Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Na przełaj przez Borneo
Autor: Jacek Pałkiewicz   
Zobacz w galerii:

Zobacz też:
Ponad 2.000 kilometrów wielkiej przygody pod flagą Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w Londynie. Jacek Pałkiewicz pokonał całą wyspę Borneo napotykając w jej wnętrzu legendarnych budzących postrach Dajaków

Wpatrując się w półmroku na pół nagie dziewczęta z zuchwale sterczącymi piersiami, ocieram się głową o owoce kokosowe wiszące w rotangowej sieci pod powałą chaty. W sekundę później pojmuję, że nie są to wcale kokosy, a zakurzone zasnute pajęczyną, poczerniałe od kuchennego dymu czaszki ludzkie. Opisywany tak często w powieściach przygodowych makabryczny dowód walk plemiennych nie wzbudza wcale mojej litości dla ofiar. Jedynym uczuciem jest śmiertelny, paraliżujący zmysły strach. Nawet nie reaguję na rzucone mi „salamat tidur, tuan!”, dobrej nocy panu. Przyciskając do siebie sztucer, przez całą noc nie zmrużyłem oka.

Kiedy rano podeszły wiekiem wojownik z melancholią w głosie opowiada o swoich wojennych wyczynach, demonstrując jak owijał sobie wokół pięści włosy ofiary i dwoma mocnymi ciosami ‘mandau’, rodzajem maczety, odrąbywał głowę, mam uzasadnione wątpliwości, czy proceder „panjamon” rzeczywiście nie jest jeszcze praktykowany. Aby pozyskać zaufanie i przychylność, od samego początku pamiętamy o dekalogu savoir vivre wśród krajowców. Chcę wierzyć, że przyniesiony worek podarków pozwoli nam zdobyć ich serca. Misjonarze są zgodni, że pradawny obyczaj został już dawno zarzucony, chociaż….. podobno różnie bywa na wojnach międzyplemiennych. Tak, czy owak, ja, wytrawny poszukiwacz przygód, po dotarciu do cywilizacji doceniłem rozkosz faktu, że żyję.
To gdzieś tu, niedaleko źródła Kapuasa, w 1824 r. został zamordowany przez budzących postrach Dajaków, kierujący holenderską misją rządową major George Muller. Wraz z nim straciło życie 11 towarzyszących mu żołnierzy jawajskich. Dziś jego imieniem nazywa się tutejszy łańcuch górski, z najwyższym szczytem Longnawan, sięgającym prawie 3.000 m npm. Tu też zaginął w 1975 r. porzucony przez tragarzy brytyjski inspektor Bruce Sandilands.
Media przypomniały o istnieniu Dajaków w styczniu 1997 r., kiedy na Borneo rozgorzała zażarta wojna etniczna z imigrantami z wyspy Madura. Po zabiciu dwóch Dajaków rozgniewani potomkowie łowców głów odświeżyli bezlitosną tradycję uśmiercając ponad tysiąc islamskich osadników zagrażających ich tradycyjnym wartościom kulturowym. Rytualne zabójstwo, mające charakter endemiczny wśród animistów, to dowód męstwa i odwagi. Przysparza wojownikowi chwały i nobilitacji w strukturach autochtonicznych, pozwala zdobyć siły witalne wroga i stać się w pełni dorosłym człowiekiem. Według wielowiekowych obyczajów trofea pomagają także osiągnąć wysokie zbiory ryżu, zapewniają zdrowie, płodność kobiet i bogactwo zwierzyny łownej. Jak się okazuje, posłannictwo misjonarzy i wysiłek administracji państwowej nie do końca wykorzeniły uświęcony przez tradycję zwyczaj. Instynkt pozostał.
Borneo. Już sama nazwa intryguje i pobudza wyobraźnię. Trzecia co do wielkości wyspa świata, znana jest jako jeden z najdzikszych zakątków globu, gdzie dominuje zabójczy klimat, bezmiar dżungli, dziewicze tereny nie ukazane na mapach geograficznych, niebezpieczne zwierzęta, trudno dostępny łańcuch górski i wreszcie niezliczona ilość chorób tropikalnych. Ponadto kilka dziesiątków gatunków jadowitych węży, insekty, zmora pijawek i zdradliwe rzeki górskie.

242.jpg  243.jpg  244.jpg

Odkryta przez Magellana w 1521 r, wyspa przywodzi też na myśl fascynujące historie piratów malajskich i złą sławę jej rdzennych mieszkańców Dajaków, owianych mgłą tajemniczości łowców głów. Ponad sto lat temu żeglował tu Joseph Conrad i stąd pochodzą niektórzy jego literaccy bohaterzy. Tędy wędrował Tomek Alfreda Szklarskiego. Stąd też wyniósł natchnienie urzeczony zagadkowym czarem Wschodu inny pisarz, Somerset Maugham, a gość radży Brokke’a w Sawaraku, młody przyrodnik Alfred Russel Wallach, zgłębiał tu mechanizm doboru naturalnego.
Książki podróżnicze rozbudziły we mnie ciekawość świata. Dzięki nim jako młody chłopiec mogłem poczuć się mężczyzną, a jako dorosły, wrócić do lat kiedy byłem wyrostkiem. 20 lat temu zaliczyłem „podróż życia”: przez Borneo wzdłuż równika. Wystawiony na ogromny trud musiałem wykazać się żelazną kondycją, zdolnością adaptacji, ale głównie niezachwianą determinacją. Zarzekałem się wtedy, że za żadne skarby świata nie powtórzyłbym takiej imprezy. Jednak w ostatnich czasach uparcie prześladowała mnie jedna i ta sama myśl: muszę tam wrócić. Głód przygody pośród tubylczych plemion na wyspie, która od młodzieńczych lat była dla mnie gwiazdą przewodnią, nie pozwalał mi usiedzieć spokojnie w komfortowym domu.
Wspierany przez rząd indonezyjski, wyruszyłem więc z grupą przyjaciół aby ponownie przebyć na przełaj Borneo, tubylczymi pirogami i pieszo. Współpracuje ze mną bardzo doświadczony Nova Tejakusuma z agencji „Across Indonesia”. Chcemy dotrzeć do wyizolowanego w głębi wyspy plemienia Dajaków, mającego mgliste pojecie o tym, że żyją w jakiejś tam Indonezji. Taką morderczą wyprawę „very hard” Anglicy określają mianem Challenging, czyli próbą sił, wyzwaniem do pojedynku.
Wyruszyliśmy z Pontianak, leżącego na równiku, rozpoczynając od żeglugi majestatycznym Kapuasem, skrywającym w swoim górnym biegu całą serię zdradzieckich katarakt o egzotycznych nazwach: Pangin, Horirap, czy Batu Lintang. W dżungli komunikację zapewniają jedynie rzeki i poruszanie się jest uzależnione od stanu wód. Niski przyprawia o gęsią skórkę, kiedy stępka łodzi alarmująco zgrzyta o kamieniste dno grożące rozpruciem kadłuba. Po przeniesieniu bagażu po oślizgłych od glonów skałach, ostatkiem sił przeciągamy masywną pirogę 50 metrów i ponownie ją załadowujemy. Za kolejnym zakolem, następne płycizny oraz progi i ta sama harówka. I tak wiele, wiele razy w ciągu dnia.
Natomiast ciasne przełomy, zdominowane przez spienioną pośród wirów kipiel huczącego bystrza, stają się jeszcze bardziej niebezpieczne i trudniejsze do pokonania. Nerwy narażone są na ciężką próbę. Najmniejszy błąd sternika czy chwila nieuwagi „dziobowego”, który nie zdąży żerdzią odepchnąć się od wyrastających znienacka przeszkód, to początek niechybnej katastrofy. Zatem całą mocą silnika lawiruje on wśród głazów, aby wypatrzeć przesmyk pozwalający sforsować tarasową kataraktę. Pokonywanie progów jest jedną z tych sytuacji, których nigdy nie da się kontrolować do końca. Amerykański pisarz Ed Abbey porównywał te chwile do seksu: “Jedna trzecia przyjemności leży w oczekiwaniu. Połowa dreszczu emocji nadchodzi wraz ze zbliżaniem się. Reszta to tylko ekstaza albo ciemność”.
W Górach Muller Borneo stawia jeszcze wyższe bariery. Jesteśmy w objęciach monolitu zieleni i stęchłego powietrza przesiąkniętego duszną wszędobylską wilgocią, oraz otoczeni ustawicznym półmrokiem klaustrofobicznego lasu. Jego dno, to gąszcz lian, epifitów, paproci, pnączy i grzybów. Bez dokładnych map przez 10 dni wędrujemy gęsiego po śliskim dywanie ze zwiędłych liści o konsystencji mazi. Aby nie upaść chwytamy się wszystkiego co znajduje się w naszym zasięgu, najczęściej za palmę najeżoną kolcami, kalecząc coraz dokładniej ręce. Za każdym razem towarzyszy temu seria siarczystych przekleństw. Widzę, że męczą się i przewracają także niektórzy boso idący tragarze. Piecze otarte krocze i bolą pełne bąbli i ran stopy. Przesuwam się na czworaka pod zagradzającym przejście zwalonym pniem drzewa. Ciężar na plecach rzuca na kolana, wytężam wolę, aby unosić wysoko omdlewające nogi, żeby nie potknąć się o plątaninę korzeni. Dokuczają chmary owadów żądlących boleśnie nawet przez ubrani oraz zalewający strugami czoło i oczy pot.
Duży wysiłek fizyczny w gorącym powietrzu przesyconym wilgocią prowadzi do przegrzania. Organizm nie jest w stanie usunąć ciepła przez parowanie potu, który w tych warunkach skapuje ze skóry jako ciecz. Pocenie zatem nie ochładza, a tylko odwadnia. Wyczerpany, z łomoczącym sercem, na grani udaru cieplnego, nie zdejmując plecaka padam na wznak do wody. Istny błogostan!.
Po stromych podejściach i zjazdach na siedzeniu po zboczu do wąwozu korzystamy z koryta potoku. Brodzimy po kolana, po pas w wodzie, wysilając się aby nie dać się porwać bystremu nurtowi. Daje się we znaki ulewny deszcz, będący w stanie zepsuć humor nawet weteranowi dżungli. “Teraz wiem, dlaczego Amerykanie przegrali wojnę w Wietnamie”, słyszę jedyny dziś komentarz zwykle gadatliwego Alexa.
Nie sposób uchronić się przed budzącymi obrzydzenie kleistymi pijawkami, „atakującymi” niczym z rogu obfitości każdy skrawek ciała. Dostają się na nas z ziemi, z krzaków i drzew i szybko wślizgują się pod ubranie, nawet przez dziurki od sznurowadeł butów. Cieńsze od wykałaczki, po opiciu się krwią pęcznieją do grubości papierosa i wtedy same odpadają. Przechodzi dreszcz kiedy ogląda się przez mikroskop upiorną gardziel pierścienicy z trzema szczękami wyposażonymi w 270 ostrych zębów godnych rekina ludojada. Niebezpieczne bywają potem konsekwencje, ranki goją się z trudem, swędzą i mogą przyczynić się do infekcji. Wtedy zaleca się …..przyłożenie pijawki, aby oczyściła rankę.
Po dwóch tygodniach od wyjazdu z Pontianak docieramy do zapomnianego zakątku świata w sercu Borneo. Do legendarnych Dajaków, żyjących daleko poza zasięgiem działania prawa. 130 lat temu francuska encyklopedia "Obyczaje ludów świata" pisała o nich: "Są skryci, zdradliwi i okrutni. Na całym świecie nie ma drapieżniejszych i bardziej zajadłych łowców głów. Każdy, kto nie należy do ich plemienia, jest wrogiem, którego czaszka powinna ozdobić ich domostwa. Mężczyzna jest tym bardziej szanowany, im więcej zetnie głów".
Napotkana wspólnota składa się z kilkunastu rodzin mieszkających w tradycyjnym longhouse, długim domu na palach. Pełen godności wódz o twarzy nie wyrażającej żadnych emocji, badawczo nas lustruje, by potem przyzwolić na zatrzymanie się. Ma tatuaż pokrywający całe ciało i pali cygaro z liścia dzikiego bananowca, Wręczamy mu praktyczne podarunki: sól, noże, garnki, tytoń, chininę. Noszący się dumnie mężczyźni, z nierozłącznym mandau za pasem, mają umięśnione torsy, brunatną skórę, czarne oczy i wyskubane brwi oraz rzęsy. Kobiety są bardzo szczupłe i zaskakująco ładne. Maja okrągłą buzię, drobny nos i rozciągnięte płatki uszne, w których wiszą ciężkie miedziane pierścienie. Także one są ukraszone tatuażami o różnych motywach. Niektóre demonstrują w uśmiechu karmazynowe usta i poczerniałe zęby od żucia orzeźwiającego i odkażającego przewód pokarmowy betelu.
Chrześcijańska kolonizacja jeszcze ich nie dosięgła, pozostali animistami, o czym świadczą wyrzeźbione w drzewie posążki. Łagodni w obyciu, żyją w doskonałej symbiozie z lasem, dostarczającym im wszystkich niezbędnych rzeczy: pożywienia, drewna opałowego, budulca, lekarstwa, nie zamierzają pogodzić się z procesem wywłaszczania terytorialnego. Wiodą prymitywną i biedną egzystencję, ale nie marzą o bardziej stabilnym życiu, o lepszym domu, elektryczności, szkole, ubraniach czy nawet o telewizorze.
Niedawno pisało się nieco o Borneo. Odkryto tu prawdziwy „skarb medyczny”, roślinę, która po testach laboratoryjnych okazała się pomocna w leczeniu tak poważnych chorób jak nowotwory, AIDS czy malaria. Optymistyczne zapowiedzi. Szkoda jednak, że rabunkowa gospodarka leśna przyczynia się do nieodwracalnego niszczenia siedliska obfitującego w rośliny zdolne do ratowania wielu istnień ludzkich. Przedstawiciele WWF zarejestrowali też na zdjęciach zagadkowego drapieżnika, będącego prawdopodobnie nowym gatunkiem ssaka. Dziwne zwierzę przypomina rozmiarami domowego kota, ma ciemnorude futro i długi puszysty ogon. Ekolodzy przypominają, że systematyczna, dobrze przemyślana i naukowo zorganizowana grabieżcza destrukcja środowiska, doprowadziła do zachwiania równowagi ekologicznej świata liczącego na Borneo 15 milionów lat, a który współczesne pokolenie zastało jeszcze w nie naruszonym stanie. Ostatnie odkrycie powinno wzmocnić wysiłki w ochronie lasu deszczowego wraz ze wszystkimi zamieszkującymi go stworzeniami.
Przekraczamy grzbiet wododziału w interiorze wyspy, teraz mamy już z górki. Termometr nie spada poniżej 30 stopni nawet w nocy, która przynosi trochę wytchnienia. Przez chwilę dostrzegam Krzyż Południa, drogowskaz starożytnych żeglarzy, ale zaraz zakrywają go burzliwe chmury zwiastujące kolejną nawałnicę. Nadciąga ogłuszający szum ulewy, któremu akompaniuje stado wyjących gibbonów. Nie ma nic gorszego na świecie niż kolejny dzień wkładać na siebie mokre ubranie i buty. Po raz kolejny marzę o suchej odzieży i klimatyzacji, a także o posiłku przy stole i wygodnym łóżku.
Niektórzy widzieli wczoraj latającą jaszczurkę z szerokimi błonami między palcami, która lotem ślizgowym miękko wylądowała na ziemi. Było też na naszej drodze kilka jadowitych węży o perfekcyjnym kamuflażu, wśród nich dzierżący rekord śmiertelności bungaro o charakterystycznej czerwonej głowie. Teraz natykamy się na różową mięsistą Raflezję, największy kwiat na świecie, osiągający prawie metr średnicy. Ze względu na rozsiewaną intensywną woń gnijącego mięsa, Anglicy nazywają tę spektakularną pasożytniczą roślinę, „lilia pachnąca trupem”. Przywodzi ona na myśl mój ulubiony durian, „nektar bogów”, którego magnetyczny zapach jednocześnie przyciąga i odpycha.
       
Wyprawa z dala od masowej turystyki, zmusza do konfrontacji z pokusami i żonglowania na cienkiej linie odgradzającej ambicje i rozwagę od nadmiernego ryzyka. Pasjonująca przygoda łatwo może przemienić się w torturę. Wielu ma głęboko poranione nogi a silny jak tur Max cierpi na febrę, później okaże się, że zapadł na dengę, wyjątkowo uciążliwą chorobę wirusową przypominającą zwielokrotnioną grypę. Roznoszona przez komary, często doprowadza do zgonu. Pomimo stosowanej profilaktyki, nie omija nas malaria, ponadto jedna z łodzi rozbija się na wodospadzie. Skończyło się tylko na strachu, chociaż prąd uniósł trochę żywności. Oprócz odwagi, doświadczenia i zdolności improwizacyjnych, potrzebna jest zawsze odrobina szczęścia. Moi współtowarzysze zasługują na pochwałę. Wykazują motywację, zdyscyplinowanie i…poczucie humoru, istotną cechę w trudnych chwilach.
Po miesiącu docieramy do toczącego mętne brązowe wody Mahakamu spowitego woalem porannej mgły. Do Samarindy, ostoi cywilizacji, pozostaje już nam tylko jeden skok. I kres wielkiej przygody, obfitującej w pułapki, fatygę i niebezpieczeństwa. Podróż w świat nieznanych przestrzeni okupiliśmy zdrowiem, zmaganiami z żywiołem i własnymi słabościami, ale romantyzm „nieznanego” już zdążył zaćmić wszystkie sytuacje podwyższonego stresu. Nobilitacją pozostanie dla nas na zawsze dajackie porzekadło: „Kto czterokrotnie przepłynął w górę rzekę i spłynął ją z prądem, staje się starcem”.

Fotoreportaż z wyprawy.


Zdjęcia Jacka Pałkiewicza są dostępne również w Agencji Fotograficznej EASTNEWS www.eastnews.com.pl

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;