Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Jangcy tradycyjnym sampanem - 1995
Mityczna Jangcy

Okazuje się, że nawet mglista atmosfera, która otula malownicze sampany na mitycznej Jangcy, Niebieskiej Rzece, kolebce chińskiej cywilizacji, którą podziwiałem na XVIII-wiecznym płótnie, może stać się impulsem do odbycia egzotycznej podróży. Kiedy nieco później przeczytałem w encyklopedii, że " ... przecina ona majestatyczny, niesłychanie malowniczy przełom, jeden z najpiękniejszych, najbardziej imponujących i najbardziej przytłaczających krajobrazów, jakie istnieją na naszej ziemi", byłem już gotów do drogi. I dzisiaj tego nie żałuje.

Ostatnie dni Trzech Przełomów

W Encyklopedii Britannica o Jangcy jest napisane: "Przecina ona majestatyczny, niesłychanie malowniczy przełom, jeden z najpiękniejszych, najbardziej imponujących i najbardziej przytłaczających krajobrazów, jakie istnieją na naszej ziemi".

Największa na świecie zapora wodna, tryumf socjalizmu i demonstracja potęgi Chin, pochłonie w 2005 r olśniewający, chiński pomnik natury.

Tama rozumu
Tygodnik "Wprost", Nr 1103 (18 stycznia 2004)


W moich relacjach z odległych zakątków świata przejawia się coraz częściej cień pesymizmu. Kilkanaście lat temu gorąco namawiałem czytelników i przyjaciół na odwiedziny Birmy, potem życzliwie radziłem wycieczkę do Bhutanu, potem nie szczędziłem słów reklamy aby przekonać na spędzenie urlopu w Angkorze, mieście świątyń i tajemnic, ukrytym w kambodżańskiej dżungli. Dziś z jeszcze większym zapałem, zupełnie bezinteresownym, chcę namówić na wyjazd do Chin. Właśnie do obejrzenia słynnych przełomów.

137.jpg  138.jpg  139.jpg

W pełni lata ląduje z trojką przyjaciół w przeludnionym Chongqing, dawnej stolicy Chin, liczącym dzisiaj 16 milionów mieszkańców. Oblepła wilgoć osiąga rzadko spotykany poziom, do tego wisi cały czas w powietrzu żółtoszary smog wytwarzany przez kopalnie węgla i zakłady przemysłowe, chemiczne, maszynowe, bawełniane. Zanieczyszczone miasto przypomina typowa architekturę komunistycznego molocha sowieckiego, anonimowe bloki, wysypiska śmieci, pośród których kreci się rzesza rożnych oszustów.

Nie tracąc czasu krążymy po porcie rzecznym w poszukiwaniu typowej łodzi, budowanej od wieków według niezmiennych reguł. Ku memu zdziwieniu odkrywamy, że sampany są dla miejscowej ludności już tylko wspomnieniem. "Może spotkacie je jeszcze w delcie, niedaleko Szanghaju" - odpowiadają nasi rozmówcy.

Ktoś radzi pojechać do Wanxianu: "Rok temu właśnie tam widziałem żagiel na rzece". Decyduję się na popłynięcie statkiem pasażerskim do tego miasta, ale już po drodze młody kapitan potwierdza, że jego zdaniem sampany zniknęły definitywnie z Jangcy. "Postęp techniczny jest niemiłosierny i prawdę mówiąc dobrze się stało, że ich już nie ma. Często przeszkadzały w żegludze". W jego głosie nie ma ani cienia nostalgii za dawnym symbolem Chin.

Dla mnie jest to nieprzyjemny zawód, tym bardziej że spóźniłem się o rok, najwyżej dwa. Patrząc jednak realnie dochodzę do wniosku, że coraz częściej zdarza mi się przyjechać za późno, aby zdążyć udokumentować coś, co definitywnie uchodzi w przeszłość.

Nie poddajemy się. W poszukiwaniu łodzi odwiedzamy wioski i małe osiedla prowincji. Wreszcie w Santiansian natrafiamy na ślad sampana, który od pewnego czasu służy jako prom kursujący pomiędzy dwoma brzegami rzeki. Jego właściciel, Liang Xue, gotów jest wynająć nam swoją łódź za 300 dolarów dziennie, ale po krótkich targach godzi się na 30, czyli tyle, ile zarabia średnio robotnik chiński.

Rano, tuż po śniadaniu, na chwilę przed odpłynięciem, w domu naszego gospodarza pojawia się miejscowy sołtys i oświadcza, że nie możemy wyruszyć, dopóki nie będziemy mieli specjalnego zezwolenia od władz prowincjonalnych.

Pierwszym statkiem odpływam do Fengjie, gdzie poprzez biuro burmistrza staram się o odpowiednią zgodę na naszą wyprawę. Sytuacja jest napięta, funkcjonariusz nigdy nie spotkał się z taką sytuacją i boi się pozwolić cudzoziemcom na swobodne poruszanie się po podległym mu terenie. I kiedy sprawa wydaje się całkowicie przegrana, przychodzi mi na myśl pokazanie mojemu rozmówcy kilku moich reportaży przygodowych. Przedstawiam także legitymację członka Royal Geographical Society i o dziwo burmistrz zmienia zdanie.

Obfite letnie deszcze monsunowe podniosły o 30 metrów poziom wody w rzece, nurt jest bardzo rwący i często jego prędkość osiąga 10 węzłów. Żegluga jest trudna, ponieważ tu i ówdzie widoczne są wyrastające tuż nad poziom wody niebezpieczne, ostre skały. Nazwa Niebieska, nadana rzece przez Europejczyków nie ma nic wspólnego z Jangcy, która kolorem przypomina bardziej kawę z mlekiem. Na dzikim szarozielonym płaskowyżu rzadko można dostrzec ślady życia i aż trudno jest uwierzyć, że z dorzecza najdłuższej rzeki Azji, gdzie żyje około 450 milionów mieszkańców, praktycznie co trzecia osoba w tym kraju, pochodzi połowa produkcji rolnej Chin.

Zachwycamy się relaksowym charakterem podroży. Lekki, przyjemnie orzeźwiający wiaterek pozwala zapomnieć o istnej saunie jaka panuje w pełni lata na ladzie. Temperatura wprawdzie oscyluje w pobliżu 30°C, ale bardzo wysoka wilgotność sprawia, ze człowiek czuje się jak w parowce.

Nasza łódź o płaskim dnie i tradycyjnych kształtach nie ma miecza. Jej długość wynosi 9 metrów. Jest ona siostrą znacznie większej morskiej dżonki, chwalonej jeszcze przez Marco Polo i opiewanej przez Josepha Conrada za swoje doskonałe właściwości nawigacyjne. Po prostu jest w stanie płynąć bardzo ostro do wiatru. Pośrodku sampana znajduje się niska kabina, w której wygodnie mieścimy się wszyscy. Oczywiście nasza łódź nie ma silnika i napędzana jest wyłącznie starym, połatanym żaglem usztywnionym charakterystycznymi równoległymi listwami dla zapewnienia jego płaskości i regulowanym za pomocą licznych szotów.

Przed zachodem słońca decydujemy się wpłynąć do wąskiej zatoczki, która zapewnia spokojne przenocowanie

Kiedy zdecydowaliśmy się na dojście do brzegu, prąd zniósł nas spory odcinek w dół rzeki. Przyszło więc wykonać prace burłaków i ciągnąć nasz sampan w górę rzeki. Przejście jednego kilometra po kamienistym brzegu w żarze przesiąkniętym wilgocią wymaga od nas wytężonego wysiłku. I jeśli wydaje się nam, że ta nieludzka harówka, wyobrażam sobie, ile to zdrowia kosztowało kulisów ciągnących całymi dniami, a nawet tygodniami ciężkie statki.

Oleg, mieszkający od czterech lat w Chinach, otrzymał z urzędu funkcje kucharza. Na kolacje przygotowuje kurczaka z jarzynami i czubatą miskę ryżu. Naturalna herbata, tak jak się tu pije, bez cukru, jest sygnałem zakończenia bankietu. Wkrótce zaszywamy się w śpiwory i kto pod pokładem, kto na świeżym powietrzu, zasypiamy po emocjach długiego dnia.

Wiadomo było zawsze, ze Jangcy wypływa z mało oznaczonego regionu Tybetu, ale dokładne miejsce jej narodzin było nieznane aż do 1976 roku, kiedy to naukowa ekspedycja zlokalizowała jej źródło na zboczach Góry Gelandendong, na wysokości 6.621 m npm. Roztopione śniegi i lody tworzą strumienie, które dają początek wielkiej rzece. Według najświeższych obliczeń kartografów z Chińskiej Akademii Nauk, którzy wykorzystali zdjęcia satelitarne, długość rzeki wynosi 6.211 kilometrów, co stawia ja na trzecim miejscu na świecie po Amazonce i Nilu. Posiada ona prawie 700 dopływów tworzących dorzecze o powierzchni 2 milionów km2. Niezwykle żyzna ziemia na nizinach sprawia, że mieszka nad nią 200 milionów ludzi, czyli co piąty obywatel tego kraju.

Życiodajną arterią Chin, jej główny szlak komunikacyjny, znana jest na całym święcie jako Jangcy, "Niebieska Rzeka". Chińczycy zaś nazywają ją Chang Jiang, "Długa Rzeka", albo prościej Jiang, "Rzeka". Określenia Jangcy praktycznie nie znają. Z Chongqing do Szanghaju, to jest na odcinku żeglownym, długości prawie 3 tysięcy kilometrów, każdego roku przewozi się około 30 milionów osób, a ilość transportowanych towarów wywiera jeszcze większe wrażenie: 230 milionów ton.

Miejscami żegluga zaczyna być niebezpieczna. Nurt staje się niespokojny i jego prędkość wyraźnie wzrasta. Panorama zmienia się, w miejsce rozległych nizin pojawia się górzysty teren z nagimi szczytami.

Liang Xue, ponad 70 letni marynarz słodkich wód o wysuszonej przez słońce twarzy, z nieschodzącym z ust uśmiechem, całe życie spędził nad Jangcy. Pomimo pochylonej od starości figury jest w doskonalej formie fizycznej. opowiada historię swojego życia i Oleg, student pekińskiego uniwersytetu, który dobrze zna język chiński, ma kłopoty z tłumaczeniem dialektu syczuańskiego. Xue spędził tutaj wszystkie swoje lata i o Jangcy mówi z głębokim respektem, a nawet wdzięcznością, ponieważ rzeka ta darowała mu życie, podczas gdy dla wielu innych okazała się mniej łaskawa.

W porannej mgle, która zaściela rzekę, widać na stromych schodach armię tragarzy, która niczym mrówki dźwiga z zacumowanego niedawno statku ciężkie kosze zawieszone na barkach na kabłąkowatych drążkach.

Po głównej drodze wodnej Chin płyną w górę i spływają w dół niezliczone statki, barki, cysternowce i statki pasażerskie. Te ostatnie są z reguły starej daty, pokryte rdzą i wypełnione do granic możliwości. Od czasu do czasu pojawia się jednak prawdziwy klejnot przemysłu stoczniowego, komfortowe cudo z zagranicznymi turystami, którzy w ciągu dwudniowej żeglugi zapoznają się z pięknem malowniczego krajobrazu.

Wszystko wskazuje na to, że nasz sampan jest ostatnim, który żegluje po wodach Niebieskiej Rzeki, nic więc dziwnego, że jeden ze statków pasażerskich zmienia swój kurs, aby dać możliwość sfotografowania z bliska zjawy z dawnych czasów.

Nasza przygoda kończy się w Fengjie, mieście zawieszonym na wysokim brzegu, które w ten sposób stara się uchronić przed gwałtownymi przyborami wód i ich niszczycielską furią. Właśnie tutaj zaczynają się słynne przełęcze i stary Xue stanowczo odmawia kontynuowania podróży, uważając, że jest to przedsięwzięcie zbyt ryzykowne.

Ciągną się one na długości ponad 200 kilometrów i najeżone są podwodnymi skałami leżącymi na małej głębokości. "Progi grzmią tam - mówi Xue tonem w którym czuć uległość terrorowi- niczym galopujące dzikie konie". A stare chińskie przysłowie powiada "Tak samo jest trudno tędy przepłynąć, jak trudno jest trafić do nieba". Wszystko zależało tu od błyskawicznej reakcji sternika. Jedna chwila nieuwagi kosztowała nieraz życie. Co dziesiąty sampan bywał w tym miejscu mocno uszkodzony, a co dwudziesty rozbijał się kompletnie.

Ne mniej ofiar było wśród burłaków, którzy zaprzężeni niczym konie holowali pod prąd statki załadowane kilkudziesięcioma tonami ładunku. Stu, dwustu, a nieraz i trzystu mężczyzn wykonywało katorżniczą pracę pomagając sobie pieśniami przejmującymi serce smutkiem niedoli.

Przychodzi mi na myśl niezwykle realistyczny obraz Ilii Repina z 1873 roku przedstawiający tuzin mężczyzn ciągnących stateczek w górę Wolgi. Na początku XIX wieku w Rosji zajmowało się tym rzemiosłem ponad pól miliona ludzi.

W Trzech Przełomach nie raz zdarzało się, że 400 metrowa lina z poskręcanych włókien bambusowych, zrywała się i nieludzki wysiłek wielu dni szedł na marne. Na słynnej "cesarskiej ścieżce", wąskim przejściu wykutym w pionowych skałach, wystarczyło, żeby potknęła się jedna osoba, która spadając w przepaść pociągała za sobą całą brygadę towarzyszy połączonych ze sobą uprzężą. Jeśli wszystko układało się gładko, to pokonanie przełomów zajmowało około dwóch tygodni.

Na początku XX wieku pojawiły się parowce, ale nie od razu wyparły one armie kulisów, były zbyt słabe do pokonania wodnego żywiołu. Nasz Xue należał do ostatniej generacji burłaków pochodzących z Wuszanu, najsilniejszych i najbardziej doświadczonych. Ostatni raz przemierzał on "cesarską ścieżkę" w połowie lat pięćdziesiątych.

Historia pierwszych parowców związana jest z nazwiskiem Archibalda Little'go. W 1900 roku dokonał on wyczynu, w który nie wierzył żaden Chińczyk: Na pokładzie 150 tonowego stateczku z towarem i pasażerami pokonał trasę z Sznghaju do Chonngqing w 73 dni. Trzy Przełęcze zajęły mu trzy dni walki z siłami przyrody, tym razem już bez pomocy burłaków. Na Jangcy zawitała nowa epoka. Transport towarów w górę rzeki kosztował do tej pory fortunę, czyli tyle samo co przewóz tego samego ładunku z Chin do Londynu. Od tego dnia sytuacja zmieniła się radykalnie.

Burłacy nie zginęli całkowicie z pejzażu Jangcy. Zarabiają jeszcze dzisiaj na chleb w Szennongu, leżącym w pobliżu niewielkiego dopływu Jangcy, na którym znajduje się miniatura "Trzech Wąwozów", miejsce udostępnione od 1985 roku zagranicznym turystom. Pracują dla niektórych agencji turystycznych, które przywożą swoich klientów na niebywałą atrakcje. Kilkudziesięciu bosych i skąpo odzianych mężczyzn ciągnie pod prąd duży sampan wypełniony pasażerami utrwalającymi te niespotykana scenę na zdjęciach i na filmach.

W 1995 roku wydarzył się tutaj tragiczny wypadek. Na jednym z kipiących progów burłakom zerwała się lina holownicza i łódź zniesiona silnym prądem roztrzaskała się na skalach. Zginęło wtedy 11 tajwańskich turystów.

Decydujemy się przebyć Trzy Przełomy na pokładzie luksusowego statku wycieczkowego. "Princess Sheene" jest jedna z trzech jednostek bliźniaczych zbudowanych w Niemczech siedem lat temu. Długa 129 metrów, posiada 135 kabin i wszystkie wygody niezbędne do zaspokojenia wymagań najbardziej kapryśnych turystów. W ub. roku zanotowano ich w Chinach prawie 50 milionów i spora cześć zapoznała się z urokiem Jangcy.

Odbijamy od nadbrzeża przy akompaniamencie statkowej syreny. Trzy krótkie sygnały oznaczają, że statek cofa się, potem kiedy ruszamy do przodu rozlega się jeden długi, zapowiadający skręcenie w prawo, na środek rzeki, gdzie w chwile później podwójny sygnał oznacza, że skręcamy w lewo, aby skierować dziob w stronę już dobrze widocznej przełęczy.

Na górnym pokładzie, służącym zwykle do opalania, zebrali się wszyscy pasażerowie z przygotowanymi kamerami i aparatami fotograficznymi. Atmosferę napięcia podnosi stewardessa, która z aktorską dykcją informuje przez głośnik, że za 10 minut wpłyniemy miedzy skalne ściany Przełomu Qutang, czyli Ryczącego. Na wodzie robi się nieco tłoczno. Trzy barki z węglem, zanurzone prawie całkowicie w wodzie, walczą z przeciwnym prądem. Nasza "Princess" wymija pokaźnej wielkości tankowiec, który dopiero co ustąpił drogi płynącemu w gore rzeki wysłużonemu statkowi pasażerskiemu, transportującego ludność lokalną.

I oto romantyczny widok Qutang, otulonego delikatną złotawą poświatą, przydającą zjawiskowych uroków i nieuchwytnego czaru baśniowej atmosfery. Przypomina to typowa chińską rycinę zainspirowaną w krajobrazie Guilinu. Niczym naturalne wrota z wody wyrastają dwie pionowe, nagie ściany wysokie na kilkaset metrów i odlegle od siebie o dobry rzut kamieniem. Są tak blisko, że wydaje się, że można by je dotknąć wyciągniętą ręką. Wezbrane wody nie mieszczą się w wąskim gardle krępującym jej przepływ. Cisze przerywa huk rozbijającego się o występy skalne gwałtownego nurtu. Nad rzeka zawisa obłok rozpylonej mgły wodnej. Bajkowy urok przyciąga oczy nie tylko turystów, ale przykuwa uwagę załogi, przywykłej do częstego oglądania tego spektaklu natury. Ogromne kipiące wiry mielą żółtobrunatną wodę. Trudno jest powiedzieć, co wywiera większe wrażenie: skały wznoszące się do nieba, wytworzone 70 milionów lat temu, czy furia dzikiego żywiołu. Nie wiele ludzi potrafi oglądać te obrazy bez poddania się uczuciom podziwu i zdumienia.

Nie zdążyłem nasycić wzroku, kiedy statek opuścił już najkrótszy z trzech, 10 kilometrowy, kanion. Następuje chwila relaksu. Krajobraz zmienia się radykalnie, przed nami pojawia się odcinek spokojnej wody, która osłabnie na pół godziny.

Pokładowe radio zapowiada, że zbliżamy się do drugiego przełomu, zwanego Wuxia, czyli Czarownic. Tym razem sceneria nie jest tak efektowna i malownicza. Wawoz nie posiada tak samo romantycznej aury i nie jest tak imponujący jak jego poprzednik.

Tak jak często bywa w Chinach, tak i ta przełęcz, nad która dominuje dwanaście szczytów, związana jest z legenda mówiącą o księżniczce Yao Ji, która pomogła legendarnemu cesarzowi Ju, zwanym Wielkim, w przerąbaniu ścian skalnych by stworzyć kanał dla wód powodziowych z prowincji Syczuan. Dziś czuwa ona nad bezpieczeństwem marynarzy pokonujących zdradliwe wody. Mając odrobinę fantazji można ją rozpoznać po kształcie przypominającym klęczącą postać otoczona jedenastoma dziewicami, które jej nigdy nie opuściły. Legenda głosi, że wróży ona szczęście tym, którzy ją wypatrzą. 40 kilometrów mija szybko i następuje ponowna chwila odprężenia przed ostatnią już atrakcja.

Po kwadransie wpływamy w Przełęcz Xiling, Cieni, składającą się z serii osobliwie zwanych wąwozów: Przełęcz Końskiego Płuca, Byczej Wątroby, Księgi Sztuki Wojennej, Cennej Szpady. Prędkość prądu wzrasta do 10 węzłów, wydaje się, że statek zsuwa się z pochylni, tak wyraźny jest spadek rzeki. Na długości 225 kilometrów rzeka traci na wysokości 143 metry. Każda trawersata była podróżą niepewną i należała do przedsięwzięć poważnych i ryzykownych. W Przełęczy "Pustej Łodzi" jeszcze pól wieku temu, w tym najbardziej niebezpiecznym miejscu, pełnym progów powstałych na skutek osuwających się skał, pasażerowie musieli opuszczać statek i przemierzać kilka kilometrów górskiej ścieżki pieszo. Na jednej trzeciej wysokości lewej ściany widać właśnie wyraźnie wykutą ścieżkę po której poruszali się burłacy i pasażerowie. Jedna z amerykańskich turystek zamyka z przerażenia oczy i nie może się nadziwić jak mogli przechodzić tamtędy ludzie.

"Pod nami 180 metrów wody", oznajmia przewodniczka. Na świecie jest tylko kilka rzek tak głębokich. Po krótkiej chwili mówi już o 35 metrach, a zaraz później o 15 i wcale się nie myli. Po prostu dno jest bardzo nieregularne. Wystarczy moment nieuwagi aby rozpruć dno na jakiejś podwodnej skale. Co pewien czas pojawia się jakiś zardzewiały wrak wystający nad wodę niczym przestroga dla kapitanów. Xiling to najbardziej niebezpieczny akwen na całej długości Jangcy.

Powoli, jak na zwolnionym filmie, rozpływają się zapierające dech w piersiach widoki. Po 80 kilometrach wapienne urwiska zamieniają się stopniowo w płaską nizinę. Przed nami Yichang, kres wędrówki.

Tak jak zginęły z Jangcy sampany, tak wkrótce zginie z powierzchni ziemi ten nadzwyczajny spektakl natury, od wieków inspirujący poetów i artystów. Nie mogę pogodzić się z tym, że zniknie i następne pokolenia nie będą mogły go podziwiać.

W 2005 roku zostanie oddana do użytku gigantyczna zapora ze sztucznym zbiornikiem rzecznym o długości 600 kilometrów. Spiętrzenie rzeki spowoduje wysiedlenie ponad miliona ludzi i zaleje 160 miast. Pod wodą znajdą się nie tylko Trzy Przełomy, ale i kilkanaście bezcennych obiektów starożytnej kultury chińskiej. Ekolodzy protestują. Zapewniają, że to największe na świecie przedsięwzięcie hydrologiczne, będące tryumfem socjalizmu i demonstracją potęgi Chin, doprowadzi do nieobliczalnych w skutkach zmian w środowisku naturalnym całego regionu. Władze Pekinu twierdzą, że inwestycja, która kosztować będzie ponad 40 miliardów dolarów, pozwoli ujarzmić rzekę, nazywana przez Chińczyków "matką wszystkich powodzi" i zapobiec ogromnym wylewom, które pochłonęły w XX wieku 300 tysięcy ofiar (tylko we 1954 roku zginęło 30 tysięcy osób, a ponad milion straciło dach nad głową; podczas powodzi w 1996 roku życie straciło 2700 ludzi; straty obliczono na 7 miliardów dolarów) i spowodowały nie obliczalne straty materialne. Ponad to, co jest nie bez znaczenia, mówią rządzący ludzie, zapewni produkcje 18 tysięcy megawatów energii elektrycznej.

140.jpg 141.jpg  142.jpg

Póki co, Trzy Przełomy, ofiarują radość ich podziwiania, podobnie jak Wielki Mur Chiński, największa budowla historii ludzkości i tzw. "Terakotowa Armia, pochodząca z IV wieku pne. Siedem tysięcy wojowników z gliny naturalnej wielkości odkopano w 1974 roku w podziemnym grobowcu imperatora Qin Shi Huangdi, który poraz pierwszy zjednoczył Chiny. Za kilka lat można je będzie podziwiać tylko na dokumentalnym filmie.

Fotoreportaż z wyprawy.


Zdjęcia Jacka Pałkiewicza są dostępne w Agencji Fotograficznej EASTNEWS www.eastnews.com.pl

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;