Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Maroko bez biura podróży - wyjazd z dziećmi
Autor: Agnieszka Schubert   
Wednesday, 08 August 2007

Zdecydowaliśmy się pojechać do Maroka z naszymi córkami (2,5 roku, 4 lata) w zeszłym roku (2006).

Ponieważ są zaprawione w podróżach, upewniliśmy się tylko, że nie trzeba żadnych specjalnych szczepień i rozpoczęliśmy planowanie trasy. Oczywiście, zależało nam na objechaniu jak największej części Maroka jak najmniejszym kosztem. Zdecydowaliśmy się początkowo na trasę: Wrocław-Berlin-Malaga-Algeciras-Tanger-Fez-Agadir-Marakesz , w nadziei, że uda się nam także zobaczyć Quarzarat-Merzouga-Saharę.

Najtańsze bilety lotnicze znaleźliśmy w Centralwings - na lot Berlin Schoenefeld- Malaga. Do Berlina pojechaliśmy z Wrocławia samochodem, rezerwując uprzednio opcję hotel + parking. Bezpośrednio po przyjeździe auto zostawiliśmy na wskazanym przez recepcjonistę parkingu, skąd miła właścicielka dowiozła nas ok. 3 km na lotnisko swoim Kangoo. Miała nawet 2 foteliki (wiadomo, Niemcy :) ).

Lot był po południu i trwał ok. 2 h. W Maladze zdecydowaliśmy się poczekać na autobus shuttle nr 19, który za 1 EUR dowoził pasażerów do centrum z lotniska położonego poza miastem. Czekaliśmy na zewnątrz terminala, na maleńkim przystanku, który został umieszczony na środku wąskiego ruchliwego chodnika. Z rozkładu nie dało się wywnioskować, kiedy właściwie przyjedzie, ale lokalsi upewniali nas (na szczęście znamy hiszpański), że nadjedzie na pewno, tylko nie wiadomo, kiedy. Po ok. godzinie, kiedy nasze dzieci były już bardzo znudzone, chcieliśmy wziąć taksówkę (ok. 20 EUR), ale właśnie wtedy nadjechał shuttle. Podczas 40 minutowej podróży próbowaliśmy panować na zakrętach nad dziećmi, wózkami i bagażem.
Dodam, że na każdego z nas przypadało 1 dziecko w wieku do lat 4, 1 wózek składany typu parasolka, 1 DUŻY plecak i jeden mały plecak (niesiony z przodu).

Po wyjściu z autobusu (było wiele przystanków i kilkukrotnie musieliśmy dopytywać pasażerów, czy to już tu) znaleźliśmy się na pięknej alei  w Centrum Malagi. Przeszliśmy parę przecznic i udało nam się dotrzeć do 4hotelu Astoria. Pokój 3-osobowy kosztował ok. 80 EUR i była to cena jak na Malagę okazyjna. Znaleźliśmy go przez jeszcze z Polski przez jakiś serwis internetowy, a cena była obniżona, bo ulica przed hotelem była w remoncie (a właściwie wcale jej nie było, bo wymieniali całą nawierzchnię) i trzeba było przejść kawałek po rozkopanym placu budowy. Bardzo przyjemne miejsce ;) Pyszne śniadanie, ładne wnętrza i wanna z hydromasażem w każdym pokoju.

Następnego dnia autobusem pojechaliśmy (ok. 2 h, odjazd z dworca autobusowego) do Algeciras, gdzie chcieliśmy wejść na prom do Tangeru. Okazało się, że szybsze i tańsze połączenie jest z Taryfy (promy z charakterystycznym czerwonym logo Fast Ferries), a w cenie biletu na prom był także dojazd kolejnym autokarem do Taryfy. Podróż promem trwała ok. 1 h.
Uwaga: na promie koniecznie trzeba znaleźć urzędników, którzy przystawią pieczątki zezwolenia na wjazd! Niestety nie noszą żadnych mundurów, my ich poznaliśmy po tym, że przy ich stoliku stała kolejka ludzi.

Gdy dotarliśmy do Tangeru, było już ciemno. Nie mieliśmy zarezerwowanego noclegu, więc po odprawie paszportowej uzbrojeni w listę potencjalnych hoteli wydrukowaną z Internetu i Lonely Planet udaliśmy się piechotą w kierunku medyny (starego miasta). Po wspinaczce na dość strome wzgórze, dotarliśmy do murów medyny. Do bramy prowadziło z 30 schodów, więc uzgodniliśmy, że Bartek pójdzie się rozejrzeć, a ja poczekam z naszymi ruchomościami (to dobre słowo) przed wejściem.
Całą drogę byłam boleśnie świadoma faktu, iż skromny jak na warunki europejskie T-shirt był strojem bardzo nie na miejscu, bo okazał się za obcisły, szczególnie pod ciężarem plecaka. Kiedy zostałam sama pod bramą, przyplątał się jakiś żebrak, który nawet się do mnie nie odezwał, ale stał i patrzył, co było bardzo deprymujące.
W końcu wrócił Bartek i stwierdził, że medyna jest brudna, ciasna i panuje w niej wroga atmosfera- zdecydowaliśmy więc, że pójdziemy poszukać noclegu w ville nouvelle. Po drodze zaczepili nas Duńczycy, pytając, czy nam w czymś nie pomóc. Musieliśmy wyglądać na zagubionych. Okazało się, że pan Mads przyjechał na festiwal filmowy, a jego mama, pani Mette, zajmowała się na emeryturze podróżowaniem po świecie, odwiedzając swoje liczne dzieci, z których każde mieszkało chyba na innym kontynencie. Pan Mads znał biegle arabski, co okazało się nieocenioną pomocą, gdyż po francusku nie z każdym właścicielem pensjonatu (szczególnie z tych tańszych) można się było porozumieć. A w dodatku orientował się nieźle w topografii miasta i pomógł nam znaleźć hotel. Po krótkiej rozmowie z właścicielem zdecydowaliśmy się tam przenocować, a z przesympatyczną panią Mette umówiliśmy się na śniadanie.

Ciąg dalszy naszych przygód, czasem śmiesznych, czasem strasznych ;) nastąpi...

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;