Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Plemię Jarai (Wietnam) - 1992
Autor: Jacek Pałkiewicz   
Karawana słoni niczym taran przebija się przez tropikalne gąszcza. Ogromne, kilkutonowe cielska kołysząc się raz w lewo, raz w prawo z łatwością pokonują śliski, błotnisty stok, wydeptując ścieżkę w bambusowym zagajniku, brodzą przez strumyki i głębokie rzeki. W trakcie tego pochodu, nie zatrzymując się nawet na sekundę, zaspokajają swój nieograniczony apetyt. Wyrywają z korzeniami małe krzewy, skubią trawę, zrywają delikatnie liście, kwiaty, dzikie owoce, młode palmy, gałęzie drzew, pochłaniając w ciągu dnia nawet dwa kwintale roślin...

101.jpg  102.jpg  103.jpg

Od kilku dni zanurzeni jesteśmy w świecie fascynującej przygody, przemierzając w stylu podróżników z ubiegłego wieku dżunglę południowo-zachodniego Wietnamu. Siedzimy w niezbyt wygodnych koszach na wysokości kilku metrów i każda chwila nieuwagi grozi nam chłostą gałęzi, które nie oszczędzają naszych biednych twarzy.

W pewnym momencie słonie przyspieszają kroku, zdaje się, że poczuły bliskość rzeki. I rzeczywiście wkrótce słychać grzmot spadającej wody, potem pojawia się obłok gęstej pary i przed nami wyrasta urzekający klejnot natury, tony połyskującej wody spadają z furią i straszliwym hałasem w miniaturowym wąwozie.

Zatrzymujemy się oczywiście na kąpiel, z której korzystają także nasze zwierzęta. Po oswobodzeniu z ładunków słonie natychmiast zanurzają się w wodzie. Są skore do żartów i zabawy, opryskują się nawzajem nie oszczędzając także swoich opiekunów mahoutów. Jeden z nich wszedł już na głębinę i widać mu tylko koniec trąby, przez którą oddycha. Pozostałe zaspokajają swoje pragnienie zasycając w trąbę jednym łykiem przynajmniej pół wiadra wody. Piją długo i właściwie 100-200 litrów tego płynu wystarcza już im później na cały dzień.

Po raz pierwszy od wielu dni czuję się naprawdę odprężony. Uzgodnienie tej wyprawy z władzami w Hanoi zajęło mi wiele czasu i zdrowia. Potrzebne były dwa przyjazdy do Wietnamu, aby przekonać wyższych urzędników, przyzwyczajonych do wyostrzonej czujności i patrzących podejrzliwie na każdego cudzoziemca, że nasza ekspedycja ma charakter czysto etnograficzny i że nie zamierzamy poszukiwać zaginionych w czasie wojny żołnierzy amerykańskich.

Rzecz w tym, że wspólnota tubylcza Jarajów, którą chcieliśmy poznać, zamieszkuje w rejonie traktowanym jako restricted area, absolutnie zakazanym dla cudzoziemców. Po długich korowodach i kilku prywatnych kolacjach w szykownych lokalach stolicy dopiąłem celu. Mogliśmy wreszcie wyjechać na południe, dokładnie biorąc do Pleiku, mającego 100 tysięcy mieszkańców miasta, które odegrało strategiczną rolę w czasie konfliktu amerykańskiego i do którego jeszcze dziś niechętnie wpuszcza się turystów.

Nasza przygoda zaczęła się we wsi Chuse, 70 km od granicy z Kambodżą, gdzie sprowadzono pięć słoni dla naszych potrzeb. Tłumacz, który miał małe doświadczenie lingwistyczne, ale za to był zaprawiony w fachu policyjnym, przyszedł na zbiórkę z karabinem. Według jego słów w dżungli tego rejonu krążą jeszcze niedobitki partyzantów reżimu sajgońskiego, członkowie Funro, zjednoczonego frontu walczącego o swobodę grup etnicznych, którzy stawiają zbrojny opór rządowi.

Do dzisiejszego dnia na terenach górskich Wietnamu żyją 54 grupy tubylcze zdecydowanie różniące się między sobą. W prowincji Gia Lai, gdzie właśnie się znajdujemy, dominują Jarajowie, plemię z grupy malajsko-polinezyjskiej, którzy - po kilkakrotnym odparciu ingerencji Hanoi i fiasku prób ucywilizowania ich - żyją w odosobnieniu, zachowując swoje dawne obyczaje i język. Wietnamczycy nazywali ich zawsze "mio" - dzikusami, a Laotańczycy "kha" - niewolnikami. Panujący powszechnie pogardliwy stosunek wobec tych plemion ma już wielowiekową tradycję.

W południe zatrzymujemy się na posiłek, który przygotowuje Suan, drobna i urodziwa studentka uniwersytetu w Hanoi. Jak zwykle w tych stronach podstawą pożywienia jest ryż. I dzisiaj Suan proponuje danie z ryżu zawijanego w liście i pieczonego w żarze. Jako farsz stosuje jakąś dziką roślinę o silnym, przyjemnym zapachu. Herbata i banany uzupełniają obiad. Okazuje się, że to nie wszystko. Igor wyciągnął z worka butelkę szampana, którą Swietłana, przesympatyczna stewardessa Aeroflotu, wsunęła mu jeszcze w zeszłym tygodniu do torby z aparaturą fotograficzną. Teraz pijemy za jej zdrowie, wspominając serdeczną opiekę w czasie długiego, nie kończącego się lotu na wschód.

Dzisiejszy dzień jest dniem niespodzianek. Alberto, najmłodszy uczestnik wyprawy, z tajemniczą miną wydostaje kilka torebek Nescaffé. Ja z zasady jestem przeciwnikiem wożenia ze sobą produktów żywnościowych, bo uważam, że zawsze można przeżyć na miejscowym wikcie. Nie mam nic przeciwko temu, aby zabrać w drogę odrobinę whisky, kawy czy jakiegoś smakołyku. W trudnych warunkach, w chwilach napięcia lub zmęczenia, taki drobny luksus może poprawić humor skuteczniej niż porady doświadczonego psychologa. Dzisiaj przejechaliśmy około 30 km. Mahoutowie skuwają łańcuchami nogi słoni, aby uniemożliwić im oddalenie się od obozu, potem wszyscy bierzemy się za przygotowywanie biwaku. Już o godzinie 1700 słońce chowa się za drzewami i po pół godzinie dżunglę ogarnia całkowity mrok, który rozjaśnia jedynie nasze ognisko. Wokół panuje przejmująca cisza i leżąc wygodnie w hamaku z moskitierą upajam się dziką naturą i spokojem, którym ona emanuje. Wydaje się, że jesteśmy oddaleni od cywilizacji o całe lata świetlne. Wspominam moich przyjaciół Renza Rossa i Alana Fergusona, którzy zazdroszczą mi wypraw i wiele razy deklarowali gotowość wyjechania razem w odległy zakątek świata, ale w końcu zawsze wybierali wariant wygodnych i komfortowych wakacji.

Przy pierwszych promieniach słońca jesteśmy już na nogach. "Drum, drum!" - to komenda, na której dźwięk góra ważąca cztery tony klęka na kolana. Staramy się jak najlepiej upakować ładunek, rozkładając go równomiernie, gdyż inaczej kosz z bagażem, ciężkim i długim łańcuchem oraz dwiema osobami, mógłby w czasie długiego marszu otrzeć skórę zwierzęcia. "Nau!" - to kolejne polecenie, na które zwierzęta podnoszą się i ruszają z miejsca.

Nasze słonie mają po 30-40 lat, co odpowiada mniej więcej średniemu wiekowi człowieka. Od swoich kuzynów afrykańskich różnią się tym, że są mniejsze, mają znacznie mniejsze uszy i ważą o jedną, dwie tony mniej. Ich grzbiety są wypukłe, a nie wklęsłe, kły zwykle występują tylko u samców, często też słonie te mają o jeden palec u nogi więcej. Od wczesnej młodości słonie azjatyckie wykorzystywane są do transportu bali drzewnych o wadze kilku ton w gęstwinach bądź na podmokłym terenie dżungli, gdzie inny transport jest niemożliwy. W ostatnich latach jednak zastosowanie skutecznych pojazdów mechanicznych ograniczyło wyraźnie ich rolę. W konsekwencji tego, ale głównie z powodu postępującego wciąż wyrębu lasów, budowy dróg i osad ludzkich, gatunek dzikich słoni zaczął gwałtownie wymierać.

Wszystko wskazuje na to, że również i nad słoniami afrykańskimi, największymi ssakami na Ziemi, ciąży nieuchronne widmo wymarcia w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat, gdyż pomimo zakazów nadal kwitnie kłusownictwo w celu zdobycia poszukiwanej na rynku kości słoniowej. W latach 1963-1989 na Czarnym Lądzie wytrzebiono 86% słoni, tak że pozostało ich tam zaledwie 600 tysięcy. W Azji na wolności żyje ich już nie więcej niż 45 tysięcy, najwięcej w Indiach i najmniej w Bhutanie, gdzie ich liczba nie przekracza 60 sztuk. Jeszcze w latach pięćdziesiątych w Wietnamie rozpowszechnione były polowania na słonie, których dzisiaj zostało już tylko około tysiąca, nie licząc kilkuset oswojonych.

Obecnie w Azji "pracuje" około 15 tysięcy słoni. Wykonują one bardzo różne czynności, począwszy od transportu drewna i turystów w parkach narodowych, a skończywszy na udziale w procesjach religijnych, pracach polnych i obławach na dzikie słonie. W starożytnych czasach zwierzęta te używane były także w operacjach wojennych i, jak podają kroniki, jeszcze w ubiegłym stuleciu słonie występowały w roli katów. Niewierna żona mogła być skazana na śmierć i według starożytnego kodeksu Gia Long powinna być wówczas rozdeptana przez słonia.

Wokół dominuje bambusowa dżungla. Bambus jest rośliną wszechobecną w Wietnamie, zadziwiającą niezwykłą różnorodnością kolorów i rozmiarów. Niektóre, o średnicy trzydziestu centymetrów, osiągają wysokość trzypiętrowego budynku. Od tysięcy lat bambus stanowi nieodłączny element w życiu mieszkańców Dalekiego Wschodu. Używa się go jako materiału budowlanego, galanteryjnego, do wyrobu różnych narzędzi, mebli, zabawek, wachlarzy, pojemników, naczyń kuchennych, instrumentów muzycznych, jako przewodów kanalizacyjnych. Stanowi także nieodłączny składnik kuchni orientalnej. Absolutny rekord wykorzystania tej rośliny zanotowano w Japonii, gdzie doliczono się półtora tysiąca sposobów jej zastosowania. W Indiach, gdzie rośnie przynajmniej 600 odmian bambusa, 60% papieru pochodzi z przeróbki ich liści, które już w starożytnych Chinach służyły do pisania. Z włókna bambusowego budowano tam mosty wiszące, których system wyprzedzał dzisiejsze techniki konstrukcyjne. Taki most, zbudowany tysiąc lat temu, widziałem kiedyś na rzece Min w prowincji Syczuan.

Tuż przed południem natrafiamy na niedawno uczęszczaną ścieżkę, potem natykamy się na niewielki cmentarz, otoczony drewnianymi rzeźbami przedstawiającymi postacie stylizowanych zwierząt, w tym także i słoni. W kilku wielkich amforach wkopanych częściowo w ziemię widać ślady żywności pozostawionej w ofierze dla bogów. Tuż obok wisi na palu biały czerep bawołu, który służy do odstraszania złych duchów od tego świętego miejsca.

Otulona w lekką mgłę dżungla coraz bardziej przerzedza się, pojawiają się zielone pólka ryżowe, a na nich pochylone, małe, chude kobiety z odsłoniętymi piersiami. Scena niczym wyjęta z typowego wschodniego malowidła przeszłej epoki.

Wkrótce nasza karawana wkracza na alejkę ograniczoną dwoma rzędami pięknych i pachnących chińskich róż i zbliża się do maleńkiej osady, złożonej z chat na palach. Przybycie wędrowców z dalekich stron wprowadza wiele zgiełku i zamieszania wśród jej mieszkańców. Pierwsi zbliżają się z godnością półnadzy mężczyźni niskiego wzrostu, o bursztynowym zabarwieniu skóry, tylko z przepaską na biodrach. Są pogodni, naturalni w zachowaniu i ujmująco szczerzy. Potem nabierają odwagi kobiety, i wreszcie podchodzą także dzieci. Wiele z nich nosi na plecach swoje młodsze rodzeństwo. Od strony rzeki nadchodzą dorosłe dziewczyny o ponętnych kształtach, pełne kokieteryjnego wdzięku, odstawiają na ziemię naczynia z wodą i podchodzą, aby także z bliska zobaczyć przybyszów. Wśród radosnej wrzawy Alberto rozdaje najmłodszym kolorowe baloniki i inne zabawki, które przywiózł specjalnie z Bassano del Grappa. Dostrzegam, że w chmarze dzieciaków nie brak palaczy papierosów, którzy niczym dojrzali zaciągają się śmierdzącym dymem. Okazuje się, że nałóg panuje tu wśród wszystkich.

Nikt z tubylców nie mówi po wietnamsku, ale wiedząc o tym przezornie zabraliśmy z Pleiku młodego chłopca pochodzącego z tych stron, który tłumaczy z jarai na wietnamski, a drugi zamienia jego słowa na rosyjski, oficjalny język ekspedycji.

Jak większość wspólnot plemiennych także i Jarajowie są pogodni, weseli i manifestują swoją gościnność. Miejscowy starosta zaprasza do swej bambusowej chatki, prawie pustej, jeśli nie liczyć mat do spania, paleniska, kilku garnków, noży i kusz łowieckich.

Gospodarz przysuwa do nas stary gliniany, przynajmniej dziesięciolitrowy dzban wypełniony po brzegi ruon ghe - wódką ze sfermentowanego ryżu, używaną w ceremoniach plemiennych bądź do ugoszczenia przybyszów. W środku zanurzona jest pałeczka z podziałką wskazującą poziom napoju. Obyczaj nakazuje, że gość musi wypić wystarczająco dużo, aby został zaakceptowany. Dla Jarajów jest to tradycyjny test prawdy. Ten, kto przybywa ze złymi intencjami, musi się wystrzegać picia ponad miarę, bo jeśli się upije, może łatwo wyjawić swoje zamiary. Zatem od tego, ile wypijemy, zależy, czy staniemy się przyjaciółmi domu, czy też niemile widzianymi intruzami.

Sączę przez słomkę mętne paskudztwo, podczas gdy gospodarz z uwagą obserwuje obniżanie się jego poziomu. Zupełnie nie mam pojęcia, ile tego bimbru powinienem wypić, aby pozyskać zaufanie, ale wolę nie ryzykować i nie odrywam się od naczynia. Kiedy odsuwam się od dzbana, słyszę oklaski. Jestem uznany za swojego. Teraz muszą zademonstrować swoją szczerość także moi kompani.

Potem piją także gospodarze. Po kilku kolejkach żona wójta wybucha histerycznym śmiechem ukazując spiłowane do korzeni przednie górne zęby i dziąsła zabarwione na czarno. Taka "kosmetyka", podobnie jak i dziurawienie płatków usznych, w które wsuwa się pałeczki bambusowe, związana jest z rytuałem inicjacji. Dodaje podobno uroku, ale dla nas stanowi tylko żenujący widok.

Po tym specyficznym aperitifie czeka nas jeszcze obiad. Oprócz ryżu na macie pojawiają się kawałki duszonego węża w pikantnym sosie i coś smażonego, co początkowo przypomina małe ptaszki. Tłumacz wyjaśnia, że jest to specjalny rarytas przygotowywany dla ważnych gości - polne myszy. W moich podróżach po szerokim świecie zdarzało mi się jadać najbardziej egzotyczne potrawy, ale tym razem nie potrafiłem zmusić się do spróbowania.

Mężczyźni, zajmujący się głównie myślistwem, posługują się takimi samymi kuszami i zatrutymi strzałami, jak przed wiekami ich przodkowie. Również ryby łowią tradycyjnymi metodami. W zasadzie dżungla jest w stanie zapewnić tym ludziom podstawy egzystencji, począwszy od materiałów budowlanych po dziczyznę i owoce. Na kobiety, zajmujące podrzędne miejsce w tubylczej wspólnocie, spadają najcięższe prace: na polu ryżowym, przy uprawie ziemniaków i kukurydzy. Do nich należy też remont chaty, tkanie, lepienie garnków z gliny, wyplatanie koszy, wychowywanie dzieci.

Okazuje się, że ta grupa autentycznych aborygenów, rozbrajająco łagodnych i bezgranicznie uczciwych, żyjąca od dwóch tysiącleci na Wyżynie Annamitu, nigdy nie darzyła sympatią Wietnamczyków, przeciwnie, zawsze starała się pozostać w izolacji, wykorzystując niedostępność terenu. Władze komunistyczne, zapominając o starej dewizie Ho Chi Minha, cytowanej przy każdej okazji: "Nie ma większego bogactwa nad niepodległość i swobodę", wielokrotnie czyniły wysiłki zmierzające do "zwietnamizowania" tej mniejszości narodowej, ale zawsze kończyły się one fiaskiem. Jarajowie utrzymują kontakty wyłącznie z małymi plemionami zamieszkałymi w dolinach, z którymi prowadzili i prowadzą do dzisiaj handel wymienny. W zamian za tytoń, rośliny lecznicze, miód i inne płody leśne otrzymują sól, wyroby z żelaza, narzędzia rolnicze.

Nie szanowali Francuzów w latach ich dominacji w Indochinach ani też nie lubili zbytnio Amerykanów w czasie wojny w Wietnamie. Z reguły nie angażowali się w ten konflikt, chociaż zdarzało się, że służyli Amerykanom jako przewodnicy lub zasilali szeregi oddziałów specjalnych, ale gesty te stanowiły raczej formę odwetu za gwałty vietcongowców, którzy często wymuszali od nich żywność. Mamy nadzwyczajne szczęście, następnego dnia bowiem przewidziana jest ceremonia związana z kultem zmarłych. Od dobrych stosunków między żyjącymi i ich przodkami uzależnione jest szczęście jednych i drugich. Jarajowie wyznają pierwotną religię kultu przodków, zachowując także tradycyjne wierzenia animistyczne. Specjalne rytuały mają zagwarantować obfite plony, zdrowie wspólnoty, towarzyszą także zgonom i narodzinom.

Od najwcześniejszych godzin porannych panuje uroczysty nastrój. Dzień jest słoneczny, niebo kobaltowe, za kilka godzin żar będzie nie do zniesienia. Na placu w centralnej części wsi wkopano kilka wielkich bambusów, które związano razem i odświętnie udekorowano kolorowymi ozdobami. Około południa zbierają się na placu wszyscy mieszkańcy, dorośli i dzieci.

Dwóch mężczyzn przywiązuje do pala bawołu o długich rogach, ważącego przynajmniej 300 kg. Rozbrzmiewa niesamowity koncert bębnów, piszczałek i świętych gongów, przerywany dzikimi okrzykami aplauzu. Przerażone zwierzę rzuca się szaleńczo w tumanach kurzu, próbując zerwać się z linki, która pozbawiła je wolności. Po jakimś czasie barbarzyńska muzyka i krzyki wyciszają się i bawół nieruchomieje. Wydaje się, że rozszerzonymi nozdrzami wyczuwa zapach nieuniknionej śmierci.

Dwóch Jarajów z długimi, ostrymi nożami zbliża się od tyłu do ogłupiałego zwierzęcia, potem jednym krótkim uderzeniem podcinają mu ścięgna tylnych nóg. Bawół wydaje przeciągły ryk i osuwa się zadem na ziemię. Po chwili jego ciało zostaje naszpikowane serią włóczni, ale są one tak rzucane, aby nie wywołały szybkiego zgonu. Im bardziej zwierzę cierpi, tym większa jest gwarancja zapewnienia pokoju zmarłym. Fala religijnego uniesienia opanowuje zgromadzonych, podczas gdy ofiara zdycha powoli w straszliwych męczarniach. Dla wioski jest to wielki dzień, dla nas tylko makabryczny, godny pożałowania spektakl.

Suan jest wprost zaszokowana: "Odkryłam świat, o którym zupełnie nie miałam pojęcia. Nigdy bym nie przypuszczała, że w moim kraju żyje tak biedna i zacofana wspólnota plemienna zakotwiczona jeszcze w prehistorii, której życie ogranicza się do zaspokajania najprostszych potrzeb życiowych".

Podczas świątecznego bankietu, odbywającego się o kilka kroków od miejsca ciepłego jeszcze od krwi zabitego bawołu, pytam o tygrysy, o których dużo słyszałem jeszcze w Hanoi. Odpowiadają, że rzadko zdarza się, aby tygrys zaatakował człowieka. Ostatni wypadek wydarzył się kilka lat temu, nie opodal wioski oddalonej stąd o dzień drogi, gdzie tygrys rozszarpał dziewczynkę, która zbierała drwa na opał. "My z zasady nigdy nie polujemy na te zwierzęta" - wyjaśnia młodzian o plecach pokrytych licznymi tatuażami o wzorach geometrycznych.

Nazajutrz opuszczamy tę swoistą oazę, gdzie garstka ludzi wydaje się żyć na zupełnie innej planecie.

Niegościnny klimat, niewygody podróży, węże, jadowite stworzenia, choroby tropikalne są niczym wobec przeżytych wczoraj wrażeń i piękna niepodzielnie panującej wokół natury.

Wieczorem, zmęczeni po całodniowej wędrówce, odpoczywamy przy ognisku dodatkowo oświetleni przez ogromną tarczę bladego księżyca. Nisko rozciągający się dym palącego się świeżego drewna chroni nas skutecznie przed dokuczliwymi komarami. Kuang, przedstawiciel firmy turystycznej z Hanoi, która zajmowała się częściowo sprawami organizacyjnymi "Elephant Expedition", szokuje nas wiadomością, że zna dobrze te tereny. Okazuje się, że 27 lat temu, gdy był jeszcze chłopcem, uczestniczył w ataku na amerykańską bazę w Pleiku.

"Nocą 7 lutego 1965 roku szturmowaliśmy Camp Holloway Zielonych Beretów strzegących lotniska - opowiada. - Zaskoczenie było tak duże, że udało się nam zniszczyć dziesięć samolotów, zabić ośmiu żołnierzy, ponosząc przy tym minimalne straty. Byłem wtedy ranny w plecy i prawą rękę i przez kilka miesięcy leżałem w szpitalu polowym na terenie Kambodży".

Następnego dnia Pentagon odpowiedział represyjnymi atakami na niektóre obiekty Wietnamu Północnego i był to początek rzeczywistego zaangażowania się Stanów Zjednoczonych w wojnę, która trwała dziesięć lat i spowodowała śmierć dwóch milionów Wietnamczyków i 58 tysięcy Amerykanów.

Potem Kuang opowiada historię legendarnego szlaku Ho Chi Minha, strategicznego traktu dostawczego Vietcongu, który stanowił klucz do wygrania wojny z Amerykanami. Zaczynał się w Hanoi i prowadził przez góry Laosu, Kambodżę, by wtargnąć potem do Wietnamu Południowego. Nie była to oczywiście jedna ścieżka, ale cała sieć dróżek przecinających dżunglę, po których od wieków poruszały się tubylcze plemiona.

Partyzanci północnowietnamscy, którzy przenikali na tyły wroga, przenosili na plecach bądź wieźli na rowerach ogromne ładunki. Ekwipunek osobisty, ważący 15-20 kg, składał się z żywności, lekarstw, hamaka, pałatki przeciwdeszczowej i zapasowej odzieży, musiał wystarczyć na pięć tygodni, bo zwykle tyle trwała podróż. Oprócz tego przewożono wszystko to, co było niezbędne podczas wojny: uzbrojenie, amunicję, żywność itp.

W 1967 roku szlakiem tym udawało się na południe przynajmniej 20 tysięcy partyzantów miesięcznie, transportując do 15 ton dostaw każdego dnia. W tym okresie Związek Radziecki i Chiny dostarczały Wietnamowi Północnemu około 6 tysięcy ton żywności i sprzętu dziennie.

"Wielu moich towarzyszy - mówi Kuang - zmarło po drodze, i to nie tyle z powodu bomb amerykańskich, ile od zachorowań na dyzenterię, malarię i jeszcze inne choroby. Tak, wygraliśmy w końcu tę wojnę, ale dzisiaj przeżywamy trudne chwile. Nasz kraj jest biedny, słabo rozwinięty. Prowadzić wojnę jest łatwiej niż kierować państwem".

Dlaczego takie mocarstwo jak Stany Zjednoczone przegrało tę wojnę? Przyczyn było kilka. Prezydent Johnson długo nie decydował się na atakowanie przeciwnika ukrywającego się na przygranicznym terenie Laosu i Kambodży oraz uległ presji opinii publicznej krytykującej agresję w Wietnamie. Nikt nie ma wątpliwości, że zmasowane naloty bombowe na Wietnam Północny rzuciłyby przeciwnika na kolana, nie mówiąc już o zniszczeniu zapór wodnych na Rzece Czerwonej, której wylew spowodowałby nieobliczalne zniszczenia.

Oczywiście Kuang jest innego zdania i uważa, że to wietnamska determinacja i patriotyzm były kluczem do zwycięstwa.

104.jpg  105.jpg  106.jpg

Kilka dni później powracamy do rzeczywistości. W maleńkich sklepikach Pleiku, sprzedających artykuły pierwszej potrzeby, można kupić tenisówki Adidasa, dżinsy Lewisa, koszulki Benettona. Wszystko to nie może jednak zepsuć głębokich wrażeń, które na długo pozostaną w naszej pamięci.

Fotoreportaż z wyprawy.

Zdjęcia Jacka Pałkiewicza są dostępne w Agencji Fotograficznej EASTNEWS www.eastnews.com.pl

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;