Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Kaukaz
Autor: Marek Klonowski   
RELACJE WYSYŁANE Z TRASY PODCZAS WYPRAWY ROWEROWEJ WOKÓŁ MORZA CZARNEGO. (oryginalny pamiętnik z Kaukazu jak również pamiętnik z podróży na Alaskę w książce)

53.jpg

ETAP I - Jarosław - Morze Czarne
         ...No i ruszyłem. Za mną już 1300 km po bezdrożach Ukrainy. Wystartowałem z Jarosławia dokładnie tydzień temu . Kawałek za Lwowem poruszałem się właściwie tylko głównymi trasami ale później pojechałem na południe, na tereny prawdziwej Ukrainy. Zasuwałem często bez asfaltu pod kołami, w deszczu, upale, mgle, z wiatrem i pod wiatr. Ruchu na tych drogach niemalże nie ma, raz na pół godziny spotykałem auto. Na tych terenach ciągle niezawodnym środkiem transportu jest koń z wozem lub stare rosyjskie motory. Zaczynałem jazdę co dzień wcześnie rano mijając budzące się wioski i witając wschodzące słońce. Wokół otaczały mnie łąki i w sumie niewiele lasów. Drogi nie są w 54.jpgnajlepszym stanie (co nie stanowi problemu dla mego roweru - bestii) i na ogół panuje tu bieda, ale ludzie są życzliwi i gdy dowiadują się, że z Polski rowerem jadę bardzo chcą pomóc i wskazują drogę (a ona pooznaczana jest fatalnie). Odcinek z Lwowa do Mikolaiv jest (jadąc przy granicy z Moldawią) naprawdę wymarzoną trasą na rower. Są to autentycznie zapomniane obszary, nieskażone industrializacją, która często działa tak niszcząco na krajobraz. Ludzie szanują to co mają, a mają niewiele. W miejscowościach woda najczęściej jest czerpana ze studni, a w nielicznych sklepach niewiele można kupić. Nie spotkałem się z żadnym przejawem agresji ze strony Ukraińców, a wręcz przeciwnie. Teraz jestem w miejscowości Evpatroija nad morzem Czarnym i po południu ruszam w stronę Sevastopola. Potem wzdłuż krymskiego wybrzeża do Rosji i na Kaukaz. pozdrawiam wszystkich serdecznie z Krymu.
p.s. Morze Czarne wcale nie jest czarne !!!!!!!!!!!!!
NIEBO ZAMIAST DACHU ;
WIATR ZAMIAST ŚCIAN ;
NIEKTÓRZY NAZYWAJĄ TO DOMEM


ETAP II - Krym - Kaukaz
        
No i jestem znowu. Cały i zdrowy. Raki moje, które podwieszone pod ramą powoli zaczęła pokrywać rdza, znowu błyszczą świeżo zdartą stalą. ELBRUS ZDOBYTY !!!
       
Wczoraj udało mi się zdobyć dach Europy!!! Nie było łatwo, ale nie na darmo jechałem tutaj 2700 km. A teraz trochę wstecz: przez Krym jechało się super. Zwłaszcza na wschód od Jałty. Granicę przekraczałem na przejściu promowym. Masakra, co tam się działo. Ale udało się, w sumie bez większych problemów, choć kolesie wyraźnie mi sugerowali żeby dać łapówkę, ale się nie dałem. No i ruszyłem niepewnie w Rosję, która okazała się całkowicie przyjazna, jak do tej pory. Drogi dobre, ludzie wspaniali, tylko częste patrole i milicja psują trochę atmosferę i stresują. Ale dotarłem szczęśliwie do Elbusa. Budziłem niemały zamęt wśród mieszkańców. Raz chcąc nabrać wody, zostałem zatrzymany na noc przez pewną rodzinkę, nie obyło się bez wódki zagryzanej paskudną rybą. Ale było super, na drogę 55.jpgdostałem 3 litry mleka, jajka i ziemniaki. Ludzie tutaj są naprawdę przyjaźnie nastawieni. Zostałem jeszcze wiele razy częstowany i zapraszany do domu, ale spieszno mi było na Elbrusa który, wręcz mnie przyciągał. Dotarłem do Tereskola, gdzie spotkałem Rosjanina, który przyjechał z Moskwy na rolkach, tego samego dnia co ja. Zostawiłem rower u jego znajomej dziennikarki i ruszyłem na 3600 m. Widoczki super, pogoda też. Drugiego dnia docieram do Pituta 11 (4100 m) gdzie rozbijam namiot i wchodzę jeszcze do skał Pastuchowa. Czuję się dobrze i nie odczuwam żadnych problemów związanych z aklimatyzacją. No więc ruszam w nocy na szczyt. No i tak w wielkim skrócie zdobywam szczyt, wracam jak zombi, śpię jedną noc i już jestem w miejscowości Tyrnauz, gdzie musiałem załatwić rejestrację. Do Gruzji mogę wjechać dopiero 23 lipca, więc pobędę tu jeszcze kilka dni na Kaukazie, a później ruszam (granica jest na 2900 m). No tak, jest pięknie ale jestem totalnie wyczerpany, a twarz moja zmasakrowana to słońcem to mrozem, ale odpocznę trochę i ruraaaaaaaaaaa !!!!
do zobaczyska.
PO STRONIE ŻYCIA,
PRZECIWKO SMIERCI,
WBREW CIEMNOSCIOM.


ETAP III - granica Rosja - Gruzja
        
No i w końcu trafiłem do miejsca gdzie jest odrobina cywilizacji (której ja swoim wyglądem i zapachem raczej nie reprezentuję :)) Otóż jestem w miejscowości Vladikavkaz, kilkadziesiąt kilometrów od Czeczenii i około 20 km od granicy z Gruzją. Niestety sytuacja trochę się skomplikowała. Spędziłem jeszcze kilka wspaniałych dni w okolicach Elbrusa, zdobywając jeszcze Soviecki Voin (4100 m.) i odpoczywając w dolince pod Irigczad (nie wiem jak to sie pisze). No ale przyszedł czas, żeby się z tego pięknego miejsca zabierać. No to ruszyłem w dół do najbliższej granicy z Gruzją. Po drodze dostałem mandat - uwaga ! - za jazdę po drodze (że to niby powinienem po chodniku ) - ale to dłuższa historia. No nieważne. Następnego dnia dojechałem na wysokość wyższą niż najwyższy szczyt Tatr, mianowicie do granicy z Gruzją. No i porażka. Nie chcą mnie z Rosji wypuścić. Mówią żebym jechał do następnej granicy (200 km). Jakoś zajechałem z kilkoma przyjemnymi przygodami, a tu okazuje się, że obywatele Polski, jako kraju nie graniczącego bezpośrednio z Gruzją, granicy Rosja-Gruzja nie mogą przekroczyć. Jakież rozczarowanie. I co tu robić? Wszędzie pełno wojska, ale wszyscy są przyjaźnie nastawieni. Na granicy żołnierze z kałaszami jeździli na moim rowerze. Dostałem chleba i oranżadę na drogę, ale nic się nie dało zrobić. Jadę z powrotem. Później dostaję jeszcze jedzenie od patrolu, a inni z kolei bardzo zabawnie mnie nabierają, że jesteśmy atakowani przez Czeczeńców (prawie się nabrałem).
        
56.jpgLudzie tutaj są naprawdę superowi. Dwie godziny temu dostałem dwie flaszki wódki od straży miejskiej. No cóż, nie załamałem się. Nie wiem jeszcze co zrobię. Może pojadę pociągiem jakoś na zachód i później promem przepłynę do Turcji. Wszystko zależy od tego czy wystarczy mi pieniędzy. A może do domu.
        
Zobaczymy jak coś zjemy :). A tymczasem po rosyjsku tak dobrze nauczyłem się mówić, że niektórzy pytają mnie o moją narodowość. Przejechałem już 3200 km. Opony wykazują pewne zużycie i łańcuch na niektórych przełożeniach już ma trochę luzy. Urwała się jedna szprycha i zgiął się hak od przerzutki, ale wszystko udało się naprawić.
No to kończę. Pozdrawiam wszystkich serdecznie.
Marek z Gryfina
co się przeciwnościom nie ugina :)

ETAP IV - Granica Rosja-Gruzja - Turcja
        
Polak to nie narodowość - Polak to zawód - powiedział do mnie Gruzin na granicy. Ale mimo wszystko udało się i jestem w Turcji, ha! Ale po kolei...
       
Z Wladikaukazu udało mi się dostać do miejscowości Armawir, a później do Sochi koleją (to też niezła przygoda - rosyjska kolej). Sochi to strasznie turystyczne rosyjskie miasteczko, ale przynajmniej dobre bułki z serem mają... Kupiłem więc bilet na prom do Poti - nocka na plaży i przywitała mnie Gruzja. Z pewną ulgą opuściłem pełną niespodzianek Rosję. Co prawda odległość, którą rowerem pokonałbym w 1 dzień, zrobiłem w prawie 3 dni, wydając przy okazji większą część pozostałych mi pieniędzy, ale nieważne. Gruzja okazała się bardzo przyjazna. Ludzie, mimo panującej tu biedy, są bardzo sympatyczni i kulturalni. Przez kraj jechało się niczym przez ogród botaniczny.
       
57.jpgTrasę pokonałem bardzo szybko i bez większych problemów. Policjanci i pogranicznicy gruzińscy są zupełnym przeciwieństwem rosyjskich. Szybko przemknąłem przez kraj i w totalnej ulewie wjechałem do Turcji (wiza na granicy kosztowała 10 dolarów). Od razu inny świat. Niby Azja się zaczęła, a trochę jakby bardziej europejsko. Słońce oszczędza mój spalony nos i cały dzień leje (nie wyobrażałem sobie, że tu może tak padać). Droga biegnie nad morzem i jedzie się całkiem przyjemnie. Oczywiście nie mogłem ominąć gór Pontyjskich (Kaçkar) i poświęciłem niemal 3 dni na zdobycie najwyższego szczytu - Kaçkar Dagi (3931 m n.p.m.). Nie było łatwo, kosztowało mnie to wiele wysiłku, ale naprawdę warto było. Dziś rano obudziłem się na wysokości 2100 m n.p.m. i zrobiłem 50 km bez pedałowania. Tarczówki rozgrzane były do białości, ale wytrzymały, niestety trudów podróży nie zniosła tylnia opona (made in Germany) i rozpruła się przy feldze. Prowizoryczne szycie pozwoliło mi dojechać do Rize (gdzie właśnie jestem) i kupić nową oponę (made in Turkey - zobaczymy ile na niej ujadę).
       
W Turcji jest zupełnie bezpiecznie - można rower zostawić spokojnie na ulicy i nikt go nie ruszy. Jest tu dziwna waluta i jeszcze się nie do końca połapałem, ale Turcy są uczciwi i sami wyciągają z ręki, ile trzeba. Mają super chleb i mnóstwo piekarni, gdzie zawsze można kupić ciepłe pieczywo. Poza tym po drodze mijam ogromną ilość mniejszych i większych meczetów. W określonych godzinach z głośników na nich zamocowanych lecą jakieś dziwne jęki na całe miasto. No i turecka herbata - wszędzie jej mnóstwo i nie raz po drodze byłem częstowany (ale siekiera).
        
A tymczasem jak z moich wyliczeń wynika, od góry Kaçkar Dagi rozpoczyna się moja droga powrotna. Z każdym obrotem korby jestem bliżej domu.
Wkrótce się odezwę
Marek

ETAP V - Turcja - Bułgaria
         Jestem, żyję i czuję się jak ptak, jak wolny ptak...
        
Droga przez Turcję okazała się dłuższa, cięższa i piękniejsza niż przypuszczałem. Od północnego przylądka Turcji zaczął się najtrudniejszy fizycznie odcinek drogi. Wybrzeże jest tam przepiękne, cały czas klify, góry, i nieliczne zatoczki z krystalicznie czystą wodą. O dziwo obszar ten nie jest praktycznie w ogóle skażony turystycznie. Wszystko pięknie, ale żeby przejechać wzdłuż takiego wybrzeża wypociłem chyba ze 100 litrów. Droga (na której ruch samochodowy praktycznie nie istnieje) prowadzi cały czas w górę i w dół. Zdarzały się takie podjazdy, którym po prostu nie dawałem rady (co nie 58.jpgzdarzyło się do tej pory). Za to na zjazdach w dół osiągałem prędkości 70 km/h i straciłem całkowicie tylne klocki hamulcowe. Ale jakoś dotarłem. Było ciężko, ale przepięknie. Ludzie często zapraszali mnie na tutejszą herbatę, do upałów przyzwyczaiłem się, no i tak to przez Stambuł wróciłem do Europy. Z Turcją pożegnałem się dziś i jestem już w Bułgarii w Burgas. Tutaj pożegnam się z Morzem Czarnym i ruszam na północny zachód do Rumunii.
Miałem kilka niesamowitych spotkań. Otóż wczoraj nocowałem razem z Kanadyjczykiem, który podróżuje rowerem dookoła świata. Ma 53 lata, 42 tys. km za sobą i 3 lata podróży. Jedzie teraz na wschód. Niesamowity koleś. W Bułgarii spotkałem parę Amerykanów, którzy jadą na poziomych rowerach z Holandii do Indii (ciekawe czy wizę do Iranu dostaną). We wschodniej Turcji natomiast jeden Holender (nauczyciel) jechał rowerem do Japonii. No, no - rowery opanowują świat. A tymczasem za mną już 5300 km i jeszcze trochę przede mną przez góry i doliny. Włosy spalone przez słońce, skóry na nosie trochę brakuje, ale nic to, prujemy dalej. Już nic mnie chyba nie zatrzyma po tym co przeszedłem. Już nigdy nic mnie nie zatrzyma, bo zrozumiałem, że wszystko jest możliwe, największe przeszkody tkwią w naszych głowach.
Pozdrawiam wszystkich. Trzymanko.
Marek

ETAP VI - Bułgaria - Polska
        
No i jestem już w domu. Cały zdrowy i szczęśliwy. Siedzę sobie właśnie na działce pod liśćmi winogronu, słucham muzyki, której tak bardzo mi brakowało i czytam najdłuższy, najpiękniejszy list od Agaty, który do mnie pisała podczas mojej podróży i aż mnie w ściska w gardle tak bardzo ją kocham. Chyba za daleko już bez niej nie zajadę.
       
A jak tu dotarłem? Otóż w Burgas pożegnałem się z Morzem Czarnym i ruszyłem na północny zachód. Dobrze zaplanowałem trasę i przez Bułgarię przejechałem szybko i przyjemnie omijając wysokie górskie przełęcze. Granice z Rumunią przekroczyłem w Ruse i rozpocząłem rajd przez ten prześliczny, całkowicie bezpieczny kraj. Miałem dokładną mapę, wiec poruszałem się drogami gdzie większość pojazdów to końskie zaprzęgi i sypiące się wiejskie rowery. Jechało się bardzo przyjemnie i szybko dotarłem do gór. Nie wiem kto wpadł na pomysł zbudowania drogi przez główną grań rumuńskich gór. Dowiedziałem się, że budowa kosztowała fortunę i życie niejednego robotnika. Główna przełęcz (tunel 200m. pod główną granią)jest na wysokości ponad 2 tys. metrów. Oczywiście nie mogłem tak po prostu59.jpg przejechać przez rumuńskie góry (skoro wjechałem tak wysoko) więc zostawiłem rower przy drodze w częściowo spalonym, opuszczonym schronisku i ruszyłem główną granią na wschód na najwyższą rumuńską górę Moldoveanu. Przenocowałem na szczycie i po 2 dniach, przepięknym zjeździe, na którym zakończył żywot mój przedni hamulec, miałem już rumuńskie góry za sobą. Przypominają one bardzo Tatry zachodnie, są bardzo łagodne i bezpieczne. Kolejnych kilka dni jazdy i jestem na Węgrzech, kraju płaskim jak stół do pingponga i różniącym się bardzo od Rumuni. Przejeżdżam szybko do królestwa piwa, czyli Słowacji. Tu już nie ma tak łatwo, bo kraj jest górzysty, ale jazda jest super. Cały czas lasy, góry, czyste strumienie i ciemne piwko. Tak docieram do Tatr Wysokich. Ostatnim punktem wyprawy jest Gerlach, szczyt na który od kilku lat pragnąłem wejść i byłem przekonany, że musi się udać skoro tyle za mną. Pełen entuzjazmu dojeżdżam do schroniska na 1600 metrów gdzie po raz czwarty dokonuję transformacji z niezmordowanego kolarza w górskiego zdobywcę i ruszam na przełęcz (polski grzebień) skąd granią, wśród deszczu i gradu, dochodzę na Gerlach Zadni. Nocuję bez namiotu, niemal na szczycie, zwinięty w kłębek i modlący się o spokojną noc. Następnego dnia staję na upragnionym szczycie. Finał. Koniec. Niesamowite uczucie spełnienia. Po prostu masakra. Jestem tak szczęśliwy i przepełniony energią, że jeszcze tego samego dnia dopedałowuję do Zakopca, skąd PKP do Gryfina i prosto do Agatki do Steklna pędzę. Zastaję ją na drodze i po prostu zapominam wszystko gdzie ja byłem. Przesada. Wskakujemy w ubraniach do jeziora i nic już nie jest ważne. Jesteśmy najszczęśliwsi na świecie. I tak już pozostanie na zawsze !
      
Trochę szczegółów na koniec. Pokonałem 6800 km. rowerem, około 2500 km. koleją w Polsce i Rosji i z 250 km. wodolotem. Nawet nie policzę ile kilometrów w pionie przeszedłem i przejechałem. Udało się zdobyć Elbrusa 5642 m, Soviecki Voin 4100 m, w górach Kaukazu. KackarDagi 3932 m w tureckich górach Kackar, najwyższą górę Rumunii Moldoveanu, oraz Tatrzańskiego Gerlacha. Wyprawa trwała dokładnie 58 dni i kosztowała mnie około 400 $. Kończę już te nudy, pozdrawiam wszystkich czytających do końca, wsiadam na rower (już bez hamulców praktycznie) na którym się tak dziwnie bez obciążenia jedzie i jadę do najfajniejszej dziewczyny świata i zmykamy na jakieś ognisko. Aaaaaaaaaaaaaaa !!! Naprawdę się udało !



Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.mruwa.prv.pl
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;