Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Mekong (Discovery Channel Expedition)
Autor: Jacek Pałkiewicz   
Wyprawa Jacka Pałkiewicza, pod auspicjami "Playboya" i gazety "Życie", przebyła w styczniu 2001 r prawie 4 tys. km z nurtem największej rzeki Azji Południowo-Wschodniej - Mekongu, kolebki starożytnych cywilizacji. W programie leżało poznanie życia niedostępnego zagadką regionu, oscylującego miedzy Średniowieczem i XXI wiekiem, tradycji i obrzędów agresywnej grupy etnicznej Mhong na północy Laosu oraz innych niezwykłości kultury indochińskiej.

205.jpg  206.jpg  207.jpg

Po dotarciu do Luang Nam Tha, górskiej osady na północy Laosu, zamieszkałej przez prymitywne mniejszości narodowe, leżąca daleko od turystycznych szlaków, ekspedycja kontynuowała podróż miejscowymi łodziami.

Wprawdzie podróż nie należała do ekstremalnych, to jednak było sporo kłopotów z pokonaniem licznych progów. Pewne niebezpieczeństwo drzemało także w dżungli, gdzie często grasują uzbrojone bandy Meo.

Plonem ekspedycji był film dokumentalny kręcony przez Jana Jakuba Kolskiego i Witolda Chominskiego, oraz reportaż realizowany przez włoską ekipę dla Discovery Channel.

Ryzykuje głębokim rozczarowaniem każdy, kto próbuje szukać Indochin na mapie świata. Leżące miedzy Morzem Poludniowochińskim i Zatoka Syjamska kolonialne imperium francuskie, które wypromowało mit egzotyki i rozkoszy życia, rozpłynęło się przed pół wiekiem niczym mydlana bańka i jego urzekająca aura zachowała się tylko na stronicach podręczników historycznych czy zakurzonych książek opiewających atmosferą minionych czasów.

Właśnie owa lektura oczarowała mnie na tyle, że podróż do tego odległego, zarówno w sensie geograficznym, jak i czasowym, zagadka świata, stała się dla mnie wyzwaniem. Z czasem bywałem tam wielokrotnie. Laos, Kambodża i Wietnam uwiodły mnie bez reszty swoją egzotyką, egzotyczną roślinnością, odmiennym klimatem, kalejdoskopem ludów, osobliwa uroda kobiet, zegarem czasu z przesuwającymi się wolniej wskazówkami, a przede wszystkim odmienna cywilizacja, o której Rudyard Kipling napisał : "Wschód jest Wschodem, Zachód jest Zachodem i nigdy się nie spotkają". Nowe określenia geograficzne nigdy nie będą miały dla mnie uroku dawnych nazw: Siam, Cejlon, Sajgon, Rangun czy Kochinchina, których magia i tajemniczość jest w stanie pobudzić wyobraźnię niejednego człowieka.

Jedna z najbardziej tajemniczych rzek swiata przecinajaca Chiny, Laos, Myanmar, Tajlandie, Kambodze i Wietnam, tchnie historia i mitologia. Na przelomie czasow byla swiadkiem burzliwych przemian, upadku imperiow, konca dominiow kolonialnych, handlu narkotykami, ale takze zyciodajna droga komunikacyjna oraz glownym zrodlem utrzymania milionow ludzi.

Arteria wodna dlugosci 4.350 kilometrow stanowi takze granice miedzy przeszloscia i czasem dzisiejszym. Tajlandia, kraj konsumpcjonizmu, jeden z tygrysow Azji, sasiaduje z Laosem nie dotknietym cieniem nowoczesnosci i Myanmarem jeszcze dzis odizolowanym od wielkiego swiata, a Wietnam, ktory doscigl kraje Pierwszego Swiata wspolzyje z tradycyjna atmosfera Kambodzy.

Latem ubieglego roku postanowilem odbyc zegluge z nurtem legendarnej Matki Wszystkich Rzek, tak jak nazywaja ja Tajowie. Do tej pory nikomu nie udalo sie splynac nia na calej dlugosci. W 1866 roku probowala dokonac tego francuska ekspedycja kierowana przez capitana Doudarta de Lagrée, ktorej celem bylo ustalenie polaczenia komunikacyjnego pomiedzy Wietnamem i Chinami. Po dwoch latach podrozy, kaskady, choroby tropikalne, trudy i potyczki z rebeliantami, zmusily smialkow do odwrotu.

W naszych czasach dostęp do Mekongu był początkowo ograniczony ze względu na toczące się w tym regionie wojny, w kolejnych latach rzady komunistyczne zamknely granice dla cudzozoemcow, zas w ostatnim okresie odstraszala przybyszy dzialalnosc uzbrojonych band lokalnych.

Także miejsca narodzin najdłuższej rzeki Indochin okryte było do niedawna nimbem tajemniczosci. Dopiero w 1994 roku wyprawa chinsko-francuska ustalila, ze znajduje sie ono na przeleczy Rupsa-la, na wysokosci 4.975 m npm, w niedostepnym i malo znanym rejonie plaskowyzu wschodniego Tybetu, zupelnie niedaleko od zrodla innej wielkiej rzeki- Jangcy. Tutaj roztopione sniegi i lody daja poczatek strumieniowi, ktory szukajac sobie drogi na poludnie przez doliny chinskie, przemieni sie pozniej w lodowata rzeke gorska, wreszcie w potenza arterie, niosaca w okresie wezbrania 60 milionow litrow wody na sekunde.

Moim projektem zainteresowalem kilku przyjaciol. Rezyser Jan Jakub Kolski z operatorem Witkiem Chominskim postanowili zrealizowac film dokumentalny dla TVP, zas Giorgio Fornoni podobny film dla Discovery Travel and Adventure. Do grupy dolacza jeszcze dwojka Rosjan i moj syn Maksy, ktorego zadaniem jest utrzymywanie kontaktu internetowego, glownie z Radio RMF, ktore podjelo sie patronatu medialnego.

Po calodziennej jezdzie malownicza gorska droga na polnocy Laosu, osiagamy Luang Nam Tha, osade graniczaca z Chinami, Myanmarem i Tajlandia, w ktorej w powietrzu wisi iemalze dotykalny zapach przemytu broni, opium i jeszcze innych ciemnych szmugli, umykajacych spod kontroli strozow prawa.

Odwiedzamy prymitywna wioske Lentenow, utrzymujacych luzna stycznosc ze swiatem zewnetrznym i zyjacych nadal tak, jak przed wiekami zyli ich przodkowie. Nazywaja ich takze Lao-Huay i naleza do wiekszej rodziny plemiennej Miao-Yao. Nikt nie wie dokladnie ilu ich jeszcze pozostalo, ale z pewnoscia nie wiecej niz 4 tysiace osob rozrzuconych w 25 osadach. Sa animistami i zachowali wielowiekowe obrzedy. Ich zycie uplywa bez wiekszych satysfakcji, ale tez i bez zbytnich zmartwien. Nosza sina, samodzialowa odziez utkana na pedalowym warsztacie tkackim, a kobiety depiluja brwi i chetnie zakladaja masywna srebrna bizuterie. Sa niedozywieni, slabi fizycznie, cesto zapadaja na gruzlice i chronicznie na malarie, ktora zbiera wiele ofiar.

O sto krokow od chat na palach, miedzy ktorymi w cuchnacej sadzawce wyleguje sie stado bawolow, rozciaga sie makowe pole, morze bialych i fioletowych kwiatow, posrod ktorych porusza sie wolno kobieta i zakrzywionym nozykiem delikatnie nacina makowki z ktorych wyplywa mleczny sok, nabierajacy wkrotce barwy bursztynu i tezejacy w woskowa mase.

Wioska liczaca 300 mieszkancow produkuje rocznie okolo 50 kilogramow opium i wyglada na to, ze dwie trzecie tego produktu spozywa sie na miejscu. Prede wszystkim pali sie, ale takze i uzywa w celach leczniczych czy tez dla wzbogacenia codziennej diety. Swgo czsu narkotyk ten byl konsumowany glownie przez doroslych, my natomiast jestesmy swiadkami palenia fajki przez molodziencow i dziewczynki.

Laos, w ktorym wedlug danych zebranych z kosmosu produkuje sie 200 ton opium rocznie, zajmuje trzecie miejsce, po Afganistanie i Myanmarze. Miejscowi gorale zarabiaja na tym kilkaset dolarow , co wystarcza im na przezycie, podczas gdy handlarze dorabiaja sie fortun. Rzad, nalegany przez Organizacje Narodow Zjednoczonych, probuje niesmialo zwalczac te plage, proponujac uprawy zastepcze. Niestety wyniki sa malo widoczne i proceder kwitnie dalej, milczaco tolerowany przez funkcjonariuszy panstwowych.

W chlodny poranek lokujemy sie w "speed boatcie". Odplyniecie od brzegu przypomina start boeinga. Gdyby nie nauszniki to ogluszajacy halas silnika moglby szybko rozsadzic glowe. Poniewaz w okresie niskiej wody na rzece nie brak jest kamiennych mielizn i podwodnych skal, zakladamy na siebie pasy ratunkowe oraz kaski ochronne.

Emocje rosna. Splywamy glebokim wawozem, enklawa surowej, narkotycznie przyciagajacej przyrody, nie tknietej reka czlowieka, posrod ktorej Mekong od pradziejow toczy swoje wody. Na brzegu ani sladu czlowieka, tylko od czasu do czasu napotykamy jakas lodz, potem mijamy zanurzona po brzegi krype z chinska bandera, zaladowana kartonami z proszkami do prania, zabawkami, sprzetem kuchennymi i "byc moze takze ladunkiem broni", zauwaza nasz motorniczy.

Podczas wojny wietnamskiej teren 4 milionow hektarow delty byl koszmarem dla zolnierzy amerykanskich, ktorzy dla rozbicia kryjowek i sieci tuneli wietkongowcow, zrzucili ogromne ilosci srodkow chemicznych. Przypomina plastycznie o tym Francis Ford Coppola w filmie "Apocalypse Now". Dzis delta jest regionem o doskonale prosperujacym rolnictwie, ponownie zyje z dobrodziejstw cieplego, wilgotnego klimatu i zawiesin zyznego ilu, ktore pozwalaja na dwukrotne zbiory ryzu, zapewniajace wyzywienie dla calego kraju.

W Huay Xai zamieniamy halasliwa lodz na tradycyjne czolno z trzymetrowym walem silnikowym, ktory mozna unosic na plyciznach. Rejon staje sie coraz czesciej zamieszkaly, a potwierdzaja to nedzne wioski niektorych mniejszosci narodowycj. Tuz przed Luang Prapang, u stop wysoko polozonej nad woda groty Pak Ou, grupa mlodocianych mnichow porzucila swoje szafranowe odzienia i halasliwie kapie sie w rzece.

W przycmionym swietle, zapierajacej dech w piersiach jaskini tchnacej sakralnoscia, widoczne sa setki pozlacanych figur Buddy roznej wielkosci i w roznych pozach, pozostawionych przez pielgrzymow, przed ktorymi grupa Laotanczykow modli sie na kolanach. Miejsce przypomina gigantyczny zlobek bozonarodzeniowy umiejscowiony w fantastycznym podziemnym swiecie.

Przy bajecznym zachodzie slonca docieramy do Luang Prabang, ktore po dzis dzien zachowuje slady niedosciglego piekna dawnej stolicy "Krolestwa Miliona Sloni". Nie wiele zmienilo sie od czasu mojej ostatnie tu wizyty przed dziesiecioma laty. Miasto wciac pozostaje jednym z najbardziej romantycznych i niezwyklych miejsc Indochin, ostatnim zakatkiem dziewietnastowiecznej Azji, tak bliskiej sercu Josepha Conrada, czy Rudyarda Kiplinga, ktora wydawalo sie, ze juz dawno nie istnieje. Przybysza uderza atmosfera melancholii i nieuchwytny czar idyllicznego pejzazu, zapach jasminu i drewna sandalowego. Zachwycaje stupy skapane o swicie w rozowej poswiacie, zlote kopuly pagod polyskujace w swietle ksiezyca, czy tez codzienny spektakl uroczystego szyku bonzow ktorym ludzie ofiaruja garstke ryzu. Obrazy te inspirowaly m.in. Somerseta Maughama, ktory pisal, ze widok pagody podnosi go na duchu "niczym nagla nadzieja w mrocznej nocy duszy". Zas Ruyard Kipling mowil o tych swiatyniach jako o "przepieknym, migotliwym, blyszczacym w sloncu cudzie". Nie bez kozery w 1995 roku niepowtarzalny Luang Prabang zostal wciagniety na liste swiatowego dziedzictwa UNESCO.

Do Kambodzy mozemy doleciec tylko samolotem, bo na Mekongu nie ma punktu granicznego. W latach 1975-79 w tym kraju czerwoni khmerzy wymordowali 1,5 miliona osob, prawie co czwartego mieszkanca kraju. Nikt na swiecie nie zareagowal wowczas na ten holocaust. Odpowiedzialny za genocyd Pol Pot nie byl nigdy pociagniety do odpowiedzialnosci. Na niic tez zdal sie wysilek ONZ wprowadzenia porzadku w Kambodzy. 26 tysiecy Blekitnych helmow powrocilo do domow pozostawiajac kraj na pastwe losu, bardziej skorumpowany, z galopujaco rosnaca przestepczoscia i mala nadzieja na polityczna stabilnosc.

Ludzie zaczynaja jednak nowe zycie starajac sie zapomniec o strasznej przeszlosci. Powraca tradycyjny khmerski usmiech, nawet jesli w stolicy na porzadku dziennym maja miejsca strzelaniny, napady i szerzy sie prostytucja nieletnich oraz handel dziecmi. Nic wiec dziwnego, ze turysci zamierzjacy odwiedzic slynne swiatynie Angkoru, przedmiot dumy a zarazem drogocenny klejnot wielowiekowej swietnosci Kambodzy, romantyczny slad zaginioinej cywilizacji, omijaja stolice i leca tam bezposrednio z Bangkoku, badz z Sajgonu.

Kontynuujemy podroz po gliniastozoltych wodach Bassaca, jednej z odnog Mekongu. Po obu stronach rzeki ciagna sie rzedy falujacych palm i drzew mangowych pelnych dojrzewajacych owocow. Czasem posrod bujnej roslinnosci pojawia sie jakas kolorowa swiatynia, zadnych mostow, tylko promy transportujace ludzi i pojazdy. Zatrzymujemy sie w jednej z wiosek, gdzie na jednym ze straganow wlascicielka smazy nam zlowione przy nas ryby. Z mieszanymi uczuciami zabieramy sie do konsumpcji durianu, owocu o niezwykle przenikliwym i niesprecyzowanym zapachu, ktory wypelnia cala okolice. Jednych przyciaga a drugich odraza. W Indochinach mowi sie, ze ma boski smak, ale piekielna won. Slynny przyrodnik Alfred Russel Wallace napisal, ze warto bylo przyjechac do poludniowowschodniej Azji tylko po to aby sprobowac tego owocu. Zdecydowanie popieram jego poglad, nawet jesli polowa moich kompanow jest wyraznie zdegustowana.

Po sześciu godzinach żeglugi osiągamy granice, ale ku naszemu zaskoczeniu zolnierze kambodanscy nie chca nas wypuscic. "Na wietnamskiej wizie brakuje adnotacji, ze mozecie sie tu odprawic", oswiadcza kpiaco jeden z bosonogich oficerow w rozchlestanej koszuli. Jest to wyrafinowana zlosliwosc, bo nie dalej jak wczoraj wietnamski konsul zapewnil, ze wiza jest wazna takze na przejsciu rzecznym. W piekielnie skwarnym upale wracamy do Phnom Penh, skad nastepnego dnia wyjedziemy wynajetym samochodem.

Niepohamowana zadza dotarcia do odleglych miejsc naraza na trudy i poswiecenia. "Sens podrozy- pisal Mikolaj Przewalski, pionier rosyjskich podroznikow- polega na ukazywaniu niebywalego uroku, codziennie zmieniajacych sie wrazen i obserwowanie rzeczy nowych. Fizyczne zas trudnosci, kiedy juz je mamy za soba, latwo sie zapomina i tylko jeszcze silniej ocieniaja we wspomnieniach radosne chwile powodzen i szczescia.

Nasza przygoda konczy sie w gigantycznej delcie Mekongu, aluwialnej dolinie z tysiacem kanalow, miedzy ktorymi rozciagaja sie plantacje kauczukowe, blotniste tereny, wiecznie zielone pnacza mangrowca, a przede wszystkim niekonczaca sie, rozlegla szachownica zielonych, polyskujacych w sloncu pol ryzowych. Wietnamczycy nazywaja dolny odcinek rzeki - Cuu Long, co znaczy "Dziewiec Smokow". Kazdy z nich jest odnoga Mekongu, ktory wachlarzowo splywa do Morza Poludniowochinskiego, wtlaczajac don rocznie 475 bilionow metrow szesciennych wody.

Uprawa wymaga duzej sily roboczej.ludzi zaprawionych do ciezkiej, calodziennej harowki i przebywania w wodzie. Trudnosci nie zniechecaja Wietnamczykow, sa wdzieczni losowi, ktory dal im sznase zamieszkania nad brzegiem rzeki od tysiacleci niosacej zycie i dostatek.

Francuzi, ktorzy swietnie znali ludnosc swojego dominium, wystawili im dobra wizytowke: "Podczas gdy Wietnamczycy sadza ryz, khmerzy kontempluja ich prace a Laotanczycy sluchaja jak potem ryz rosnie".

Fotoreportaż z wyprawy.


Zdjęcia Jacka Pałkiewicza są dostępne w Agencji Fotograficznej EASTNEWS www.eastnews.com.pl

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;