Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Tatry latem 2003
Autor: Marek Klonowski   
Granica pomiędzy odwagą, a szaleństwem jest bardzo wąska. Wydaje mi się, że pierwszy raz poważnie (na trzeźwo) ją przekroczyłem. Postaram się nigdy więcej tego nie zrobić, choć miło się to wspomina (miło to mało, to po prostu było wspanialsze przeżycie w moim życiu, a mało brakowało byłoby ostatnim).

36.jpgPojechałem w Tatry, ponieważ tam (trzeba wiedzieć gdzie i kiedy) można naprawdę poczuć wolność (standartowo to brzmi, ale tak jest naprawdę). Tatry centralne, a wiec okolice doliny Pięciu Stawów, są dla mnie przekreślone, ze względu na tłumy ludzi, wiec zacząłem od Tatr zachodnich, które są nie mniej atrakcyjne i również wysokie. Szedłem sobie dwa dni granią od godziny piątej do dwudziestej z zapasem żarcia i całym dobytkiem na plecach. Później skończył się szlak, (co nie jest dla mnie problemem, choć po dwóch godzinach przedzierania się przez dwumetrowa, gęstą kosodrzewinę stwierdziłem ze nigdy więcej nie zejdę ze szlaku), a co ważniejsze żarcie. Z ogromnym odciskiem od sandałów i echem w brzuchu zlazłem z gór. Bla bla bla. W Starym Smokowcu kupiłem przecenione o 50 % buty (made in Czech Republic) i po nocy na skoczni narciarskiej w Tatarskiej Łomnicy, stwierdziłem ze nie ma przeszkód, żeby zaatakować Gerlach (2655 m n.p.m.). Wcześniej chciałem wjechać na Łomnicki Szczyt (2630 m n.p.m., prawie dwa kilometry kolejką bez żadnego przęsła), ale bilet 400 koron, a kolejka (do kolejki) długa jak ślina po fancie, wiec ruszyłem na zachód.

37.jpg
Jak wiadomo na Gerlach nie ma szlaku, a wejść można jedynie z przewodnikiem, który kosi mega kasę. Około godziny 17.30 po smacznym obiadku i z zapasem wody zacząłem iść granią na Gerlach z zamiarem nocowania gdzieś na grzbiecie (miałem nadzieje na pogodę i że znajdę kawałek prostego miejsca). Po drodze czekało mnie jeszcze chyba z sześć szczytów do pokonania i tyleż przełęczy, wiec po poprzednich doświadczeniach myślałem, że dotarcie na szczyt zajmie mi dwie godziny w dobrym tempie, czyli dotrę na zachód słońca na Gerlach.



Jednym z moich marzeń od kilku lat jest siedzieć na jakimś odpowiednio wysokim szczycie i spoglądać na chmury od góry, cos wspaniałego (widziałem na pocztówce). Pech chciał ze podczas mej wspinaczki zaczęło padać, a droga stała się cholernie ciężka. Często musiałem się cofać, bo okazywało się ze droga jest nie o przejścia. Sam musiałem decydować którędy iść. Cały czas wypatrywałem strażników parku, (bo za taka wycieczkę płaci się ogromniaste kary). Skały były mokre i potwornie śliskie. Cały czas pomagałem sobie rękami. Jestem już na wysokości 2600 m. Nigdy tak wysoko nie byłem. Wszystko szło w miarę dobrze, przesuwałem się powoli i ostrożnie, ale wiedziałem, że dzisiaj już na Gerlach nie wejdę. Pogoda zaczęła coraz bardziej brykać. Zaczęło grzmieć i serce zaczęło mi szybciej bić.

Nie wiem jak to się stało, ale chciałem sobie zrobić skróty do następnej przełęczy omijając jakiś szczyt. I tu zaczął się koszmar mojego życia. Od razu mówię, że na pewno nie jestem w stanie opisać tego, co wtedy przeżyłem, jak się czułem i co czułem. Droga stawała się coraz trudniejsza. Schodziłem w dół brzuchem do ściany, na samych czubkach palców u stóp i chwytałem się szczelin w skałach. Po dziesięciu minutach okazało się, że z powrotem (pod górę) już nie dam rady wejść, bo czasami zeskakiwałem (wisząc na rękach) na jakieś półki skalne. Okazało się, że do tej przełęczy, co chciałem sobie zrobić skróty też nie dojdę, bo miedzy nami jest potężny pionowy płat skalny. Pozostało tylko schodzenie (kontrolowane spadanie) w dół.

38.jpgRobiło się ciemno. Skały były mokre. Wiedziałem, że nie powinienem się śpieszyć, za wszelka cenę być opanowany i kontrolować każdy ruch. Jeden zły krok, albo chwycenie się jakiejś ruchomej skały mogło okazać się tragiczne w skutkach. Przede wszystkim, choć sytuacja była nie za ciekawa, zachować spokój, ale jak spowodowałem małą lawinę, (z którą mało nie zlecialem) to pierwszy raz w życiu dostałem sraczki z nerwów (nie ma się, czego wstydzić wydaje mi się).

Poruszałem się powoli, ale byłem cały spocony, choć ciągle kropiło. Doszedłem do jakiegoś strumienia spływającego niemal pionowo po skalach i postanowiłem tamtędy schodzić, bo myślałem że woda żłobi skały i będzie łatwiej (o ja głupi głupek!). W pewnej chwili znalazłem się w sytuacji, która utkwi mi w pamięci do końca życia. Stoję na czubkach palców w jakimś zagłębieniu w skale, a rękami kurczowo trzymam się jakichś szczelin. Po wszystkim spływa strumyk wlewając mi się przez rękawy kurtki do środka i mocząc nogi. Okazuje się, że od tego miejsca zaczyna się mały wodospad, tworząc jakieś osiem metrów niżej mały stawik wielkości wanny. Musiałem szybko cos zrobić, bo wiedziałem że długo nie wytrzymam w tej pozycji. Postanowiłem zrzucić ciężki plecak z nadzieją, że uda mi się zejść jeszcze trochę.

39.jpgZleciał do tego stawiku (dobrze ze nie dalej, bo już bym go pewnie nie odnalazł). Ja zszedłem jeszcze z trzy metry no i po postu był to kontrolowany upadek. Woda nie była głęboką ledwie po kolana, ale zamortyzowała upadek i to mnie uratowało. Dziękując bogu (jak trwoga to ...) za całe nogi ruszyłem dalej. Woda miała z siedem stopni, a ja byłem ciągle powyżej 2000 metrów. Kompletnie mokry, ale jakoś nie było mi zimno.

Plecak namókł i był naprawdę bardzo ciężki, wiec wylałem zapasy wody i przywiązałem do plecaka linkę (miałem służyć do wiązania folii w razie deszczu), na której później chciałem opuszczać plecak w takich sytuacjach zamiast nim rzucać, mając świadomość, że w środku jest prawie cała butla z gazem (Bartek by mnie zabił za to), która może wybuchnąć od zderzenia ze skałami. Byłem potwornie wykończony, przecież szedłem dziś od świtu. Gdy znalazłem półkę skalna wielkości karimaty, postanowiłem ze tam zostanę i będę wzywał pomocy. Jedzenia miałem na trzy dni i już usiadłem zrezygnowany, gdy okazało się ze wylałem wodę (a bez niej nic nie zjem, bo mam sam ryz i makaron i ciacha afkors). No to mokry plecak na plecy i dalej w bok do strumyka. Dostrzegłem pewna szanse na zejście jeszcze kawałek w dół, no wiec znów ruszyłem. Teraz już nie miałem się gdzie zatrzymać, musiałem iść.

Nie będę się już dłużej rozwodził na temat mej amatorskiej wspinaczki bez zabezpieczenia (a czasami mijałem zardzewiale haki alpinistów, za które można się pewnie chwycić), ale gdzieś tak jeszcze po 45 minutach walki dotarłem do żlebu, gdzie można już było czasami normalnie na stojąco iść. Było już prawie całkowicie ciemno. Musiałem znaleźć, choć kawałek miejsca do siedzenia i tu uśmiechnęło się do mnie szczęście. Leżał ogromny głaz, który tworzył mały daszek a pod nim trzy płaskie kamienie, na których dało się rozłożyć karimatę. Okazało się ze oprócz pancza, które było dość szczelnie zawinięte w worek, wszystko jest mokre. Śpiwór też był partiami suchy. Cały czas grzmiało i znów zaczęło padać, (ale ja miałem "dach" nad głową).

40.jpgPotwornie zmęczony, obolały, z pozdzieranymi rękami, ogrzewając się przy butli gazowej przetrwałem do rana, dygocąc z zimna. Skoro świt ruszyłem dalej. Na mokrej mapie zorientowałem się gdzie jestem. Na końcu żlebowiska zaczęło się jeszcze trochę trudności. Jeszcze kilka razy opuściłem plecak na lince i po dwóch godzinkach byłem na szlaku. Uff. Nawet nie staram się przedstawić uczucia, które wtedy mnie ogarnęło. Śpiewałem: jestem, żyję i czuję, jak ptak wolny!. Następnie zjadłem sobie porządne śniadanko. Wiedziałem, że zimna noc w mokrym śpiworze nie ujdzie mi na sucho, (choć do zimna dosyć przywykłem). Rozbolała mnie głowa i brzuch (prawdopodobnie zatrułem się czymś, mogła to być woda z gór, bo deszcze padały i wypłukiwały syf z skał) i ogólnie byłem osłabiony. Nie miałem siły iść, ale jeszcze z 3,5 godziny szlakiem i byłem na Łysej Polanie.

Na przejściu resztkami sił pchnąłem poloneza i w zamian za to para wioząca alkohol ze Słowacji zawiozła mnie do Zakopca. Tam rozpoczęła się zwała. Głowa mnie zaczęła boleć i zrobiło mi się niedobrze. Przetoczyłem zwałę na dworcu, przed pociągiem małe żyganko, potem straszliwe 14 godzin w pociągu (wypiłem półtora litra wody i wszystko zwymiotowałem). A teraz siedzę sobie na śluzie w Gryfinie i czekam na zachód słońca. Obok leży rowerek, słoneczko świeci, a ja wciąż nie wierze w to, co przeżyłem. Chyba od tej pory stanę się trochę innym człowieczkiem (a może i nie).

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.mruwa.prv.pl
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;