Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Yanomami - Indianie z epoki paleolitu (Górne Orinoko) - 1994
Autor: Jacek Pałkiewicz   
Zobacz w galerii:

Zobacz też:
Okazuje się, że człowiek zna dzisiaj lepiej niektóre rejony księżyca niż Amazonki. Serce bezkresnej dżungli rozciągającej się na pograniczu wenezuelsko-brazylijskim - pomiędzy Rio Negro, Rio Branco, kanałem Casiquiare i górnym Orinoko - porośnięte bujną roślinnością i poprzecinane łańcuchami górskimi, do dziś w znacznej części pozostaje nie zbadane...

Żyją tam pierwotne i niekiedy agresywne plemiona Indian Yanomami, którym w przeszłości nadawano rozmaite nazwy: Waika, Sziriana, Guaharibo i którzy uważani są za jedną z najprymitywniejszych wspólnot indiańskich na kontynencie południowoamerykańskim. Te dzieci prehistorii należą do ostatnich grup etnicznych, dla których czas zatrzymał się jeszcze w epoce kamiennej. Zazdrośnie strzegą swych zwyczajów i kultury, żywiąc tradycyjny szacunek wobec przyrody, która ich otacza.

Wielu z nich - właściwie nawet większość - żyje dziś przy misjach katolickich i protestanckich, a ich dzieci uczęszczają do szkół. Pozostali, którzy zdołali się do tej pory uchronić od kontaktu z białym człowiekiem, rozsiani są wzdłuż małych, niedostępnych rzek, których bystrza i wodospady stanowią skuteczną barierę przed inwazją naszej cywilizacji. Ale nie na długo. Nasze pokolenie będzie prawdopodobnie ostatnim, które może zaświadczyć o ich istnieniu. Proces asymilacji jest tak gwałtowny, że w ciągu niewielu lat Yanomami zapewne przestaną istnieć jako wspólnota tubylcza.

113.jpg  114.jpg  115.jpg

Doświadczenia zdobyte w trakcie wielokrotnych podróży po Amazonii pozwoliły mi na zorganizowanie ekspedycji naukowej do źródeł Orinoko, rzeki zbadanej częściowo już bardzo dawno, lecz poznanej dokładnie na całej długości 2500 kilometrów zaledwie w połowie ubiegłego wieku. Miejsce, gdzie bierze początek jedna z najpotężniejszych arterii wodnych świata, zostało odkryte dopiero w 1951 roku przez francusko-wenezuelską ekspedycję naukową.

Trzy dni temu opuściliśmy Puerto Avacucho, żegnani przez starych przyjaciół Charlesa Cariasa Brewera i Jose Miguela Pereza, by dotrzeć drogą lądową do Samariapo, położonego za bystrzami Atures i Maypures, skąd Orinoko jest już żeglowne.

W wydłubanym z jednego pnia dwunastometrowej długości bongo, z dwoma przyczepnymi silnikami o mocy 40 koni mechanicznych, płyniemy w górę imponującej rzeki, między dwiema olbrzymimi ścianami zwartej pierwotnej dżungli, przerywanymi od czasu do czasu przez wyłaniające się z gęstwiny skalne formacje w kolorze rdzy. Coraz rzadziej pojawiają się osady zamieszkałe przez małe, tubylcze wspólnoty Piaroa, Maquiritares, Banivas i inne, zasiedlające brzegi wielkiej rzeki.

Z prawej strony mijamy odgałęzienie Orinoko, rzekę-kanał Casiquiare, fenomen geograficzny jedyny na świecie. Kanał, o długości 320 km, wpadający do Rio Negro, łączy dwa wielkie systemy rzeczne: Amazonki i Orinoko. W 1880 roku przepłynął nim Alexander von Humboldt, ojciec współczesnej geografii naukowej.

Prawie dokładnie naprzeciw Casiquiare, rozłożyła się mała osada Tamatama. Za nią, pośród trawiastej sawanny wyrasta Cerro Duida, 2579 m n.p.m., jedna z najbardziej niezwykłych scen w Południowej Ameryce, która kiedyś bardzo zafascynowała niemieckiego podróżnika von Humboldta. Kilka godzin drogi dalej leży Esmeralda, i tam przebiega granica, której praktycznie prawie nikt nie może przekroczyć.

Od kilku lat władze w Caracas nie wydają już zezwoleń nawet ekspedycjom naukowym, a to dlatego, aby zachować równowagę pierwotnego środowiska, oazy dzikości broniącej się przed niszczącymi wpływami człowieka, a przede wszystkim, aby uniemożliwić kontakty z tubylcami, władcami tych ziem, zdziesiątkowanymi już przez armie garimpeiros, poszukiwaczy złota.

W 1986 roku wybuchła gorączka złota w rejonie rzeki Catrimani w Brazylii. W ciągu kilku miesięcy na terytorium Yanomami pojawiło się kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy z biegiem czasu rozszerzyli swoje nielegalne poszukiwania także na terytorium Wenezueli, zmuszając Indian do opuszczenia swoich ziem. Oblicza się, że na tych terenach wydobywa się prawie 2 tony złota miesięcznie, a wiadomo też, że aby otrzymać gram tego kruszcu używa się gram rtęci, którą rozpuszcza się w wodzie w celu zebrania złotego piasku i oddzielenia go od nieczystości. Trująca rtęć spływająca rzekami stanowi oczywiście duże zagrożenie dla zdrowia mieszkańców rejonu.

Postępujący nieustannie "rozwój ekonomiczny" w tym zakątku kontynentu jest dla Yanomami synonimem śmierci i zagłady. Według raportu prokuratora Carlosa Victora Muzzi tylko na początku lat dziewięćdziesiątych z winy garimpeiros zginęło w Brazylii przynajmniej 1500 Indian, to jest 15% tej społeczności. Liczba astronomiczna, jeśli pamiętać, że odpowiada proporcji zabitych w Europie w czasie II wojny światowej.

Starcie Yanomami ze światem dotychczas im nieznanym i z technologią dwutysięcznego roku - śmigłowce, telewizja, broń, dragi, koparki - zmusiło Indian, tych najsłabszych i bezbronnych, do uzależnienia się od obcych im obyczajów. Jeśli do tego dodać gwałty, alkoholizm, prostytucję, nielegalny handel bronią, narkotykami, minerałami, otrzyma się obraz rozpadu kulturowego społeczności indiańskich.

Pomimo surowych przepisów zdołałem jednak uzyskać zgodę gubernatora terytorium Amazonas na poruszanie się w rejonie górnego Orinoko. Zdawałem sobie sprawę z tego, że nie jest to dokument w pełni prawomocny, ponieważ tylko Ministerstwo Ochrony Środowiska ma prawo udzielać takiej zgody. Wiedziałem jednak, że taki dokument może się przydać. Liczyłem przede wszystkim na pomoc misjonarzy salezjańskich: Andrzeja Smaruja i Giuseppe Bortolego, pracujących tam od wielu lat w ekstremalnie trudnych dla Europejczyka warunkach. Ojciec Bortoli jest bratem proboszcza z Asiago, górskiej miejscowości letniskowej, położonej o pół godziny drogi od mojego domu, i właśnie dzięki niemu dostałem obietnicę poparcia i protekcji.

I oto teraz, wraz z dwoma przyjaciółmi, antropologami Stefano Scandolą i Adriano Marchettim, przybijamy do brzegu w Esmeralda, osadzie założonej w XVII wieku przez Diego de la Fuente. Słońce chowa się za drzewami, krwawoczerwone niebo rozpłomienia rzekę swoim ogniem. Nocujemy w kolegium misjonarzy, gdzie kilkuset młodych Indian nawiązuje pierwszy kontakt z naszą cywilizacją.

Niewiele kilometrów stąd w kierunku północnym, w sercu sawanny bogatej w rzeki o ciemnych, lecz przejrzystych wodach, wznosi się amfiteatralnie ukształtowany imponujący granitowy masyw Duidy, o wysokości ponad dwóch tysięcy metrów, pionowych zboczach i z nagim skalistym szczytem, który nadaje wspaniały wygląd całemu krajobrazowi.

Nie mogę jeszcze uwierzyć, że udało nam się pokonać wszystkie biurokratyczne przeszkody i teraz możemy skoncentrować się tylko i wyłącznie na technicznej stronie ekspedycji. Dzięki gwarancjom misjonarzy młody żołnierz Guardia Nacional, może jeszcze niezbyt zorientowany we wszystkich zarządzeniach stołecznych, daje nam zezwolenie na wyruszenie w górę Orinoko.

Po pięciu godzinach docieramy do Mavaca. Humboldtowi, którego łódź poruszała się jedynie dzięki pracy wioseł, pokonanie tego samego odcinka zabrało trzy i pół dnia. W osadzie żyje sześciuset Yanomami, przyzwyczajonych już do kontaktów z białym człowiekiem. Salezjanie przyjmują nas bardzo serdecznie. W czyściutkim pomieszczeniu jemy wspaniałą kolację, pijemy kawę i rozmawiamy o naszych planach. Ojciec Bortoli polecił wezwać jednego z Indian, który od tej chwili będzie naszym przewodnikiem. Nazywa się Miguel i należy do podgrupy Tayariteri. Nosi długie włosy, mówi poprawnie po hiszpańsku. "Będzie lojalny i niezastąpiony we wszystkich kontaktach z Indianami - zapewniają misjonarze. - Oprócz naszego języka zna jeszcze parę dialektów, którymi posługują się szczepy osiadłe w górnym biegu Orinoko".

Przez dwa miesiące będziemy musieli być absolutnie samowystarczalni, sprawdzamy więc po raz ostatni swoje bagaże: żywność, wyposażenie, leki, paliwo, podarki. Zabrałem na tę wyprawę dwanaście maczet i sporo noży, co powinno nam ułatwić zawieranie przyjaźni z tubylcami. Jeden z zakonników ofiarował mi bardzo dokładną mapę, na której zaznaczone są miejsca, gdzie żyją Yanomami, a także trudne do pokonania, niebezpieczne bystrza, z których każde nosi własną, odrębną nazwę. Jestem mu również wdzięczny za listę najpotrzebniejszych słów, coś w rodzaju malutkiego słownika dialektu tayariteri.

Opuszczamy wioskę żegnani przez wszystkich siedmiu misjonarzy. Do źródeł Orinoko jest stąd niewiele ponad dwieście kilometrów. Wydaje się, że to mało, wkrótce jednak przekonamy się, że to ogromnie dużo. Rzeka nagle staje się węższa i płytsza, zaczyna się wić jak alpejski potok, jej nurt jest coraz szybszy i groźniejszy.

Słońce praży bezlitośnie. Zatrzymujemy się w maleńkiej zatoczce, żeby rozprostować kości i przekąsić co nieco. Z dżungli dobiegają krzyki małp, gwizdy i świergoty najrozmaitszych gatunków ptaków. Potężnym echem niosą się dźwięki, wołania, melodyjne, a czasami nieprzyjemnie drażniące ucho śpiewy.

Obwałowania rzeki, wystawione na silne, przyspieszające wegetację flory działania słońca, przeżywają prawdziwy atak różnego rodzaju pnączy, które znakomicie maskują strukturę lasu. Wystarczy jednak przebić się przez ich zasłonę, aby móc rozróżnić nawarstwiające się kolejno na siebie poziomy roślinności. Przy samej ziemi królują mchy, trawy, krzewy, które rosną w środowisku wilgotnym i prawie pozbawionym światła. Drugą warstwę stanowi podszyt, złożony z małych palm, paproci, a przede wszystkim lian, które oplatają się wokół pni i rozpinają pomiędzy nimi, sprawiając, że teren staje się praktycznie nie do przebycia. Te zdrewniałe rośliny, znacznych rozmiarów i tak wytrzymałe, że nie złamią się nawet pod ciężarem Tarzana, stanowią jeden z najbardziej widowiskowych elementów dżungli. Jeszcze wyżej są drzewa, którym udało się stoczyć zwycięską walkę o dostęp do światła, a ponad nimi odcinające się wyraźnie na tle nieba, wysokie na czterdzieści, sześćdziesiąt metrów majestatyczne palmy, wystawiające swe wielkie, wachlarzowate pióropusze na działanie słońca, jakby chciały upoić się jego ciepłymi promieniami.

Przez gęstwę roślinności przenika wyblakłe, widmowe światło, uwydatniające kształty oślizłych, żółtych i czarnych korzeni. Na olbrzymich, powalonych pniach gnijących od wilgoci, wyrastają trujące grzyby o metrowej nieraz średnicy, zdumiewająco piękne, zdobne w czerwone lub turkusowe koronki.

W lesie tropikalnym toczy się bezustanna walka o przetrwanie. Silniejsze rośliny zabijają słabsze, wykorzystując je jako pokarm. Zwierzęta obdarzone większym sprytem pożerają te, które są bezbronne. Śmierć jednych daje życie innym. Pełno tu roślin-pasożytów, które żyją kosztem innych, czerpią z nich soki i powoli je zabijają.

Zanim zdążyliśmy wyruszyć w dalszą drogę, niebo zasnuło się ciężkimi chmurami i za chwilę tropikalna ulewa zaczęła gwałtownie bębnić w sklepienie lasu.

Po deszczu dżungla wydziela intensywny, cierpki zapach, przenikliwą woń mchów i grzybów, nad podziw przyjemną, mimo że świadczy o toczących się procesach rozkładu. Niestety, pojawiają się też gęste jak mgła roje kąśliwych owadów, które zaraz oblepiają nasze wilgotne ciała.

Im dalej w górę rzeki, tym częstsze stają się zakola i małe bystrza. Kierujemy łódź ku brzegowi, w pobliżu którego nurt jest mniej gwałtowny. Od czasu do czasu do rzeki wpadają małe ruczaje. Mijamy położoną na lewym brzegu osadę El Platanal. Nazwę tę nadała jej jedna z francuskich ekspedycji, ponieważ znajdowała się tu plantacja dużych, przeznaczonych do smażenia i pieczenia bananów, po hiszpańsku - platanos. Jednakże Yanomami nazywają swą wioskę Majekodo-Tedi. Majekodo to w ich narzeczu Orinoko, tedi zaś bądź teri oznacza stałe obozowisko. Na brzegu pokazują się tubylcy, którzy krzyczą, śmieją się i gestykulują. Nie zatrzymujemy się, ponieważ zależy nam na pokonaniu jak najdłuższego odcinka trasy.

W tym miejscu rzeka ma zaledwie dwieście metrów szerokości i zaczynają się prawdziwie niebezpieczne progi. Silniki pracują pełną mocą, by pokonać szybkie, pełne zawirowań prądy tworzące się między sterczącymi z wody pojedynczymi skałami.

Spieniona woda i ogłuszający hałas zapowiadają Raudal des Guaharibo*, przecinające Orinoko zaporą z granitowych skał, istne słupy Heraklesa. Katarakta rozdziela liczne wysepki i skaliste płycizny. Skończyły się wakacje, od tej chwili zaczyna się poważna przygoda. Na mapie zaznaczono wiele trudnych do przebycia miejsc na rzece: kaskady Codazziego, Dieza de la Fuente, bystrza Wytężonych Sił, El Sombrerazo, Montserrat, Culebra itd.

Raudal (hiszp.) - progi i bystrza.

Rozbijamy obozowisko na największej z wysp. Mokre gałęzie palą się z trudem, wysyłając w niebo delikatny pióropusz dymu. Niskie, zduszone płomienie oświetlają tylko najbliższy skrawek terenu. Z dżungli dobiegają coraz to inne, niewiadomego pochodzenia odgłosy. Po zawieszeniu hamaku, płachty przeciwdeszczowej i moskitiery idę z Miguelem na poszukiwanie najlepszego przejścia dla naszej łodzi. Nagle ciszę przeszywa huk grzmotu i po chwili z czystego nieba spada gwałtowny deszcz, zacina wściekle łamiąc gałęzie i odzierając drzewa z liści.

Wczesnym rankiem, po podniesieniu się mgły, załadowujemy bagaż na plecy i ruszamy pieszo, torując sobie maczetami drogę wśród gęstej roślinności i pilnie bacząc, by nie oddalić się zbytnio od brzegu. W ciągu siedmiu godzin pokonujemy odcinek nie dłuższy niż dwa kilometry. Potem musimy pomóc naszemu mechanikowi i jego pomocnikowi w przeciągnięciu łodzi przez wąskie, pełne wirów przesmyki.

Po południu tego samego dnia jeszcze dwa razy musimy wyładowywać bagaże i przenosić je kilkaset metrów lądem. Wiele wysiłku wymaga też przepchnięcie tą samą drogą łodzi. Podkładamy pod nią pnie, po których ślizga się jak po kolejowych podkładach. Gorąca, lepka wilgoć pokrywa każdy milimetr naszej skóry.

Znów płyniemy, ale niedługo. Zrobiło się późno i trzeba znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Jeszcze godzina pracy i nareszcie możemy zjeść i odpocząć. Zapada noc, panują egipskie ciemności. Leje, jakby nigdy nie miało przestać, jakby zaraz miał nadejść koniec świata. Spoglądamy co chwilę w stronę rzeki, która niebezpiecznie przybiera.

Rano, kiedy już jesteśmy gotowi do dalszej drogi, składa nam wizytę trzech krajowców, wyraźnie podnieconych naszą obecnością. Są uzbrojeni w łuki, strzały, ale nie wydają się nastawieni wojowniczo. "Shori, shori!" - przyjaciele, przyjaciele - witamy się z nimi i dajemy im naszą maczetę oraz dwa noże.

Także i dziś pokonujemy niewiele kilometrów. Wiele razy rozładowujemy łódź. Bez obciążenia łatwiej jest pokonać odcinki spienionej wody, z której wystają wielkie, gładkie i lśniące głazy.

Później, w miejscu, gdzie rzeka wygina się na kształt litery "s", gigantyczna bariera skalna, Penascal, całkowicie zagradza drogę. Przed stuleciem zatrzymała się tu ekspedycja Chaffanjona, w przekonaniu, że właśnie stąd bierze początek Orinoko. My wiemy, że potrzeba jeszcze wiele dni, aby dotrzeć do źródeł. Nie zdołaliśmy tego dnia pokonać tej przeszkody, zatrzymujemy się więc na noc w jej pobliżu, ale ogłuszający hałas nie pozwala nam zmrużyć oka.

Kiedyś na Borneo bałem się, żeby nie zabłądzić, tutaj natomiast niepokoi mnie myśl, że możemy rozbić łódź i znaleźć się w tych ostępach bez środka transportu. Na razie czas działa na naszą korzyść. Jest połowa października, deszcze stają się coraz rzadsze, wody Orinoko opadają i ich poziom jest już wystarczająco niski, by uspokoić nieco niebezpieczne progi i wodospady.

Wspólnymi siłami przepychamy pirogę przez kolejne skalne progi, później wyrasta przed nami wodospad i musimy szukać nowej drogi na grząskim i śliskim brzegu pokrytym warstwą czerwonej gliny. Zaczynają nam ciążyć zmęczenie, osamotnienie i trudy oraz świadomość, że w każdej chwili możemy spotkać wojowniczych Indian. Posuwamy się naprzód w napięciu, opadają nas wątpliwości, czy uda nam się pokonać oczekujące nas jeszcze przeszkody. Oczywiście wiedzieliśmy, że wyprawa w górę Orinoko to nie spacer, ale szczerze mówiąc sam nie spodziewałem się, że droga do tego stopnia będzie najeżona trudnościami. Muszę uważać na moich towarzyszy i w razie potrzeby podnosić ich na duchu, chociaż właściwie dobrze ich znam i myślę, że okażą się wystarczająco odporni.

Miejscami rzeka ma już nie więcej niż dwadzieścia metrów szerokości. Podczas krótkiego postoju, jaki zrobiliśmy na małej polance, po cichu zbliżają się do nas trzej nadzy Indianie. Początkowo stoją bez ruchu, później zaczynają krzyczeć i wymachiwać w naszą stronę łukami. Jeden wymierza strzałę prosto we mnie. Zazwyczaj tubylcy zachowują się w ten sposób, kiedy chcą kogoś zastraszyć, nie sposób jednak przewidzieć, jakie są ich prawdziwe zamiary. Ostentacyjnie podnosimy ręce do góry, żeby ich nie niepokoić. Miguel zaczyna ożywioną przemowę, która ciągnie się przez długie minuty. Goście opuszczają broń, a nasz towarzysz wyjaśnia nam, że mężczyźni należą do jednej z grup Tayariteri, która praktycznie nie ma żadnych kontaktów ze światem zewnętrznym.

Zlecam naszemu przewodnikowi zadanie prowadzenia pertraktacji, mających na celu umożliwienie nam zbliżenia się do tubylczej wspólnoty. Dwaj mężczyźni odchodzą, by powrócić następnego dnia, tym razem w licznym towarzystwie. Są dość natrętni, ciekawscy, bez skrępowania podchodzą do łodzi, dotykają nas, zaczynają zabierać różne leżące na wierzchu przedmioty. Miguel grzecznie, ale stanowczo wyjmuje im to wszystko z rąk. Musimy uważać, ponieważ Yanomami, tak samo jak inne prymitywne ludy, w zasadzie nie znają pojęcia własności. O ile kradzież uchodzi za coś nagannego, o tyle zagarnięcie cudzych rzeczy przemocą uważane jest za naturalne i uzasadnione.

Indianie dają znak, że możemy płynąć do ich osady i wskazują nam mały, niemal niewidoczny ruczaj, istny tunel w gęstwinie roślinności. Wkrótce opuszczamy go i dalszą część drogi odbywamy piechotą. Jest duszno i parno. Ścieżynka pogrążona w półmroku jest błotnista i często zablokowana pniami wielkich powalonych drzew, które musimy obchodzić narażając się na nieustanne pokłucia ostrymi krzakami.

Wreszcie docieramy do oazy pierwotnego świata. Dzieci uciekają z krzykiem do rodziców, którzy nie przejawiają żadnego zainteresowania niespodziewanymi gośćmi. Jednak w ciągu kilku minut atmosfera ulega zmianie. Indianie cisną się wokół okazując swe zadziwienie naszymi wąsami i włosami na piersiach. Zdumiewa mnie, jak szybko potrafią zmieniać wyraz twarzy, która w mgnieniu oka z uśmiechniętej przechodzi w zaniepokojoną lub groźną. Niemal siłą musimy bronić swoich bagaży aż do czasu, gdy Miguelowi uda się odnaleźć "tusziaua", wodza plemienia o dźwięcznym imieniu Rohariwe, który przyjmuje nas, nie przestając bujać się w hamaku. Jego surowa twarz nie zdradza żadnych emocji i dopiero po dłuższej chwili wódz oznajmia, że w tym szaponie nie stanęła jeszcze noga Europejczyka. W jego ręce składamy nasze dary: maczety, garnki, kolorowe paciorki, żyłki, haczyki. Jednak pomny rady ojca Smaruja, który zalecał nawiązanie wymiany towarowej, aby nie przyzwyczajać tubylców do bezpłatnego otrzymywania prezentów, proponuję wodzowi całe nasze bogactwo w zamian za kilka łuków, strzały, koszyki wyplatane z włókna roślinnego i ozdób z kolorowych piór.

Nasz tłumacz oświadcza, że zostaliśmy zaakceptowani przez wspólnotę i dopóki cieszymy się życzliwością naczelnika, nikt nie ośmieli się nas dotknąć.

Jesteśmy w szaponie, wielkim wspólnym domu Yanomami, o charakterystycznym kolistym kształcie i średnicy przynajmniej 50 metrów. Nie ma tu ściany zewnętrznej ani przegród oddzielających od siebie miejsca zamieszkiwane przez poszczególne rodziny. Pokryty plecionką z palmowych liści jeden olbrzymi dach przypomina wielką wiatę. Uderza mnie funkcjonalność tej konstrukcji, jej doskonałe dostosowanie do potrzeb życia społecznego, gwarantujące poczucie bezpieczeństwa pośród dzikiej dżungli. Żyje tu kilkadziesiąt rodzin, każda skupiona wokół własnego ogniska. Na słupach podtrzymujących dach wiszą kosze, kołczany, wiązki tytoniowych liści, kiście bananów, rozmaite przedmioty należące do poszczególnych rodzin.

Znajdujący się w samym środku dziedziniec, uporządkowany i bardzo czysty, jest nieco wzniesiony. Sieć kanalików odprowadza wodę na zewnątrz, co zapobiega tworzeniu się w tym miejscu błota.

Zaczynamy rozlokowywać nasze bagaże, rozwieszać hamaki i moskitiery; zaciekawione oczy tubylców śledzą każdy nasz ruch. Jakiś chłopak rozpala dla nas ognisko, po chwili układa obok niego stosik patyków. Wokół zaczyna się unosić zapach palącego się drewna. Adriano potyka się o swój worek, co wywołuje u naszych sąsiadów takie salwy śmiechu, że psy, które już spokojnie spały, nagle budzą się i zaczynają szczekać. Z biegiem czasu zainteresowanie naszą obecnością słabnie i wreszcie możemy poruszać się swobodniej.

Na lewo od miejsca, które pozwolono nam zająć, jakaś kobieta karmi piersią niemowlę, dwójka innych dzieci uczepiła się jej nóg. Na prawo staruszka piecze zawinięte w liście jedzenie. Na zewnątrz, w odległości paru metrów, siedzą dwaj osobnicy. Mają charakterystyczne tonsury na środku głowy, podobne do tych, jakie noszą franciszkanie. Są zajęci wdychaniem halucynogennego proszku zwanego epená. Jeden z nich przytyka do nozdrza długą rurkę, jego towarzysz bierze głęboki wdech, po czym wdmuchuje małą dawkę narkotyku bezpośrednio do dróg oddechowych kolegi. Tamten wstrząsa się, mruży oczy, zanosi się niepohamowanym kaszlem. Obydwaj znajdują się już w stanie silnego podniecenia. Mają błyszczące, załzawione oczy i nieobecny wzrok. Z nosa i ust wycieka im zielonkawa ślina.

Używanie tej substancji, dość rozpowszechnionej w południowoamerykańskiej dżungli, jest częścią magicznego rytuału, który ma na celu przywołanie duchów zwierząt i roślin i wprowadzenie ich do własnego ciała w celu uzyskania od nich pomocy lub pozbycia się choroby. Szamani wdychają ten środek halucynogenny, aby pod jego wpływem odbywać mistyczne "podróże" do nieba, przepowiadać przyszłość, odkrywać przyczyny chorób; wojownicy stosują go dla wzmocnienia swej siły, a myśliwi po to, by sobie zapewnić obfitą zdobycz.

Proszek do wdychania uzyskuje się z kory lub nasion pewnych roślin. Proces przygotowania jest dość skomplikowany, obejmuje między innymi suszenie na słońcu, a następnie w pobliżu ognia. Później otrzymany w ten sposób produkt w kolorze popielatozielonym rozciera się w dłoniach na proszek i wsypuje do bambusowych pojemników.

Przed zachodem słońca zostajemy zaproszeni na kolację do naczelnika, który jest zarazem miejscowym czarownikiem. W czasie pokoju sprawuje on nieograniczoną władzę, rozdziela wspólnie upolowaną zwierzynę, rozsądza spory, kieruje budową szaponu, jest przekazicielem tradycji i pośrednikiem między ludźmi a siłami nadprzyrodzonymi. W okresach wojen natomiast, które są wśród tubylców bardzo częste, dowództwo obejmuje jeden z wojowników, wybrany spośród najsilniejszych i najodważniejszych mężczyzn.

Siedząc po turecku, próbujemy przyrządzonych w dżungli potraw. Aby nie obrazić gospodarza, musimy zjeść opiekane larwy i gąsienice. Na szerokich bananowych liściach leżą kawałki anakondy i twarde jak kamień, cuchnące mięso kajmana. Miguel poleca nam dopiero co upolowaną małpę. Kosztujemy, ale mnie i moim dwóm przyjaciołom lepiej smakuje podpłomyk z mąki z manioku, zmieszanych z prawie czarnym proszkiem, uzyskanym ze zmielonych mrówek.

Odprężam się widząc, że w jadłospisie nie figuruje sfermentowana chicha, rozpowszechniony w Amazonii napój alkoholowy, do wypicia którego wielokrotnie zmuszały mnie okoliczności. Najczęściej robi się ją z manioku, dużej bulwy rośliny uprawianej w całej strefie tropikalnej. Kobiety z wioski żują gotowane bulwy, a następnie wypluwają je do naczynia, w którym ulegają fermentacji. Po kilku dniach zawiesina jest gotowa, można rozcieńczyć ją wodą i wypić.

Stefano i Adriano przeżywają chwile euforii. Prawdę mówiąc, nie spodziewali się, że można jeszcze spotkać społeczność nie skażoną żadnymi zewnętrznymi wpływami, która żyje w całkowitej izolacji od świata, w oazie chronionej przez odległość i niedostępność otaczających ją terenów. Także dla mnie jest to fascynujące zanurzenie się w prehistorię. Moi przyjaciele atakują Miguela tysiącami pytań, chcą dowiedzieć się wszystkiego o tym plemieniu, które do dziś żyje tak, jakby nadal trwała epoka paleolitu, nie zna obróbki metali ani nawet nie wyrabia narzędzi z kamienia.

Mimo że ich siedliska znajdują się w pobliżu rzek, Yanomami nie nauczyli się budować czółen ani tratw, nie potrafią nawet pływać. Do dziś rozpalają ogień pocierając o siebie kawałki drewna dzikiego kakaowca. Nie znają i nie używają żadnych instrumentów muzycznych. W czasie walki porozumiewają się wydając jednosylabowe okrzyki i z tego powodu inni Indianie nazywają ich pogardliwie guajaribos, czyli wyjące małpy. A jednak i oni mają swą własną kulturę, rygorystycznie przestrzegany kodeks moralny, silnie rozwinięty instynkt rodzinny i wspólnotowy. Znają lecznicze właściwości ziół, glinek i pleśni oraz trujące działanie roślin, które wykorzystują w myślistwie i łowiectwie.

Yanomami są plemieniem półkoczowniczym. Żyją w miejscach z trudem wydartych nieprzebytej dżungli, a ich osady oddalone są od siebie o całe dni żmudnego marszu. Kiedy okoliczne zasoby zostaną wyczerpane, wspólnota migruje i zdarza się, że zmienia miejsce pobytu co trzy, cztery lata.

To prawda, że Yanomami zbierają i jedzą leśne owoce, ale jest również prawdą, że uprawiają wiele jadalnych roślin. Żyją z myślistwa, używając do polowania łuków i dzid. Łowią ryby, posuwając się niekiedy do zatruwania wody za pomocą specjalnych ziół i kory; funkcję sieci pełnią wielkie kosze. Nie hodują zwierząt na mięso, udało im się natomiast udomowić wiele leśnych stworzeń, zwłaszcza ptaków, których piór używają do ozdoby.

Dla ozdoby dziewczęta przekłuwają skórę cieniutkimi białymi patyczkami: jeden przechodzi przez nozdrza, drugi przez środek dolnej wargi, a jeszcze dwa inne zdobią oba kąciki warg. W przekłutych małżowinach usznych noszą kwiaty, małe wiązki ziół lub liści, albo kolczyki wykonane ze zwierzęcych zębów.

Indianie malują ciała barwnikami roślinnymi. Czarny jest kolorem wojennym, czerwony i fioletowy towarzyszą świętom i obrzędom. Zazwyczaj warstwa czerwonego barwnika służy jako ochrona przed ukłuciami licznych owadów.

Wszyscy mają zdeformowaną dolną wargę od trzymania między zębami a jej wewnętrzną stroną wałeczka z tytoniu ugniecionego z popiołem, który daje się nawet małym dzieciom. Nikt tu natomiast nie pali ani nie pije płynów poddanych fermentacji.

Yanomami przestrzegają licznych tabu, są zawsze czujni, obawiając się ataku złych duchów albo mieszkańców pobliskich wiosek. Przyczyną napaści tych ostatnich bywają prawie zawsze oskarżenia o czary albo pragnienie odwetu. Są one uważane za zwycięskie wtedy, gdy agresorom udaje się zabić przynajmniej jednego człowieka i uciec, nie pozwoliwszy się rozpoznać. Wojna zawsze toczy się bez spotkania twarzą w twarz, polega na urządzaniu zasadzek albo napadach o świcie na pogrążone jeszcze we śnie szapony. Na ogół zabija się jedynie mężczyzn, oszczędzając kobiety i dzieci. Bardzo często młode kobiety są porywane, by stać się wspólną własnością wszystkich mężczyzn, zarówno wolnych, jaki tych, którzy już mają żony. Nierzadko chęć zaspokojenia popędu płciowego popycha młodych do wyruszenia na wojnę przeciwko sąsiadom.

W 1956 roku świat poznał niewiarygodną historię Heleny Valero, kobiety krwi hiszpańskiej, która zdołała uciec od Yanomami 24 lata po tym, jak została przez nich porwana. Jej opowieść, spisana przez włoskiego antropologa Ettore Biocca, jest wyjątkowo cennym dokumentem naukowym o życiu w dżungli oglądanym od wewnątrz, oczami ludzi, którzy uważają białych za swych odwiecznych wrogów, przynoszących im choroby i śmierć. Była to opowieść o świecie, jakiego z całą pewnością nigdy nie poznał żaden biały.

Życie Indian płynie w zupełnie innym wymiarze czasu, nie istnieją dla nich pojęcia takie, jak wczoraj albo jutro. Tu trwa wiecznie dziś, ze wszystkimi swymi niebezpieczeństwami. Znają liczby jeden, dwa i trzy, potem określają wszystko słowem bruka, czyli dużo.

Małżeństwa zawierane są między mieszkańcami pobliskich szaponów. Mężczyzna może mieć dwie lub nawet trzy żony, wówczas ustala się między nimi hierarchia - zawsze najstarsza kieruje pozostałymi. Mówienie o wierności w odniesieniu do społeczności, w której mąż nieraz odstępuje żonę młodszym braciom albo ważnemu gościowi, mogłoby się wydawać pozbawione sensu. Tymczasem wcale tak nie jest. Niektóre rodzaje niewierności są wręcz usankcjonowane przez plemienne prawa, na przykład wtedy, kiedy kobieta chce urodzić dziecko, a jej mąż jest bezpłodny. Niewierność kobiety zawsze staje się powodem napięć wewnątrz grupy. Kiedy zostaje odkryta, żona dostaje baty, a zraniony na honorze mąż bije się z jej kochankiem, okładając go grubym kijem po głowie.

Życie w lesie tropikalnym nie jest idyllą, umiera tu co drugi noworodek. Klimat równikowy jest zabójczy, a dżungla pełna pułapek. Szerzą się infekcje pokarmowe i zakażenia pasożytami. Macierzyństwo jest ciężką próbą, kobiety przedwcześnie się starzeją, tylko nieliczne dożywają okresu menopauzy. Czterdziestoletni mężczyzna uważany jest za starszego plemienia. Średnia długość życia nie przekracza trzydziestu lat.

Największą obrazą Yanomami jest powiedzenie mu, że boi się śmierci. Chory zawsze jest tu otoczony powszechną troską, może liczyć na wszelką pomoc, jaką jest w stanie zapewnić mu prymitywna wspólnota.

Kiedy ktoś umrze, jego zwłoki poddaje się kremacji. W czasie obrzędu krewni nieboszczyka wykonują przejmujący taniec, rzucając w płomienie należące do niego łuki, strzały, ozdobne kosze. Później wyprażone kości rozciera się na proszek w moździerzu i w takiej postaci dodaje do papki z bananów, którą podczas wspólnotowego rytuału spożywają krewni i przyjaciele zmarłego.

Kiedy na świat przychodzi zdeformowane dziecko, często zostaje zabite. Podobny los spotyka także jedno z bliźniąt, ponieważ matce niezwykle trudno jest wykarmić dwoje niemowląt. Rodzice bardzo kochają swoje potomstwo i uczą je odwagi. Dzieci mają obowiązek oddawać każdy otrzymany cios, zgodnie z zasadą: ugryzienie za ugryzienie, cios za cios. Nie dopuszcza się przebaczenia. Takie wychowanie, prowadzone od najwcześniejszych lat, wpaja im żelazne prawa, od których nie odstąpią przez całe życie.

Ognisko napełnia dymem całe poddasze i powoli ogrzewa chłodne, mocne powietrze. O tej porze szapon jest niewidocznym punktem w dżungli, kroplą wody w zielonym oceanie.

Nadzwyczajna przygoda zmusza mnie do refleksji. Czuję się tutaj intruzem, podarowane przedmioty są w jakimś sensie przyczynkiem do zmiany tradycyjnego stylu życia Indian. Najlepszą metodą obrony ich tradycji byłoby omijanie ich z daleka, każdy bowiem, kto do nich trafia, stanowi potencjalne zagrożenie.

Oblicza się, że na terytorium o powierzchni 15 tysięcy kilometrów kwadratowych, na granicy Wenezueli z Brazylią, żyje dziś około 20 tysięcy Yanomami, podzielonych na sto klanów. Jak długo jeszcze zdołają przetrwać zagubieni w czasie?

Gwałtowny proces wywłaszczenia terytorialnego, połączony z dewastacją środowiska, zapoczątkowaną przez budowę dróg, wyrąb lasów, potem kontynuowaną przez garimpeiros, jest ogromnym zagrożeniem dla tubylców, którzy potrzebują dużych przestrzeni do życia. Pomimo wysiłków wielu międzynarodowych kampanii solidarnościowych mających na celu obronę Yanomami, ich los jest, niestety, przesądzony. Wprawdzie rząd Wenezueli stworzył w górnym Orinoko ogromny, bo liczący 4 600 000 hektarów, Rezerwat Biosfery Parima Tapirapeko, zamknięty dla wszelkich wizyt, ale władze brazylijskie nie są w stanie zahamować fali najeźdźców.

Przytłoczeni nadmiarem wrażeń opuszczamy naszych nowych przyjaciół. Kiedy rankiem wsiadamy do łodzi, grupa mężczyzn - z przewieszonymi przez szyję hamakami z włókna z liści palmowych i nieodłącznymi łukami - oddala się gęsiego, niknąc po chwili w półmroku swego świata: zielonej, wilgotnej, zaciągniętej mgłą dżungli. Poszli na polowanie czy może na wojnę? Nie dowiemy się już tego nigdy.

Niestety, nasza ekspedycja załamuje się. Rezygnujemy z dalszych ambitnych planów, na nic bowiem tutaj zdaje się doświadczenie, determinacja, dyscyplina czy instynkt. Po konsultacji z naszymi gospodarzami Miguel jest zdania, że nie mamy już szans na powodzenie pierwotnych zamierzeń. Można by wprawdzie starać się zbliżyć do źródeł Orinoko, być może nawet do nich dotrzeć, ale deszcze nieoczekiwanie się skończyły i zbyt niski poziom wody skazałby nas na utkwienie na płyciznach rzeki, skąd powrót byłby możliwy tylko za pomocą śmigłowca, co oczywiście nie leżało w naszym programie.

Żyją tam pierwotne i niekiedy agresywne plemiona Indian Yanomami, którym w przeszłości nadawano rozmaite nazwy: Waika, Sziriana, Guaharibo i którzy uważani są za jedną z najprymitywniejszych wspólnot indiańskich na kontynencie południowoamerykańskim. Te dzieci prehistorii należą do ostatnich grup etnicznych, dla których czas zatrzymał się jeszcze w epoce kamiennej. Zazdrośnie strzegą swych zwyczajów i kultury, żywiąc tradycyjny szacunek wobec przyrody, która ich otacza.

Wielu z nich - właściwie nawet większość - żyje dziś przy misjach katolickich i protestanckich, a ich dzieci uczęszczają do szkół. Pozostali, którzy zdołali się do tej pory uchronić od kontaktu z białym człowiekiem, rozsiani są wzdłuż małych, niedostępnych rzek, których bystrza i wodospady stanowią skuteczną barierę przed inwazją naszej cywilizacji. Ale nie na długo. Nasze pokolenie będzie prawdopodobnie ostatnim, które może zaświadczyć o ich istnieniu. Proces asymilacji jest tak gwałtowny, że w ciągu niewielu lat Yanomami zapewne przestaną istnieć jako wspólnota tubylcza.

Doświadczenia zdobyte w trakcie wielokrotnych podróży po Amazonii pozwoliły mi na zorganizowanie ekspedycji naukowej do źródeł Orinoko, rzeki zbadanej częściowo już bardzo dawno, lecz poznanej dokładnie na całej długości 2500 kilometrów zaledwie w połowie ubiegłego wieku. Miejsce, gdzie bierze początek jedna z najpotężniejszych arterii wodnych świata, zostało odkryte dopiero w 1951 roku przez francusko-wenezuelską ekspedycję naukową.

Trzy dni temu opuściliśmy Puerto Avacucho, żegnani przez starych przyjaciół Charlesa Cariasa Brewera i Jose Miguela Pereza, by dotrzeć drogą lądową do Samariapo, położonego za bystrzami Atures i Maypures, skąd Orinoko jest już żeglowne.

W wydłubanym z jednego pnia dwunastometrowej długości bongo, z dwoma przyczepnymi silnikami o mocy 40 koni mechanicznych, płyniemy w górę imponującej rzeki, między dwiema olbrzymimi ścianami zwartej pierwotnej dżungli, przerywanymi od czasu do czasu przez wyłaniające się z gęstwiny skalne formacje w kolorze rdzy. Coraz rzadziej pojawiają się osady zamieszkałe przez małe, tubylcze wspólnoty Piaroa, Maquiritares, Banivas i inne, zasiedlające brzegi wielkiej rzeki.

Z prawej strony mijamy odgałęzienie Orinoko, rzekę-kanał Casiquiare, fenomen geograficzny jedyny na świecie. Kanał, o długości 320 km, wpadający do Rio Negro, łączy dwa wielkie systemy rzeczne: Amazonki i Orinoko. W 1880 roku przepłynął nim Alexander von Humboldt, ojciec współczesnej geografii naukowej.

Prawie dokładnie naprzeciw Casiquiare, rozłożyła się mała osada Tamatama. Za nią, pośród trawiastej sawanny wyrasta Cerro Duida, 2579 m n.p.m., jedna z najbardziej niezwykłych scen w Południowej Ameryce, która kiedyś bardzo zafascynowała niemieckiego podróżnika von Humboldta. Kilka godzin drogi dalej leży Esmeralda, i tam przebiega granica, której praktycznie prawie nikt nie może przekroczyć.

Od kilku lat władze w Caracas nie wydają już zezwoleń nawet ekspedycjom naukowym, a to dlatego, aby zachować równowagę pierwotnego środowiska, oazy dzikości broniącej się przed niszczącymi wpływami człowieka, a przede wszystkim, aby uniemożliwić kontakty z tubylcami, władcami tych ziem, zdziesiątkowanymi już przez armie garimpeiros, poszukiwaczy złota.

W 1986 roku wybuchła gorączka złota w rejonie rzeki Catrimani w Brazylii. W ciągu kilku miesięcy na terytorium Yanomami pojawiło się kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy z biegiem czasu rozszerzyli swoje nielegalne poszukiwania także na terytorium Wenezueli, zmuszając Indian do opuszczenia swoich ziem. Oblicza się, że na tych terenach wydobywa się prawie 2 tony złota miesięcznie, a wiadomo też, że aby otrzymać gram tego kruszcu używa się gram rtęci, którą rozpuszcza się w wodzie w celu zebrania złotego piasku i oddzielenia go od nieczystości. Trująca rtęć spływająca rzekami stanowi oczywiście duże zagrożenie dla zdrowia mieszkańców rejonu.

Postępujący nieustannie "rozwój ekonomiczny" w tym zakątku kontynentu jest dla Yanomami synonimem śmierci i zagłady. Według raportu prokuratora Carlosa Victora Muzzi tylko na początku lat dziewięćdziesiątych z winy garimpeiros zginęło w Brazylii przynajmniej 1500 Indian, to jest 15% tej społeczności. Liczba astronomiczna, jeśli pamiętać, że odpowiada proporcji zabitych w Europie w czasie II wojny światowej.

Starcie Yanomami ze światem dotychczas im nieznanym i z technologią dwutysięcznego roku - śmigłowce, telewizja, broń, dragi, koparki - zmusiło Indian, tych najsłabszych i bezbronnych, do uzależnienia się od obcych im obyczajów. Jeśli do tego dodać gwałty, alkoholizm, prostytucję, nielegalny handel bronią, narkotykami, minerałami, otrzyma się obraz rozpadu kulturowego społeczności indiańskich.

Pomimo surowych przepisów zdołałem jednak uzyskać zgodę gubernatora terytorium Amazonas na poruszanie się w rejonie górnego Orinoko. Zdawałem sobie sprawę z tego, że nie jest to dokument w pełni prawomocny, ponieważ tylko Ministerstwo Ochrony Środowiska ma prawo udzielać takiej zgody. Wiedziałem jednak, że taki dokument może się przydać. Liczyłem przede wszystkim na pomoc misjonarzy salezjańskich: Andrzeja Smaruja i Giuseppe Bortolego, pracujących tam od wielu lat w ekstremalnie trudnych dla Europejczyka warunkach. Ojciec Bortoli jest bratem proboszcza z Asiago, górskiej miejscowości letniskowej, położonej o pół godziny drogi od mojego domu, i właśnie dzięki niemu dostałem obietnicę poparcia i protekcji.

I oto teraz, wraz z dwoma przyjaciółmi, antropologami Stefano Scandolą i Adriano Marchettim, przybijamy do brzegu w Esmeralda, osadzie założonej w XVII wieku przez Diego de la Fuente. Słońce chowa się za drzewami, krwawoczerwone niebo rozpłomienia rzekę swoim ogniem. Nocujemy w kolegium misjonarzy, gdzie kilkuset młodych Indian nawiązuje pierwszy kontakt z naszą cywilizacją.

Niewiele kilometrów stąd w kierunku północnym, w sercu sawanny bogatej w rzeki o ciemnych, lecz przejrzystych wodach, wznosi się amfiteatralnie ukształtowany imponujący granitowy masyw Duidy, o wysokości ponad dwóch tysięcy metrów, pionowych zboczach i z nagim skalistym szczytem, który nadaje wspaniały wygląd całemu krajobrazowi.

Nie mogę jeszcze uwierzyć, że udało nam się pokonać wszystkie biurokratyczne przeszkody i teraz możemy skoncentrować się tylko i wyłącznie na technicznej stronie ekspedycji. Dzięki gwarancjom misjonarzy młody żołnierz Guardia Nacional, może jeszcze niezbyt zorientowany we wszystkich zarządzeniach stołecznych, daje nam zezwolenie na wyruszenie w górę Orinoko.

Po pięciu godzinach docieramy do Mavaca. Humboldtowi, którego łódź poruszała się jedynie dzięki pracy wioseł, pokonanie tego samego odcinka zabrało trzy i pół dnia. W osadzie żyje sześciuset Yanomami, przyzwyczajonych już do kontaktów z białym człowiekiem. Salezjanie przyjmują nas bardzo serdecznie. W czyściutkim pomieszczeniu jemy wspaniałą kolację, pijemy kawę i rozmawiamy o naszych planach. Ojciec Bortoli polecił wezwać jednego z Indian, który od tej chwili będzie naszym przewodnikiem. Nazywa się Miguel i należy do podgrupy Tayariteri. Nosi długie włosy, mówi poprawnie po hiszpańsku. "Będzie lojalny i niezastąpiony we wszystkich kontaktach z Indianami - zapewniają misjonarze. - Oprócz naszego języka zna jeszcze parę dialektów, którymi posługują się szczepy osiadłe w górnym biegu Orinoko".

Przez dwa miesiące będziemy musieli być absolutnie samowystarczalni, sprawdzamy więc po raz ostatni swoje bagaże: żywność, wyposażenie, leki, paliwo, podarki. Zabrałem na tę wyprawę dwanaście maczet i sporo noży, co powinno nam ułatwić zawieranie przyjaźni z tubylcami. Jeden z zakonników ofiarował mi bardzo dokładną mapę, na której zaznaczone są miejsca, gdzie żyją Yanomami, a także trudne do pokonania, niebezpieczne bystrza, z których każde nosi własną, odrębną nazwę. Jestem mu również wdzięczny za listę najpotrzebniejszych słów, coś w rodzaju malutkiego słownika dialektu tayariteri.

Opuszczamy wioskę żegnani przez wszystkich siedmiu misjonarzy. Do źródeł Orinoko jest stąd niewiele ponad dwieście kilometrów. Wydaje się, że to mało, wkrótce jednak przekonamy się, że to ogromnie dużo. Rzeka nagle staje się węższa i płytsza, zaczyna się wić jak alpejski potok, jej nurt jest coraz szybszy i groźniejszy.

Słońce praży bezlitośnie. Zatrzymujemy się w maleńkiej zatoczce, żeby rozprostować kości i przekąsić co nieco. Z dżungli dobiegają krzyki małp, gwizdy i świergoty najrozmaitszych gatunków ptaków. Potężnym echem niosą się dźwięki, wołania, melodyjne, a czasami nieprzyjemnie drażniące ucho śpiewy.

Obwałowania rzeki, wystawione na silne, przyspieszające wegetację flory działania słońca, przeżywają prawdziwy atak różnego rodzaju pnączy, które znakomicie maskują strukturę lasu. Wystarczy jednak przebić się przez ich zasłonę, aby móc rozróżnić nawarstwiające się kolejno na siebie poziomy roślinności. Przy samej ziemi królują mchy, trawy, krzewy, które rosną w środowisku wilgotnym i prawie pozbawionym światła. Drugą warstwę stanowi podszyt, złożony z małych palm, paproci, a przede wszystkim lian, które oplatają się wokół pni i rozpinają pomiędzy nimi, sprawiając, że teren staje się praktycznie nie do przebycia. Te zdrewniałe rośliny, znacznych rozmiarów i tak wytrzymałe, że nie złamią się nawet pod ciężarem Tarzana, stanowią jeden z najbardziej widowiskowych elementów dżungli. Jeszcze wyżej są drzewa, którym udało się stoczyć zwycięską walkę o dostęp do światła, a ponad nimi odcinające się wyraźnie na tle nieba, wysokie na czterdzieści, sześćdziesiąt metrów majestatyczne palmy, wystawiające swe wielkie, wachlarzowate pióropusze na działanie słońca, jakby chciały upoić się jego ciepłymi promieniami.

Przez gęstwę roślinności przenika wyblakłe, widmowe światło, uwydatniające kształty oślizłych, żółtych i czarnych korzeni. Na olbrzymich, powalonych pniach gnijących od wilgoci, wyrastają trujące grzyby o metrowej nieraz średnicy, zdumiewająco piękne, zdobne w czerwone lub turkusowe koronki.

W lesie tropikalnym toczy się bezustanna walka o przetrwanie. Silniejsze rośliny zabijają słabsze, wykorzystując je jako pokarm. Zwierzęta obdarzone większym sprytem pożerają te, które są bezbronne. Śmierć jednych daje życie innym. Pełno tu roślin-pasożytów, które żyją kosztem innych, czerpią z nich soki i powoli je zabijają.

Zanim zdążyliśmy wyruszyć w dalszą drogę, niebo zasnuło się ciężkimi chmurami i za chwilę tropikalna ulewa zaczęła gwałtownie bębnić w sklepienie lasu.

Po deszczu dżungla wydziela intensywny, cierpki zapach, przenikliwą woń mchów i grzybów, nad podziw przyjemną, mimo że świadczy o toczących się procesach rozkładu. Niestety, pojawiają się też gęste jak mgła roje kąśliwych owadów, które zaraz oblepiają nasze wilgotne ciała.

Im dalej w górę rzeki, tym częstsze stają się zakola i małe bystrza. Kierujemy łódź ku brzegowi, w pobliżu którego nurt jest mniej gwałtowny. Od czasu do czasu do rzeki wpadają małe ruczaje. Mijamy położoną na lewym brzegu osadę El Platanal. Nazwę tę nadała jej jedna z francuskich ekspedycji, ponieważ znajdowała się tu plantacja dużych, przeznaczonych do smażenia i pieczenia bananów, po hiszpańsku - platanos. Jednakże Yanomami nazywają swą wioskę Majekodo-Tedi. Majekodo to w ich narzeczu Orinoko, tedi zaś bądź teri oznacza stałe obozowisko. Na brzegu pokazują się tubylcy, którzy krzyczą, śmieją się i gestykulują. Nie zatrzymujemy się, ponieważ zależy nam na pokonaniu jak najdłuższego odcinka trasy.

W tym miejscu rzeka ma zaledwie dwieście metrów szerokości i zaczynają się prawdziwie niebezpieczne progi. Silniki pracują pełną mocą, by pokonać szybkie, pełne zawirowań prądy tworzące się między sterczącymi z wody pojedynczymi skałami.

Spieniona woda i ogłuszający hałas zapowiadają Raudal des Guaharibo*, przecinające Orinoko zaporą z granitowych skał, istne słupy Heraklesa. Katarakta rozdziela liczne wysepki i skaliste płycizny. Skończyły się wakacje, od tej chwili zaczyna się poważna przygoda. Na mapie zaznaczono wiele trudnych do przebycia miejsc na rzece: kaskady Codazziego, Dieza de la Fuente, bystrza Wytężonych Sił, El Sombrerazo, Montserrat, Culebra itd.

Raudal (hiszp.) - progi i bystrza.

Rozbijamy obozowisko na największej z wysp. Mokre gałęzie palą się z trudem, wysyłając w niebo delikatny pióropusz dymu. Niskie, zduszone płomienie oświetlają tylko najbliższy skrawek terenu. Z dżungli dobiegają coraz to inne, niewiadomego pochodzenia odgłosy. Po zawieszeniu hamaku, płachty przeciwdeszczowej i moskitiery idę z Miguelem na poszukiwanie najlepszego przejścia dla naszej łodzi. Nagle ciszę przeszywa huk grzmotu i po chwili z czystego nieba spada gwałtowny deszcz, zacina wściekle łamiąc gałęzie i odzierając drzewa z liści.

Wczesnym rankiem, po podniesieniu się mgły, załadowujemy bagaż na plecy i ruszamy pieszo, torując sobie maczetami drogę wśród gęstej roślinności i pilnie bacząc, by nie oddalić się zbytnio od brzegu. W ciągu siedmiu godzin pokonujemy odcinek nie dłuższy niż dwa kilometry. Potem musimy pomóc naszemu mechanikowi i jego pomocnikowi w przeciągnięciu łodzi przez wąskie, pełne wirów przesmyki.

Po południu tego samego dnia jeszcze dwa razy musimy wyładowywać bagaże i przenosić je kilkaset metrów lądem. Wiele wysiłku wymaga też przepchnięcie tą samą drogą łodzi. Podkładamy pod nią pnie, po których ślizga się jak po kolejowych podkładach. Gorąca, lepka wilgoć pokrywa każdy milimetr naszej skóry.

Znów płyniemy, ale niedługo. Zrobiło się późno i trzeba znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Jeszcze godzina pracy i nareszcie możemy zjeść i odpocząć. Zapada noc, panują egipskie ciemności. Leje, jakby nigdy nie miało przestać, jakby zaraz miał nadejść koniec świata. Spoglądamy co chwilę w stronę rzeki, która niebezpiecznie przybiera.

Rano, kiedy już jesteśmy gotowi do dalszej drogi, składa nam wizytę trzech krajowców, wyraźnie podnieconych naszą obecnością. Są uzbrojeni w łuki, strzały, ale nie wydają się nastawieni wojowniczo. "Shori, shori!" - przyjaciele, przyjaciele - witamy się z nimi i dajemy im naszą maczetę oraz dwa noże.

Także i dziś pokonujemy niewiele kilometrów. Wiele razy rozładowujemy łódź. Bez obciążenia łatwiej jest pokonać odcinki spienionej wody, z której wystają wielkie, gładkie i lśniące głazy.

Później, w miejscu, gdzie rzeka wygina się na kształt litery "s", gigantyczna bariera skalna, Penascal, całkowicie zagradza drogę. Przed stuleciem zatrzymała się tu ekspedycja Chaffanjona, w przekonaniu, że właśnie stąd bierze początek Orinoko. My wiemy, że potrzeba jeszcze wiele dni, aby dotrzeć do źródeł. Nie zdołaliśmy tego dnia pokonać tej przeszkody, zatrzymujemy się więc na noc w jej pobliżu, ale ogłuszający hałas nie pozwala nam zmrużyć oka.

Kiedyś na Borneo bałem się, żeby nie zabłądzić, tutaj natomiast niepokoi mnie myśl, że możemy rozbić łódź i znaleźć się w tych ostępach bez środka transportu. Na razie czas działa na naszą korzyść. Jest połowa października, deszcze stają się coraz rzadsze, wody Orinoko opadają i ich poziom jest już wystarczająco niski, by uspokoić nieco niebezpieczne progi i wodospady.

Wspólnymi siłami przepychamy pirogę przez kolejne skalne progi, później wyrasta przed nami wodospad i musimy szukać nowej drogi na grząskim i śliskim brzegu pokrytym warstwą czerwonej gliny. Zaczynają nam ciążyć zmęczenie, osamotnienie i trudy oraz świadomość, że w każdej chwili możemy spotkać wojowniczych Indian. Posuwamy się naprzód w napięciu, opadają nas wątpliwości, czy uda nam się pokonać oczekujące nas jeszcze przeszkody. Oczywiście wiedzieliśmy, że wyprawa w górę Orinoko to nie spacer, ale szczerze mówiąc sam nie spodziewałem się, że droga do tego stopnia będzie najeżona trudnościami. Muszę uważać na moich towarzyszy i w razie potrzeby podnosić ich na duchu, chociaż właściwie dobrze ich znam i myślę, że okażą się wystarczająco odporni.

Miejscami rzeka ma już nie więcej niż dwadzieścia metrów szerokości. Podczas krótkiego postoju, jaki zrobiliśmy na małej polance, po cichu zbliżają się do nas trzej nadzy Indianie. Początkowo stoją bez ruchu, później zaczynają krzyczeć i wymachiwać w naszą stronę łukami. Jeden wymierza strzałę prosto we mnie. Zazwyczaj tubylcy zachowują się w ten sposób, kiedy chcą kogoś zastraszyć, nie sposób jednak przewidzieć, jakie są ich prawdziwe zamiary. Ostentacyjnie podnosimy ręce do góry, żeby ich nie niepokoić. Miguel zaczyna ożywioną przemowę, która ciągnie się przez długie minuty. Goście opuszczają broń, a nasz towarzysz wyjaśnia nam, że mężczyźni należą do jednej z grup Tayariteri, która praktycznie nie ma żadnych kontaktów ze światem zewnętrznym.

Zlecam naszemu przewodnikowi zadanie prowadzenia pertraktacji, mających na celu umożliwienie nam zbliżenia się do tubylczej wspólnoty. Dwaj mężczyźni odchodzą, by powrócić następnego dnia, tym razem w licznym towarzystwie. Są dość natrętni, ciekawscy, bez skrępowania podchodzą do łodzi, dotykają nas, zaczynają zabierać różne leżące na wierzchu przedmioty. Miguel grzecznie, ale stanowczo wyjmuje im to wszystko z rąk. Musimy uważać, ponieważ Yanomami, tak samo jak inne prymitywne ludy, w zasadzie nie znają pojęcia własności. O ile kradzież uchodzi za coś nagannego, o tyle zagarnięcie cudzych rzeczy przemocą uważane jest za naturalne i uzasadnione.

Indianie dają znak, że możemy płynąć do ich osady i wskazują nam mały, niemal niewidoczny ruczaj, istny tunel w gęstwinie roślinności. Wkrótce opuszczamy go i dalszą część drogi odbywamy piechotą. Jest duszno i parno. Ścieżynka pogrążona w półmroku jest błotnista i często zablokowana pniami wielkich powalonych drzew, które musimy obchodzić narażając się na nieustanne pokłucia ostrymi krzakami.

Wreszcie docieramy do oazy pierwotnego świata. Dzieci uciekają z krzykiem do rodziców, którzy nie przejawiają żadnego zainteresowania niespodziewanymi gośćmi. Jednak w ciągu kilku minut atmosfera ulega zmianie. Indianie cisną się wokół okazując swe zadziwienie naszymi wąsami i włosami na piersiach. Zdumiewa mnie, jak szybko potrafią zmieniać wyraz twarzy, która w mgnieniu oka z uśmiechniętej przechodzi w zaniepokojoną lub groźną. Niemal siłą musimy bronić swoich bagaży aż do czasu, gdy Miguelowi uda się odnaleźć "tusziaua", wodza plemienia o dźwięcznym imieniu Rohariwe, który przyjmuje nas, nie przestając bujać się w hamaku. Jego surowa twarz nie zdradza żadnych emocji i dopiero po dłuższej chwili wódz oznajmia, że w tym szaponie nie stanęła jeszcze noga Europejczyka. W jego ręce składamy nasze dary: maczety, garnki, kolorowe paciorki, żyłki, haczyki. Jednak pomny rady ojca Smaruja, który zalecał nawiązanie wymiany towarowej, aby nie przyzwyczajać tubylców do bezpłatnego otrzymywania prezentów, proponuję wodzowi całe nasze bogactwo w zamian za kilka łuków, strzały, koszyki wyplatane z włókna roślinnego i ozdób z kolorowych piór.

Nasz tłumacz oświadcza, że zostaliśmy zaakceptowani przez wspólnotę i dopóki cieszymy się życzliwością naczelnika, nikt nie ośmieli się nas dotknąć.

Jesteśmy w szaponie, wielkim wspólnym domu Yanomami, o charakterystycznym kolistym kształcie i średnicy przynajmniej 50 metrów. Nie ma tu ściany zewnętrznej ani przegród oddzielających od siebie miejsca zamieszkiwane przez poszczególne rodziny. Pokryty plecionką z palmowych liści jeden olbrzymi dach przypomina wielką wiatę. Uderza mnie funkcjonalność tej konstrukcji, jej doskonałe dostosowanie do potrzeb życia społecznego, gwarantujące poczucie bezpieczeństwa pośród dzikiej dżungli. Żyje tu kilkadziesiąt rodzin, każda skupiona wokół własnego ogniska. Na słupach podtrzymujących dach wiszą kosze, kołczany, wiązki tytoniowych liści, kiście bananów, rozmaite przedmioty należące do poszczególnych rodzin.

Znajdujący się w samym środku dziedziniec, uporządkowany i bardzo czysty, jest nieco wzniesiony. Sieć kanalików odprowadza wodę na zewnątrz, co zapobiega tworzeniu się w tym miejscu błota.

Zaczynamy rozlokowywać nasze bagaże, rozwieszać hamaki i moskitiery; zaciekawione oczy tubylców śledzą każdy nasz ruch. Jakiś chłopak rozpala dla nas ognisko, po chwili układa obok niego stosik patyków. Wokół zaczyna się unosić zapach palącego się drewna. Adriano potyka się o swój worek, co wywołuje u naszych sąsiadów takie salwy śmiechu, że psy, które już spokojnie spały, nagle budzą się i zaczynają szczekać. Z biegiem czasu zainteresowanie naszą obecnością słabnie i wreszcie możemy poruszać się swobodniej.

Na lewo od miejsca, które pozwolono nam zająć, jakaś kobieta karmi piersią niemowlę, dwójka innych dzieci uczepiła się jej nóg. Na prawo staruszka piecze zawinięte w liście jedzenie. Na zewnątrz, w odległości paru metrów, siedzą dwaj osobnicy. Mają charakterystyczne tonsury na środku głowy, podobne do tych, jakie noszą franciszkanie. Są zajęci wdychaniem halucynogennego proszku zwanego epená. Jeden z nich przytyka do nozdrza długą rurkę, jego towarzysz bierze głęboki wdech, po czym wdmuchuje małą dawkę narkotyku bezpośrednio do dróg oddechowych kolegi. Tamten wstrząsa się, mruży oczy, zanosi się niepohamowanym kaszlem. Obydwaj znajdują się już w stanie silnego podniecenia. Mają błyszczące, załzawione oczy i nieobecny wzrok. Z nosa i ust wycieka im zielonkawa ślina.

Używanie tej substancji, dość rozpowszechnionej w południowoamerykańskiej dżungli, jest częścią magicznego rytuału, który ma na celu przywołanie duchów zwierząt i roślin i wprowadzenie ich do własnego ciała w celu uzyskania od nich pomocy lub pozbycia się choroby. Szamani wdychają ten środek halucynogenny, aby pod jego wpływem odbywać mistyczne "podróże" do nieba, przepowiadać przyszłość, odkrywać przyczyny chorób; wojownicy stosują go dla wzmocnienia swej siły, a myśliwi po to, by sobie zapewnić obfitą zdobycz.

Proszek do wdychania uzyskuje się z kory lub nasion pewnych roślin. Proces przygotowania jest dość skomplikowany, obejmuje między innymi suszenie na słońcu, a następnie w pobliżu ognia. Później otrzymany w ten sposób produkt w kolorze popielatozielonym rozciera się w dłoniach na proszek i wsypuje do bambusowych pojemników.

Przed zachodem słońca zostajemy zaproszeni na kolację do naczelnika, który jest zarazem miejscowym czarownikiem. W czasie pokoju sprawuje on nieograniczoną władzę, rozdziela wspólnie upolowaną zwierzynę, rozsądza spory, kieruje budową szaponu, jest przekazicielem tradycji i pośrednikiem między ludźmi a siłami nadprzyrodzonymi. W okresach wojen natomiast, które są wśród tubylców bardzo częste, dowództwo obejmuje jeden z wojowników, wybrany spośród najsilniejszych i najodważniejszych mężczyzn.

Siedząc po turecku, próbujemy przyrządzonych w dżungli potraw. Aby nie obrazić gospodarza, musimy zjeść opiekane larwy i gąsienice. Na szerokich bananowych liściach leżą kawałki anakondy i twarde jak kamień, cuchnące mięso kajmana. Miguel poleca nam dopiero co upolowaną małpę. Kosztujemy, ale mnie i moim dwóm przyjaciołom lepiej smakuje podpłomyk z mąki z manioku, zmieszanych z prawie czarnym proszkiem, uzyskanym ze zmielonych mrówek.

Odprężam się widząc, że w jadłospisie nie figuruje sfermentowana chicha, rozpowszechniony w Amazonii napój alkoholowy, do wypicia którego wielokrotnie zmuszały mnie okoliczności. Najczęściej robi się ją z manioku, dużej bulwy rośliny uprawianej w całej strefie tropikalnej. Kobiety z wioski żują gotowane bulwy, a następnie wypluwają je do naczynia, w którym ulegają fermentacji. Po kilku dniach zawiesina jest gotowa, można rozcieńczyć ją wodą i wypić.

Stefano i Adriano przeżywają chwile euforii. Prawdę mówiąc, nie spodziewali się, że można jeszcze spotkać społeczność nie skażoną żadnymi zewnętrznymi wpływami, która żyje w całkowitej izolacji od świata, w oazie chronionej przez odległość i niedostępność otaczających ją terenów. Także dla mnie jest to fascynujące zanurzenie się w prehistorię. Moi przyjaciele atakują Miguela tysiącami pytań, chcą dowiedzieć się wszystkiego o tym plemieniu, które do dziś żyje tak, jakby nadal trwała epoka paleolitu, nie zna obróbki metali ani nawet nie wyrabia narzędzi z kamienia.

Mimo że ich siedliska znajdują się w pobliżu rzek, Yanomami nie nauczyli się budować czółen ani tratw, nie potrafią nawet pływać. Do dziś rozpalają ogień pocierając o siebie kawałki drewna dzikiego kakaowca. Nie znają i nie używają żadnych instrumentów muzycznych. W czasie walki porozumiewają się wydając jednosylabowe okrzyki i z tego powodu inni Indianie nazywają ich pogardliwie guajaribos, czyli wyjące małpy. A jednak i oni mają swą własną kulturę, rygorystycznie przestrzegany kodeks moralny, silnie rozwinięty instynkt rodzinny i wspólnotowy. Znają lecznicze właściwości ziół, glinek i pleśni oraz trujące działanie roślin, które wykorzystują w myślistwie i łowiectwie.

Yanomami są plemieniem półkoczowniczym. Żyją w miejscach z trudem wydartych nieprzebytej dżungli, a ich osady oddalone są od siebie o całe dni żmudnego marszu. Kiedy okoliczne zasoby zostaną wyczerpane, wspólnota migruje i zdarza się, że zmienia miejsce pobytu co trzy, cztery lata.

To prawda, że Yanomami zbierają i jedzą leśne owoce, ale jest również prawdą, że uprawiają wiele jadalnych roślin. Żyją z myślistwa, używając do polowania łuków i dzid. Łowią ryby, posuwając się niekiedy do zatruwania wody za pomocą specjalnych ziół i kory; funkcję sieci pełnią wielkie kosze. Nie hodują zwierząt na mięso, udało im się natomiast udomowić wiele leśnych stworzeń, zwłaszcza ptaków, których piór używają do ozdoby.

Dla ozdoby dziewczęta przekłuwają skórę cieniutkimi białymi patyczkami: jeden przechodzi przez nozdrza, drugi przez środek dolnej wargi, a jeszcze dwa inne zdobią oba kąciki warg. W przekłutych małżowinach usznych noszą kwiaty, małe wiązki ziół lub liści, albo kolczyki wykonane ze zwierzęcych zębów.

Indianie malują ciała barwnikami roślinnymi. Czarny jest kolorem wojennym, czerwony i fioletowy towarzyszą świętom i obrzędom. Zazwyczaj warstwa czerwonego barwnika służy jako ochrona przed ukłuciami licznych owadów.

Wszyscy mają zdeformowaną dolną wargę od trzymania między zębami a jej wewnętrzną stroną wałeczka z tytoniu ugniecionego z popiołem, który daje się nawet małym dzieciom. Nikt tu natomiast nie pali ani nie pije płynów poddanych fermentacji.

Yanomami przestrzegają licznych tabu, są zawsze czujni, obawiając się ataku złych duchów albo mieszkańców pobliskich wiosek. Przyczyną napaści tych ostatnich bywają prawie zawsze oskarżenia o czary albo pragnienie odwetu. Są one uważane za zwycięskie wtedy, gdy agresorom udaje się zabić przynajmniej jednego człowieka i uciec, nie pozwoliwszy się rozpoznać. Wojna zawsze toczy się bez spotkania twarzą w twarz, polega na urządzaniu zasadzek albo napadach o świcie na pogrążone jeszcze we śnie szapony. Na ogół zabija się jedynie mężczyzn, oszczędzając kobiety i dzieci. Bardzo często młode kobiety są porywane, by stać się wspólną własnością wszystkich mężczyzn, zarówno wolnych, jaki tych, którzy już mają żony. Nierzadko chęć zaspokojenia popędu płciowego popycha młodych do wyruszenia na wojnę przeciwko sąsiadom.

W 1956 roku świat poznał niewiarygodną historię Heleny Valero, kobiety krwi hiszpańskiej, która zdołała uciec od Yanomami 24 lata po tym, jak została przez nich porwana. Jej opowieść, spisana przez włoskiego antropologa Ettore Biocca, jest wyjątkowo cennym dokumentem naukowym o życiu w dżungli oglądanym od wewnątrz, oczami ludzi, którzy uważają białych za swych odwiecznych wrogów, przynoszących im choroby i śmierć. Była to opowieść o świecie, jakiego z całą pewnością nigdy nie poznał żaden biały.

Życie Indian płynie w zupełnie innym wymiarze czasu, nie istnieją dla nich pojęcia takie, jak wczoraj albo jutro. Tu trwa wiecznie dziś, ze wszystkimi swymi niebezpieczeństwami. Znają liczby jeden, dwa i trzy, potem określają wszystko słowem bruka, czyli dużo.

Małżeństwa zawierane są między mieszkańcami pobliskich szaponów. Mężczyzna może mieć dwie lub nawet trzy żony, wówczas ustala się między nimi hierarchia - zawsze najstarsza kieruje pozostałymi. Mówienie o wierności w odniesieniu do społeczności, w której mąż nieraz odstępuje żonę młodszym braciom albo ważnemu gościowi, mogłoby się wydawać pozbawione sensu. Tymczasem wcale tak nie jest. Niektóre rodzaje niewierności są wręcz usankcjonowane przez plemienne prawa, na przykład wtedy, kiedy kobieta chce urodzić dziecko, a jej mąż jest bezpłodny. Niewierność kobiety zawsze staje się powodem napięć wewnątrz grupy. Kiedy zostaje odkryta, żona dostaje baty, a zraniony na honorze mąż bije się z jej kochankiem, okładając go grubym kijem po głowie.

Życie w lesie tropikalnym nie jest idyllą, umiera tu co drugi noworodek. Klimat równikowy jest zabójczy, a dżungla pełna pułapek. Szerzą się infekcje pokarmowe i zakażenia pasożytami. Macierzyństwo jest ciężką próbą, kobiety przedwcześnie się starzeją, tylko nieliczne dożywają okresu menopauzy. Czterdziestoletni mężczyzna uważany jest za starszego plemienia. Średnia długość życia nie przekracza trzydziestu lat.

Największą obrazą Yanomami jest powiedzenie mu, że boi się śmierci. Chory zawsze jest tu otoczony powszechną troską, może liczyć na wszelką pomoc, jaką jest w stanie zapewnić mu prymitywna wspólnota.

Kiedy ktoś umrze, jego zwłoki poddaje się kremacji. W czasie obrzędu krewni nieboszczyka wykonują przejmujący taniec, rzucając w płomienie należące do niego łuki, strzały, ozdobne kosze. Później wyprażone kości rozciera się na proszek w moździerzu i w takiej postaci dodaje do papki z bananów, którą podczas wspólnotowego rytuału spożywają krewni i przyjaciele zmarłego.

Kiedy na świat przychodzi zdeformowane dziecko, często zostaje zabite. Podobny los spotyka także jedno z bliźniąt, ponieważ matce niezwykle trudno jest wykarmić dwoje niemowląt. Rodzice bardzo kochają swoje potomstwo i uczą je odwagi. Dzieci mają obowiązek oddawać każdy otrzymany cios, zgodnie z zasadą: ugryzienie za ugryzienie, cios za cios. Nie dopuszcza się przebaczenia. Takie wychowanie, prowadzone od najwcześniejszych lat, wpaja im żelazne prawa, od których nie odstąpią przez całe życie.

Ognisko napełnia dymem całe poddasze i powoli ogrzewa chłodne, mocne powietrze. O tej porze szapon jest niewidocznym punktem w dżungli, kroplą wody w zielonym oceanie.

Nadzwyczajna przygoda zmusza mnie do refleksji. Czuję się tutaj intruzem, podarowane przedmioty są w jakimś sensie przyczynkiem do zmiany tradycyjnego stylu życia Indian. Najlepszą metodą obrony ich tradycji byłoby omijanie ich z daleka, każdy bowiem, kto do nich trafia, stanowi potencjalne zagrożenie.

Oblicza się, że na terytorium o powierzchni 15 tysięcy kilometrów kwadratowych, na granicy Wenezueli z Brazylią, żyje dziś około 20 tysięcy Yanomami, podzielonych na sto klanów. Jak długo jeszcze zdołają przetrwać zagubieni w czasie?

Gwałtowny proces wywłaszczenia terytorialnego, połączony z dewastacją środowiska, zapoczątkowaną przez budowę dróg, wyrąb lasów, potem kontynuowaną przez garimpeiros, jest ogromnym zagrożeniem dla tubylców, którzy potrzebują dużych przestrzeni do życia. Pomimo wysiłków wielu międzynarodowych kampanii solidarnościowych mających na celu obronę Yanomami, ich los jest, niestety, przesądzony. Wprawdzie rząd Wenezueli stworzył w górnym Orinoko ogromny, bo liczący 4 600 000 hektarów, Rezerwat Biosfery Parima Tapirapeko, zamknięty dla wszelkich wizyt, ale władze brazylijskie nie są w stanie zahamować fali najeźdźców.

Przytłoczeni nadmiarem wrażeń opuszczamy naszych nowych przyjaciół. Kiedy rankiem wsiadamy do łodzi, grupa mężczyzn - z przewieszonymi przez szyję hamakami z włókna z liści palmowych i nieodłącznymi łukami - oddala się gęsiego, niknąc po chwili w półmroku swego świata: zielonej, wilgotnej, zaciągniętej mgłą dżungli. Poszli na polowanie czy może na wojnę? Nie dowiemy się już tego nigdy.

116.jpg  117.jpg  118.jpg

Niestety, nasza ekspedycja załamuje się. Rezygnujemy z dalszych ambitnych planów, na nic bowiem tutaj zdaje się doświadczenie, determinacja, dyscyplina czy instynkt. Po konsultacji z naszymi gospodarzami Miguel jest zdania, że nie mamy już szans na powodzenie pierwotnych zamierzeń. Można by wprawdzie starać się zbliżyć do źródeł Orinoko, być może nawet do nich dotrzeć, ale deszcze nieoczekiwanie się skończyły i zbyt niski poziom wody skazałby nas na utkwienie na płyciznach rzeki, skąd powrót byłby możliwy tylko za pomocą śmigłowca, co oczywiście nie leżało w naszym programie.

Fotoreportaż z wyprawy.


Zdjęcia Jacka Pałkiewicza są dostępne w Agencji Fotograficznej EASTNEWS www.eastnews.com.pl

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;