Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Archipelag Wysp Towarzystwa
Autor: Jacek Pałkiewicz   
Zobacz w galerii:

Na ile zmieniły się wyspy Mórz Południowych, opiewane przez Jamesa Cooka, Paula Gauguina, czy Roberta Stevensona. Jacek Pałkiewicz probuje odpowiedzieć na to pytanie:

Z tarasu hotelu Club Bali Hai podziwiam niespotykane surowe i kuszące piękno Zatoki Cooka wrzynającej się w głąb lądu, nazwanej tak na cześć najsłynniejszego eksploratora Pacyfiku. Wokół imponujące dzikością spiętrzone pasmo gór wulkanicznych, których ostre szczyty sięgają błękitnego nieba na wysokość powyżej kilometra.

Niewiele miejsc na naszej planecie zauroczyło mnie tak bardzo swoim nieuchwytnym czarem i szczególna atmosferą egzotyki, jak zatoka Cooka na atolu Moorea we Francuskiej Polinezji i leżąca niedaleko wyspa Bora Bora. Odkryłem je latem tego roku, chociaż niejednokrotnie bywałem juz w tym zakątku świata.

W połowie lat 70 przez wiele miesięcy przemierzałem wody Mórz Południowych w roli oficera pokładowego na statku bandery panamskiej, dziesięc lat temu żeglowałem tam na keczu "Stormvogel", a w roku ub przyglądałem się wyspom okiem podróżnika. Przyroda obdarzyła wyspę wszystkim, co miała najpiękniejszego. Wiecznie zielona i wciąż kwitnąca, zaskakuje przepychem roślinności o soczystej zieleni. Gaje palmowe, urwiska, wodospady, spadziste skały, potoki tworzą fascynujacą kompozycję zdominowaną rozległymi połaciami bujnej roślinności podchodzącej aż po czubki gór. Gdzie nie spojrzę widzę wysmukłe i wiotkie palmy kokosowe od których dolatuje odgłos szeleszczących liści, jedyne co może zakłócić absolutny spokój tego otoczenia. Uderza też upojny zapach kwiatów, których jest całe bogactwo: azalie, gardenie, rodendendrony, hibiskusy i jeszcze mnóstwo innych mi nie znanych. W odróżnieniu od większości wysp na których brak jest piasku nad brzegiem oceanu i gdzie po koralowym trawniku można poruszać się wyłącznie w odpowiednim obuwiu, tu widoczne są miniaturowe skrawki prawdziwych plaż.

220.jpg  221.jpg  222.jpg

Tuż nad samą wodą rozłożyły się, ginąc w zaroślach, pojedyncze chaty tubylcze o harmonijnych proporcjach, perfekcyjnie wtopione w krajobraz. A obok nich nieodłączne "vaataia", śmigłe pirogi z bocznym pływakiem, arcydzieło szkutników polinezyjskich, które dzięki płytkiemu zanurzeniu mogą łatwo pokonywać płycizny koralowe.

Krajobraz spokojnych wód Zatoki Cooka zdobi kilkadziesiąt jachtów na kotwicy, pośród których dominuje ogromna biała sylwetka supernowoczesnego statku wycieczkowego na którym przybyło tu ponad tysiąc zamożnych pasażerów, głównie Amerykanów, złaknionych polinezyjskiego uroku, dogodnych do wypoczynku warunków klimatycznych i atrakcji krajoznawczych.

To kapitanowie Cook, Wallis i Bougainville byli pierwszymi Europejczykami, którzy w II polowie XVIII wieku odkryli te widoki i przyczynili się do narodzin mitu ziemskiego raju i wiecznej szczęśliwości. Propagowane póżniej przez niezliczoną armię znanych reżyserów, kompozytorów, czy malarzy, fascynują po dzień dzisiejszy. Do ich grona dołączył także Jan Jakub Kolski, który właśnie tu realizuje serię filmów dokumentalnych dla TVP.

W ciągu niecałej godziny samolot przenosi mnie z Moorea na Bora Bora, stanowiącą żelazny punkt w programie biur podróży całego świata. Trudno, bardzo trudno jest nie wyrazić zachwytu po wylądowaniu. Ograniczę się do syntetycznych słów, nieco banalnych, wyrażonych w książce "Return to Paradise" przez świetnego znawcę Pacyfiku, amerykańskiego pisarza Jamesa Michenera, którego nie mogę posądzać o uniesienie łatwym entuzjazmem: "Jest to najpiękniejsza wyspa świata".

Trudno mu zaprzeczyć. Po zwiedzeniu Raiatei, Huahine, Rangiroa, Maupiti i jeszcze wielu innych wysp odległego świata zagubionego w przestrzeni, mogę przyznać, ze Bora Bora reprezentuje coś więcej, co daje jej pełne prawo do miana Perły Pacyfiku, a może nawet i Edenu, jak utrzymują niektórzy.

Bora Bora, czyli "Pora Pora" dla jej 4 tysięcy mieszkańców, jest najmniejszą w archipelagu Wysp Towarzystwa. Ten skrawek górzystej ziemi o wielkości 38 km2, posiadającej oryginalny krajobraz z bazaltowymi szczytami Otemanu (722 m) i Pahia (658 m) i noszący muzyczną, niczym śpiew morza nazwę, obejmuje dwa intrygujące oblicza Mórz Południowych. Pierwsze, to wyspa pochodzenia wulkanicznego, leżąca pośród laguny, drugie to cienki wieniec "motu", malutkich wysepek koralowych pokrytych palmami kokosowymi, okalający wyspę i chroniący lagunę przed oceaniczna fala.

Niepowtarzalnego uroku przysparza przeraźliwie szmaragdowa laguna mieniąca się paletą kolorów zmieniających się w zależności od pory dnia i głębokości wody.

Dziś, tak jak i u zarania dziejów, tętni bogatym życiem rafa koralowa. Tuż pod powierzchnią krystalicznej wody rozciąga się fascynujące królestwo, gigantyczne akwarium, w którym praktykując snorkelling, z maską, fajką i płetwami podziwiam tysiące gatunków ryb, koralowców i innych stworzeń morskich. Oglądając w przejrzystej wodzie, przepuszczającej dużą ilość promieni słonecznych, kołyszące się pod wpływem ruchów wody czułki bajecznie kolorowych koralowców, odnoszę wrażenie, że jestem w jakimś fantastycznym ogrodzie, istnej krainie cudów. Rzucają się w oczy ryby o krzykliwym ubarwieniu, niektóre z ciekawości podpływają do intruza, inne mają zdolność natychmiastowej zmiany kolorów i wzorów oraz wtapiają się w otoczenie, gdy tylko poczują zagrożenie. Istny kolorowy fotoplastykon sycący oczy coraz to nowymi kompozycjami.

Ponad 150 tysięcy osób rocznie jest gotowe spędzić tu wakacje swojego życia. Bardziej oszczędni zadawalają się skromniejszymi hotelami, gdzie za dobę pobytu nie licząc wyżywienia trzeba zapłacić 250 dolarów. Ci których stać zamieszkują w "fare", typowej chatce polinezyjskiej na palach nad wodami laguny i ta przyjemność zwykle kosztuje ich kilkakrotnie drożej.

Raj ma swoją cenę. Jak można się jednak oprzeć urokowi sławnej wyspy i najpiękniejszej laguny świata?. Chętnych więc jest zawsze dużo. Nie brak tu także i ludzi młodych odbywających podróż poślubną. Dla nich przewidziane są nawet duże zniżki.

Nie narzeka też na brak frekwencji Stan Wisniewski, właściciel Mai Moana, niepełnohektarowej wysepki na rafie koralowej, który posiada trzy luksusowe bungalowy o interesującej architekturze dostosowanej do krajobrazu wyspy, w cenie bardzo konkurencyjnej w porównaniu z dużymi kompleksami hotelowymi tej wyspy. Pan Wisniewski jest niezwykle barwną postacią, podobnie zresztą jak całe jego życie. W latach 60. wyjechał z Polski na studia do Paryża, gdzie po pewnym czasie został potraktowany jako perona non grata. Niesłusznie podejrzany o szpiegostwo musiał w 48 godzin opuścić kraj. Wylądował w Maroku, gdzie imał się różnych zajęc. Jako operator filmowy pracował na dworze królewskim, reżyserował filmy dokumentalne, produkował filmy reklamowe. Któregos dnia zmęczony mieszczańskim stylem życia sprzedał cały dobytek, kupił jacht i wyruszył w podróż dookoła świata. Zacumowal po drodze w Papeete, na Tahiti, sercu Polinezji, gdzie zdecydowal się pozostać na stałe. Dziesięć lat temu kupił wysepkę odległą o 15 minut motorówką od Bora Bora i stał się hotelarzem. "Mój świat to morze, niebo, palmy. I uważam się za szczęśliwego", zapewnia.

Na szczęśliwej wyspie żyje Erwin Christian Suchard, Slązak z paszportem francuskim. Doskonały fotograf jest autorem wielu albumów opiewających urok wysp południowych.

Najazd zamożnych turystów nie przyczynił się wcale do zmiany mentalności mieszkańców wysp żyjących w leniwej atmosferze Mórz Południowych. Jak mało kto kochają oni życie i wszystko to co może sprawić przyjemność. Nie lubią się śpieszyć i troszczyć o jutro. Nie mają zresztą potrzeby, bo szczodra matka natura zapewniła im wszystko, co jest niezbędne do egzystencji: różnorodność ryb, owoce morza, drzewo chlebowe, mango, czy orzechy kokosowe dostarczające tłuszczu, mleka, soku i miąższu. Zatem, tak jak dawniej, żyją dniem dzisiejszym, opieszale, beztrosko i z dużą pogodą ducha, nie zapominając o starej wyspiarskiej maksymie "aita pea pea", co nieco odpowiada latynoskiemu "maniana", nie bierz zbytnio do serca, jakoś to będzie. "Ten dostanie się do krainy raju, kto umiał radować się życiem", mówi stare porzekadło.

Filozofia tradycyjnego życia uległa zmianie pod wpływem forsownej działalności misjonarskiej. Kiedy kapitan Cook powrócił po latach na Tahiti zastał już pewną ewolucję, nie widząc już tak dużej swobody seksualnej. Ojcowie kalwiniści rozkruszyli pradawne tradycje głosząc nową etykę seksualną anormalną dla Polinezyjczyków, odrzucili bóstwa, w które tubylcy wierzyli i przykryli ciała nagich do tej pory dziewcząt. Burzyło to odwieczne tabu, bo odbierało nawet to, co było dla nich treścią życia: taniec. A szło o zmysłowe "tamure", wyklęte za diabelskość.

Żywiołowe "tamure" mam przyjemność oglądać po przepysznej kolacji w kompleksie Clubu Med. Odzwierciedla on tryumf sztuki tańca polinezyjskiego. Tańczy się w ekstazie parami na bosaka. Meżczyżni widocznymi gestami przekazują partnerkom swoje pożadanie. One zaś odpowiadają pełnymi wdzięku ruchami swojego ciała. Biodra tancerek kręcą się szybko, raz w ósemkę, raz w kółko. Jest w tym coś z kwisentencji kobiecego wdzięku, a przede wszystkim coś z cudownej miłosnej deklaracji, której towarzyszy dziki rozszalały rytm.

Co zaś można powiedzieć o pełnych erotyzmu "vahine" z płócien mistrza Gauguina? Pisarze, artyści, żeglarze zapewnili im reputację atrakcyjnych kobiet. Niewątpliwie nie są one już wizytówką dzisiejszej Polinezji, na której w ciągu kilku pokoleń wymieszało się dostatecznie dużo ras. Kobiety o złotobrunatnej karnacji są z pewnością interesujące na swój sposób. Mocno zbudowane, nosza się dumnie, zachowując lekki chód. Są miłe, ale czy naprawdę urodziwe, jak głosi mit?.

Owinięte w kolorowe "pareu", kokieteryjnie przewiązane w biodrach, z puszystymi kruczoczarnymi, pełnymi blasku, włosami rozpuszczonymi na gołych plecach, ozdobionymi snieżnobiałym kwiatem tiare, podobnym do jaśminu, bądż ognistym hibiskusem, rzeczywiście przyciagają uwagę swoim splendorem i atrakcyjną kolorystyka.

A jak wygląda sprawa swobody seksualnej? Marcel, paryżanin zadomowiony tu od lat, uważa, że kobiety zamężne nie gardzą awanturami miłosnymi. Do seksu podchodzą z dużą swobodą i naturalnością, pozbawioną fałszywej skromności.

"Bora Bora ma jednak swoje minusy - żali się Francuz -. Izolacja nie jest łatwa do zniesienia. Klimat, nie ma o czym mówić, doskonały, ale wciąż jednakowy, niszczy nerwy. Podobnie działa na psychikę nieustanny szelest liści palmowych. Przynajmniej raz w roku muszę wyjechać do Paryża, żeby chociaż na trochę zmienić klimat i środowisko".

Przypomina mi się historia pewnego turysty amerykańskiego, którą przypadkowo usłyszałem w barze luksusowego hotelu Sofitel Marara. "Wiesz- zwrócił się do swojego kolegi- przez całą noc nie zmrużyłem oka. Plusk ryb pod podłogą był tak dokuczliwy, że nie mogłem zasnąć". Taka reakcja w świecie odległym o lata świetlne od terroryzmu, strajków, zawałów serca wydaje się nieco niedorzeczną.

Prawie we wszystkich relacjach z pobytu na Polinezji wypływa opinia, że tutejszy świat wyraźnie się zmienił. Nawet Paul Gauguin, który w poszukiwaniu dziewiczej pierwotności wyruszył na koniec świata, w listach do przyjaciół żalił się na innowacje, które "podcinają korzenie szlachetnej kultury".

Mam nieco wątpliwości co do takich deklaracji. Cywilizacja technologiczna nieuchronnie dokonuje wielkich zmian na całym świecie. Nie wiele już pozostało pierwotnych plemion tubylczych żyjących nieskażenie w dziewiczej puszczy, trudno jest znaleźć miejsce w którym człowiek-intruz nie zdążył jeszcze zostawić swojego negatywnego śladu. Chcemy więc czy nie, musimy się z tym pogodzić.

Bez wątpienia, na słonecznych wyspach nie zmienił się jednak kolor laguny, ani zapach kwiatów, pozostał ten sam przepych bujnej roślinności, ten sam ocean i wygasłe wulkany. Nie zmieniły się głucha muzyka przyboju i majestatyczne białe obłoki wiszące nad wyspami. Francuskie terytorium zamorskie, składające się ze 120 wysp w połowie drogi między Ameryką Północną i Australią, uchowało się od "skażenia" języka polinezyjskiego. Problem taki dosięgnął już dawno wysp Samoa, Tonga, Cooka czy Fidżi, gdzie od lat mówi się wyłącznie po angielsku. A co powiedzieć o stosunku miejscowej ludności do otaczającej przyrody? Nie tylko sami dbają o ekologię, zmuszają też białych imigrantów, aby dostosowali się do niepisanych, ale bardzo precyzyjnych norm. Jako ciężki grzech traktuje się na przykład każde zanieczyszczenie laguny czy ścięcie palmy kokosowej bez zatroszczenia się o posadzenie trzech na jej miejsce. Nie wierzę więc, aby w najbliższej przynajmniej przyszłości wyspy mogły stać się pewnego rodzaju skansenem, jak to niektórzy prorokują.

Opuszczam Bora Bora. Promem dostaję się na lotnisko leżące na "moto" Ute. Tworzy ono historię Polinezji. Kiedy w 1943 roku Amerykanie poszukiwali punktu strategicznego na zapleczu frontu walk z Japończykami, odkryli właśnie tę wyspę. W ciągu trzech miesięcy zbudowali lotnisko i drogi. Baza nie odegrała jednak żadnej roli. Podczas gdy w Guadalcanal na Wyspach Salomona i innych rejonach Pacyfiku ginęły od nalotów lotniczych, malarii i innych chorób tropikalnych tysiące żołnierzy, tu ponad 4 tysięcy dobrze odżywionych chłopców zapewniło sobie ekskluzywny żywot, znajdując wspólny język z miejscowymi "vahine". Podobnie jak w czasach Cooka, w imię dobrych tradycji dziewczęta oddawały się do dyspozycji gości i dzielni żołnierze całymi dniami zażywali cielesnych uciech. Któregoś dnia przyjezdni z żalem musieli opuścić Bora Bora, ale lotnisko pozostało, pozwalając wyspie, jako pierwszej, otworzyć podwoje dla elitarnej światowej turystyki.

Fotoreportaż z wyprawy.


Zdjęcia Jacka Pałkiewicza są dostępne w Agencji Fotograficznej EASTNEWS www.eastnews.com.pl

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;