Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Sahara - magia pustyni - 1999
Autor: Jacek Pałkiewicz   
Zobacz w galerii:

Zobacz też:
Refleksje o uroku i grozie pustyni, krainie estetycznych wzruszeń

"Bóg stworzył kraje bogate w wodę aby ludzie byli szczęśliwi, a pustynie aby mogli odnaleźć tam swoją duszę", uważają Tuaregowie. Podróż przez pustynię to nie tyle wędrówka przez bezmierne pustkowie, przerażające, jednocześnie intrygujące i przyciągające, ale przede wszystkim podróż do osobistego wnętrza. Najbardziej bezlitosne środowisko naturalne na naszej planecie od zawsze inspirowało niespokojną naturę człowieka ponieważ wszystko co się z nią wiąże jest zwykle ekstremalne. Jego mit został odświeżony w nagrodzonym 9 Oscarami filmie "Angielski pacjent", czy w powieści "Herbata na pustyni" Paula Bowlesa, który przyjechał do Tangeru na tydzień i został tam na całe życie.

185.jpg  186.jpg  187.jpg

Pustynia ma zwykle wiele twarzy. Nic dziwnego, że jest źródłem powtarzanych metafor i łatwych alegorycznych określeń "bezkresu", czy "pustki". To może być wszystko to co ogląda się na widokówkach, ale też i nie wiele mieć z nimi wspólnego. Nomadowie wyróżniają trzy jej aspekty: reg, kamienistą płaską jak stół równinę pokrytą żwirem i hamada, wyjałowiony płaskowyż skalny, krajobrazy raczej upiorne i wreszcie erg, ciągnące się bez końca połacie sterylnego piasku, takie jakie wyobraża sobie każdy, kto nigdy nie był na pustyni. Stereotyp podtrzymywany przez widokówki. Okazuje się, że na Saharze, wielkiej niczym Europa, wydmy stanowią zaledwie 20 procent powierzchni.

W tym środowisku woda ma cenę złota. Umierający na Saharze z pragnienia Antonie de Saint-Exupery napisał: "Wodo! Nie jesteś niezbędna do życia, jesteś samym życiem. Największym bogactwem, jakie istnieje na świecie".

Szacunku dla niej nabrałem przemierzając kiedyś w słynnej solnej karawanie "azalai", jeden z najstarszych szlaków handlowych przecinających Saharę: z kopalni w oazie Taoudenni do odległego o 800 kilometrów na południe legendarnego Timbuktu. Tak jak w przeszłości, dziś także jest duże zapotrzebowanie na sól, główny towar eksportowy Sahary. W 1980 r. przez rynek w Timbuktu przewinęło się 7.500 ton tego produktu szacowanego na prawie 2 miliony dolarów. W Średniowieczu tą marszrutą liczące niebagatelną liczbę 10 tysięcy wielbłądów karawany przewoziły także kość słoniową, złoto i niewolników. Nasza była dużo skromniejsza i składała się z 80 dromaderów transportowych. Każdy z nich niósł przytroczone przy boku cztery krystaliczne, lśniące w słońcu bloki solne ważące 40 kg każdy.

W ciągu 10-12 godzin pokonywaliśmy średnio 45 kilometrów. Pamiętam, że każdego ranka musiałem walczyć z myślą, że czeka mnie kolejna maratońska trasa. Modliłem się, aby nie pozostać w tyle, bo być może nikt by po mnie nawet nie wrócił. Ulga przychodziła dopiero wieczorem, kiedy błogie uczucie rozkosznego chłodu regenerowało siły, a ceremonia picia mocnej i niezwykle słodkiej, dającej ukojenie herbaty, podnosiła zawsze nadwyrężone morale. Na tej bezlitosnej planecie człowiek nie ma prawa zachorować. Nie ma wyboru: musi znosić cierpienie czy ból i za wszelką cenę iść do przodu. Głęboka lekcja kształtująca charakter osobnika z "cywilnego" świata.

Po lodowato zimnej nocy, przed szóstą ruszaliśmy w drogę. Nie zapomnę przytłaczających ogromem żwirowych równin, pozbawionych wymiaru czasu i jakichkolwiek form życia. Nie zatrzymywaliśmy się na obiad, zwykle zjadaliśmy w marszu trochę orzeszków ziemnych i daktyli. Kilkakrotnie w ciągu dnia żylasty bosonogi poganiacz krocząc wzdłuż karawany serwował kilka łyków gorącej zielonej herbaty. Co do wody, to mieliśmy jej pod dostatkiem, ale mętna nasycona żelazem i siarką miała obrzydliwy smak. Na szczęście, w grudniu klimat jest niezwykle komfortowy: temperatura w Mali nie przekracza 20 stopni.

Na całej trasie jest tam tylko jedna oaza, czyli "ksar" z palmami daktylowymi, uprawą jarzyn i tryskającą zbawienną wodą. Zagubiona pośród surowego piękna zapewniała bezpieczeństwo i odpoczynek po wielodniowych trudach podróży. Spędziliśmy tam dwie doby, zakupiliśmy karmę dla zwierząt i drewno na opał, oraz wzięliśmy zapas wody na 10 dni marszu, licząc średnio 4 litry na dobę na człowieka. Wielbłądnicy sprawdzili starannie stan "gerb", bukłaków z koziej skóry, które dzięki oddychaniu porów skóry cudownie chłodzą wodę. Jeśli były przecieki spowodowane przez kolczaste krzewy, to uszczelniali malutkie otworki garstką skręconego włosia wielbłąda.
Po siedemnastu niekończących się dniach, ostatkiem sił trzymając się na nogach, szczęśliwie dowlokłem się do końca tej pełnej fantasmagorii marszruty, gdzie przez tydzień kurowałem moje poranione stopy. Sfrustrowany myślałem, że na zawsze zapomnę o odysei pustyni.

Potem przyznałem rację Wilfriedowi Thesigerowi piszącemu, że żaden człowiek, który wędrował przez tę krainę, nie pozostanie już tym samym. Na zawsze będzie nosić w sobie jej piętno i pragnienie powrotu nigdy go nie opuści. Można wierzyć temu Brytyjczykowi, bo pól wieku temu jak nikt inny poznał dokładnie, w tradycyjnym stylu, cieszącą się najgorszą na świecie sławą dziewiczą Rub al -Chali na Półwyspie Arabskim. Empty Quarter dla Anglików, czyli słynną Pustą Ćwiartkę, największą na świecie nieprzerwaną połać piasków. I nawet jeśli nie był muzułmanem, zyskał wśród Beduinów sławę równego im nomady.

Sen o pustyni, która wzburzyła moje zmysły, ożył nadspodziewanie szybko. Nie mogłem oprzeć się głosowi płynącemu z Wielkich Pustkowi, które coraz silniej stymulowały moją wyobraźnię. Pojechałem na najstarszą pustynię świata Namib szczycącą się monstrualnymi wydmami wysokości 300 metrów, potem zdobywałem doświadczenie na prawie udomowionej Atakamie. Nienasycona ludzka żądza konfrontacji z naturą i pokonywania trudności pchała mnie ku nowym, większym wyzwaniom. Na Gobi, która zachowała atmosferę odległych wieków, prowadziłem obserwacje nad możliwościami adaptacyjnymi organizmu człowieka w warunkach deprywacji w skrajnie trudnych warunkach naturalnych. Latem temperatura osiąga tam 50 stopni, a zimą może spaść do minus 40 przynosząc burze śnieżne. Wybitny odkrywca rosyjski XIX w. Mikołaj Przewalski napisał: "Pokonanie Gobi w pełni lata porównywalne jest do męczarni w płomieniach piekielnych". Nie ominąłem także kwintesencji dzikości, legendarnej Taklamakan, której już sama nazwa "Jeśli wejdziesz, nie wyjdziesz" przejmuje uzasadnionym lękiem, chociaż z sentymentem mówił o niej niestrudzony badacz Azji Środkowej Aureli Stein, który właśnie tam czuł się w pełnej harmonii ze światem.

Tym razem z grupą starych przyjaciół odczuwających potrzebę męskiej przygody i mocnych wrażeń, jestem na Saharze, opiewanej jako "pustynia pustyń". Pełna osobliwości, okryta romantyczną aureolą tajemniczości i podniecająca naszą fantazję, zajmuje jedną trzecią powierzchni Afryki, tyle co cała Europa. Jedziemy w karawanie wielbłądów niczym eksploratorzy wiktoriańskiej epoki. Serce Wielkiego Ergu Wschodniego w Algierii jest poprzecinane oszałamiająco pięknymi, sinusoidalnymi zarysami wydm. Jak zmysłowe linie kobiecych figur, gotowe pogrążyć podróżnika w kontemplacji.

Rzucane z rana przez zwierzęta gigantyczne cienie, teraz są ledwie widoczne. Czasami barchany od strony zawietrznej są tak strome, że wielbłądy odmawiają zejścia w dół. Wtedy kuśtykając na obolałych od jazdy w siodle nogach ciągniemy je siłą powodując zsuwanie się ze szczytu miniaturowych lawin piaskowych. Po przejściu karawany delikatny wiatr natychmiast zaciera nasze ślady i nieogarnione przestrzenie znowu są tak samo dziewicze jak poprzednio i jak przed wiekami. Żadnego punktu odniesienia, ani śladu cienia.

Upał z nieznośnego staje się morderczy i żar buchający z niebieskiego nieba paraliżuje ruchy. Termometr na wysokości dwóch metrów wskazuje 49 stopni w cieniu, zaś przy ziemi, gdzie odbijają się parzące promienie słońca osiąga prawie 80. Z trudem wciągam rozpalone powietrze, pali odsłonięta skóra twarzy i rąk, mam poranione wargi, opuchnięty język, a coraz bardziej wysuszone gardło domaga się kolejnej dawki płynów. Balansuję na krawędzi przetrwania, przeżywając najokropniejsze chwile mojego życia. Jak długo można jeszcze wytrzymać?

"W królestwie pragnienia i spiekoty upał może unicestwić człowieka tak jak ogień drewno", mówi lokalne powiedzenie. Moje ciało jest obolałe od nieustannego ruchu w twardym siodle. Wielogodzinne kołysanie i wściekły upał wprowadzają w stan odrętwienia. Rozdrgane powietrze rozmywa kontury krajobrazu i wywołuje omamy wzrokowe. Chwilami popadam w delirium, przed oczami migają czerwono-czarne płatki. Wydaje się, że słyszę zniewalające hipnotycznym rytmem "Bolero", jeden powtarzany motyw o narastającym natężeniu, którego inspiracją była właśnie Sahara. Modlę się o przynoszący ulgę powiew zefiru, chociaż wiem, że gorący i suchy wiatr, będący nawet w stanie rozszczepić konar rozłożystego drzewa akacjowego, może bezlitośnie osuszyć organizm.

W oddali na tle pofalowanego morza piasku i lazurowego nieba ostro odcina się transsaharyjska karawana, która w dwóch rzędach w nienagannym szyku mozolnie przedziera się przez bezmiar wydm, przecinając nasz kierunek. Wyjątkowo malowniczy spektakl pośród wszechobecnej monotonii. Objuczone ciężkimi workami zwierzęta kroczą niestrudzenie, wciąż tym samym miarowym, złudnie powolnym rytmem. Pełni godności Berberowie wyglądają wręcz nierealnie, jak widma. Na twarzach bez wyrazu widnieje krańcowe zmęczenie. Częstujemy ich papierosami, wymieniamy kilka towarzyskich zwrotów, ściskamy sobie dłonie i rozchodzimy się w różne strony.

Ósmego dnia solenna atmosfera pustyni zostaje zakłócona. Oszpecają ją porzucone butelki od Coca Coli i ślady opon motocyklowych, wizytówka współczesnej turystyki i rajdu Paryż-Dakar. Nie miał dla nich wyrozumienia absolwent Oksfordu Sir Wilfred Thesiger, spadkobierca przeszłej epoki, odznaczony złotym medalem Królewskiego Towarzystwa Geograficznego. Wspominam z pewnym sentymentem tę wyjątkową postać, przywodzącą na myśl legendę Arabii: Lawrence'a, byłego komandosa brytyjskiego SAS, antropologa, ale przede wszystkim przyjaciela Beduinów. Potrafił "cwałować i strzelać w galopie, jak oni". Poznałem go w połowie lat 80. w Kenii, gdzie się osiedlił. 75 lat, szczupła wyprostowana sylwetka, bujne włosy, bokserski nos. Był wrogiem progresu materialnego, nie znosił telefonu, telewizji, a nawet auta. Nie tolerował gwałtu na dzikiej przyrodzie, którą traktował ze szczególnym nabożeństwem, co widać na stronicach jego książki ("Arabian Sands") będącej hymnen na cześć wyobcowanej, odciętej od reszty świata krainy.

Wreszcie przeżywam dreszcz emocji. Przed magicznym zachodem słońca, zdobiącym świat imponującą paletą barw, osiągamy tętniącą życiem i cywilizacją oazę Hassi-Messaoud. Mogę się kąpać i pić. Bez ograniczeń. Klimatyzacja, posiłek przy stole, zimne piwo, świeże owoce i filiżanka espresso dopełniają pełnię szczęścia. W wygodnym łóżku delektuję się faktem, że jutro będzie tak samo. Bez spartańskich niewygód.

188.jpg  189.jpg  190.jpg

Przychodzi refleksja. Takiej rajskiej rozkoszy nigdy nie będzie w stanie zrozumieć i docenić człowiek, który nie doznał naszych przeżyć. Jedyne w swoim rodzaju uczucie "le bapteme de la solitude", chrzest samotności, jak mawiają Francuzi, potrafi głęboko zmienić duszę człowieka. Trudno powiedzieć dlaczego, ale ofiara hipnotycznie urzekającego majestatu pustyni, kosmicznej pustki i martwej ciszy, tak głębokiej, że słychać własny oddech i bicie serca, nie ma innego wyboru: nie oprze się wyzwaniu i w poszukiwaniu absolutu dodającego życiu smaku, zawsze tam wróci. Mimo wszechobecnego zagrożenia, bez względu na jakie miałby narazić się wyrzeczenia i jaką miałby zapłacić cenę, bo absolut nie ma ceny.

Fotoreportaż z wyprawy.

Zdjęcia Jacka Pałkiewicza są dostępne w Agencji Fotograficznej EASTNEWS www.eastnews.com.pl

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;