Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Zachodnia Papua (Nowa Gwinea) - 1994
Autor: Jacek Pałkiewicz   
Zobacz w galerii:

Dojechać do Irianu Zachodniego to tak jak dotrzeć na koniec świata. Już sam lot do Dżakarty jest długi i uciążliwy, a potem jeszcze trzeba spędzić w samolocie dalszych osiem godzin, aby osiągnąć tę odległą indonezyjską prowincję. Zachodnia część Nowej Gwinei, trzeciej pod względem wielkości wyspy świata, została włączona w granice tego państwa w 1969 roku, jako spadek po kolonii holenderskiej...

Ten zakątek świata, jedno gigantyczne morze przyrody, bez wątpienia jeden z najdzikszych i najmniej zbadanych rejonów ziemi, który od zawsze interesował różnych uczonych, jednakże gęsta, nieprzebyta dżungla, rozległe bagna, wyjątkowo niedostępne łańcuchy górskie i zabójczy klimat od zawsze stanowiły barierę nie do pokonania.

Transport lotniczy pozwolił zbliżyć się do tych rejonów, gdzie było niemożliwością dopłynięcie łodzią, jedynym środkiem podróżowania w tropikalnej dżungli. W sercu wyspy pojawili się etnografowie, botanicy i różni poszukiwacze przygód, ale wieść o złowrogiej postawie niektórych plemion, uprawiających kanibalizm, powstrzymała penetrację. Ponadto władze indonezyjskie zakazały poruszania się po tym regionie bez oficjalnego zezwolenia.
Przyczyn tego było kilka. Wyniki referendum, które po wycofaniu się kolonizatorów miało rozstrzygnąć wolę Papuasów w sprawie swej przynależności państwowej, zostały sfałszowane, co stało się przyczyną narodzin ruchu wyzwoleńczego, który jeszcze do tej pory sprawia Dżakarcie sporo kłopotów. Pragnie się także uniknąć wtykania nosa tam, gdzie znajdują się potencjalne złoża cennych minerałów, a oficjalna wersja głosi, że państwo chce zagwarantować krajowcom zachowanie ich tradycyjnego stylu życia, bo, jak wiadomo, kontakt z białym człowiekiem nigdy nie przyniósł im nic dobrego. Kontakt ten jest jednak nieunikniony, w interiorze bowiem pojawili się przedstawiciele administracji państwowej i poszukiwacze minerałów, wyrosły posterunki wojskowe, zbudowano drogi i przybyła cała rzesza misjonarzy różnych wyznań, gotowych nawracać biednych dzikusów na nową wiarę.

125.jpg  126.jpg  127.jpg

Najbardziej sensacyjnym wydarzeniem było zaginięcie młodego antropologa Michaela Rockefellera, syna ówczesnego gubernatora Nowego Jorku i przyszłego wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, miliardera Nelsona Rockefellera. Rankiem 18 listopada 1961 roku Michael wypłynął łodzią motorową z przyjaciółmi z wioski Agatz, na południu wyspy. Wkrótce zaskoczyła ich burza i gdy zepsuł się silnik, zdecydowali się dopłynąć wpław do nieodległego brzegu. Tam jednak zabrakło Michaela. Poszukiwania trwały wiele tygodni, ale nie dały wyniku.

Od tamtej pory wysuwano wiele hipotez, ale dopiero w końcu lat osiemdziesiątych włoski dokumentalista filmowy Maurizio Leigheb zebrał świadectwa ówczesnej tragedii. Amerykanina zabił tubylec ze wspólnoty Asmat, nad rzeką Ewta, który potem po prostu zjadł go. Być może prawda nie wyszłaby nigdy na jaw, gdyby w kilka lat później nie spadła na wioskę epidemia cholery. Tubylcy, przekonani, że to duch Michaela rzucił na nich "zły urok", zadźgali sprawcę nieszczęścia dzidami.

Jeszcze w późniejszych latach misjonarze byli wielokrotnie świadkami antropofagii, ale można sądzić, że dzisiaj ryzyko takie dla białego człowieka prawie już nie istnieje.

Podczas gdy w sąsiedniej, niepodległej Papui - Nowej Gwinei, ruch turystyczny jest bardzo rozwinięty, to tutaj ograniczył się właściwie do trekkingu w rejonie Wamena i kontaktów z Asmatami. Renzo Grego jednak, mój kompan z wyprawy na Borneo, kilkakrotnie próbował dotrzeć do jakiegoś zaginionego głęboko w dżungli plemienia. Dwa razy wyruszał trochę nielegalnie, w towarzystwie jawajskiego misjonarza, ale bez rezultatu. Za trzecim razem, z oficjalnym zezwoleniem - surat jalan w kieszeni, został odesłany z powrotem przez wojskowych, dla których wywalczony w wyniku długich pertraktacji dokument nie był rzekomo wystarczający.

Podobnie źle zaczyna się także i moja ekspedycja. Po roku oczekiwania Ministerstwo Spraw Wewnętrznych udzieliło mi zgody na przebywanie w rejonie Mamberamo River, gdzie ponoć żyją jeszcze dzikie szczepy.

W Jayapura, administracyjnym centrum Irianu Zachodniego, gdzie funkcjonariusze państwowi czują się jak na wygnaniu, szef policji nie respektuje dokumentu wystawionego w stolicy. Sądziłem, że chodzi o przyjętą w tych stronach łapówkę, ale okazało się, że jegomość nie należał do tej kategorii osób i koniecznie chciał, aby na formularzu sprecyzowane było miejsce, w które zamierzamy się udać. Kto nie zetknął się nigdy z systemem biurokracji tego kraju, ten nie pojmie, jak wiele nerwów i zdrowia kosztował ten incydent, z którym nawet John Wolff, wpływowa tutaj postać, nie był w stanie się uporać. Potrzeba było jeszcze dwóch tygodni na rozwiązanie tego problemu.

Tymczasem, w oczekiwaniu na właściwy dokument z Dżakarty, wybieramy się do Wamena. Do dużej wioski - położonej na wysokości 1600 m n.p.m. w szerokiej dolinie Baliem, w samym sercu łańcucha górskiego, przebiegającego wzdłuż całej wyspy, mały rejsowy samolot przywozi codziennie grupę turystów, konsumentów łatwej i często spreparowanej na ich użytek egzotyki.

Już na lotnisku jest spora sensacja. Pomiędzy Danami w dżinsach i kolorowych koszulkach krążą osobnicy zupełnie nadzy, jeśli nie brać pod uwagę charakterystycznego, ekstrawaganckiego "stroju" ich plemienia, który nazywa się holim i w którym schowane są męskie klejnoty. Pokrowiec ten, wykonany z wysuszonej tykwy, utrzymywany jest w pozycji pionowej sznurkiem, którym mężczyźni obwiązują się w talii. Niektórzy z nich mają wprost marsowy wygląd. Są posmarowani zwierzęcym tłuszczem, noszą bogate ozdoby z ptasich piór, w przebitych nozdrzach mają, wygięte niczym para kościanych wąsów, kły dzika, a na piersiach okazałe naszyjniki z muszli. Inni sprawiają wrażenie przeniesionych z okresu paleozoiku, a to dzięki wielkiemu kamiennemu toporowi, którym jeszcze niedawno posługiwali się na co dzień, a dzisiaj wystawiają go na sprzedaż.

Właściwie w Wamenie i jego okolicach wszystko jest na sprzedaż, włącznie z przedstawieniami, które organizuje się ad hoc. Wokół krążą niczym zjawy gromadki Danów, unicestwionych fizycznie i psychicznie przez cywilizację, która odebrała im ich zwyczaje i dziedzictwo kulturowe. Przed hotelem chmara domniemanych przewodników, mówiących często nawet dobrze po angielsku, proponuje turystyczne atrakcje.

"Zanim pojawili się u nas Indonezyjczycy - mówi zażyły tubylec - nie znaliśmy pieniędzy, nie widzieliśmy motocykli i telewizji. Wojskowi, którzy przybyli tu pierwsi, założyli elektryczność i ostrzegli, że jeśli nadal będziemy zabijać misjonarzy, to pozbawią nas całkowicie wolności".

Wamena nie jest jednak właściwym dla nas miejscem. Decydujemy się dotrzeć do zakątka położonego z dala od szlaku turystycznego i po kilku dniach marszu osiągamy Monabela Dogobak, górską osadę położoną na północ od Kelila.

Nagość jest tutaj rzeczą zupełnie normalną, ale także i ślady cywilizacji są już, niestety, dostatecznie widoczne. Wiele osób chodzi w ubraniach, powszechnie używa się siekier z żelaza, zapałek i wielu innych rzeczy, które ułatwiają codzienne życie. Nie brak jednak i tradycyjnych atrybutów. Miejscowa ludność, która żyje z uprawy słodkich ziemniaków, używa bambusa do sporządzania pojemników na wodę, włókna roślinnego jako sznurów i okrycia, z pochrzynu wytwarza maty i kaptury przeciwdeszczowe, a z trzciny strzały do łuków.

Dłonie Danów, a zwłaszcza kobiet, są zwykle okaleczone. Wiąże się to z dawną tradycją pogrzebową. Po śmierci bliskiej osoby amputuje się jeden palec jako poświęcenie cząstki siebie. Niektórym brakuje nawet po trzy palce u każdej dłoni.

Ze zwierząt domowych hoduje się jedynie świnie, które są tutaj nie tyle źródłem pożywienia, co towarem wymiennym. Często są one niezbędne w różnych relacjach społecznych przy łagodzeniu sporów, zawieraniu układu pokojowego. Co kilka lat, kiedy nazbiera się więcej świń w wiosce, naczelnik ogłasza trwające tydzień święto "mauwe". Zaprzestaje się wtedy wszelkich walk, ustaje praca, chłopców i dziewczęta poddaje się ceremonii inicjacji, po której mogą już na pełnych prawach uczestniczyć w życiu plemiennym. Święto to jest także okazją do zawierania małżeństw.

W jednej z chat dostrzegam bardzo starą tarczę ochronną, którą właściciel gotów jest wymienić na nóż. Wkrótce przed naszym domkiem przedefiladowało sporo osób proponując na sprzedaż wiele oryginalnych przedmiotów. Tak więc staję się posiadaczem kilku bardzo wartościowych drewnianych posągów, łuków z kompletami strzał i oryginalnego totemu. Kolekcja wzbogaci zbiory mojego prywatnego muzeum etnograficznego, w którym znajdują się okazy o wartości zabytkowej i artystycznej mogące wywołać apetyt nawet najbardziej prestiżowych instytucji tego rodzaju.

Wracamy do Wameny, skąd lecimy do Jayapury, gdzie czeka już na nas upragnione pozwolenie. Następnego dnia, po dokładnym zważeniu naszych bagaży, tak aby nie przekroczyły limitu wagi, jesteśmy gotowi do skoku w przeszłość. W ostatniej chwili amerykański pilot-misjonarz raz jeszcze dokładnie ogląda dokument z ministerstwa. I jakby na usprawiedliwienie dodaje: "Cudzoziemcy nigdy tam jeszcze nie lecieli".

Kierujemy się na zachód. Przez dwie godziny pod nami oglądamy dzikie rzeki, wodospady, istną orgię zielonego piekła. Lądowanie nie jest pozbawione odrobiny emocji, jako że w ostatnich chwilach przelatujemy między wierzchołkami gór prawie całkowicie opatulonych gęstą mgłą. Na minutę przed dotknięciem kołami ziemi pod samolotem pojawia się wielka rzeka, a nieco dalej wąski pas ze ściętą do ziemi trawą. Możemy odetchnąć, obyło się bez niespodzianek.

W Irianie Zachodnim można przesiedzieć nieraz nawet tydzień w oczekiwaniu dogodnej pogody, a kiedy się już wyleci, nigdy nie ma gwarancji, że osiągnie się cel. Nieraz bowiem gwałtowna zmiana pogody zmusza pilota do powrotu. Ale jakkolwiek by było, są oni autentycznymi asami. Setki, tysiące razy startują i lądują na skrawku terenu, w mroku, na mokrych lądowiskach, które niekiedy nie wytrzymują pełnego obciążenia samolotu. Odwaga i wirtuozeria nie zawsze jednak wystarczają. Bywa niestety, że zdarzają się i nieszczęśliwe wypadki. Co roku średnio dwa samoloty rozbijają się
w górach i czasem ślad po nich ginie zupełnie.

W Kasonaweja, niewielkiej osadzie nad rzeką Mamberamo, idziemy odmeldować się komendantowi miejscowego posterunku, składającego się z czterech żołnierzy, którzy wychodzą na nasze spotkanie boso, bez koszuli, ale uzbrojeni. Kilka par ciemnych okularów okazuje się miłym podarkiem i przyczynia się do zawiązania przyjaźni.

Mówią, że aby dotrzeć do tubylców Bausi, mających jedynie sporadyczny kontakt ze światem zewnętrznym, musimy zbudować tratwę. Wycinamy pięciometrowe drzewa bambusowe o średnicy 15 cm, potem wiążemy je rotangowymi paskami i po pół dnia pracy mamy gotowy środek komunikacji, idealnie nadający się do podróżowania w tych stronach.

Po odbiciu od brzegu natychmiast dostajemy się w objęcia silnego prądu, który niesie nas z prędkością 4-6 węzłów. Szybko okazuje się, że nawigacja nie będzie należała do łatwych, ponieważ zmiana kierunku czy dobicie do brzegu kosztuje dużo wysiłku i męczącego wiosłowania.

Mamberamo rodzi się w górach Van Rees z połączenia dwóch rzek Tariku i Taritatu. Po przebyciu 800 km dziewiczej dżungli wpada do Pacyfiku, niedaleko przylądka Perkam. Na początku tego stulecia kilka holenderskich ekspedycji wojskowych zapuściło się na tę rzekę, żeglowną na odcinku 150 km. W latach dwudziestych kilka wypraw na hydroplanach dotarło nawet do Meervlakte, legendarnej "doliny jezior", ale potem, przez pół wieku, te niezbadane tereny poszły w zupełne zapomnienie i dopiero w naszych czasach zostały zaznaczone na mapach dokładne biegi rzek tego systemu hydrograficznego.

O tajemniczym rejonie, jeszcze w dniu dzisiejszym szczelnie odizolowanym od reszty świata, krążą fantastyczne opowiadania rojące się od niezwykłych szczegółów. Jedno z nich mówi o żyjących w dżungli ludziach z ogonami, inne zaś o plemieniu składającym się z samych kobiet, które polują na mężczyzn z innych szczepów w celach prokreacyjnych, a potem zabijają ich i zjadają.

Przed wieczorem rozglądamy się za miejscem na obozowisko, ale brzeg ciągle jest porośnięty ścianą roślinności nie do przebicia. Ale oto pojawia się kamienista wysepka, na której możemy spędzić noc. Po zachodzie słońca, który przypomina istną gamę kolorów w kalejdoskopie, zaczyna się nocny koncert dżungli, który raz wydaje się przyjemny, innym razem napawa niepokojem, wszystko w zależności od nastroju w danym momencie.

Około południa na lewym brzegu rzeki, obok ujścia małego strumyka, natrafiamy na prymitywną chatkę. Mieszkający w niej młody chłopak o imieniu One godzi się zaprowadzić nas do Bausów.

Torujemy sobie maczetami drogę przez zbity gąszcz krzewów i zielsk, potem przechodzimy strumień, brniemy w błocie i znowu jesteśmy na ścieżce. Wszystko, co nas otacza, jest istnym królestwem przemocy. Liany i fikusy opasują w śmiertelnym uścisku wielkie pnie drzew, a na tych, które czas powalił na ziemię, wyrastają grzyby i gnieżdżą się zastępy mrówek. Nerwy nasze są napięte do ostateczności, czasem nachodzi mnie myśl, że wcale nietrudno byłoby tutaj zabłądzić i zniknąć bez wieści. Duszne i lepkie powietrze przesycone wilgocią przyćmiewa całą egzotykę miejsca, paraliżuje nasze ruchy, a grube krople potu spływają po twarzy i całym ciele. Ręce i odkryte przedramiona całe są podrapane przez cierniste krzewy.

Do tych wszystkich udręk dołączają spadające z gałęzi nitkowate pijawki, które bezboleśnie przysysają się do ciała. Ich antykoagulator sprawia, że krew sączy się nieustannie, nawet wtedy, gdy napęczniałe same odpadają od ciała człowieka.

W czasie postoju dostrzegam wśród roślinności poruszającą się kolorową plamę. Ostrożnie idę w tę stronę i oczom moim ukazuje się dorodny okaz kazuara. Ten potężny ptak, podobny trochę do australijskiego emu, występuje wyłącznie na Nowej Gwinei. Prawie półtorametrowej wysokości, ma czarne upierzenie, kostny kask na głowie i długą szyję zabarwioną na niebiesko, czerwono i żółto. Masywne łapy opatrzone są ostrymi szponami i prawdopodobnie wystarczyłoby jedno ich uderzenie, aby solidnie poturbować człowieka. Na szczęście kazuar nie atakuje, chyba że znajdzie się w takiej sytuacji, że nie ma ucieczki. Należy do ptaków nie latających, ale potrafi bardzo szybko biegać, osiągając prędkość nawet do 45 km na godzinę.

Znajoma z muzeum w Jayapura odradzała nam bardzo zapuszczanie się w te strony, a to z powodu dużej liczby krokodyli i jadowitych węży. "Nie przejmujcie się pytonami - mówiła - uważajcie na węże taipan podobne do kobry i tak jadowite, że zgon następuje w kilka minut po ukąszeniu". Przyznaję, że podczas podróży w dzikim rejonie, nieraz przeżywam chwile strachu, ale zupełnie nie z powodu jadowitych gadów. Jako dowodzący ekspedycją mam nieraz wątpliwości, czy moje doświadczenie i instynkt wystarczą, aby pokonać różne niebezpieczeństwa, na które jesteśmy wystawieni będąc daleko od cywilizacji.

128.jpg  129.jpg  130.jpg

Dopiero na trzeci dzień natykamy się na plantację sagowców, dostarczających głównego pożywienia Papuasom i zaraz potem na małą osadę.

Grupa tubylców przypatruje się nam w milczeniu, nie zdradzając żadnych emocji. Są średniego wzrostu, szczupli, mają ciemną skórę i kręcone włosy. Jedynym przyodziewkiem mężczyzn jest opaska wokół bioder, a kobiet spódniczka z rafii. Jedna z nich karmi jedną piersią dziecko, a drugą małego prosiaka. Mężczyźni o dzikim wyrazie twarzy wyglądają dość groźnie i wojowniczo. I chociaż One zapewniał wcześniej, że wspólnota ta już od pewnego czasu nie zajmuje się polowaniem na głowy ludzkie i coraz rzadsze są tutaj waśnie międzyplemienne, w których padają ofiary, naprężenie psychiczne i niepewność są wręcz namacalne.

Napięcie rozładowuje się, gdy jedna z kobiet, która wygląda na około 60 lat, choć z pewnością nie przekracza 40, zbliża się do mnie, dotyka mojego ramienia i potem głaszcze rękę. Po krótkiej chwili oddala się zmieszana, ale gest ten wystarcza na przełamanie niedostrzegalnej bariery, która nas rozdzielała.

Pojawia się wódz szczepu, który z godnością zaprasza nas do wnętrza okrągłej chaty z paleniskiem. Wręczamy mu kilka torebek z solą, licząc, że zezwoli nam pozostać tutaj kilka dni.

W tym zagubionym w interiorze osiedlu, które nie ma żadnej nazwy, struktura socjalna opiera się na rygorystycznym podziale ról pomiędzy mężczyznami i kobietami. Do pierwszych należy obrona, prowadzenie wojen, polowanie, do drugich zarządzanie domem, uprawa roli i hodowla. Oczywiście kobieta ma zdecydowanie więcej obowiązków, ale wcale nie upoważnia jej to do uczestniczenia w rytualnych ceremoniach i obrządkach religijnych. Często żonaci mężczyźni spędzają cały dzień w przeznaczonym dla nich domu, a wracają do swej rodziny tylko na noc.

U Bausi, podobnie zresztą jak u wielu innych plemion, bardzo rozpowszechniona jest zemsta rodowa, mająca w sobie coś z atmosfery mafijnej, gdzie za doznane krzywdy stosuje się krwawy odwet. Zginąć powinien wówczas nie tylko winowajca, ale także osoby z jego otoczenia. Konsekwencje takie mogą ciągnąć się dziesiątkami lat, a ofiarami zemsty padają oczywiście także osoby niewinne.

Polowanie na głowy jest prastarą tradycją i tak naprawdę nie wykorzenioną do końca. Wielu Bausi potwierdza, że w czasie obrządku inicjacji przez kilka dni musieli oddawać się medytacjom trzymając w rękach czaszkę zabitego wroga. Jeszcze niedawno jako ślubny podarek młody żonkoś wnosił właśnie takie trofeum, a wojownik, który miał ich większą liczbę, uzyskiwał prawo do posiadania kilku żon.

Jeszcze tego samego dnia jesteśmy świadkami ceremonii przywołującej na pamięć legendę Cziáme, kobiety kanibala. Wierzenia ludowe mówią, że Cziáme żyła w jednej z pierwszych osad istniejących na naszej ziemi. Któregoś dnia nieoczekiwanie napadła w dżungli na samotnego mężczyznę zbierającego owoce drzewa chlebowego. Zamordowała go, po czym spożyła jego ciało. Krewni nieszczęśnika odnaleźli ją i po zabiciu rozrzucili jej szczątki po całej okolicy, co według legendy miało stać się zaczątkiem płodności i urodzajności ziemi. W rzeczywistości w legendzie tej występują wszystkie elementy antropofagii, śmierć daje początek życiu, a zatem energii życiowej i płodności.

Przez kilka dni żyjemy w tej enklawie prehistorii, oddychając atmosferą wyjętą żywcem z fantastycznego filmu, gdzie czas zatrzymał się w miejscu i gdzie nie jest znane pojęcie "jutro". Zapytuję sam siebie, co stanie się z tym plemieniem za kilka lat, kiedy napotka na swojej drodze więcej ludzi z tak zwanej wyższej cywilizacji, kiedy pojawią się liczni turyści ze swoimi złymi nawykami, gotowi zapłacić za zainscenizowany spektakl.

Podobnie jak dziesiątki innych wspólnot, które na naszych oczach zostały ujarzmione przez postęp, tak i to jedno z ostatnich sanktuariów pierwotnego świata na naszej ziemi zostanie dosięgnięte ręką białego człowieka, który odwieczne tradycje wolnych i szczęśliwych ludzi zamieni w nędzę Trzeciego Świata.


Pozostawiamy pierwotny świat Bausi, za kilka dni znajdziemy się na dalekiej, nie znanej im planecie, otoczeni komfortem i wygodami, ale także i szalejącymi wojnami i innymi okropnościami naszej rzeczywistości.

Fotoreportaż z wyprawy.

Zdjęcia Jacka Pałkiewicza są dostępne w Agencji Fotograficznej EASTNEWS www.eastnews.com.pl

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;