Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Somalia, państwo-widmo
Autor: Jacek Pałkiewicz   
Zobacz też:
Duszny, obezwładniający skwar lejący się z nieba wysysa ostatnie siły z człowieka. Temperatura sięga 40°C i gorący wiatr niesie tumany dławiącego kurzu. Dokucza dręczące brzęczenie much. Wszędzie wkoło złowieszczy, budzący grozę widok zgliszcz domów zniszczonych przez artylerię i naloty bombowe. Do 1991 roku były to banki, hotele, teatry, muzea. ministerstwa. Dziury po kulach nawet na rzadko zachowanych w całości obiektach. W rynsztokach gniją zepsute banany. Dokoła góry wysypisk śmieci, skąd uderza odrażająca woń zgnilizny. Nieliczni przechodnie okazują wyraźną nieufność w stosunku do białego intruza. Kilka kobiet, o smukłych figurach i pięknych twarzach, ze skromnie opuszczonymi oczami umyka w labirynt wąskich uliczek przed wścibską kamerą. Po jezdni, pełnej jam, posuwa się wolno dwukołowa ośla kolaska, tu i ówdzie siedzą pod murami skulone postacie. W jednym zakątku dodaje nieco optymizmu kwitnące na fioletowo drzewo jacarandy. Trudno otrząsnąć się z przygnębienia. Takie morze ludzkiej niedoli widziałem tylko w Kabulu i Groznym, które są w stanie zaszokować każdego przybysza...

218.jpg  219.jpg

Jestem w Mogadiszu, stolicy Somalii, kraju-widmie, nie uznawanym przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Ministerstwa spraw zagranicznych wielu krajów gorąco odradzają wyjazdy do tego Rogu Afryki, bez względu na cel i charakter podróży, i nie biorą na siebie odpowiedzialności za to, co może spotkać ich obywatela w tym niebezpiecznym regionie.

Miasto nigdy nie miało znaczniejszych zabytków archeologicznych, ale i te nieliczne, godne uwagi budowle, takie jak meczet Fahr en-Din z XVIII wieku, katedra katolicka czy parlament zamienione zostały w stosy gruzów. Dzieje miasta były burzliwe zawsze, chociaż nigdy tak bardzo jak dzisiaj. Już w VII wieku mieli tu przystań arabscy kupcy. Wtedy to dotarł tu islam sunnicki, odłam posiadający największe wpływy, do którego należy 80% muzułmanów. Właśnie stara dzielnica miasta Hammar Wein była zawsze pamiątką tej obecności. W 1871 roku Mogadiszu znalazło się w rękach sułtana Zanzibaru, a 34 lata później zajęli je Włosi, którzy pozostawali tutaj do chwili uzyskania przez kraj niepodległości w 1960 roku.

Moja reporterska wyprawa to próba poznania kraju, którego od lat nikt nie odwiedza. Długotrwała wojna domowa przekreśliła wszelkie szanse na turystykę w wegetującym i desperacko walczącym o przetrwanie kraju. Mogadiszu, zamieszkałe przez prawie dwa miliony zagubionej i przeżywającej koszmar ludności, znajduje się w rękach sześciu liderów klanów dysponujących prywatnymi armiami milicji, które nierzadko ścierają się w prawdziwych bataliach.

Musse Suudi, protektor północnej części miasta, gdzie dominują wille i niewysokie budynki, posiada "armię" liczącą 10 tysięcy i zajmuje się eksportem bananów, głównego produktu dewizowego Somalii. Jego rywal z południa, Hussein Farah Aidid, syn poległego w 1996 roku generała, może liczyć na bojówkę w sile 1500 ludzi. Zaś Mohamed Kanyare, pod którego wpływami pozostaje teren leżący pomiędzy lotniskiem Dayniila i miastem, ma własny oddział milicji złożony z 4 tysięcy dobrze wyszkolonych ludzi. Kiedy odwiedziłem go aby przeprowadzić rozmowę, zapytał wprost: "Ile mi dasz za wywiad?". "A ile mi zapłacisz za to, że go opublikuję w Europie?" - odparłem. "Zapewnię ci życie na moim terenie!" - rzucił już przyjacielskim tonem.

W mieście kwitnie przestępczość. Praktycznie każdy posiada tu broń palną. Na przykład AK-47 "made in Russia" można kupić już za 120 dolarów, czyli dużo taniej niż na słynnym Bazarze Szmuglerów w pakistańskiej miejscowości Darra. Nie ma dnia bez morderstwa, grabieży, gwałtu czy porwania. W ubiegłym tygodniu odzyskał wolność młody miejscowy chirurg, za którego ludzie jego klanu musieli zapłacić 4 tysiące dolarów.

Poznałem go w barze hotelowym. Pracuje w szpitalu Benadir opłacanym przez Czerwony Krzyż. Zarabia 300-400 dolarów, co wystarcza na spokojne życie jego rodziny i nawet na pomoc bliskim. Mówi, że Somalia dotknęła dna i jest koncentratem wszystkich tragedii świata. "Wspólnota plemienna jest naszym przekleństwem, ohydnym pretekstem do zemsty i regulowania porachunków - mówi wzburzonym tonem. - Cała inteligencja wyemigrowała, realnych szans na pokój nie widać, łańcuch wendet ciągnąć się będzie jeszcze przez pokolenia. Chyba, że. organizacji fundamentalistów islamskich al-Ittihad uda się któregoś dnia stworzyć republikę islamską. Wyczerpani i wygłodniali ludzie widzą w islamie konkretną możliwość przezwyciężenia podziałów politycznych i klanowych, ideę umożliwiającą odzyskanie wartości moralnych i zaprowadzenie poprawnych norm życia społecznego. Próbowaliśmy już socjalizmu. Zawiódł. Próbowaliśmy kapitalizmu. Nie funkcjonował. Szukaliśmy odpowiedzi w arabskim nacjonalizmie i on także nie dał korzyści. Nie pozostaje nic innego, jak powrócić do korzeni naszej kultury, do islamu i na jego osnowie zbudować nowe społeczeństwo" - kończy swój wywód chirurg.

Poruszanie się w tych stronach to nieustanne balansowanie na cienkiej linie. Przypominają o tym pojedyncze, przytłumione strzały albo ostra strzelanina, które rozrywają chwile nierealnej ciszy. W tym kraju nikt nie zna dokładnej liczby ludzi żywych (5, 7, 9 milionów?), ale też nie wie, ile ginie każdego dnia.

Życie człowieka nie przedstawia tu żadnej wartości. Przygotowując się do wyjazdu do Somalii przepisałem wykaz "wojennych" komunikatów, z przełomu lat 2002 i 2003, ogłoszonych przez organizacje ONZ-owskie. 2 stycznia: szwajcarski biznesmen zamordowany w Hargeysie, stolicy samozwańczej republiki Somaliland; 26 grudnia: czterech uczniów zabitych podczas ataku na autobus w Mogadiszu; 4 września: 15 zabitych w potyczkach w Mogadiszu; 5 sierpnia: ponad 120 ofiar w starciu band w Puntland; 31 lipca: ponad 100 wyprawionych na tamten świat w Baidoa; 25 lipca: setki ludzi ratowało się ucieczką w czasie strzelaniny w stolicy; 24 lipca: 30 zamordowanych w potyczce ulicznej w Mogadiszu; 4 lipca: ponad 20 zabitych we wczorajszej walce w Baidoa; 1 lipca: walki uliczne w Baidoa; 28 maja: ponad 60 ofiar w ostatniej batalii w Mogadiszu; 24 maja: wiele osób zmasakrowanych podczas ataku milicji na pałac rządowy.

Bezsensowna barbarzyńska wojna, przynosząca od kilkunastu lat ofiary i zniszczenia, połączona z klęskami straszliwej suszy o biblijnych wymiarach, pozostawia głęboką nie zaleczoną ranę. Wielu młodych mieszkańców miasta nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że ludzkość żyje już w XXI wieku.

Podczas tych rozmyślań, wyczuwam pewne poruszenie. Pośród zwałów gruzów centralnej ulicy Maka al-Mukarama pojawia się długa kolumna pojazdów wojskowych z włączonymi światłami. Przestraszeni przechodnie przyciskają się do resztek ścian zburzonych domów. Na wozach bojowych rozwydrzeni, pewni swojej bezkarności młodzi ludzie, uzbrojeni w pistolety maszynowe na dwójnogach, granatniki, działka pięćdziesięciomilimetrowe, haubice, wielokalibrowe karabiny maszynowe, gotowi są do prowadzenia ognia we wszystkich kierunkach. Eskortują właśnie swojego bossa, Osmana Aato, udającego się na lotnisko. Moi ochroniarze żując beznamiętnie "życiową dawkę khata", lekkiego narkotyku, niezdolni do okazania uczuć, wcale nie przejawili głębokiego respektu przed tą demonstracją siły.

Scena jakby żywcem wyjęta z filmu Śmigłowiec w ogniu, rekonstrukcji jednej z najtragiczniejszych amerykańskich misji wojskowych, operacji pod kryptonimem "Irene" w stolicy Somalii w październiku 1993 roku. Dziesięć lat temu kraj ten był areną jednej z najbardziej krwawych i okrutnych wojen domowych w Afryce. Konflikty rodowe doprowadziły do rozpadu państwa, nie funkcjonował aparat administracyjny, nie było policji ani sądownictwa. Obok prywatnych armii lokalnych kacyków reprezentujących zwaśnione rody, starające się zachować swoje wpływy i niezależność w poszczególnych rejonach, wszędzie grasowali bandyci.

ONZ łudziło się, że interwencja 38 tysięcy Błękitnych Hełmów, w tym 26 tysięcy Amerykanów, pozwoli złagodzić krwawe konflikty lokalne i zaprowadzić pokój i demokrację w kraju rozlewu krwi i wielkich zniszczeń. Operacja "Irene" miała na celu unieszkodliwienie wysokiej rangi zastępców jednego z dwóch somalijskich przywódców, generała Mohameda Faraha Aidida.

Zatrzymajmy się na chwilę nad biografią tego człowieka. Były pastuch bydła w 1956 roku został porucznikiem armii włoskiej. Po uzyskaniu niepodległości wystąpił przeciwko nowemu przywódcy kraju Siadowi Barremu. Za działalność opozycyjną spędził 6 lat w więzieniu, w 1984 roku został ambasadorem w Delhi. Po powrocie stanął na czele Kongresu Zjednoczonej Somalii, ruchu partyzanckiego, który w 1991 roku doprowadził do obalenia znienawidzonego reżimu Barrego. Jeszcze w tym samym roku popadł w konflikt z Alim Mahdim, tymczasowym prezydentem.

Aidid był głównym wrogiem interwencji Błękitnych Hełmów, której sprzeciwiał się od początku. Po oskarżeniu go o odpowiedzialność za śmierć 24 żołnierzy pakistańskich z sił pokojowych nadzorujących pomoc humanitarną (według sekretarza generalnego ONZ Boutrosa-Ghaliego 80% żywności wpadało w ręce band), wydano nakaz jego aresztowania. Samoloty i helikoptery bezskutecznie bombardowały jego główną kwaterę, ale ludzie Aidida wciąż sprawowali kontrolę nad lotniskiem i portem, pobierając słone opłaty. Za przycumowanie statku do rozładunku taryfa wynosiła od 5 do 10 tysięcy dolarów, za użytkowanie lotniska ONZ zmuszona była płacić 3 tysiące dolarów dziennie. Podczas jednego z ataków na siedzibę Aidida zginęło 35 żołnierzy ONZ i 40 cywili lokalnych. Po generale, który za taktykę walki przyjął partyzantkę uliczną, nie było śladu. Na nic się zdała nagroda 25 tysięcy dolarów wyznaczona za jego głowę. Generał oskarżył ONZ o "naruszenie" mandatu i zbytnią agresywność.

Perfekcyjnie zaplanowana operacja pojmania ludzi Aidida, przewidziana na jedną godzinę, zakończyła się masakrą. Nie poskutkowało znakomite wyszkolenie, sprawność wywiadu i technologia. Po zestrzeleniu dwóch helikopterów atak zamienił się w rozpaczliwą, trwającą 15 godzin misję ratunkową. Spośród 123 komandosów elitarnej amerykańskiej Delta Force i Rangerów zginęło wtedy 18, a 73 zostało rannych. Praktycznie żaden uczestnik akcji nie wyszedł z niej cało. Islamscy panowie wojny upokorzyli wielkie mocarstwo. Była to najdłuższa i najbardziej destrukcyjna potyczka amerykańskich jednostek specjalnych od czasów wojny w Wietnamie. Nawet podczas Pustynnej Burzy nie przeprowadzono takiej bitwy. Na placu boju pozostało też około tysiąca zabitych Somalijczyków. Fundamentaliści islamscy nie zaoszczędzili też profanacji zwłok. Rozbawiony tłum wlókł nagie ciało dziewiętnastoletniego Jamesa Smitha jeepem po ulicach miasta jako trofeum. Żeby pokazać całą grozę walki, reżyser Ridley Scott wyeliminował z filmu wszystko to, co nie dotyczy bezpośrednio prawdziwej wojny czy przemocy. Nie pozostawił ani chwili pauzy, żadnych zbytecznych scen tylko nieustanne sekwencje coraz to brutalniejszych walk.

Sytuację w Somalii zaostrzyły napięcia etniczne, ponieważ każda z głównych frakcji walczących o kontrolę nad krajem, obawiała się, że interwencja sił misji pokojowej, jakby na ironię nazwanej "Restore Hope" - Przywrócić Nadzieję, może naruszyć równowagę sił na ich niekorzyść.

Nie bez znaczenia była także zdeterminowana ofensywa islamska wynikająca z nienawiści do Amerykanów, podsycana przez samego Osamę bin Ladena, znajdującego się na początku swojej legendarnej kariery. Tworzył on obozy szkoleniowe, dostarczał broń, zaopatrzenie, żywność, a przede wszystkim zapewniał finanse ze swoich prywatnych funduszy na walkę z "aroganckim neokolonialistą" amerykańskim. Świat poznał wtedy nowy aspekt międzynarodowego ruchu terrorystycznego bazującego na pryncypiach fundamentalizmu islamskiego, sponsorowanego nie przez zainteresowany rząd, a przez osobę prywatną. Metody walki ekstremalnych ugrupowań okazały się nad wyraz skuteczne. "Misjonarze pokoju" wplątani w niezrozumiałą, feudalną politykę wewnętrzną kraju, nie mogąc sobie poradzić z lokalnymi bandami, sfrustrowani ewakuowali się z Somalii, zostawiając kraj pogrążony w anarchii.

Aidid jeszcze przez prawie trzy lata, aż do śmierci, odgrywał dominującą rolę w kraju. Jego miejsce zajął syn Hussejn, rezerwista piechoty morskiej USA. Mający dziś 38 lat kapral posiada obywatelstwo amerykańskie i od 14 roku życia aż do 1995 mieszkał na stałe w Stanach Zjednoczonych. Gdy powrócił do kraju ojciec mianował go szefem bezpieczeństwa w zajętym przez siebie mieście Bajdoa. W latach 1992-1993 uczestniczył jako marine w operacji "Przywrócić Nadzieję", był łącznikiem między dowództwem wojsk USA a siłami ojca. Nigdy nie zdołał osiągnąć takiej reputacji jak ojciec.

Do Mogadiszu przyleciałem wczoraj z Nairobii jednym z pięciu małych samolotów z zakrytymi szczelnie oknami, które codziennie przemycają tu 5 ton liści khata, będących narodową obsesją. Za ładunek używki psychostymulującej stołeczni hurtownicy płacą 120 tysięcy dolarów, co znaczy, że w skali rocznej do Kenii wypływa stąd ponad 40 milionów dolarów. To bardzo dużo, jak na kraj należący do piątki najuboższych na świecie. Dla zapewnienia chwil euforii nałogowcy, nie umiejący żyć bez "sztucznego raju", wydają ostatnie pieniądze, często zdobyte podczas napadów.

Kroniki mówią, że w XV wieku zażywanie khatu należało do towarzyskiego rytuału miejscowej arystokracji. Jego użycie wśród pospólstwa rozpowszechniło się zupełnie niedawno, bo dopiero w latach sześćdziesiątych i szybko osiągnęło rozmiary prawdziwej plagi, stając się groźnym zjawiskiem społecznym.

Liście żute godzinami tworzą papkę wydzielającą gorzki i zielonkawy sok dający efekt amfetaminy. Jedna porcja khata, odpowiadająca 5 miligramom amfetaminy, kosztuje na ulicy pól dolara. Osoby żujące liście mówią, że czują się szczęśliwe, pogodne i silne. Narkotyk pozwala zapomnieć o głodzie, zmęczeniu, powoduje ożywienie i poprawia nastrój. Często zastępuje nawet posiłek, ale w kilka dni później przynosi przygnębienie, zmęczenie i rozdrażnienie. Nierzadko staje się przyczyną gwałtownych bójek czy strzelaniny. Odurzenie zobojętnia na wszystko, pozwala lekceważyć niebezpieczeństwo, czy nawet dokonać morderstwa z nieczułym sercem.

Uprawa khata kwitnie u podnóży góry Kenia na wysokości powyżej 1500 m n.p.m. "Mira", jak nazywają go w Kenii, jest bardzo intratnym interesem, wyparł nawet uprawę kawy, która zawsze przynosiła duże zyski. Gałązki z liśćmi zrywane przez cały dzień z drzew przez 11-13 letnie dzieci, wieczorem odjeżdżają ciężarówkami do Nairobi, skąd o świcie powietrzna flotylla przerzuca towar do Mogadiszu. Rozładowanie trwa nie dłużej niż 10 minut, piloci odbierają sterty banknotów, a hurtownicy szybko odjeżdżają w stronę miasta. Trzeba się spieszyć, bo liście muszą świeże dotrzeć na rynek, jako że skutecznie działają najwyżej do dwóch dni po zerwaniu.

Handel tą używką próbował wykorzenić dyktator Siad Barre, który wprowadził nawet karę śmierci za ten proceder, ale 200 tysięcy dystrybutorów kontynuowało wciąż swoją działalność i robi to do dziś.

Znalazłem się w jedynym na świecie kraju, gdzie cudzoziemiec nie potrzebuje mieć paszportu, ale za to menedżer zawiadujący tym terenem jest w stanie wymusić 30 dolarów "opłaty lotniskowej". Na lotnisku o nazwie Dayniile, które nie posiada wieży kontrolnej i ogranicza się wyłącznie do gruntowego, osiemsetmetrowego pasa startowego pośród wyschniętego stepu, czekał już mój samochód osobisty oraz drugi, z kilkunastoosobową, uzbrojoną po zęby w ciężką broń maszynową, ochroną, z którą, od tej pory miałem nie rozstawać się ani na chwilę. Jej koszt wynosił 300 dolarów dziennie, bo taką stawkę ustaliła kiedyś mafia dla wszelkich organizacji charytatywnych i dziennikarzy. Podczas gdy w Polsce funkcjonariusze z Biura Ochrony Rządu czuwają nad nierozerwalnością ochrony, wyróżniają sektory obserwacji i różne szyki, tu liczy się głównie pierścień ochronny składający się z 15 osób i będący w stanie siłą ognia wystraszyć każdego, kto miałby jakieś złe zamiary.

Zapomniany przez Boga Mogadiszu jest dziś areną bezpardonowej walki. Wojna zniszczyła doszczętnie miasto, przerwała funkcjonowanie wszystkich struktur władzy centralnej. Są trudności z wodą i elektrycznością. Szkolnictwo ogranicza się do poziomu podstawowego. Co drugie dziecko nie osiąga piątego roku życia, dochód na głowę mieszkańca szacowany jest na 90 dolarów rocznie. Długoletni chaos przyczynił się do narodzin kompletnej anarchii. Życie sprowadza się do sztuki przetrwania, trudnej do zrozumienia dla kogoś, kto tu nie mieszka.

Abdjrashid Shire, właściciel Sahafi Hotelu, jednego z dwóch czynnych w stolicy, w którym się zatrzymałem, pochodzi z plemienia Darod, najpotężniejszego klanu w całej Somalii. Wyjaśnia, że sytuacja w mieście jest "nieco" napięta i jego ludzie nie będą w stanie zapewnić mi bezpieczeństwa we wszystkich częściach miasta, tak jak to wcześniej obiecywał. Wykonuje kilka telefonów, a następnie radzi, że jeśli już koniecznie chcę zobaczyć centrum, najbardziej niespokojną strefę miasta, to powinienem zgłosić się do lokalnych bossów.

Zatrzymujemy się naprzeciw posterunku z ludźmi gotowymi do wzięcia aktywnego udziału w każdej walce. Dwóch z nich zagląda do auta, podczas gdy kilku innych ich asekuruje. Atmosfera jest nieprzychylna. Mówią, żeby zaczekać. Wkrótce przyjeżdża sam szef, ale nie chce podjąć decyzji, dopóki zgody nie wyrazi watażka, którego terytorium zaczyna się o trzy ulice dalej. Po pół godzinie oczekiwania młodzian z kałasznikowem z granatem nasadkowym i bagnetem kategorycznym tonem radzi mi wrócić, tam, skąd przybyłem. Złowieszczym symbolem wojny domowej stał się fakt, że młodemu, doszczętnie zdemoralizowanemu pokoleniu, wierzącemu jedynie w siłę karabinu, nie jest w ogóle znane pojecie porządku konstytucyjnego. Słusznie zauważył kiedyś rzymski filozof Seneka, że "człowiek głodu nie dba o sprawiedliwość".

Czas już jechać na umówione spotkanie z władzami Transitional National Government (TNG), Tymczasowego Rządu, który uzurpuje sobie prawo do zarządzania krajem. Organ ten, powołany na trzy lata w 2000 roku na Konferencji Pokojowej w Dżibuti w wyniku porozumienia 1200 delegatów reprezentujących główne plemiona Somalii, praktycznie nie sprawuje żadnej władzy, bo nie ma poparcia "udzielnych księstw" będących w rękach kacyków klanowych, czy też przywódców zbrojnych formacji. Sytuacja wymyka się spod kontroli także dlatego, że jeszcze 12 lat temu Somalijski Ruch Narodowy doprowadził do utworzenia na północy kraju odrębnego, niepodległego państwa, obejmującego terytorium byłego brytyjskiego Somalilandu, państwa, które nie zostało jednak zaakceptowane przez społeczność międzynarodową.

Później na północnym-wschodzie narodził się Puntland, samozwańcza administracja nie mająca oficjalnych aspiracji autonomicznych. Rok temu pojawił się jeszcze jeden organ administracyjny, zawieszony miedzy rzeczywistością i fikcją: Somalia Południowo-Zachodnia, którą zarządza szejk Hasan Muhammad Nuur.

TNG, który posiada własną armię i policję, nie jest w stanie rządzić nawet stolicą. A przyczyna jest prosta: liczebność jego sił zbrojnych wynosi. 200 mężczyzn, tyle samo, ile ma do swojej dyspozycji minister spraw wewnętrznych bądź też każdy nieco zamożniejszy kupiec.

Pod nieobecność prezydenta, przebywającego za granicą, przyjmuje mnie premier Ali Hassan Abshir Farah. Pytam o szanse wybrnięcia z tarapatów politycznych. "Sytuacja w naszym kraju jest niezwykle trudna - przypomina mój rozmówca. - Od 15 października w kenijskiej miejscowości Eldoret odbywa się konferencja pokojowa, w której uczestniczą przedstawiciele wszystkich klanów. Powtarza się tam często, że do wyjścia Somalii z tunelu anarchii niezbędna jest międzynarodowa solidarność. Pewien sukces w Eldoret już jednak odniesiono: podpisano porozumienie o zawieszeniu broni".

"Delegaci w Eldoret, piętnastej już w ciągu 11 lat Konferencji Pojednania Narodowego, nie są zbyt optymistycznie nastawieni - zauważam. - Przez 4 miesiące wydano na nią 4 miliony dolarów, ale podobno połowa tej sumy zniknęła w kieszeniach organizatorów. Niektórzy ważni liderzy, nie znajdując wspólnego języka, na znak protestu opuścili obrady. Zatem, czego można się spodziewać?"

Premier ponownie wraca do tego samego: "Społeczność międzynarodowa musi podać nam rękę. A sytuacja jest korzystna, bo naród jest wyraźnie zmęczony waśniami, izolacją międzynarodową i postępującą degradacją ekonomiczną". Nie przekonują mnie jego słowa, bo przychodzi mi na myśl odwieczne ludowe porzekadło: "Ja i Somalia przeciwko całemu światu. Ja i mój klan przeciwko Somalii. Ja i moja rodzina przeciwko klanowi. Ja i mój brat przeciwko rodzinie. Ja przeciwko mojemu bratu". To niezwykle trafnie oddaje mocno zróżnicowany poziom solidarności grupowej.

Chcę wiedzieć, skąd biorą się pieniądze na finansowanie rządu. "Płyną one głównie od naszych ziomków żyjących na obczyźnie - odpowiada premier. - Co roku od miliona krewnych z zagranicy dociera do Somalii ponad 500 milionów dolarów. Tylko do Mogadiszu napływa 25 milionów dolarów miesięcznie. Dla nas rodzina jest wszystkim, a więzy pokrewieństwa są równie ważne jak woda na pustyni. Większa część populacji nie przetrwałaby bez takiej pomocy".

Późnym popołudniem, z nastaniem bardziej komfortowej temperatury, wyjeżdżam w odwiedziny do Giancarla Marocchino, jednego z kilku osiadłych tu Europejczyków. Włoch mieszka w północnej części miasta, zatem mój bodyguard eskortuje mnie tylko do niebezpiecznej linii demarkacyjnej dzielącej miasto na dwie główne strefy wpływów, gdzie z bronią gotową do strzału oczekują już "chłopcy" Giancarla. Zmiana środka lokomocji trwa zaledwie kilka sekund, po czym kierowca odjeżdża z piskiem opon.

Marocchino ma 60 lat i jest ożeniony z Fatimą, siostrzenicą byłego prezydenta Ali Mahdiego. Mieszka w dzielnicy rezydencjalnej, w dwupiętrowej willi, pośród wspaniałych fuksjowych bugenwili, otoczonej wysokim murem, którą ochrania dzień i noc piętnastu prywatnych milicjantów. Od 1984 roku prowadzi szeroko rozwinięty biznes i zarządza sporym majątkiem. Jest właścicielem firmy transportowej, statku, samolotu transportowego i portu. Stary port wciąż jest nieczynny. "Władcy" miasta nie mogą dojść do porozumienia co do podziału korzyści z niego płynących. Statki stają więc na kotwicy, nieco poza barierą koralową, 30 km na północ od miasta, gdzie rozładowuje się towar na pontony, które desantują na plaży w czasie przypływu. Marocchino doskonale zorganizował to miejsce do wyładunku i rozładunku statków. Prasa włoska zarzuca mu ciemne interesy, pośrednictwo w handlu bronią, ale on zbywa to suchym komentarzem: tutte balle (kompletne bzdury). Kiedyś dysponował dwustuosobową siłą zbrojną i mimo to dwukrotnie był postrzelony, o czym świadczą głębokie blizny na ciele. Dziś ma mniejszą straż i to - jak mówi - mu wystarcza.

Rozmawiamy o pomocy charytatywnej wartości wielu dziesiątków milionów dolarów, kierowanej tu przez różne agencje ONZ-owskie. Marocchino bardzo krytycznie ocenia system jej działania: "Gigantyczny biznes pomocy dysponujący miliardami dolarów: marnotrawstwo, błędy w zarządzaniu, niekompetencja funkcjonariuszy. Oprócz statusu dyplomatycznego, jej przedstawiciele otrzymują astronomiczne zarobki, prowadzą życie nad stan i, co najciekawsze, nie muszą się przed nikim tłumaczyć. Departament Informacji ONZ posiadający swój sztab w Nowym Jorku i 64 biura na świecie, wydaje każdego roku około 12 tysięcy komunikatów prasowych i 16 tysięcy biuletynów, a to wszystko w celu propagowania w mediach sukcesów programów humanitarnych. Sumy wydawane na biurokrację stanowią niebagatelną część kapitału, który wpływa z całego świata do kas Narodów Zjednoczonych".

Włoch doskonale wrośnięty w realia somalijskie wprowadza mnie w zawiły podział klanowy. Niestabilność związków między nimi jest charakterystycznym aspektem społeczeństwa tego kraju. Zdarza się często, że nawet członkowie należący do jednej wielkiej rodziny stają się zajadłymi wrogami. Tak było zawsze, kiedy terytorium kraju podzielone było na niezliczoną ilość miast-państw i lokalnych sułtanatów.

Somalijczycy, naród o jednym języku, religii i kulturze, dzielą się na dwa duże zespoły rodowe: Samal i Saab, które rozczłonkowane są na klany i plemiona, te zaś na skomplikowaną pajęczynę podgrup, które z kolei rozbite są na odgałęzienia, nie zawsze łatwe do rozpoznania. Po upadku państwa w 1991 roku próżnia jurysdykcyjna została zapełniona przez tradycyjne rządy plemienne, oparte na prawie naturalnym, w którym wszelkie problemy rozwiązuje rada starszych. "Gdyby skodyfikować te zwyczajowe prawa - mówi Giancarlo - okazałoby się, że bezpaństwowe społeczeństwo radzi sobie nie gorzej od europejskiej demokracji".

O rytualnym okaleczaniu kobiet rozmawiam z małżonką generała Naji. Temat ten, stary jak świat, nabiera jeszcze większej aktualności w XXI wieku. Obnosząca się z godnością pani Asha Kalif jest emancypantką i bardzo chciałaby ograniczyć te barbarzyńskie praktyki. "Zdaję sobie sprawę, że jeszcze dzisiaj w Somalii 95% dziewczynek w wieku 6-10 lat poddaje się bez znieczulenia zabiegowi wycięcia łechtaczki wraz z częścią sromu - oświadcza. - Ten obyczaj, niestety, funkcjonuje w kilkudziesięciu krajach świata, oprócz Afryki także w Pakistanie, Indonezji, Indiach, Malezji i dotyczy co najmniej 80 milionów nieszczęśliwych istot. W Somalii posuwa się najdalej, myślę o najdrastyczniejszej formie - , polegającym na wycięciu nie tylko łechtaczki i mniejszych warg sromowych, ale także na zaszyciu ujścia dróg rodnych, przy pozostawieniu małej szczeliny na funkcje fizjologiczne".

Okaleczenie żeńskich genitaliów ma korzenie w starożytnym Egipcie, gdzie uważano, że łechtaczka to niewyrośnięty fallus, który może zaszkodzić pożyciu seksualnemu. W innych regionach ten intymny organ traktowany był jako zbyteczne źródło pobudzenia seksualnego kobiety. Starożytni zaś Rzymianie zalecali wycinanie łechtaczki dla ograniczenia pobudzenia i oddawania się nierządowi. Jakkolwiek na to patrzeć, obrzezanie pozostaje pewną formą władzy nad kobietą. Pozbawiona na zawsze libido i wrażliwości ma zapewnić "nieskazitelność" i wierność małżeńską. Temat ten nierzadko powraca na łamy prasy światowej, ale najczęściej dostrzegany bywa jako kuriozum, a nie podejmowany w obronie najbardziej rozpowszechnionego na świecie naruszenia nietykalności cielesnej i praw człowieka.

Kolejny dzień poświęcam na ponowienie próby obejrzenia z bliska bazaru Bakhara, najważniejszego miejsca pokazanego na filmie Śmigłowiec w ogniu. Bazar ten jest jedyną instytucją, która nie przestała funkcjonować nawet w okresie największych starć wojennych. Jedyne "płuco" handlowe miasta, gdzie dziś można kupić prawie wszystko, co potrzebne jest do skromnego życia. Ceny są niskie, bo w Somalii nie ma cła, ani podatków. Tu można kupić piwo i alkohol, produkt zakazany przez Allaha. A także i khat, za 4 dolary pęczek, wystarczający na jednodniowy użytek. Natykam się na wyraźnie wrogie spojrzenia i gesty. Czuję, że ryzyko jest duże i nawet obecność "goryli" nie zawsze mogłaby mnie ochronić przed jakąś niespodzianką. Decyduję się wycofać.

Chwile najwyższego napięcia przeżywam ponownie fotografując spalony wrak śmigłowca komandosów Delta Force. Z nadjeżdżającego samochodu ze zbrojną formacją wyskakuje dużej postury facet w T-shircie z napisem I am a killer and I am cool (jestem zabójcą i mam zimną krew) i wymachując mi złowieszczo przed nosem pistoletem maszynowym browning przekonuje, że naruszyłem jego terytorium. Słyszę, jak moi zdeterminowani strażnicy repetują broń, podczas gdy ich dowódca niemalże wrzuca mnie na tylne siedzenie auta. Pomimo wzmożonej czujności i rozwagi jeszcze raz przekroczyłem granicę ryzyka. W tym mieście za każdy nieprawidłowy ruch można zapłacić najwyższą cenę: życie.

W czerwcu 1993 roku w tej dzielnicy zastrzelono operatora dźwięku telewizji francuskiej, w miesiąc później zginęli, zlinczowani przez tłum rozwścieczony nalotem amerykańskim, fotograf Reutera Dan Eldon, mający 22 lata, jego koledzy Anthony Makarery i Hos Maina, oraz Hans Kraus, niemiecki fotograf pracujący dla Associated Press. W następnym roku stracili tu życie Ilaria Alpi i Miran Hrovatin z trzeciego kanału włoskiej telewizji RAI. Dziennikarze często ryzykują życiem i wielu je traci. Szacuje się, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat na terenach objętych działaniami wojennymi zginęło ponad 300 reporterów i dziennikarzy telewizyjnych. Tylko w roku 2002 bilans zamykał się liczbą 500 osób. Ginęli przez przypadek, czasem trafieni przez snajperów, przez zabłąkaną kulę bądź wzięci jako zakładnicy. Większość z nich miała niezbędne doświadczenie i kwalifikacje korespondentów wojennych. Nieraz winę za to ponoszą redakcje domagające się zdobycia "wyjątkowych" materiałów nie pamiętając o tym, że dziennikarze nie są objęci żadną ochroną przez konwencje międzynarodowe, jak na przykład wysłannicy Czerwonego Krzyża czy Czerwonego Półksiężyca.

W marcu 2002 roku w Mogadiszu dokonano napadu na siedzibę organizacji humanitarnej MSF, Lekarze bez Granic. Osiem osób zabito, a pięciu Europejczyków porwano. Autor tej akcji, Musa Sudi Yalahov, uwolnił zakładników, ale ostrzegł: "Chcieliśmy pokazać społeczności międzynarodowej, że Mogadiszu nie jest miejscem spokojnym".

O wiele łatwiej opanowałem sztukę przeżycia w kontaktach z radykalnymi muzułmanami. Pamiętałem o wszystkim, co mogłoby urazić prawo islamskie. Unikałem wszelkich dyskusji i komentarzy dotyczących kwestii religii, dwuznacznych uwag na temat kobiet, nie piłem alkoholu, zostawiałem buty przed drzwiami, nie nosiłem krzyżyka na łańcuszku, nie ściskałem silnie ręki podczas przywitania, nie opowiadałem sprośnych dowcipów, szanowałem piątkowe święto itd, itd.

Przed wyjazdem do Somalii byłem gościem włoskiej telewizji RAI. Na zakończenie spotkania prowadzący program zapytał o moje najbliższe plany. Na moją odpowiedź zareagował mało dyplomatyczną uwagą: "Są różne rodzaje śmierci, a pan, zdaje się, wybrał jeden z najgorszych". Nic więc dziwnego, że żona Linda poprzez Internet zapytuje mnie, jak mi się wiedzie. Co mam odpowiedzieć? Że jest niebezpiecznie? Piszę więc jak zwykle: jest wszystko dobrze. No, bo jak mogłoby być inaczej.

Przejeżdżam obok byłego międzynarodowego lotniska, nieczynnego od lat, na którym ćwierć wieku temu niemieccy komandosi przeprowadzili brawurową akcję uwolnienia 85 osób znajdujących się na pokładzie porwanego samolotu Lufthansy. Porywacze, grożąc wysadzeniem samolotu, domagali się wypuszczenia na wolność 13 kolegów z niemieckiej frakcji Armii Czerwonej. Akcja powiodła się, nikt z pasażerów nie został nawet ranny. Z czworga terrorystów troje zginęło na miejscu. I chociaż akcje specjalne przeprowadzane przez jednostki specjalne na terenie innego kraju są rzadkością, to nikt wtedy nie miał pretensji do Niemców.

Oczywiście w Mogadiszu istnieją enklawy, gdzie toczy się na swój sposób normalne życie. Wprawdzie nie ma tam sal kinowych, czy lokalu nocnego, ale są czynne kafejki, knajpki, usługi rzemieślnicze. Młodzi ludzie uczą się na kursach angielskiego, techniki komputerowej, pielęgniarstwa. Istnieje kilka banków, kawiarenek internetowych, niektórzy posiadają telefony komórkowe. Funkcjonuje transport publiczny bazujący na przedpotopowych autobusach krążących bez tablic rejestracyjnych, podobnie zresztą jak i wszystkie inne, nieliczne pojazdy mechaniczne.

Następnego dnia rano jestem gotowy do odlotu. Okazuje się, że jeszcze na lotnisku mogą spotkać mnie dramatyczne niespodzianki. W pewnej chwili widzę zakrwawionego kenijskiego pilota bijącego się z jednym z szefów gangu handlującego khata. Zamierzałem już zrobić zdjęcie, kiedy w polu widzenia pojawił się człowiek miejscowego bossa odbezpieczający w biegu automat. Szereg blisko stojących osób zrobiło to samo. Garstka bezbronnych ludzi wycofała się niespostrzeżenie w bardziej odległe miejsce, obserwując rozwój sytuacji. Na szczęście dwaj zainteresowani znaleźli wkrótce wspólny język i mogłem opuścić tę wyjętą spod wszelkiego prawa "ziemię niczyją".

Dopiero na wysokości kilku kilometrów, już poza zasięgiem celu wojowników, przychodzi uczucie odprężenia i zwierzęcej radości życia. Po wielu dniach realnego zagrożenia, ostrego napięcia i utrzymywania zmysłów w najwyższej czujności, mogę wreszcie pozwolić sobie na luksus poczucia się wolnym od stresu człowiekiem.

Fotoreportaż z wyprawy.

Zdjęcia Jacka Pałkiewicza są dostępne w Agencji Fotograficznej EASTNEWS www.eastnews.com.pl

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;