Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Bhutan na jakach - 1995
Bhutan - Ziemia Burzliwego Smoka

Pradawny szlak karawan wije się w absolutnej ciszy w górę, potem w dół i ponownie w górę, cały czas pośród fantastycznego królestwa natury Doliny Paro. W prześwitach jodłowego lasu widoczne są wyniosłe i surowe góry z ich dziko postrzępionymi wierzchołkami. Przechodzimy po kamieniach przez rwące lodowcowe strumienie, potem przez głębokie doliny, wąwozy, w których spadają pieniące się wodospady.

143.jpg  144.jpg  145.jpg

Niekiedy strome podejścia stają się uciążliwą mordęgą. W chwilach większego zmęczenia korzystamy z egzotycznych jaków, które niosą nasz sprzęt biwakowy i żywność na cały okres wyprawy, ale jeźdźca niestety nie darzą zbytnią sympatią i trzeba być bardzo ostrożnym, żeby utrzymać się na ich grzbiecie.

Dla mieszkańców wyżyn środkowej Azji to długowłose zwierzę, ważące prawie tonę, jest niezastąpione. Dostarcza mięsa, mleka, sera, a także skóry i wełny, z których pasterze wyrabiają ubrania, koce, obuwie, namioty a łajno używają jako opał. Od kiedy został udomowiony wykorzystuje się go także jako zwierzę pociągowe, pod wierzch i juczne.

Pniemy się wciąż w górę i płuca domagają się tlenu, odpoczynku. Po trudach dnia wieczorny biwak przynosi odprężenie i z rozkoszą oddychamy przejrzystym powietrzem, mając tym razem czas na podziwianie fascynującego zakątka świata.

Jesteśmy w Bhutanie, małym królestwie himalajskim, o powierzchni mniejszej od Szwajcarii, wciśniętym pomiędzy Indie i Chiny, które zachowało wiele swoich sekretów przed resztą świata. Dziś ten tajemniczy kraj, hermetycznie zamknięty, nieznający Coca Coli, ani tym bardziej podróży kosmicznych, ostrożnie otwiera swoje podwoje. Kiedyś, dawno temu, znajdował się w granicach Tybetu, a w późniejszym okresie uzyskał niezależność. O tym, jak bardzo mało o nim wiedziano, świadczy fakt, że w Europie nie znano nawet jego nazwy. Bhutańczycy nazywają swój kraj Druk Yul, "Ziemia Burzliwego Smoka". I mityczne monstrum obecne jest na każdym kroku, w malowidłach ściennych, na monetach, znaczkach pocztowych, w sztuce zdobniczej, we wzorach dekoracyjnych.

Aby lepiej zapoznać się z tym krajem i z jego narodem, zdecydowałem się na trekking, co w języku Boerów znaczy długą i uciążliwą podróż. W dzisiejszym rozumieniu słowo to określa sposób podróżowania, który wymaga trudu, psychicznej i fizycznej odporności, po trudno dostępnych terenach, przemierzanie piechotą czy wierzchem ścieżek dalekich od cywilizowanego świata. Dwadzieścia lat temu trekking stał się synonimem podróży zapewniającej przygodę. Moda na niego narodziła się niedaleko stąd, w Nepalu, gdzie turyści, korzystając z miejscowych tragarzy, śpiąc w namiotach, ruszyli na podbój egzotycznych zakątków tego kraju. W latach następnych armia osobników z kolorowymi plecakami pojawiła się w Ameryce Łacińskiej, a później w Afryce.

W trekkingowym boomie występowały czasem i negatywne strony, takie jak biorąca w nim udział zbyt wielka rzesza ludzi i powodowane przez nich zanieczyszczenie środowiska. Tak narodziła się turystyka elitarna, tak zwany backpacking, praktykowana w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, ale znana od zawsze w byłym Związku Radzieckim, polegająca na niezorganizowanych wędrówkach odbywanych z dala od wszelkich utartych szlaków, gdzie brak jest jakiejkolwiek bazy turystycznej. Każdy musi liczyć tam tylko na siebie, sam sobie radzić, innymi słowy być absolutnie niezależny.

Trekking to nie tylko poznanie nowego kraju, zbliżenie się do ludzi innej rasy, to także wspaniałe, głębokie doznania duchowe, które wzbogacają wewnętrznie. Powracając do natury można się poczuć znowu człowiekiem, odzyskać pogodę ducha, otrzymać zastrzyk nowych sił przed powrotem do współczesnej cywilizacji z jej prawami i ograniczeniami. A uczucie wolności, smak pełni życia, romantyzm? Dla młodzieży to jedna z najlepszych szkół kształtowania charakteru.

Las towarzyszy nam aż do wysokości 4 tysięcy metrów, gdzie już rozciąga się tylko trawiasta równina i gdzie na tle błękitnego nieba krążą majestatycznie orły. Na wprost nas, zdawałoby się w zasięgu ręki, wyrasta ośnieżony szczyt Chomolgari, świętej góry tego rejonu.

W letnim szałasie pasterze częstują nas herbatą. Mężczyźni są wysocy, silnie zbudowani, pełni godności i grzeczni w obejściu, a ich uczciwe twarze wzbudzają zaufanie. Chętnie żartują. Rodzina, która nas gości, ma osiemdziesiąt jaków i każdy z nich ma swoje imię. Od czasu do czasu schodzą na równinę, gdzie wymieniają suszone mięso i pachnący ser na ryż, ostrą paprykę, herbatę i cukier. I właściwie jest to jedyny ich kontakt ze światem zewnętrznym, światem, który dla tych ludzi jest niesłychanie daleki, wręcz nierealny.

Nadchodzi zmierzch i gospodarz proponuje zatrzymanie się u niego na kolację. Siedzimy w kucki wokół dużego paleniska, przy którym zbiera się cała rodzina. Robi się późno, na niebie pojawia się coraz więcej błyszczących gwiazd. Świecący jasno księżyc wydłuża nasze cienie. Zaczynają się śpiewy, które są urozmaiceniem ich samotności. Tandin, nasz tłumacz, wyjaśnia, że słowa pieśni mówią o pięknie gór, o religii, trudnym życiu codziennym, o kupcu, który w czasie długiej podróży tęskni za domem.

Mówią nam, że przed tygodniem przejeżdżał tędy na koniu Jego Królewska Mość, monarcha Jigme Singye Wangchucka, Wspaniały Władca Narodu Smoka. Zatrzymał się u nich na herbatę, wypytywał o ich życie, problemy, po czym udał się w dalszą drogę. Obecny król zasiadł na tronie w 1972 roku mając zaledwie 17 lat i jak później mogłem się przekonać, cieszy się powszechnym autorytetem, jako ten, który zapewnia wszystkim obywatelom sprawiedliwość społeczną. W każdym środowisku podwładni okazują mu sympatię, jaką trudno dostrzec w innych królestwach.

Mówią nam, że przed tygodniem przejeżdżał tędy na koniu Jego Królewska Mość, monarcha Jigme Singye Wangchucka, Wspaniały Władca Narodu Smoka. Zatrzymał się u nich na herbatę, wypytywał o ich życie, problemy, po czym udał się w dalszą drogę. Obecny król zasiadł na tronie w 1972 roku mając zaledwie 17 lat i jak później mogłem się przekonać, cieszy się powszechnym autorytetem, jako ten, który zapewnia wszystkim obywatelom sprawiedliwość społeczną. W każdym środowisku podwładni okazują mu sympatię, jaką trudno dostrzec w innych królestwach.

Nowy dzień zaczynamy od zwiedzenia dzonga, masywnego klasztoru-fortecy, wspaniałej konstrukcji z białego kamienia, jednego z wielu rozsianych po całym kraju, którego mury jeszcze dziś tchną potęgą. W przeszłości klasztory tego typu były nie tylko centrami religijnymi i ważnymi ośrodkami kulturalnymi, ale odgrywały także zasadniczą rolę w systemie administracyjnym.

Dziś młodzi chłopcy uczą się tutaj czytać święte księgi buddyjskie, a także poznają arkana sztuki malarskiej, złotniczej, uczą się tańców narodowych i języka angielskiego. Praktycznie każda rodzina wysyła do klasztoru przynajmniej jednego syna w wieku sześciu lat. Nauka trwa dziesięć lat, a dzieci mieszkają w warunkach spartańskich, bez bieżącej wody, ogrzewanych pomieszczeń, nie mówiąc o skromnym wyżywieniu ograniczającym się do ryżu. Jest rzeczą interesującą, że jako jedną z form wychowania klasztornego stosuje się tu wciąż surowe kary cielesne.

Aby dotrzeć do małego klasztoru Taktsang, "Tygrysie gniazdo", leżącego na wysokości trzech tysięcy metrów, trzeba poświęcić cztery godziny, ale absolutnie warto je znaleźć. Przyczepiony do pionowej, prawie tysiącmetrowej skały budynek został zbudowany w wieku XV przez Padma Sambhava, który, jak głosi legenda, przyleciał tutaj z Tybetu na grzbiecie latającego tygrysa. W jednym z pomieszczeń, wydrążonych w skale młody mnich pokazuje statuę tygrysa z pazurami zagłębionymi w plecach dwóch nieszczęśników.

Spośród pięciu tysięcy lamów bhutańskich wielu decyduje się na odcięcie się od świata zewnętrznego właśnie w podobnych klasztorach w dalekich górach, gdzie oddają się medytacjom i podnoszeniu swojej duchowości. W małym budyneczku tego kompleksu żyje lama, który zdecydował się przeżyć jako pustelnik trzy lata, trzy miesiące i trzy dni, poświęcając się wyłącznie modlitwie, aby odkryć swoją osobowość. "Żeby siebie poznać - tłumaczy mi jeden z piętnastu zakonników - musimy zapewnić ciszę wewnątrz nas, zagłębić się w sobie i kopać głęboko". Tradycyjnie już ten mały klasztor jest celem pielgrzymek, odbywanych przynajmniej raz w życiu przez wszystkich Bhutańczyków.

Thimphu pojawia się na dnie głębokiej żyznej doliny, położonej na wysokości 2500 metrów. Trzydziestotysięczne miasto nie wygląda na stolicę kraju. Na kilku ulicach zabudowanych typowymi górskimi domami ciągną się rzędy sklepików, restauracji, hotelików. Wszyscy mieszkańcy noszą jednakowe stroje narodowe z tkaniny o bogatych kolorach, często w kratkę, przypominające szkockie odzienie. U mężczyzn są one długie do kolan, u kobiet aż do ziemi, ściągnięte w talii szerokim pasem.

W mrocznych sklepikach, których właścicielami są zwykle Tybetańczycy i Hindusi, w powietrzu unosi się zapach stęchłego tłuszczu i suszonych ryb, a wnętrze wypełnione jest całą gamą produktów: ryż, mąka, sery, napoje, odzież, biżuteria, instrumenty muzyczne. Można znaleźć tu również wiele wartościowych, antycznych wyrobów, takich jak: srebrne bransolety, czajniki, długie noże i szpady, przedmioty kultu, dywany, a także piękne, prymitywne maski himalajskie.

Kobiety miejscowe noszą prawie zawsze krótkie włosy i piękną biżuterię ze srebra: naszyjniki z ogromnymi, czerwonymi koralami i bursztynami, bransoletki z turkusami. Ich twarze, o wysokich kościach policzkowych, bardzo cenionych w europejskich kanonach piękności, są zwykle pogodne i uśmięchnięte.

Zostałem przyjęty przez ministra spraw zagranicznych Lyonpo Dawa Tseringa, zajmującego ten fotel od ćwierć wieku. "Wszyscy jesteśmy zainteresowani rozwojem naszego kraju - mówi - ale postęp nie może naruszyć naszych głębokich korzeni kulturowych ani też zakłócić równowagi panującej w środowisku naturalnym, pięknym i bogatym". Z tej przyczyny nie ma w Bhutanie masowej turystyki, w ciągu roku udziela się zaledwie trzech tysięcy wiz wjazdowych. I w odróżnieniu od bliskiego Nepalu, gdzie ponad 300 tysięcy cudzoziemców spędza co roku tanie wakacje, tutaj turystyka zorganizowana, bo indywidualnie poruszać się nie można, jest dostatecznie droga.

Ochrona tradycji i kampania antykonsumpcyjna dotyczy tu absolutnie wszystkich, także króla, który nie mieszka w pałacu, a w zwykłej willi, jeździ pospolitą Toyotą, a kiedy wylatuje za granicę korzysta z rejsowego samolotu. Do dzisiejszego dnia, to znaczy do 1995 roku, w kraju tym nieznana jest jeszcze telewizja, nie ma ani jednej partii politycznej, związków zawodowych, informacje są rozpowszechniane przez radio bądź jedyną sześciostronicową gazetę ukazującą się raz w tygodniu.

Mimo wszystko przybysza uderza zaskakująca forma demokracji. Jeszcze do 1959 roku panował tu ustrój feudalny, ale służba stanowiła część rodziny, u której była zatrudniona, jadła to samo jedzenie i ubierała się w podobny sposób. Jeszcze za pierwszego króla z panującej obecnie dynastii Wanghuck, była otwarta dworska szkoła, do której wraz z następcą tronu uczęszczały także dzieci poddanych.

Oczywiście w Bhutanie zaobserwować można także liczne ślady postępu. Od 1968 roku istnieje lotnisko, które przyjmuje regularnie samoloty pasażerskie z Katmandu i Delhi. Od tego samego roku cały kraj jest przejezdny ze wschodu na zachód dzięki zbudowaniu asfaltowej szosy. W zelektryfikowanych miastach funkcjonuje nowoczesny system sanitarny i szkolny, gdzie wszystko jest bezpłatne.

Najlepsi studenci wysyłani są na studia do Indii, Stanów Zjednoczonych, Włoch i Japonii. Po ukończeniu ich mają obowiązek wrócić do kraju i najpierw przejść kurs przystosowawczy w jednym z klasztorów, a następnie przepracować pięć lat na rzecz państwa.

Mimo iż Bhutan jest krajem wyjątkowo biednym, nikt nie zna tu głodu, mieszkańcy wsi uprawiają swoje poletka, hodują bydło, mieszkańcy miast zaś mają zawsze zapewnioną pracę. Podstawą wyżywienia jest gotowany ryż, który podaje się na wzór hinduski z jarzynami i pachnącymi roślinami. Dania niewegetariańskie są pochodzenia chińskiego i tybetańskiego, gdzie podstawą jest mięso wołowe i wieprzowina.

Wiele klasztorów jest zamkniętych dla turystów. Je Khempo, najwyższy kapłan buddyjski, uważa za słuszne chronić moralność i dusze zakonników przed zepsuciem zachodniego świata. "Nie chcemy zamieniać naszych obrzędów religijnych w przedstawienia folklorystyczne" - mówi stary kapłan z dzongu Tongsa.

Turyści są zwykle mile widziani i miejscowi często ich zatrzymują, aby poprosić o zrobienie im zdjęcia. Poważni, usztywnieni, stoją wtedy na baczność i kto wie, co świta im w głowach, może pragnienie, by chociaż raz w życiu opuścić ich świat ograniczony do wioski i pola uprawnego.

Liczbę Druk Pa, "ludzi grzmotu", jak siebie nazywają Bhutańczycy, szacuje się na 600 tysięcy, nawet jeśli wszystkie publikacje podają liczbę 1,6 miliona. Tak wielka różnica powstała w 1971 roku, kiedy Bhutan został przyjęty do Organizacji Narodów Zjednoczonych. Król musiał podać liczbę mieszkańców, ale znalazł się w kłopotliwej sytuacji, bo do tego czasu nie przeprowadzono ani jednego spisu ludności. Ktoś poinformował go, że tylko państwa, które liczą więcej niż milion mieszkańców mogą wstąpić do tej organizacji. W ten sposób świat dowiedział się, że w tym nieznanym kraju mieszka milion osób. Z czasem liczba ta była modyfikowana na podstawie średniego wzrostu demograficznego.

Żeby przejechać przez Bhutan, trzeba mieć nie lada mocne nerwy. "Niebiański trakt stu tysięcy zakrętów" to 600 kilometrów nieustannych, ostrych zakrętów, nawrotów, przez cały czas na krawędzi głębokich przepaści. Na jego przejechanie potrzeba przynajmniej trzech dni. Zbudowany pod nadzorem wojska hinduskiego, które odpowiada za jego reperację. Przy budowie szosy zatrudnionych było tysiące robotników nepalskich i hinduskich, wśród nich całe rodziny. I dziś jeszcze przy pracach na drodze, gdzie wszystko wykonuje się ręcznie, ujrzeć można dzieci i kobiety z niemowlętami na plecach.

Naturalny rytm żucia w Bhutanie pozostał niezmienny od wieków, tradycyjne prace w polu, ruch modlitewnych kołowrotków, widok przędzących kobiet, które jednocześnie karmią piersią swoje dzieci, jakby na potwierdzenie tego, że wielodzietność uważana jest za błogosławieństwo. Także posiadanie kilku żon jest w dobrym tonie, nawet król ma ich cztery.

Typowy dom bhutański jest tak duży, że wydaje się, że może pomieścić przynajmniej pięć, siedem rodzin. Zbudowany jest z bloków wysuszonej gliny, kamieni i kloców drewna. Na parterze jest obora dla krów, świń, kur, na pierwszym piętrze znajduje się cztery, pięć przestrzennych pokoi mieszkalnych, a jeszcze wyżej są stodoła i spiżarnia. Jest jednak rzecz, która uderza przybysza jeszcze bardziej. Na ścianach wielu domów wymalowane są dużych rozmiarów symbole męskości i to w szerokiej gamie kolorów. Fallusy stylizowane, fantazyjnie udekorowane, z oczami, ustami, odziane. W starożytnej Grecji, a także w wielu religiach świata, był to symbol boskiej energii płodności, przedmiot szczególnego kultu. Tutaj fallus jest rękojmią ochrony domu przed wszelkim złem.

Docieramy autem do Tongsa, leżącego w centrum traktu komunikacyjnego łączącego wschodnią i zachodnią część Bhutanu i dominującego nad szeroką doliną rzeki Mangde. Życie małego miasteczka ogniskuje się wokół robiącego duże wrażenie, olbrzymiego dzonga, największego w kraju. Na bramie klasztoru widoczna jest tabliczka zakazująca wstępu osobom postronnym, ale dzięki zezwoleniu otrzymanemu od opata mogę zwiedzić tę cytadelę.

Jest to prawdziwy kompleks świątyń, niemalże jedna wstawiona w drugą, zbudowanych w różnych stylach i na różnych poziomach. Mali nowicjusze, siedzący ze skrzyżowanymi nogami w krużganku, recytują monotonnym głosem dawne formuły modlitewne, wyuczone na pamięć. Moja obecność rozprasza ich kompletnie, ale pojawienie się przełożonego mobilizuje ich do dalszej modlitwy. Trochę dalej inna grupa malców ubranych na czerwono śpiewa przy akompaniamencie muzyki, opartej na trzech, czterech tonach powtarzanych w nieskończoność.

Właśnie tutaj, w Tongsa, w 1907 roku, po kilku wiekach wojen z Tybetem i Indiami, gubernator tego dystryktu, Ugyen Wanchuck, przy poparciu Anglików, został mianowany pierwszym królem Bhutanu z prawem dziedziczenia.

Ostatnie dni spędzam w Paro, gdzie odbywa się tradycyjne tsechu, najważniejsze święto religijne kraju. Przy dźwiękach cymbałów, rogów, bębnów, piszczałek, trąbek, tańczą mnisi w barwnych strojach narodowych. Ich ruchy są wypracowane i wyreżyserowane zgodnie z formułą ksiąg religijnych. Oczywiście jest to nie tylko balet artystyczny, ale przede wszystkim rytuał religijny, który ma na celu wygnanie wszelkiego zła i poproszenie bóstw o opiekę nad doliną.

146.jpg  147.jpg  148.jpg

Ta sama atmosfera, którą zaobserwowałem w filmie "Mały Budda" Bertolucciego, kręconym właśnie tutaj kilka lat temu, przenosi mnie w świat, który wydawało się, że istnieje już tylko na stronicach książek.

Zdjęcia Jacka Pałkiewicza są dostępne w Agencji Fotograficznej EASTNEWS www.eastnews.com.pl

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;