Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Polska ścieżka do serca Afryki - Zimbabwe, Botswana, Zambia
Autor: Jacek Pałkiewicz   
Zobacz w galerii:

Zobacz też:
Polscy misjonarze werbiści to faceci z krwi i kości. Jeżdżą na motorach, prowadzą drużyny piłkarskie, budują sierocińce i żyją jak tubylcy. A przy okazji ewangelizują.

Lotnisko w Harare, stolicy Zimbabwe, upał nie dający szansy na głębszy oddech. Dwójka bladych młodych ludzi zwraca się do oczekującego na nich Europejczyka ubranego w dżinsy i t-shirt: "Szczęść Boże, Ojcze!". "Spierd..., nie jestem twoim ojcem".
Dla "Mjetka", czyli Macieja Malickiego i "Małego" Marka Glodka, świeżych absolwentów seminarium w Pieniężnie, sprawiło to przejmujące, niezatarte wrażenie.

233.jpg  234.jpg  235.jpg

Misjonarze zdecydowanie różnią się od kapłanów na polskiej parafii. Jak trzeba to klną i walą w stół, nawet jeśli to nie zbyt ewangelijnie. "Jezus życiem uczył wiary i miłości", przypominają.
Ojciec Krystian Traczyk, ten z lotniska, nestor polskich werbistów w południowym regionie Afryki, o którym można by napisać niejedną książkę, mówi: "Nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim. Nieraz chciałoby się obrobić jakiś bank, ale uczono mnie "nie kradnij". Boję się Sądu Bożego, a także i policji w Zimbabwe". Jest na wskroś autentyczny, mówi prawdę najprostszym językiem. "Inaczej tego nie można robić pośród ludzi z buszu, żyjących w glinianych chatkach i zmagających się z warunkami życia uwłaszczającymi ludzkiej godności. To wszystko na kontynencie pełnym nędzy, wojen, chorób
i niespotykanego cierpienia- zaznacza. - Po przyjeździe przez kilka miesięcy byłem zagubiony, bezbronny, nieświadom, co się wokół mnie dzieje. Poznawałem nowe realia niczym przedszkolak. Musiałem niejednokrotnie przewracać do góry nogami mój system wartości. To co jest ważne w Europie, w Afryce nie ma znaczenia, często to co wydawało się kiedyś dla mnie nieistotne jest bardzo ważne".

Wasze nawracane to często tytaniczna praca, będąca świadectwem niezwykłej wytrzymałości i silnych charakterów, zauważam. "My nie jedziemy, aby nawracać- reaguje natychmiast-. Nie burzymy ich świata, chcemy go oprzeć na Ewangelii, miłości i pojednaniu. Chcemy rozwijać wiarę wśród ludności żyjącej bez jasno wytyczonej drogi, ufającej dawnym wierzeniom, w wszechpotężne bóstwa, które rzekomo chronią ich domostwa od wszelkich złych wpływów".
Ojciec Krystian wybudował duży i funkcjonalny ośrodek pastersko-religijny w Plumtree, będący ważnym ogniwem w działalności misyjnej werbistów w Prowincji Zimbabwe- Botswana-Zambia. Założył wydawnictwo odgrywające istotną rolę w formacji i dokształcaniu świeckich katechetów. Jeden z uczestników odbywającego się właśnie sympozjum mówi: "Nauczono mnie jak współpracować z ludźmi, być wyczulonym na potrzeby mojej wspólnoty, jak zachęcać wiernych aby byli aktywni w działaniach duszpasterskich". Ojciec Krystian dodaje, że formacja świeckich liderów jest kluczem do rozwoju Kościoła i wiary u ludzi. Dlatego też usilnie inwestuje i wspiera taka działalność misyjną.

Zimbabwe zamieszkuje 12 milionów ludzi różnych wyznań: 900 tysięcy katolików i 2 miliony protestantów. 5 milionów należy do różnych ruchów sektowych i tzw. Kościołów niezależnych. Pozostali to animiści, pojmujący życie w kategorii duchów, wysublimowanych przodków i bóstw.

"Sekty, proponujące religijność spektakularną, pełną cudów, religijność w której Bóg służy człowiekowi, a nie odwrotnie, rozwijają się szeroko i rozbijają wspólnoty, dzielą rodziny, sieją zwątpienia", mówi w Bulawayo przy kuflu zimnego piwa o."Mjetek". Gdańszczanin, 35 lat, przypomina gwiazdora muzyki pop. Jest postacią nietuzinkową, ma uzdolnienia do grafiki i doskonale fotografuje. Prowadzi w sposób niezwykle dowcipny pełną polotu stronę internetową (www.svdbotswana.com/naszaafryka) o działalności i życiu misji. Kiedy wsiada na swoją Yamahę Virogo 750, czy wzlatuje na motolotni, albo zaczyna grę na gitarze w stylu hardrock, aż trudno uwierzyć, że to prawdziwy kapłan.
Parafianie darzą go szacunkiem. Podobnie jak i jego współbracia poświęca dużo czasu na ożywienie działalności społecznej i charytatywnej. On wybudował przedszkole, inni szkoły, internaty, ośrodki zdrowia i domy opieki nad niepełnosprawnymi dziećmi i starcami. Jeszcze inni zajmują się sierotami czy chorymi na AIDS.
Kiedy o. "Mjetek" przyjechał tu kilkanaście lat temu, czasem z powodu rozczarowań czy w chwilach frustracji zamykał się w swoim bólu. Na misji człowiek nie może siebie oszukać. Jeśli wyniósł wychowanie i wykształcenie oparte na słabych zasadach, to chwile wątpliwości, klimat, choroby, spartańskie warunki, czy samotne zmagania z mozaiką kultury i wierzeń, mogą łatwo złamać jego zapał misyjny. W Afryce "Mjetek" zastał nowy wymiar katolicyzmu, wieloaspektowność życia religijno-chrześcijańskiego. Mógł liczyć na akceptację potomków Zulusów tylko wówczas, gdyby przyjął ich sposób zachowania się, ich styl bycia. "Nieraz ze strachem próbowałem odnaleźć granice akceptacji ich wierzeń, a których nie wolno mi przekroczyć- zwierza się. - Z czasem wydeptałem ścieżkę do ich serc, to znaczy, że docenili białego księdza".

Afryka ulega zmianie i przynosi nowe problemy: rozbicie rodziny, rozszerzanie się AIDS, utratę tradycyjnych wartości, dezorientację. Dlatego ludzie potrzebują wyrozumiałego wsparcia i opieki duszpasterskiej, dobrych samarytan, którzy pośpieszą im z pomocą. Dzięki ich obecności ubodzy mogą uwierzyć, że są w stanie wziąć życie w swoje ręce.
Biorąc pod uwagę współczesny kontekst religijno-kulturalny i społeczno-polityczny w świecie, Kościół misyjny na progu XXI wieku zmienia zasady swojej działalności, przechodzi od misji dla ubogich do misji z ubogimi. Czołową rolę odgrywa, powstałe w 1875 r. w Holandii, Zgromadzenie Słowa Bożego SVD, czyli Misjonarze Werbiści, wielka międzynarodowa wspólnota do której należy prawie 6 tysięcy zakonników pracujących w 63 krajach na wszystkich kontynentach.

"Mały" z Ndoluane jest nierozłącznym kumplem "Mjetka". W 1990 r. porzucił karierę saksofonisty i wstąpił do seminarium. Grali razem w sutannach w niekonwencjonalnym zespole muzycznym "Panika", jeździli z nim po Polsce propagując idee misyjne wśród młodzieży, odwiedzali domy dziecka, zakłady karne. Jego parafia znajduje się na terytorium Botswany w rejonie, gdzie można dojechać tylko autem terenowym, ale i to nie zawsze. Kiedy tylko jest możliwość spotyka się ze swoim przyjacielem aby znaleźć odpowiedzi na dręczące ludzi pytania, ale także aby, jak za dawnych czasów, rozerwać się: pograć na gitarze i saksofonie. Z "Małego" emanuje jakaś radosna duchowność. Każdy kto się z nim zetknie musi odczuć konieczność bardziej pozytywnego patrzenia na życie.
"Jak zaczęła się moja przygoda misyjna?', powtarza moje pytanie ojciec małego wzrostu, ale dużego serca. "Nadzwyczajniej w świecie. Chciałem czerpać radość z pomocy bliźnim", kwituje telegraficznie.
Od niego i jemu podobnych, księża w Polsce mogliby się wiele nauczyć. Rozmawiam na ten temat z grupą misjonarzy na szczycie monolitycznej, granitowej skały Parku Narodowego Matobo, niedaleko od Bulawayo. Cyklopowe głazy o fantastycznych formach w niestałym położeniu, jakby za chwile miały spaść, są wspaniałym dziełem natury obok którego nie można przejść bez uczucia podziwu i zdumienia. "Te osobliwe formy skalne, to idealne sanktuarium na odprawianie mszy, na kontakt z Bogiem", zauważa któryś.

Tu, w jednym z najbardziej sugestywnych zakątków Afryki, na świętej dla wielu plemion górze, chciał złożyć swoje zwłoki Cecil Rhodes, geniusz finansjery brytyjskiej, który marzył połączyć pod banderą brytyjską kontynent od Egiptu po Południowa Afrykę. W 1889 r. na czele 200 Afrykanerów i 700 policjantów z Afryki Południowej zawładnął niezbadanym krajem i nazwał go Rodezją, dzisiaj Zimbabwe. Pochowano go właśnie tutaj w 1902 r., gdzie tak jak kiedyś, tak i dziś krążą czarne orły.

Pobyt w tym osobliwym miejscu jest dla mnie szczególnym przeżyciem. Niesłychanie barwna postać Cecyla Rhodesa zafascynowała kiedyś moją chłopięcą wyobraźnię. Człowiek o niezmordowanej aktywności, wiecznie dążący do fantastycznego celu, umiejący podjąć natychmiastową i zawsze trafną decyzję, zdobył moją sympatię, uznanie i podziw pomimo, że wyrażano o nim krańcowo sprzeczne opinie: od hymnów pochwalnych aż po najcięższe oskarżenia. Ja widziałem głównie zalety i wybaczałem wady.

W cieniu historii Rhodesa dyskutujemy o naukach kościoła.
W Europie człowiek zatracił wrażliwość moralną. W Polsce młodzi ludzie, wykształceni w kontekście spraw współczesnego człowieka, bardzo krytycznie odnoszą się do księży, odchodzą od nich nie znajdując wspólnego języka. "Przedstawiany przez nich Bóg jest jako ktoś obcy, daleki. Relacje między kapłanem i osobą świecką tradycyjnie są u nas zimne, co jest nie do pomyślenia na misjach, gdzie mówimy o Bogu w każdych warunkach w sposób najprostszy- mówią-. Księża w parafiach wciąż wyrażają sceptyczność do ewangelizacji w rozumieniu afrykańskim. Tu na liturgicznych spotkaniach ludzie modlą się i zwracają do Boga w atmosferze radości i kolorów, śpiewając i tańcząc. W Polsce jest potrzeba ciszy i skupienia".
Kiedy przebywają na urlopie w kraju, odnoszą się do nich krytycznie. Ojciec "Jasiu", czyli Janusz Prud, z Serawe, miasteczka nadal przypominającego wiktoriańską Anglię, opowiada, że będąc w swojej parafii na obiedzie, jak zwykle zresztą bez koloratki i sutanny, został przedstawiony biskupowi jako "nasz kapłan-misjonarz".
"Ja tego nie widzę", odparł zgorszony zwierzchnik diecezji. "Ja nim jestem i wcale nie muszę tego okazywać", odparł "Jasiu". Potem ten skromny kapłan, tchnący pogodą ducha i autentyzmem misyjnego powołana, opowiada o swojej pracy. Przy pomocy ambasady amerykańskiej zbudował Centrum dla małych sierot z których wiele, niestety, ma AIDS. "Dziesiątkuje on społeczeństwo. Ból i cierpienie związane z ta plagą chwilami są trudne do zniesienia, ale zawsze staram się dodać im ojcowskiej otuchy", mówi .

Kiedy przeżywa depresję, czy jakąś bezradność, jedzie do sanktuarium przyrody Rhino. Tam pośród nosorożców i żyraf, zatopiony w otaczającej ciszy, odmawia brewiarz i popijając piwo podziwia piękno świata w promieniach zachodzącego słońca. "Czuję się wtedy jak na osobistym spotkaniu z Bogiem". Relaksuje się też jazdą na rowerze. Jego marzeniem jest przebycie trasy z Aleksandrii do Kapszadu.

Ojciec Sławek Więcek, który przyjechał do Serbina z Lidzbarka Warmińskiego, tez nie ma lekkiego chleba. Po przyjeździe myślał o udzieleniu jak najwięcej chrztów. Na razie jego parafa liczy tylko dziesięć rodzin i kilkanaście wdów. "Nauczam, ale moje lekcje nie mogą być zmuszaniem, tu nie wolno się śpieszyć, robić coś na siłę. Ważna jest moja obecność i cierpliwość".
Postawa misjonarzy wywołuje krzywe spojrzenia u konserwatywnych księży w Polsce. Nie mogą oni pojąć, że misjonarze ośmielają się być sobą, mieć własne zdanie i mają odwagę mówić inaczej, innym językiem, niż się przyjęło o sprawach trudnych i ważnych dla człowieka i dzisiejszej Afryki. Mówią wprost i wzywają do odwagi
w głoszeniu prawdy.

Jeden z moich rozmówców wywołał w kraju konsternację kiedy zapytał, czy proboszcz nie ma piwa do obiadu, ktoś inny wzbudził ogólny niesmak za nie przestrzeganie postu piątkowego. "Tu takie zakazy postrzegamy z dużą dowolnością", skomentował.
W Polsce ludzie często widzą kościół jako instytucję w której zbyt wielką wagę przywiązuje się do skostniałych struktur, zbyt mało zaś do pociągania ludzi w stronę Boga. Na pewno księża powinni dać przykład zdystansowaniem się do dóbr materialnych, do wystawnych siedzib i luksusowych aut.

Na Czarnym Kontynencie nie przelewa się misjonarzom. Środki finansowe otrzymywane z miejscowych diecezji zawsze są nie wystarczające. Ojciec Marek Grzech z Livingstone dorabia pracą
w środkach masowego przekazu, co pozwala mu pracować z młodzieżą, prowadzić nawet dobrą drużynę piłkarską. O. Więcek wypożycza kasety video, robi xerokopie, prowadzi Cafe Internet. "Mały" aby utrzymać parafię wyrabia cegły. Kiedy naprawdę są w potrzebie mogą liczyć na wsparcie polskiego ambasadora Jana Wielińskiego, głębokiego znawcy Afryki, człowieka uczynnego i dobrotliwego, który zawsze dokłada sił, aby im pomóc.
       
Praca w gorącym klimacie naraża ludzi na różnorodność chorób zakaźnych, na bilharcjozę, amebę, śpiączkę, czy ślepotę rzeczną. Europejczyków zabija dyzenteria i zapalenie płuc. Ale najczęściej, systematycznie nęka ich atak malarii. Ojciec Piotr Śledź, ujmująco serdeczny, z loczkami jak u aniołka na barokowym ołtarzu, pracuje w Livingstone, nieopodal Victoria Falls, najbardziej imponującego wodospadu Afryki, siedliska komarów widliszków. To właśnie one przenoszą malarię, która dziesiątkuje ludzi. Co roku choruje na świecie ponad 150 milionów ludzi, spośród których co setny umiera. Ojciec Piotr miał z nią do czynienia już ponad 50 razy. Inni dużo rzadziej. Zawsze wychodzili cało z opresji i to nie tylko dlatego, że stosują tradycyjną kolonialną receptę na dezynfekcję, czyli dżin z tonikiem. Zapewne jakiś dobry duch czuwa nad tymi przybyszami znad Wisły twardo bez rozgłosu stąpającymi po ziemi, z oddaniem świadczącymi pomoc bliźniemu.

Fotoreportaż z wyprawy.

Zdjęcia Jacka Pałkiewicza są dostępne w Agencji Fotograficznej EASTNEWS www.eastnews.com.pl

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;