsce, zapomniane przez Boga - gdzie królują szarość i samotność, nuda i niewygody - bo chcę jeszcze odwiedzić amerykańskie Aleuty.

Skomplikowaną trasą, nie do pomyślenia jeszcze kilka lat temu, lecę bezpośrednio z prowincjonalnego Anadyru do Anchorage na Alasce.

I znowu jeszcze, jak kilka dni temu, niebo zasnuwają ponure chmury, których nawet silny północny wiatr nie jest w stanie rozpędzić. I tym razem mam trudności z dostaniem się do Dutch Harbor na wyspie Unalaska, gdzie ląduję tylko dzięki brawurze pilota, bo widoczność w zasadzie spadła do zera. Mieszkańcy Alaski nazywają ten archipelag Łańcuchem, a to z uwagi na sznur 124 skalistych wysp tworzących łagodny łuk, harmonijnie ciągnący się na przestrzeni 1875 km.

Kręcę się bez konkretnego planu po liczącej dwa tysiące dusz mieścinie. Ostra woń ryb jest silniejsza od zapachu oceanu. Nie ma w tym nic dziwnego, głównym bowiem zajęciem mieszkańców jest przetwórstwo ryb, eksport krabów i serwis stoczniowy. Na pięciu zaludnionych wyspach doliczyć się można zaledwie ośmiu tysięcy ludzi, z których połowa to wojskowi. Ostatnie dwie wyspy, graniczące z Komandorami - Attu i Kiska, podczas drugiej wojny światowej były okupowane przez Japończyków.

Dzisiaj na Aleutach czynne są dwie bazy wojskowe, lotnicza na wyspie Shemya i morska na Adak. W latach sześćdziesiątych na wyspie Amchitka została przeprowadzona seria podziemnych wybuchów nuklearnych, podczas których użyto ładunków 250 razy większych od ładunku bomby zrzuconej na Hirosimę. W 1970 roku na tych wodach pojawił się kuter rybacki z grupą pacyfistów na pokładzie. Okazało się, że była to akcja Greenpeace, która na tyle przyciągnęła uwagę całego świata, że Waszyngton zdecydował się zaprzestać eksperymentów.

Kevin Stone, który zapuścił tu korzenie już ponad dwadzieścia lat temu, mówi: "Terytorium to dalekie jest od raju na ziemi. Klimat nas nie rozpieszcza, komunikacja jest utrudniona, ale ja zdążyłem się przyzwyczaić. Ludzie są spokojni, serdeczni. Nie wrócę już do zgiełku Detroit".

Ta ziemia rzeczywiście nikogo nie rozpieszcza, a wręcz odwrotnie, kryje w zanadrzu wiele niebezpiecznych pułapek. Wszystkie wyspy są wierzchołkami podwodnych wulkanów, z których 25 jest czynnych. Nieszczęścia przynoszą także częste trzęsienia ziemi. W 1946 roku jedno z nich spowodowało duże zniszczenia na wyspie Unimak, pięć osób straciło życie, a tsunami, gigantyczna fala spowodowana trzęsieniem, dotarła aż do Hawajów, gdzie zginęło wówczas 159 osób.

W maju 1960 roku ogromna góra wodna uderzyła na Wyspy Komandorskie. "Widać było, jak ocean wycofał się o 50 m od linii brzegowej, i po kilku minutach pojawiła się przerażająca ściana wodna" - zapisały miejscowe kroniki. I tylko dzięki ostrzeżeniu służby sejsmologicznej w Pietropawłowsku Kamczackim, obyło się szczęśliwie bez ofiar ludzkich. W 1986 roku seria podwodnych wstrząsów wywołała kolejną zabójczą falę. Ewakuowano wówczas setki osób, unikając w ten sposób śmiertelnych ofiar.

Jeśli chodzi o ludność miejscową, to znaczy rdzennych Aleutów, pozostało ich już niewielu. "Właściwie nie widać ich wśród masy imigrantów z kontynentu" - potwierdza Kevin. A pomyśleć, że półtora wieku temu było ich ponad 25 tysięcy.

92.jpg  93.jpg  94.jpg

Któregoś dnia niebo rozjaśnia się, przebijają nieśmiałe promienie słońca i mogę odlecieć na kontynent. Już w samolocie zastanawiam się, czym różni się życie na tych wyspach od sąsiednich Komandorów. Osobiście nie zagrzałbym nigdzie miejsca dłużej, ale jeśli już musiałbym wybierać, to oczywiście postawiłbym na Aleuty, wbrew temu, co ustala międzynarodowa linia zmiany daty: kiedy tu jest niedziela, to tam już poniedziałek, co wcale nie odzwierciedla realiów życia. Na odwrót, aby nadrobić istniejące różnice, musi upłynąć jeszcze wiele czasu.

Fotoreportaż z wyprawy.


Zdjęcia Jacka Pałkiewicza są dostępne w Agencji Fotograficznej EASTNEWS www.eastnews.com.pl

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;