Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Norwegia '04
Autor: Marek Klonowski   
Po mozolnych przygotowaniach, dopracowaniu sprzętu, załatwieniu formalności papierkowych z psem (tak nam się wydaje), siedzimy sobie na dworcu w Szczecinie i czekamy na pociąg do Ełku. Jestem pełen obaw, głównie o sprzęt czy wytrzyma trudy podróży. Obok stoją dwa załadowane rowery, przyczepka, Fibi i Agata. Zasypiam na siedząco, do 3 się pakowaliśmy a po 5 pobudka. No zobaczymy. Ruszamy w nieznane...

1.gif

07-VII Licznik: dystans 119 km średnia 16,5 km/h czas jazdy 7h 24 min prędkość max 45 km/h total 13158
Wczoraj po 21 dotarliśmy do Ełku, zrobiliśmy 7 km i przenocowaliśmy nieopodal drogi. Fibi jeszcze nie jechał i na razie biegał koło przyczepki. W małym namiocie, w którym zawsze spałem sam było wystarczająco miejsca dla całej trójki. Nasze śpiwory da się połączyć a Fibi po walce z patykami położył się w nogach.
        
2.jpg

Dzisiaj już prawdziwy dzień jazdy. Po zwinięciu obozu, ładujemy Fibiego na przyczepkę, zakładamy uprząż i przypinamy do pasa. Nie jest tak źle, trochę się bał, chciał wstawać, ale był przypięty. Jechało się bardzo ciężko. Agatka mogła zakosztować kąpieli w 1,5 litrowej butelce wody i znakomicie dała sobie radę. Później zaufałem Fibiemu i jechał bez pasów, ale coś mu odbiło i zeskoczył nieumiejętnie (spadł) i zrobił koziołka na ulicy. Szło bardzo mozolnie, ale wpadliśmy w rytm. Obiad zjedliśmy nad fajną rzeczką (Czarna Hańcza), po której pływało dużo kajakarzy. Pogoda superowa i tak dotarliśmy do granicy. Przekroczenie bez najmniejszych przeszkód, nawet nikt nie chciał papierów Fibiego. Agatke naprawdę odwaliła kawał dobrej roboty z tą papierkową robotą. Tego dnia zajechaliśmy jakieś 20 km za granicę, rozbiliśmy się tuz obok małego zagajnika w środku pola. Chciałem dojechać nad jezioro, ale 119 km to dla kogoś, kto nie zrobił więcej niż 50 i tak niezły wycisk, wiec Agatka stwierdziła, że dalej nie jedziemy. I tak siedzimy sobie przy ognisku, Fibi nasłuchuje i jest ślicznie. Nawet niema komarów, wszyscy jesteśmy bardzo zmęczeni. p.s. Spotkaliśmy dzisiaj kolesi z Warszawy co jechali na Nordkapp tak jak my (Terminator Team) ale mieli trochę inne tępo.

08-VII Licznik: 85 km 14.26 6 h 50km/h 13243
Wstaliśmy dość późno, zwinęliśmy się i po 2 km dotarliśmy nad jezioro (gdzie chciałem dojechać dzień wcześniej). No i w efekcie po kąpieli i śniadanku w pobliskiej wiosce robi się godzina 11 i skwar. Jedziemy piaskowo żużlowymi drogami, pomiędzy jeziorami. Jest ekstra, pełno bocianów i same wioski. Fibi czasem tapla się w błocie. Zero ruchu i brak asfaltu - sprzęt dostaje w kość. Dopiero po obiedzie wyjeżdżamy na "normalną" drogę i docieramy nad jeziorko, gdzie dziś nocujemy (a Fibi oczywiście z nami w namiocie). p.s. rano wymiana jednej szprychy w kole Agatki.

09-VII Licznik : 90 km 14.36 6.15 h 52 13334
Okazało się, że trzeba przestawić zegarki godzinę do przodu. Rano mozolnie się zebraliśmy, Agatka trochę marudziła, że wszystko jest w błocie, ale powoli zaczyna chyba rozumieć, że trzeba się do tego przyzwyczaić. Początkowo jechaliśmy główną drogą, ale za miastem Kaunas jedziemy bocznymi wzdłuż rzeki. Było super, Agatka była szczęśliwa i świeciło słońce a my mknęliśmy przez łąki i falujące zborze. Od babci dojącej krowę dostaliśmy mleka tyle ile zdołaliśmy wypić. Mnie trochę dokuczało kolano i jechałem dość wolno. Pod górkę przyczepkę ciągnie się naprawdę ciężko. Fibi uczy się wskakiwać i zeskakiwać z niej na komendę. Pod wieczór psuje się pogoda i chwilę pada. Dotarliśmy w niesamowite miejsce, prawdopodobnie muzeum Czesława Miłosza. Pali się ognisko, Fibi leży w trawie a my po kąpieli w butelce wody i po kolacji, leżymy na karimatkach i bazgramy w zeszytach. Jest ślicznie, choć nie robimy za dużo kilometrów dziennie, boję się ze pogoda się zepsuje.

10-VII Licznik: 107 km 16.22 6.38 h 35 13441
Siedzimy przy ognisku kilka kilometrów od granicy z Łotwą, Agatka czyści paznokcie, Fibi leży w trawie. Rozbiliśmy się na samym środku polnej drogi. Rozmiar: 15608 bajtów Słońce ślicznie schowało się w postrzępionych chmurach. Rozmawiamy ciągle z Agatką o wszystkim. Kłócimy się też trochę. Agatka świetnie sobie radzi. Jazda na obładowanym rowerze wychodzi jej bardzo dobrze. Doskonale też radzi sobie z myciem w 1,5 litra zimnej wody i porządkowaniem wszystkiego w sakwach. Trochę więcej czasu zajmuje jej zbieranie się rano, ale ogólnie to jestem bardzo mile zaskoczony. Zobaczymy co będzie jak popsuje się trochę pogoda. Mi przyczepkę ciągnie się bardzo ciężko, zastanawiam się chwilami, czy dam rade tyle kilometrów i czy zębatki się nie zetrą w pył.
         
Dzisiaj się dobrze jechało, bo wiało w plecy. Po południu z jazdy przez wioski, wjechaliśmy na trasę do Rygi, ale ruch nie jest aż tak duży jak przypuszczałem. Idziemy wcześniej spać..

11-VII Licznik: 82 km 16.43 5.01 h 39 13524

12-VII Licznik : 75 km

3.jpg Dotarliśmy nad Morze !!! Najbardziej zadowolony chyba jest Fibi, ale my też. Byliśmy dzisiaj w Rydze. Pośmigaliśmy trochę po starym mieście, wzbudzając nie lada zainteresowanie z wielkim psiakiem na przyczepce. Odwiedziliśmy kafejkę internetową i ruszyliśmy dalej na północ. Chcieliśmy ominąć trochę główną trasę i pobłądziliśmy trochę po nadmorskich piaszczystych drogach. Przyszło nam nawet przechodzić z rowerami przez most kolejowy. Teraz wylegujemy się na wydmach a Fibi wyleguje się w cieniu przyczepki. Słońce ostro jeszcze świeci, mimo że prawie 20.
         
Wczoraj wieczorem zastała nas miła niespodzianka. Dotarliśmy 20 km przed Rygę, błotnistą drogą dotarliśmy nad nie najczystsze jezioro w poszukiwaniu noclegu. Po chwili przyszły do nas dwie Łotyszki z propozycją noclegu na ich terenie. Miejsce było śliczne, humory nam się poprawiły. Dziewczyny bardzo miłe, dogadujemy się to po rosyjsku to po angielsku. Dzięki Agatce wzięliśmy nawet ciepły prysznic w ich domu, zjedliśmy pyszne racuchy a na wieczór rozpaliłem ognisko i siedzieliśmy razem. Dodatkowo dziewczyny zorganizowały wino domowej roboty (z czarnej porzeczki), które piliśmy wspólnie do późna. To była super niespodzianka...

13-VII Licznik : 79 km 17.49 4.33 31 13680km
Dotarliśmy do Estonii. Na granicy nie było żadnych problemów. Siedzimy sobie teraz kilka km. za granicą, na plaży, gotuje się herbata a Fibi bawi się w piachu. Zrobiliśmy dzisiaj niewiele, (ale w dobrym tempie) bo miejsce nam się spodobało i rozbiliśmy się wcześniej. Na trasie z Agatka rozumiem się już dobrze, jedzie się nam świetnie. Jak chcemy przyspieszyć ona prowadzi równym tempem a ja jadę jej na kole i ciągnę Fibiego który popiskuje bo nie lubi jak Agatka jedzie pierwsza.
         
Dzisiejsze miejsce jest super. Agatka zrobiła pranie a ja przegląd sprzętu. Przed nami jeszcze kawał drogi, najbardziej obawiam się o moje zębatki i łańcuch ze się zetrą w pył. Jazda z przyczepka wymaga naprawdę mocnych kopnięć. Miałem z Agatka dzisiaj zgrzyta, ale już jest po wszystkim. Estonia przywitała nas drogą rowerową, która ciągnie się przez najbliższe 40 km.

14-VII Licznik: 117km 17.3 km/h
Wreszcie udało nam się wstać o 6 rano. Trochę nam czasu zajęło pakowanie się i po 1,5 h ruszyliśmy. Dużo padało, jechaliśmy częściowo w deszczu trochę po mokrej szosie. Po południu wchodzimy na główną drogę na Tallin, która jest w remoncie. Jechało się nie najgorzej, bo ruch był wahadłowy. Zerwała mi się szprycha w przednim kole, ale szybko zmieniłem (to już druga na naszej trasie). Zrobiliśmy dzisiaj większe zakupy w supermarkecie bo chcemy trochę zapasów wwieść do Finlandii. Dzisiaj zrobiliśmy ładny kawałek, jutro powinniśmy być w Tallinie. Rozbiliśmy się w polu, ognisko, kiełbaski. Fibi władował się pierwszy do namiotu i leży w najlepsze.

15-VII Licznik 107 km 16.13 6.38 42 13904

Jesteśmy na promie. Płyniemy do Helsinek. Fibi leży obok w cieniu, nie trzeba było go zamykać w żadnej klatce, (o co się obawialiśmy). Z rana mieliśmy dobre tempo i 70 km z małą przerwą zrobiliśmy raz, dwa. W Tallinie kupiliśmy bilety na prom i poszliśmy pozwiedzać stare miasto. Mocno zagnieżdżone kamieniczki i brukowane uliczki, mimo że śliczne to bardzo nas zmęczyły. Oczywiście nie powtórzę tu o naszej popularności. Zaczepia na sporo ludzi, mówią że nas widzieli po drodze. Przed chwila jeden Fin zaproponował nam gościnę na dalekiej północy.
         
Za chwile Finlandia. Mam nadzieję, że z papierami dla Fibiego wszystko będzie ok.

16-VII Licznik: 62 km 15.04 4.09 40 13967
4.jpg Jest 8 rano. Pospaliśmy dłużej, bo wczoraj się nieźle wypompowaliśmy. Jak wylądowaliśmy szczęśliwie w Helsinkach, pojeździliśmy sobie po mieście. Na granicy ku wielkiemu naszemu zdziwieniu, nikt nie spytał o żadne papiery dla psa. Taka jest właśnie różnica pomiędzy teorią a praktyka w przepisach. My szczepienia i papiery załatwiamy, po konsulatach chodzimy a tutaj nic. No dobra. Pośmigaliśmy po zadbanych Helsinkach i chcąc nie chcąc, żeby wyjechać z miasta władowaliśmy się na autostradę. Po kilku km. zatrzymała nas policja. Krótka rozmowa, uśmiechy i eskortują nas do najbliższego zjazdu. Byliśmy już bardzo zmęczeni i rozbiliśmy się w lasku na ścieżce przy małym osiedlu domków. Miejsce nie najlepsze, ale spokojnie dotarliśmy do rana.
         
No a dzisiaj dalej na północ. Nie zrobiliśmy zbyt wielu kilometrów, wiatr tez był miej korzystny i częste podjazdy odebrały nam ochotę do pedałowania. Zatrzymaliśmy się dużo wcześniej i zrobiliśmy pyszne jedzono.
         
Fibi dzisiaj zrobił niezły numer w supermarkecie. Poszliśmy na zakupy i zostawiliśmy go samego z rowerami. Gdy doszliśmy do kasy a on tam w najlepsze siedzi sobie i udaje, że nie wie o co chodzi, a ludzie przerażeni i zdziwieni jednocześnie. Ale było śmiechu.


17-VII Licznik: 102 km 14.97 6.49 56 14069

No to pękł nam pierwszy tysiąc. Sprzęt jak na razie się trzyma. To dobry znak. Dzisiaj zaczęła się naprawdę Finlandia. Jazda składa się z wielu podjazdów i zjazdów, nie są one długie, ale częste i męczące. Agatka się bardzo wypompowała, to jej pierwsze spotkanie z takim terenem. Jest trochę przestraszona, ale ja nie mówię jej na razie, że będzie dużo ciężej, (choć pewnie się domyśla). Spotkaliśmy dzisiaj Hiszpana, który objechał całą Skandynawie (jechał do Helsinek) i powiedział, że w Finlandii jest płasko. Koleś wracał przez Polskę do kraju. Zrobił już blisko 7 tyś. km. Wymieniliśmy się milami, zrobiliśmy po fotce i ruszyliśmy w swoje strony. Ostatnie 20 km. zrobiliśmy drogą E75, żeby sprawdzić ruch. Okazało się, że droga jest nie mniej górzysta jak pozostałe a ruch jest potężny. Jutro wracamy na mniej ruchliwe trasy.
         
Rozbiliśmy się koło drogi nad jeziorem. Ciężko tu znaleźć kawałek nie prywatnego terenu. Komarów jest już więcej i mrówki do tego. Przed chwilą zakleiłem dziurę w dętce Agatce. Fibi się przewraca obok, chyba tez go robactwo denerwuje. Agatka dzisiaj miała kryzys, załamała się trochę, gdy przewróciła się na drodze. Myślę jednak ze da radę, bo jeszcze nie wie ile jest w stanie z siebie wykrzesać. Dobra zmykam do śpiwora, bo mnie komary zjedzą.

18-VII Licznik: 97km 15.92 6.05 46 14166km
Dzisiejsza jazda była bardzo przyjemna. Cały dzień słonecznie a czasem to tu to tam jeziorko i kąpiel. Po południu zaczęło się trochę bardziej górzyście. Pojedliśmy trochę przydrożnych poziomek. Trochę dokuczał mi bul w kolanie, więc nie mogłem ostro jechać. Zatrzymaliśmy się wcześniej nad jeziorkiem. Dużo czasu zajęło mi czyszczenie palnika, który się zapchał (cały się usmarowałem).
         
Fibi jak mu się chce potrafi już nawet podczas jazdy wskoczyć na przyczepkę i z niej zeskoczyć. To bardzo ułatwia jazdę. Agatce przeszedł kryzys i wszystko gra. Jedynie komary dokuczają.

19-VII
Wjechaliśmy na drugą część mapy Finlandii (zakupiona na stacji benzynowej). Trafiliśmy w super miejsce na wieczór. Z każdej strony czysta i ciepła woda, blisko mostu. Teraz ognisko już dogasa a Fibi kima pod drzewem, jest bardzo cicho a my dopychamy się ciastkami. Jechało się nam dzisiaj bardzo dobrze, teren pagórkowaty, ale już przyzwyczajamy się. Spędziliśmy dziś niemal 3 godziny w miejskiej bibliotece siedząc na Internecie. Było bardzo ciepło. Cały dzień bez koszulki, skóra mi z czoła i z nosa zeszła a Agatka ciągle by chciała kremować.
         
Dzisiaj wieczorem naprawdę doświadczamy chwile spokoju i równowagi. Daleko za nami zostały nasze problemy. Jesteśmy tylko my, przyroda, woda, śpiący Fibi i dogasające ognisko. Odpoczywamy od wszystkiego. Cudownie. Na chwilkę włączyłem dziś gadu gadu w bibliotece i chłopaki ciągle w Gdyni, próbują się obronić. Heh też jeszcze będę musiał do tego wrócić.
        
Cieszę się też, że Agatce się podoba i dziękuję za dobrą pogodę. Dobra zbieramy się spać, już 11 i ciągle jasno.

20-VII Licznik: 100km 14.88 6.45 51 14365
Jest wieczór. Siedzimy przy ognisku, stygnie kaszka owsiana. Dzisiejsza jazda jednak nie była taka kolorowa. Wstaliśmy rano i nadeszły chmury z deszczem. No i nie pozostało nam nic innego jak pedałować. Droga taka, że schować się niema gdzie i asfaltu brakuje pod kołami. Ale jak się człowiek rozgrzeje to ciśnie nawet w deszczu. Tak padało do 16 i później się trochę rozpogodziło. Cieszę się, że Agatka tak dobrze zniosła wszystko. Rozbiliśmy się blisko drogi w lesie tuż przy domku do składowania drzewa. Jest bardzo przyjemnie. Fibi kima najedzony a my cieszymy się spokojem. Mam nadzieje, że jutro nie będzie padać.
        
P.S. Agatka znakomicie się sprawuje jako kucharz wyprawy. Potrafi szybko "przewrócić" supermarket, kupić najtańsze rzeczy i zrobić coś smacznego do jedzenia. Dzięki jej zdolnościom żywienie wychodzi nas dość tanio.

21-VII
Powoli zagłębiamy się coraz bardziej w lasy Finlandii. Coraz bardziej na północ. Niedługo Laponia. Teraz siedzimy jak co wieczór przy ognisku a Agatka obserwuje życie mrówek i rozmawia z nimi. Duża mrówka niesie małą ranną a Agatka stwierdza że to tata przyszedł po dziecko...Fibi śpi na mchu, ma bardzo miękko i wygodnie. Komary niemal nie dokuczają. Dzisiaj piękna pogoda.
         
Wyjechaliśmy na główna drogę E65, ale ruch okazał się znikomy. Były długie męczące podjazdy (targanie przyczepki daje mi czasem w kość) i super zjazdy. Udało mi się z Fibim osiągnąć 61 km/h. W mieście Islami dopadła nas jakaś młoda reporterka i przeprowadziła wywiad. Ma nam wysłać egzemplarz gazety. Zatrzymaliśmy się w lasku nieopodal drogi, bo Agatka nie miała już sił na jazdę. Zjedliśmy ogromna porcje płatków owsianych i leżymy sobie leniwie.

22-VIII Licznik: 90km 14.79 6.07 47 14555
Wkręcamy się już powoli w tę podróż. Każdy ma już swoje obowiązki (oprócz Fibiego). Co drugi dzień na zmianę wstajemy i przygotowujemy śniadanie, kiedy jedno z nas może jeszcze drzemać w cieplutkim śpiworku.
        
Jechaliśmy dzisiaj spokojnie, trochę bardziej ruchliwa trasą, ale wieczorem już samotnie, tyle ze pagórkowato no i trafiliśmy nad śliczne jeziorko z czystą wodą. Pijemy z niej nawet herbatę. Wykąpaliśmy się dokładnie i po umyciu głowy okazało się, że całkiem pojaśniały mi włosy. Fibi leży rozwalony na piasku. Agatka w namiocie schroniła się przed komarami. To i ja zmykam...

23-VII Licznik : 113km 14.74 7.41 59 14669
Dotarliśmy już do krainy Reniferów. Coraz częściej pokazują się na drodze. Dzisiaj widzieliśmy je chyba pięć razy. Fibi za nimi gania i trzeba uważać żeby nie pobiegł zbyt daleko w głąb lasu. Renifery niemal nie boją się aut, ale Fibi wzbudza wśród nich przerażenie. Kiedy biegnie za nimi to piszczy z żalu że nie może ich dogonić.
         
Wieczorem dotarliśmy nad duże jezioro. Zatrzymaliśmy się na końcu cypla i teraz z 3 stron mamy wodę. Słońce wisi nisko po prawej, ale długo jeszcze nas nie opuści. Kaszka oczywiście już gotowa. Jedziemy dzisiaj niemal cały dzień skłóceni, oczywiście o pierdoły, ale fakt jest taki, że zgrzyt trwa. To nasza najdłuższa kłótnia od początku wyprawy.
         
Patrzę w niebo i smutno mi... dlaczego ? Podobno szczęście to brak nieszczęścia, więc czemu smutny i nieszczęśliwy jestem, choć słońce świeci w nocy, woda muska brzeg a ciepły wiatr rozwiewa komary? Że tak dwoje ludzi bez sensu gadając, potrafi się tak unieszczęśliwić. A niby jesteśmy najszczęśliwsi na świecie. Prawda wychodzi, gdy sam na sam z życiem zostajemy. Czy razem nam będzie łatwiej? Czy jednak w pojedynkę? He, jutro się pogodzimy...

24-VII Licznik : 108 16.04 6,43 45 14778
No i rano oczywiście pogodziliśmy się i kłótnia poszła w zapomnienie. Przez to jechało się bardzo przyjemnie. No i dotarliśmy do Laponii. Krajobraz trochę się zmienił. Często mijamy rozlegle podmokłe tereny na których rosną karłowate drzewka. Na wieczór dotarliśmy nad rzeczkę i rozbiliśmy się nad nią koło mostku. Połowiłem chwilę ryby, ale nic nie złapałem. Marny ze mnie rybak. Fibi trochę kuleje na jedną łapę, ale z zewnątrz wszystko wygląda ok. Agatka smaruje mu poduszki maścią żeby mu nie pękały.

25-VII Licznik: 92 14.96 6.07 49 14869

Jazda przez Finlandie zrobiła się dużo ciekawsza. Tereny są bardzo odludne. Więcej ludzi utrzymuje się z rolnictwa i jest tu dużo spokojniej niż na południu. Po drodze mijamy tylko malutkie wioski po kilkanaście domków i bez sklepów. Trasę przez Finlandie udało się ułożyć bardzo trafnie. Tutaj w Laponii niema zbyt wiele dróg do wyboru, ale ruch na nich jest znikomy.
         
Rozbiliśmy się dziś nad jeziorkiem, parę kilometrów przed kołem polarnym. Jest niedziela wieczór i nie za bardzo mamy co zjeść. Może zjemy Fibiego ? Po cos go chyba ciągnę nie ? Ludzie żyjący tutaj różnią się od tych z południa, są dużo życzliwsi i milsi. Agatkę trochę brzuch boli i leży w namiocie, Fibi w trawie a ja gotuje herbatę.

26-VII Licznik: 108 15.94 6.47 45 14978
Udało się szybko zwinąć z rana i w lekkim deszczu dotarliśmy do miasteczka (Kemijarwi). Tuż przed miastem Agatka się zgubiła i zaczęła się wracać. No to ja, gdy się zorientowałem że jej niema też się wróciłem. I tak zrobiliśmy dodatkowe kilka kilometrów. Na rynku w miasteczku, dostaliśmy od milej babci po naleśniku. Załatwiliśmy 3 supermarkety, Internet i dalej w drogę. Jechało się bardzo dobrze z wiatrem. Dotarliśmy nad rzekę wypływająca z niewielkiej elektrowni wodnej. Zjedliśmy płatki owsiane i szykujemy się na deszcz. Mam nadzieje, że pogoda nas nie opuści. To nasza pierwsza noc za kołem polarnym.

27-VII Licznik: 98 16.5 5.57 53 15076
No i prędzej czy później musiało to nastąpić. Leżymy sobie w trojkę, zamknięci w naszym małym namiociku i słuchamy kropel deszczu spadających na namiot. Nie wiem czy wystarczy tu powietrza dla nas wszystkich. Fajnie się leży w namiociku, jest nawet ciepło. Fibi pierwszy wskoczył do środka jak tylko zaczęło padać. Rowery z przyczepką mokną na zewnątrz. Wyjechaliśmy dziś na drogę E75, która poprowadzi nas już do granicy. Ruch przeciętny, przyzwyczailiśmy się już do tych dróg. Spotkaliśmy dwóch kolesi z Polski, którzy wracali z Nordkappu. Też już byli trzy tygodnie w drodze. Fajne chłopaki.
         
Wieczorem nadszedł deszczyk i tak leżymy sobie po kolacji. Zmienił się trochę wiatr i popiół z ogniska ląduje na namiocie. Fibiemu się właśnie cos śni, bo sapie i drży cały. Też zerknę na mapę i idę spać. Za oknem jasno jakby w dzień.
         
p.s. no i najważniejsze. Widzieliśmy dzisiaj całkowicie bialutkiego pięknego samotnego renifera. Przyglądał nam się dumnie z lasu. Miał piękne olbrzymie, bialutkie poroże. Nazwaliśmy go królem reniferów. Niestety nie udało się go sfotografować.

28-VII Licznik: 73 km 14,6 4.22 42 15151
Dzisiejszy dzień, mimo prostej drogi i braku miejscowości okazał się pełen wydarzeń. Wstaliśmy dopiero o 9, bo całą noc i ranek padało. Spakowaliśmy się w deszczu i brodząc w kałużach ruszyliśmy. Prawie cały dzień padało. Jechaliśmy E75, ruch niewielki, buda postawiona i Fibi w środku. A my sobie mokniemy. Ale to nie wszystko. Najpierw Agatce strzeliła dętka i rozpruła się opona. W strugach deszczu zszyłem oponę, zmieniłem dętkę, zamieniłem opony przód na tył (przednia jest mniej obciążona) i pojechaliśmy dalej. Później Agatka znowu złapała gumę, najeżdżając na rozbite szkło. No a na koniec, już pod wieczór, gdy przestało padać, kolejna kraksa. Zjeżdżaliśmy z górki i łańcuch wpadł mi między zębatki i się zaciął, więc nie mogłem pedałować. Zwykle rozpędzam się mocno z górki, ale nie tym razem. Agatka jechała za mną i też się rozpędziła. Los chciał, że mijaliśmy farmę haskich, na której oczywiście skupiła uwagę Agatka. Ja zjechałem na luzie na sam dół górki i tam się zatrzymałem... Jak tylko Fibi zeskoczył z przyczepki obejrzałem się do tyłu a tam Agatka z ogromną prędkością pędzi prosto na mnie. Z krzykiem na ustach i z wielkim impetem przywala w sam środek przyczepki. Uderzenie wyrzuca ją z roweru na środek drogi. Na szczęście nic jej się nie stało. Przyczepka zamortyzowała zderzenie. Fibi przestraszony skulił się, 100 metrów dalej wszystkie psy na farmie ujadają, rurka łącząca przyczepkę z rowerem cała pogięta. W pierwszej chwili powiedziałem:"koniec wyprawy". Odeszliśmy kawałek w boczną drogę i tam zabrałem się za prostowanie stalowych rurek. O dziwo udało się wszystko. No i niezniszczalni ruszyliśmy dalej. Za chwilkę okazało się, że mamy kolejną gumę (od uderzenia w przyczepkę). Dopompowałem trochę powietrza, (bo schodziło powoli) i za chwilkę zjechaliśmy w las i tam się rozbiliśmy na mchu. Miałem już dość usterek na dzisiaj. Okazało się, że tuż obok w dole jest obóz poszukiwaczy złota. Do tego, co chwila podchodzą renifery i przyglądają się nam. Skleiłem dętkę, zszyłem oponę, nasmarowałem piastę, Agatka ugotowała owsiankę, wykąpaliśmy się w lodowatej wodzie ze strumyka i leżymy sobie w trójkę w namiocie wąchając własne bąki.
Acha i jeszcze dzisiaj były Fibiego piąte urodziny. Kupiliśmy litr lodów i daliśmy mu połowę. Było bardzo śmiesznie, bo Fibi zjadł go w pół minuty.

29-VII Liczniki: 92km 13.62 6.46 49 15243
Wstaliśmy rano z obawami na kolejny deszczowy dzień. Było pochmurno i zimno a do tego wiatr wiał prosto w twarz. Długo podjeżdżaliśmy na odsłoniętą przełęcz. Jechałem w kurtce i czapce zimowej a Agatka nawet w rękawiczkach. Myślałem, że tak będzie do końca, ale na szczęście rozpogodziło się. Od Ivalo do Inami jechało się super. Trochę pod górę, trochę w dół, cały czas pomiędzy jeziorami. W Inari udało się nam wejść bez biletu do supernowego muzeum Laponii. Wewnątrz przedstawione na dużej sali cztery pory roku, wiele ekranów, zdjęć i eksponatów, zorze polarne, wypchane zwierzęta i ich odgłosy z głośników. Niesamowite to zrobiło wrażenie na nas. Spędziliśmy tam prawie 2 godziny.
         
Rozbiliśmy się 8 kilometrów dalej nad jeziorkiem. Pali się ognisko, zjedliśmy płatki owsiane. Do granicy z Norwegia 90 km. Jest mały problem z Fibim, bo pozdzierał sobie opuszki na łapach. Trochę utyka, ale jak się rozgrzeje to jest dobrze.

30-VII Licznik: 98km 13.69 7.00 66 15341
Udało się, jesteśmy w Norwegii. Fibi z nami. Jesteśmy w ślicznym miejscu tuż za granicą. Rozbiliśmy się na polance z dywanem z mięciutkiego mchu, obok duża rzeka. Słońce ślicznie ciągle świeci a my czekamy aż płatki ostygną.
         
Tyle się martwiliśmy czy uda nam się z Fibim wjechać do Norwegii. Korespondowaliśmy z ambasadami, wizyty u weterynarzy i wszystko niepotrzebne. Granicę przemknęliśmy bez zatrzymywania się. Jedyny budynek stojący tam, był zamknięty. Do tego tuż przed granicą jest wielki zjazd, rozpędziłem się tam do 66 km/h. Strach w oczach, ale było super. Do tej chwili, więc nie było potrzeby wyciągania jakichkolwiek dokumentów Fibiego.
        
Zanim tu dotarliśmy trzeba było pokonać dzisiejsze 100 km po górkach. Cały czas podjazdy i zjazdy, było to męczące, ale przyjemne.

31-VII
5.jpgNasz pierwszy dzień w Norwegii upłynął bardzo malowniczo i pracowicie. Rano okazało się, że mamy godzinę o przodu (z powodu zmiany czasu) i po zakupach w supermarkecie ruszyliśmy ostro w górę. Później śliczna trasa na płaskowyżu (255 m. n.p.m.), jeziora, piękne widoki, słońce i mało aut. Agatce zerwała się szprycha od strony kasety a ja nie miałem klucza. No to zrobiłem taki patent z wiązaną szprychą, coś tam poplątałem, podcentrowałem i udało się. Później spotkaliśmy dziewczynę z Nowej Zelandii, która startując w Szkocji, przejechała już całą Norwegię. Podróżowała samotnie i była bardzo wysoka. Chciała dojechać do Krakowa. Później było dużo z górki, ale zaczęło wiać od północy, więc wiatr wiał w twarz. Po sporawym wysiłku, zmęczeni dotarliśmy wreszcie do ujścia rzeki na samym końcu fiordu.
         
Teraz leżymy sobie nad pełną menażką owsianki, z prawej mamy wielką ścianę a z lewej ujście rzeki. Obawiam się jutro wiatru. Zobaczymy...
         
Agatka mimo ciężkich dni bardzo dzielnie się sprawuje, czasem musimy się zatrzymać, ale tak to nic sobie z tego nie robi. Fibiemu trochę dokuczają pozdzierane opuszki, ale też dzielnie brnie z nami.

1-VIII Licznik : 118 km 14.57 8.06 52 15558
Dzisiejsza jazda była przecudowna. Od rana w pięknym słońcu na pustej drodze, podziwialiśmy wybrzeże. Dobrze dało się też zaobserwować odpływ. Czasem łodzie leżały bez wody na samych wodorostach. No i ta krystalicznie czysta woda, oraz renifery. Zrobiło się ich porostu mnóstwo. Nacykałem mnóstwo fotek jednemu stadku. Spotkaliśmy też dzisiaj trochę rowerzystów. Francuza kolarza, który bardzo szybko jechał, Polaka który zrobił już całą Skandynawię i zawinął na Spitsbergen, oraz trójkę młodych Francuzów - punkowców, oldskulowców. Jeden miał fajową przyczepkę. Teraz jesteśmy jakieś 75 km od Nordkappu. Na kolację owsianka z jagodami, pychota. Fajnie że zabrałem żonkę he he. No a jutro ?

2-VIII Licznik : 78 km 11.03 7.03 61 15636km

3-VIII Licznik: 0km
No i udało się !!! Jesteśmy na końcu Europy. Ale po kolei. Wczoraj zebraliśmy się z rana i z ciekawością dotarliśmy do tunelu, o którym mówił nam każdy napotkany rowerzysta. Ubraliśmy się ciepło i rura do środka. Muszę przyznać, że było to jedno z bardziej "energicznych" przeżyć w moim życiu. Skromnie oświetlony tunel, biegnący stromo w dół i ja z Fibim na przyczepce i łzami w oczach od zimna. Pędzę z prędkością 60 km/h a do tego wszystkiego ogromny huk mijanych wentylatorów. Wszystko to zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Przez ponad 2 km zjechaliśmy 212 m po powierzchnie morza. Trwało to dosłownie chwilę. Później ta mniej przyjemna część tunelu, czyli 10 % podjazd. Nie wiem dlaczego, ale z punkt honoru obrałem sobie ten podjazd. Najlżejsze przełożenie i z ogromnym wysiłkiem powolutku, 1 km w 15 min pokonałem te 3 km podjazdu. Jak wyjechaliśmy na zewnątrz nogi miałem jak z gumy. Cały tunel ma długość blisko 7 km. Później jest płatny wjazd na wyspę Mageroya, ale rowerzyści wjeżdżają za friko.
          
Gdy dotarliśmy do Honingsvag byliśmy wyczerpani. Na dodatek pojawiły się chmury i zimny wiatr. Zrobiliśmy zakupy, odpoczęliśmy chwilkę i ruszyliśmy pokonać ostatnie 30 km. Ten odcinek okazał się wiecznością. Na początku jest spory podjazd z którym jako tako sobie poradziliśmy, ale to dopiero był początek bo jak wjechaliśmy wyżej znaleźliśmy się w chmurach. Mokro zimno i nic nie widać na 30 m. Na dodatek to nie był koniec podjazdu. Zjechaliśmy w dół i jeszcze raz do góry. To był już zupełny hardcore. Agatka mówiła, że podróż poślubna zamieniła się w koszmar jej życia. Na dodatek ubzduraliśmy sobie, że nie będziemy prowadzić rowerów i tak bardzo powoli się wlekliśmy do góry. Jak by wszystkiego było mało Agatce od naprężeń znowu zerwała się szprycha ta co ostatnio ją łączyłem.
         
No i tak powolutku dojeżdżamy do tablicy "Nordkapp 500 m", później są budki z biletami, których też nie musimy kupować jako rowerzyści z daleka. Koleś z budki mówi nam, że jeszcze 200 m do globusa. My oczywiście nic nie widzimy z powodu mgły, jakiś budynek, kamienie, kręcimy się. Wreszcie jest!!! Dokładnie 4 tygodnie czasu i 2600 km. Cali pokryci warstwą rosy stoimy pod globusem. Zastanawiamy się po co my tu przyjechaliśmy.
         
Znaleźliśmy pod murem kawałek miejsca gdzie nie wiało i zrobiliśmy cos do jedzenia. Byliśmy kompletnie wypompowani. Po posiłku zwiedzamy budynek, który okazuje się być ogromny. Pod ziemią są normalne sale, tunel, kawiarnie, nawet kino z filmem panoramicznym o Nordkappie, który leci co godzinę. Byliśmy na nim 2 razy. Wszystko dokładnie zobaczyliśmy, ale pogoda nic się nie poprawiła.
         
Szczęśliwi, zmęczeni, ale trochę smutni, szukamy miejsca na nocleg. Rozbijamy się na kamieniach niedaleko od parkingu, bo mgła ogromna i niewiele widać. Namiot okładam kamieniami, żeby go nie porwało. Nocujemy jakieś 4 metry od krawędzi całego płaskowyżu. Ubieramy się ciepło i zasypiamy wykończeni.
         
Przed piątą rano przebudza mnie jakby przebłysk słońca. Wyglądam a tutaj przez chwilkę widać globus. Ubrałem się i z wysiłkiem wstałem z nadzieja na jakiś prześwit i zrobienie kilku fotek. Czapka, kurtka, polar, rękawiczki i czekam pod globusem. No ale opłacało się, wiatr rozwiał chmury. Odsłonił się cały płaskowyż, jest rewelacyjnie. Budzę Agatke i razem podziwiamy. Co się dzieje...
         
6.jpg Chmury opadły dużo niżej i przykrywają morze. Wspaniała nagroda za trud pedałowania przez miesiąc. W południe przepakowaliśmy się w plecak i poszliśmy na obiad w kierunku właściwego przylądka północnego (1 stopień bardziej na północ). Niestety był on w chmurach cały dzień, więc obiadek zjedliśmy w ślicznym miejscu nad przepaścią z wspaniałym widokiem na Nordkapp. Spotkaliśmy też 66 letniego Niemca, który przybył tu na rowerze. Bardzo sympatyczny i wesoły. To dopiero chart ducha by w tym wieku wyruszyć. Teraz przez chwilę raczymy się lenistwem i uzupełniamy zapiski. Fibi śpi cały dzień i zjada ogromne ilości karmy. Na południu pojawiły się chmury.

4-VIII Licznik: 70km 13.52 5.11 72 !!! 15706km
No i Nordkapp już 70 dych za plecami. Zwinęliśmy się szybko z stamtąd w gęstej wilgotnej mgle, dokładnie w samo południe. Zanim zjechaliśmy do poziomu morza, zdążyliśmy się 10 razy spocić i skostnieć. Jazda w chmurach nie należy do łatwych, gdy nic nie widać i rzucają tobą podmuchy wiatru. Przed tunelem spotkaliśmy trójkę chłopaków z Polski. Ruszyli ze Szczecina przez Danię i Norwegię. Teraz są tam na górze a my tu na dole i marźniemy. Pogoda się popsuła, ale póki co nie pada. Jedziemy w czapkach i polarach. W tunelu udało mi się osiągnąć życiówkę - 72 km/h. Strach w oczach, 10 % zjazd przez dwa kilometry, adrenalina na maxymalnym poziomie i łzy w oczach mimo kaptura i okularów. Jednym słowem czad. Na podjeździe w tunelu wyprzedził nas Szwajcar z bardzo fajną amortyzowaną przyczepką do roweru. Później miałem okazję przejechać się na jego sprzęcie. Świetnie się jedzie czymś takim.
         
Jeszcze słówko o wczoraj...Wieczorem podniosły się chmury, ale nie na tyle żeby nas przykryć. Były 50 metrów niżej i wraz z zachodzącym słońcem stworzyło to coś niesamowitego. Przeżyliśmy niezapomniany zachód nad morzem przykrytym "morzem" przesuwających się szybko chmur. Ale to już za nami, była to wspaniała nagroda za trud dotarcia na koniec Europy.
         
Dane tunelu: długość 6870 m, głębokość 212 m. p.p.m., nachylenie 9% zjazd południowy, 10 % zjazd północny.

5-VIII Licznik: 103 km 13.94 7.21 58 15809
Dzisiaj ostatecznie pożegnaliśmy się z Nordkappem. Odjechaliśmy nawet od morza. Do południa brnęliśmy w wilgotnej zawiesinie, tudzież zwanej mgłą. Później się rozwiało, przeszły chmury i zrobiło się ciepło a my odbiliśmy na zachód trasa E6. Na wieczór rozbiliśmy się w jagodach, tuż obok rwącej rzeki, nad którą wisi taki super wiszący mostek. Bardzo ładne miejsce. Spotkaliśmy dzisiaj dużo reniferów. Już nas tak nie dziwią jak na początku. Fibi strasznie lubi biegać za nimi i trzeba na niego uważać. Nos mam cały spalony i pękają mi usta, ale Agatka ze swoim kremem Bambino, (którego zabrała kilka pudełek), co chwila mnie smaruje. A teraz klasycznie czekamy aż ostygnie owsianka.


6-VIII Licznik: 87 13.46 6.26 62 15896
Leżymy sobie w trójke w namiociku, schronieni przed deszczem. Agatka opowiada historie z dzieciństwa a Fibi jak zwykle śpi. Udało nam się ujechać kawałek za Altę i zaczęło padać. Kolacja na przystanku, kąpiel pod rynną i już leżymy sobie zadowoleni. Dzisiaj jechało się ciężko. Do południa pod górke i pod wiatr, na wysokość prawie 400 m. a później w dół. W Alcie poszukaliśmy Internetu. Okazało się, że kosztuje fortunę, bo bibliotekę już zamykają (25 zł za godzinę). Jednak siedząc w kafejce udało nam się schronić przed potężna ulewą.
         
Spotkaliśmy dzisiaj niemal 60 letnią kobietę podróżującą samotnie na rowerze i kolejny raz Niemca którego spotkaliśmy na Nordkappie. Mam nadzieje, że nie będzie padać wiecznie, bo nie będzie tak kolorowo jak przemokniemy. Agatka radzi sobie póki co znakomicie. Bardzo ją kocham. Fibi znowu ma kłopoty z opuszkami prawej łapy.

7-VIII Licznik: 67 13.15 5.05 59 15963km
Dzisiaj jeden z gorszych dni. Całą noc solidnie padało. Z namiotu wyszliśmy lekko podmoczeni i zjedliśmy śniadanie na przystanku. Zwyneliśmy się dość późno jak tylko zelżał deszcz. Przestało padać i zrobiło się nawet dość ciepło. Po południu jechaliśmy świetnym fiordem. Droga zrobiła się szersza, ruch zelżał. Po obu stronach fiordu wysokie strome góry, z których spływają strumienie, rysując wysoko, bielsze od śniegu kreski. Niestety wieczór był dość pechowy. Agatce zerwał się łańcuch a ja niemam do niego klucza, bo go nie wiozłem. Cały się usmarowałem, (bo jak jest wilgotno to wyciskam na łańcuchy tony smaru) i za pomocą kamieni udało mi się po godzinie jakoś go połączyć. Zrobiło się dość późno i wybraliśmy niefortunne miejsce na nierównym terenie. Ciężko było ogień rozpalić, rozlało się mleko na owsiankę, Agatka poparzyła sobie rękę menażką. No i jak tu się nie pokłócić po takich zdarzeniach. A do wszystkiego pojawiły się komary i małe gryzące muszki. Ale już jest lepiej. Agatka z Fibim śpią w namiocie a ja podgrzewam wodę żeby umyć smar z rąk i scyzoryk.
         
Miejsce jest śliczne, tylko trzeba poświęcić chwilę żeby dostrzec jego urok. Chmury wiszą nisko przykrywając wierzchołki gór otaczających fiord z szmaragdową wodą. Do wszystkiego pali się ognisko i brzuch też czymś udało się wypełnić. Jutro będzie lepiej (a jak nie jutro to kiedyś na pewno).

8-VIII Licznik: 83 12.7 6.35 56 16046
8 sierpnia a my w kurtkach, polarach, czapkach i grubych skarpetach. Siedzimy sobie w malutkim porcie gdzie cztery kutry na krzyż się kołyszą i hałasują mewy. Jesteśmy 20 km od Storslett. Dzisiaj teren był dość ciężki, zwłaszcza po obiedzie. Ogromny 2 godzinny podjazd w chmury a później długi i zimny zjazd. Cały dzień chmury przykrywają niebo. Wiszą bardzo nisko. Z rana mocno padało. Mieliśmy trochę zdołowane humory. Wiadomo jak jest, gdy zimno i mokro. Chciałem się zamienić z Fibim na miejsca i jechać sobie w zamkniętej przyczepce. Ale teraz już jest spoko.
        
Zerwała się kolejna szprycha Agatce a mi rozpruwa się opona. Obie rzeczy naprawiłem, zjedliśmy owsiankę a teraz idę porzucać trochę blachą. Trzeba by coś złowić jak już tacham tą wędkę przez tyle kilometrów. Fibi śpi w namiocie a Agatka poszła na jagody.

9-VIII Licznik: 100 15.35 6.29 60 16146
7.jpg Ciągle pada...Znów leżymy w namiocie słuchając rozbijających się kropel. Miejsce prześliczne. Fiord z dwoma kolorami wody i potężne góry do niego wpadające. Mieliśmy dzisiaj w miarę dobry dzień jazdy, bo nie padało tylko trochę zimnawo było. Droga w miarę prosta z jednym większym podjazdem. Przeprawiliśmy się małym promem na drugą stronę fiordu. Zjechaliśmy w ten sposób z drogi E6 i jechało się całkiem fajnie, bo wiaterek w plecki.
         
Teraz jesteśmy w namiocie i coraz mocniej pada. Fibiemu się coś śni. Wczoraj udało mi się jedną rybę złowić nawet, (ale nie nadawała się do spożycia). Do domu jeszcze kawał drogi, ale wydaje mi się, że już bliżej niż dalej.

10-VIII Licznik: 77 12.95 5.57 46 16223
Ciągle pada...i do tego zrobiło się zimno. W nocy padało, rano w krótkiej przerwie się zwinęliśmy i pod wiatr w deszczu przyszło nam jechać. Wyjechaliśmy na E6 i było bardzo nieprzyjemnie. Agatka w pewnym momencie miała załamkę. Jakoś dobrnęliśmy na przełęcz (ponad 250 m) gdzie zjedliśmy i zjechaliśmy trochę w dół. Tam znaleźliśmy opuszczony dom, w którym zapadała się podłoga. Udało się jednak znaleźć kawałek miejsca na nocleg. Super, że tu trafiliśmy, bo na zewnątrz ciągle pada i zrobiło się bardzo zimno. My cali przemoczeni.

11-VIII Licznik: 91.5 13.7 6.39 55 16314
Dotarliśmy na wyspę Senja a nie było to łatwe. Od rana w silnym deszczu dojechaliśmy do stacji benzynowej, gdzie go przeczekaliśmy przeglądając czasopisma. Jakoś udało dojechać się do Finses gdzie zrzuciliśmy zdjęcia z aparatu, zrobiliśmy zakupy i przez wysoki most wjechaliśmy na wyspę. Cały czas pochmurno. Jak wjechaliśmy wyżej to nawet bardzo zimno, no i znów zaczęło padać. Agatka miała dość. Fibi natomiast bawił się świetnie, tu i tam wyczuwając owce. Do tego pod wieczór zerwał się Agatce łańcuch, (co go łączyłem), ale do najbliższego domostwa było niedaleko i udało się go naprawić, (bo pożyczyłem klucze). Ręce znów całe usmarowane. Teraz leżymy już najedzeni w namiocie i jest przytulnie. Senja jest bardzo ładną wyspą, zwłaszcza w zachodniej swej części. Mijaliśmy duży wodospad. Jutro prom. Dzisiaj nie myjemy ząbków. Jest za zimno a my już opatuleni w śpiworach.

12-VIII Licznik: 67 13.44 4.59 58 16382
Z rana, opatuleni w ekwipunek polarny, po pokonaniu jeszcze jednej przełęczy, docieramy do promu, który jak się okazało odpływa o 10 a nie o 11. Na szczęście zdążyliśmy (bo nie pływają za często). Agatka nie najlepiej zniosła prawie dwu godzinną przeprawę, (bo bujało trochę). Dotarliśmy na wyspę Andoya (prom kosztował 110 koron za osobę). Wyspa okazała się prześliczna. Wybraliśmy trasę zachodnim wybrzeżem. Ciągle jest zimno, ale chwilami wygląda słońce i nie pada. Jedzie się super, z jednej strony morze a z drugiej góry. Mnóstwo ptaków i prosta droga. Czasem jakaś wioska rybacka. Rozbiliśmy się w ślicznym miejscu koło małej latarni. Na niewielkiej biało piaszczystej plaży, spotkaliśmy małego zwierzaka (fredka albo co). Była cała czarna i w dodatku dała się wziąć na ręce.
         
Na wyspie są miejsca gdzie pasą się owce i na granicy takich obszarów, na drogach są specjalne pasy pod napięciem, żeby owce nie przechodziły. No i Fibi biegł sobie spokojnie, więc go kopnęło! Nieźle go walnęło, ale na szczęście nic mu się nie stało. Musimy trochę mieć oko na niego, bo gania owce.

13-VIII Licznik: 96 14.85 6.28 59 16478
I znów ręce usmarowane. Kolejna opona pęka z boku, coś nie mamy do nich szczęścia. Ale jeszcze pociągnie trochę mam nadzieję (po moim szyciu). Leżymy sobie słuchając beczenia owiec i oglądamy piękny widoczek na fiord, góry i ogromny most. Pogoda na wieczór się poprawiła, pokazała się piękna panorama. Zanim dotarliśmy do Sortland, musieliśmy 70km w deszczu pokonać. Dobrze, że wiaterek chociaż leciutko pomagał. Jechało się nawet nieźle, bo przyzwyczailiśmy się już do deszczu. Jedziemy teraz trasą E10 i jest trochę ruch. Leżymy w polu 50 m. od pasa startowego. Startowały już 2 samoloty. Fibi chrapie w nogach. Dzisiaj w sklepie chciałem pożyczyć klucz do łańcucha i dostałem go.

14-VIII Licznik: 75 12,9 5.52 49 16553

15-VIII Licznik: 50 12.31 4.03 38 16603
8.jpg Rano. A raczej już prawie dziesiąta. Postanowiliśmy sobie zrobić niedzielny odpoczynek i pospać trochę dłużej. Rozbiliśmy się przy biało piaszczystej plaży, o którą rozbijają się fale. W nocy był sztorm. Potężnie padało, rzucało namiotem i nie mogliśmy spać. Bałem się, że rozerwie namiot. Jakoś dotrwaliśmy do rana i już jest lepiej, choć pogoda ciągle taka sobie. Wczoraj byłem bardzo osłabiony, leciała mi krew z nosa i strasznie ciężko się jechało. Pogoda nie była najgorsza, bo nie padało. No i teren prześliczny. Agatka teraz robi kanapki i mówi:"...kolejny dzień walki, a myślałam, że na Lofotach nam odpuści...". Wieje bardzo silnie z naprzeciwka. Pojedziemy - zobaczymy.
         
Wieczór: No i podnieśliśmy się dzisiaj dopiero w południe. To dlatego, że trzy miesiące od ślubu minęło. Od rana pada, silny wiatr, ale jakoś ruszyliśmy. Przez moment się wypogodziło, ale to tylko chwila. Znów padało. Miałem już dość, czułem się bezsilny. Ile może padać?
         
Na kempingu zrobiliśmy mały przekręt i wykąpaliśmy się pod prysznicem polewając się wodą z kranu. Później było fajne miejsce, ale za dużo owiec za którymi uganiał się Fibi i musieliśmy jechać dalej. Z miejsca w którym nocujemy, widać miejsce skąd ruszyliśmy dzisiaj rano (w linii prostej około 20 km ).

16-VIII Licznik: 10 12,5 0,47 49 16613km
Dzisiaj nasza rekordowa odległość. Niestety ekstremalne warunki pogodowe nie pozwoliły nam na jazdę. Już w nocy zaczęło solidnie padać i rzucać całym namiotem. Fibi początkowo miał spać w przyczepce, ale tak wiało, że wpuściliśmy go do namiotu. Deszcz pozwolił nam zwinąć się dopiero o 11, ale jak tylko ruszyliśmy zaczęło tak lać że w kilka minut zupełnie przemokliśmy. I tak w deszczu dotarliśmy przemoczeni do Leknes. Podsuszyliśmy się trochę w przedsionku zamkniętej w poniedziałek biblioteki. Nieopodal (z tyłu budynku) znaleźliśmy miejsce gdzie pod daszkiem spędziliśmy noc. Padało wtedy tak, że o jakiejkolwiek jeździe nie było mowy. Myślałem, że jeździłem na rowerze w każdą pogodę, ale to była przesada. Cały dzień tak soczyście padało. Wieczorem się troszkę uspokoiło. Każdego dnia mam nadzieje, że kolejnego będzie lepsza pogoda. Jutro już na pewno pogoda będzie lepsza od dzisiejszej...

17-VIII Licznik: 66 13,2 5.01 63 16680
No i Lofoty za nami. Ostatni dzień był przepiękny. Wstaliśmy rano nie dowierzając własnym oczom, ale niebo naprawdę było błękitne. Mimo, że było zimno to słońce i tak wspaniale ogrzewało. Już od dwóch tygodni tak nie było chyba. Lofoty dopiero w słońcu pokazały swe prawdziwe piękno a do tego ostatnie 60 km jest najpiękniejsze. Były nawet plaże z białym piaskiem. Góry wpadające wprost do morza i prześliczne wioski rybackie.
         
No i tak dotarliśmy niemal na koniec drogi E10, do Moskenes, gdzie rozbiliśmy się na falochronie. Czekamy na poranny prom do Bodo. Po drodze mijaliśmy ogromny magazyn suszonych ryb, gdzie z wielkiego stosu wziąłem sobie jedną sztukę. Znaleźliśmy też dwa stare rowery z których zdjąłem opony i zmieniłem w naszych rowerach tylne gumy. Poszczęściło się nam, bo na ostatnich kilometrach Agatce dętka wyszła i ledwo już jechała.
          
Cały dzień była śliczna pogoda, udało nam się wszystko wysuszyć. Okazało się, że nawet w przyczepce jest woda. Dzięki słońcu polepszyły się też nasze morale.
         
Agatka zrobiła przepyszną owsiankę na kolację i troszkę się zachmurzyło. Fibi wyskubuje resztkę suszonej ryby (sztokfisza). I tak leżymy w namiociku jak co wieczór i zastanawiamy się co przyniesie jutro.

18-VIII Licznik: 39 13.7 2.50 46 16720
9.jpgPrzepłynęliśmy promem do Bodo. Udało nam się nie zapłacić za rowery i Fibiego. Rejs trwał 4 godziny. Pogoda dopisuje, ale w powietrzu cały czas czujemy niepokój, bo w gazetach prognoza nie jest najciekawsza. W Bodo odwiedziliśmy Internet i szukaliśmy jakiejś agencji pracy (gdzie chciałem zostawić CV), ale nic nie znaleźliśmy. Nikt nie wiedział gdzie jest. Zrobiliśmy zakupy i dalej naprzód. Odzwyczailiśmy się od samochodów i zaraz mnie głowa rozbolała. No i dotarliśmy tutaj nad miejsce gdzie są podobno największe na świecie prądy przypływu i odpływu. Wąski przesmyk łączy fiord z morzem. W określonych godzinach, 4 razy na dobę, (co 6 godzin) są maksima i wtedy tworzą się największe wiry. Największe osiągają 10m średnicy i 3 głębokości. Poza tym jest tu bardzo dużo ryb, które zaraz zamierzam łowić. Czekam tylko aż zacznie się przypływ (i prąd zmieni kierunek), bo z miejsca w którym się rozbiliśmy tylko wtedy będzie można łowić. Nie wiem czy mnie wpierw sen nie zmorzy. Agatka z Fibim już w namiocie a mewy wrzeszczą jak oszalałe. Wysoko nad nami most ponad 700 metrowej długości.

19-VIII Licznik: 87 13.88 6.15 63 16807
Moje morale wędkarza zostały znacznie podbudowane. Wczoraj jak tylko zelżał prąd odpływu to zabrałem się za łowienie. Ściemniło się troszkę i ryby zaczęły pięknie brać. Złowiłem 8 ryb, z czego wybraliśmy 4. Agatka już leżała w namiocie, ale wyszła je wypatroszyć. Noc była zimna, poranek śliczny i ruszyliśmy dalej. Na drugie śniadanie ugotowaliśmy sobie rybki. Były przesmaczne.
         
Jazda dzisiaj była ciężka ze względu na liczne podjazdy. Po drodze 4 tunele (jeden o długości 3100m.). Wieczorem zrobiło się płasko, ale zaczęło padać. I tak leżymy znów w namiocie i słuchamy deszczu. Rozbiliśmy się na plaży.

20-VIII Licznik: 71 13.9 5.06 61 16878
Jesteśmy już za kołem polarnym. Dzisiejszy nocleg także jest nietypowy. Nocujemy w starej porzuconej przyczepie kempingowej. Przepłynęliśmy promem i zaczęło padać, więc postanowiliśmy tu zostać. Przynajmniej jest sucho. Robi się też już ciemno i muszę pisać z czołówką.
         
Dzisiaj był dość fajny dzień jazdy. Z rana zakupy na łikend, przeprawa promowa z widokiem na drugi, co do wielkości lodowiec Norwegii. Po 32 km. Kolejny prom, obiadek (fiskakery, czyki takie placko - kotlety rybne), kąpiel w jeziorku, dwa tunele i leje jak z cebra. Na szczęście chowamy się w chatce rybackiej. Niestety i tak musimy wyruszyć w tej ulewie która nie ustaje bo spieszymy się na prom (do którego kilka km. zostało). Udaje się. W strugach deszczu mijamy czekające samochody i jesteśmy na promie - żegnaj koło polarne. No i najważniejsze. Gdy staliśmy w Bodo przed biblioteką, ktoś zrobił zdjecie Fibiemu na przyczepce i ukazało się ono w dużej gazecie. Przez to staliśmy się bardzo popularni - ludzie dawali nam wycinki z gazet i zaczepiali nas.

21-VIII Licznik: 59 15.2 3.52 57 16937
Siedzimy dalej w przyczepie. Wstaliśmy rano, zjedliśmy, ale rozpadało się wiec zasnęliśmy dalej. Agatka mówi, że nie rusza dopóki nie zniknie mleko z nieba.
         
Do 12 siedzieliśmy w przyczepie, jakoś udało mi się namówić Agatkę żeby ruszyć i dobrze, bo udało się przejechać trochę kilometrów. Padało trochę, ale nie był to deszcz tylko taka gęsta mżawka. Teren raczej płaski. Na trasie spotkaliśmy miłego Norwega, który nalegał, że chce nas podrzucić ciągnikiem pod górkę. Tak pokonaliśmy kilka km. a później rozmawialiśmy z nim z godzinę stojąc w tym deszczu a on nic sobie z tego nie robił (my zresztą też).
         
Cały dzień objeżdżamy dzisiaj fiord. Z wieczora trochę pozgrzytalismy się z Agatką i teraz zasypiamy w niepołączonych śpiworach. Dodatkowo zewsząd dookoła kapie, wszystko jest mokre albo wilgotne, Fibi nic dzisiaj nie zjadł, na zewnątrz mroczno i pochmurno. Jutro też jest dzień...

22-VII Licznik: 111 15.06 7.23 57 17048
Płyniemy sobie promem. Pogoda troszkę się poprawiła, ale rano ciężko mi było Agatke wyrwać ze snu. Wiało i było zimno i nieprzyjemnie. Do tego na początek ostro pod górę. A to niedziela rano. Narzuciłem trochę tępo i dotarliśmy na czas na prom. Drugie śniadanie i dalej jazda. Dzisiaj już się nie obijamy, czas do domu a kawał drogi przed nami jeszcze.
         
Jechało się bardzo dobrze. Co jakiś czas żuje sobie tą suszoną rybę. Przejechaliśmy dzisiaj ogromny wiszący most przed miastem Sandesjon i minęliśmy "Hause of wind". Później jechaliśmy wzdłuż pasma siedmiu sióstr ("Seven Sisters") i po obiadku przy kościółku z 13 wieku dojechaliśmy na prom Tojota - Forvika, na którym właśnie siedzimy. Płyniemy prawie godzinę, świeci słońce, umyliśmy się w kiblu i jest fajnie.

23-VIII Licznik: 102 15.2 6.33 53 17270
10.jpgW końcu złapaliśmy trochę tępo. Przemykamy w słoneczku to pomiędzy deszczami, to w deszczu, ale do przodu. Z rana zimno, pierwszy prom, później miasteczko, zapasy i dalej w drogę. Jechaliśmy obok takiej sławnej góry z dziurą w środku, (co ją legendarnie to jeździec-koń przestrzelił z łuku). Później dojechaliśmy do drugiego promu, przejechaliśmy jeszcze kawałek i tak to znaleźliśmy się za Nordlandem. Kolejny kawał Norwegii przed nami. Teraz leżymy w namiocie za drewnianym domkiem tuz przy wodzie. W oddali pasą się owce i jest piękny widok na fiord i góry. Fibi standartowo głośno chrapie.

24-VIII Licznik: 120 15.45 7.47 53 17270
No i wydostaliśmy się z gór, fiordów, wodospadów i męczących podjazdów. Od rana ruszyliśmy żwawo, ale teren był ciężki i bardzo zimno. Czapki, rękawiczki i do przodu. Na szczęście im bliżej miasta Namos tym coraz równiej. Od razu widać tego efekty, bo dzisiaj rekordowa odległość. Efektem ubocznym jest to, że jestem nieźle wypompowany. Łańcuch coraz bardziej wyciągnięty i brak przedniego hamulca (klocki rozleciały się jeszcze na Lofotach) utrudniają jazdę. Dotarliśmy ze 2 km. za Namsos na fajną polankę przy moście. Pięknie się dzisiaj rozpogodziło po południu i znów możemy się cieszyć jazdą. Wokół żniwa, rzeki, jeziora, minęliśmy jeden spory wodospad. Bardzo przyjemny dzień jazdy.

25-VIII Licznik: 99 14.38 6.51 54 17369
Aż dziw bierze, że to nasze pierwsze ognisko w Norwegii. Lasy dopiero się zaczynają i to chyba dlatego. Więc siedzimy sobie przy ognisku, zrobiliśmy klasyczną owsiankę i delektujemy się ciszą. Kilka metrów dalej woda a po drugiej stronie fiordu w oddali drugie ognisko. Ryby się rzucają. Jutro powinniśmy do Trondhaim dojechać.
         
Dzisiaj rano silny wiatr utrudniał nam zwijanie obozu. Później było zimno, ale świeciło słonko i jakoś jechaliśmy. W południe zimny wiatr w twarz i zachmurzyło się a po południu już w delikatnym deszczyku, ale śliczną trasą mknęliśmy i tak trafiliśmy tutaj.

26-VIII Licznik: 97 14.06 6.56 57 17467
No i dotarliśmy do naszego upragnionego Trondhaim, które przez tyle czasu wydawało się nam tak daleko. Od rana ostro po górach jechaliśmy, bo okazało się, że teren jest bardzo górzysty. Po 70 km i darmowej przeprawie promowej dotarliśmy do miasta. Kupiliśmy nowe szprychy i wymieniliśmy w tylnim kole Agatki te stare powiązane. Obiadek zjedliśmy pod katedrą. Pobujaliśmy się trochę po mieście, odwiedziliśmy bibliotekę. Miasteczko nie za duże, ale całkiem fajne, zwłaszcza stare miasto nad kanałem. Wszędzie dużo pseudo - wyluzowanej młodzieży. Wyjeżdżając z miasta wpadliśmy na E6, co było wielkim błędem. Potężny ruch samochodowy i trąbiący kierowcy. Na szczęście udało się jakoś zjechać i okazało się, że jest ścieżka rowerowa. Tak dojechaliśmy kilkanaście kilometrów za miasto i leżymy sobie pod dużą szopą w polu dojrzałego zboża.

27-VIII Licznik: 85 12.81 6.39 41 17552
Walczyliśmy dzisiaj z trasą E6. Bardzo duży ruch i cały czas pod górę. Jechało się ciężko. Jak wjechaliśmy na górę to zaczęło tak wiać z przeciwka, że jak było z górki to ciężko było. Mimo wszystko udało się nam zrobić spory kawałek. Jutro znowu walczymy z E6 i ciągle do góry.
         
Znów mnie dzisiaj kopnęło ogrodzenie pod napięciem. Chciałem dotknąć barana i tak mnie walnęło, że aż odrzuciło. Nocujemy jakieś 20 km od miejscowości Opdal. Skręciliśmy w drogę do lasu i na niej się rozbiliśmy. Takie dość tajemnicze miejsce. Fibi warczy na coś, wiatr mocno wieje i drzewa szumią. Nie wiem kiedy my do domu dojedziemy, wydaje się tak daleko. Przez głowę przechodzi mi myśl żeby zrezygnować z zachodniej Norwegii i prosto do Oslo pojechać.


28-VIII Licznik: 73 11.28 6.31 43 17625
Udało nam się dojechać na przełęcz (1026 m. n.p.m.). Tutaj właśnie nocujemy. Przełęcz zawsze była dla mnie czymś magicznym. Nie będzie to najcieplejsza noc zapewne (Agatka śpi nawet w kurtce), ale może rano nagrodzi nas ładny widoczek, (bo teraz chmurek dużo). Cały dzień jechaliśmy pod górkę. Ruch był niewielki i jechało się nie najgorzej. Jechaliśmy wzdłuż rwącej rzeki do której, często wodospadami, wpadały liczne inne małe strumyki. W Opdal przestudiowałem prognozę pogody i postanowiliśmy pojechać prosto do Oslo. Lato już się skończyło. Wrócimy tu kiedyś na motorze. Fibi dzisiaj śpi w przyczepce. Dużo musiał chodzić, bo było pod górkę i znów ma zdarte opuszki. Mam nadzieję, że wiatr się nie nasili, bo nas stąd zdmuchnie. Jutro nareszcie w dół.

29-VIII Licznik: 86km total:17711km
Noc była bardzo zimna. Agatka zmarzła nieprzeciętnie. Bardzo ciężko było wstać. Jak ruszyliśmy to okazało się, że wieje bardzo mocno w twarz. Po malutkim zjeździe jechaliśmy znów pod górkę. Dopiero po 2 śniadanku wszystko ruszyło. Zjechaliśmy dużo w dół do Dombas i później dalej w dół wzdłuż rzeki. Droga E6 na tym odcinku jest ślicznie położona. Wspaniała dolina. Od Ottan ruch się zwiększył, lecz my poruszaliśmy się boczną drogą po drugiej stronie płynącej wody. Rozbiliśmy się nad rzeką, która w tym miejscu jest szeroka i tworzy rozlewiska. Fibi śpi w przyczepce - chyba na dobre ją polubił. Bardzo kuleje na tylnią łapę. Czasem jak idzie to nie stawia jej nawet na ziemi.

30-VIII Licznik: 98 15.38 6.22 51 17810
Mimo wczesnej pobudki deszcz nie wypuścił nas z namiotu do 10. Gdy już nieźle odmokliśmy udało nam się ruszyć. Po 30 km dotarliśmy do większej miejscowości gdzie zrobiliśmy poniedziałkowe zakupy i przeczekaliśmy trochę deszczu. Później ruszyliśmy ostro przed siebie. Tępo mieliśmy bardzo dobre, lecz jazda bardzo mnie wykończyła, bo jazda 20km/h z przyczepką to spory wysiłek. Tak częściowo E6, częściowo bocznymi drogami, udało się pokonać spory odcinek.
         
Pod wieczór Agatce rozerwała się kolejna opona (znaleziona jeszcze na Lofotach) i założyłem inną - też zdobyczną. Chcieliśmy się zatrzymać w opuszczonej chatce pełnej trocin i desek, ale było tam gniazdo os, więc pojechaliśmy dalej. Znaleźliśmy dwa porzucone rowery. Z jednego zdjąłem oponę. Na nocleg wjechaliśmy blisko 100 m. pod górę i leżymy w drewnianym domku bez okien. Jest zupełnie ciemno. W oddali słychać szum rzeki, która została w dole. Bardzo tajemnicze miejsce.

31-VIII Licznik: 80 14.2 5.37 54 17890
Wstaliśmy rano w naszym domku. Znowu padało. Spakowaliśmy się więc i w deszczu dotarliśmy do Lilehammer. Nieźle podmoknięci podsuszyliśmy się w bibliotece i ruszyliśmy pobrykać po miasteczku. Aż dziw bierze, że odbyła się tu taka wielka impreza sportowa. Pogoda fatalna. Ruszyliśmy dalej i znów padało. Nasza jazda zmieniła się w walkę z deszczem. Obiad zjedliśmy pod daszkiem wejścia frontowego do kościoła (zamkniętego oczywiście). Pod wieczór złapała nas najsilniejsza ulewa. Nie mieliśmy nawet się gdzie schować. Zmokliśmy cali. Nocujemy w ciekawym miejscu. Mianowicie pod mostem drogi nr. 212. Całkiem fajne miejsce. Tyle, że na kamieniach. Zostało ze 140 km. do Oslo.

1-IX Licznik:102 15.63 6.32 49 17993
11.jpg Nocka pod mostem minęła całkiem spokojnie. Rano jak tylko się zebraliśmy to oczywiście zaczęło padać. Przeczekaliśmy, co silniejsze deszcze i do przodu. W miejscowości Hamar zjedliśmy śniadanko i zdarzył się przykry wypadek. Agatkę potrącił samochód. Na szczęście nic się nie stało. Bardzo się wystraszyłem. Przyjechała policja i jakoś tak wyszło że nikt tak naprawdę nie był winny. Trochę to była wina starszego pana, trochę Agatki. Pojechaliśmy więc w swoje strony.
         
Takim sposobem to po prawej, to po lewej stronie drogi E6, powoli zbliżamy się do Oslo. Często są ścieżki rowerowe, więc jedzie się całkiem fajnie. Na nocleg rozbiliśmy się na ściernisku, tuż obok mało uczęszczanej drogi. Zachód słońca był niesamowity, ponieważ pole przykryła niewielka warstwa mgły. Wszystko stworzyło piękne zjawisko. Niestety los chciał, że na drodze E6 wydarzył się zapewne jakiś wypadek i cały ruch poprowadzono tą właśnie niewielką drogą, od której 50 metrów nocujemy. Jednak z zaśnięciem nie było problemu po całym dniu jazdy (zresztą nigdy nie było). Jutro się okaże jak wrócimy do domu.

2-IX 70km

3-IX Licznik: 74 14.29 5.12 38 18144

Po wielu perypetiach pożegnaliśmy się ze Skandynawią. Leżymy sobie w Dani na plaży, fale rozbijają się o brzeg. Fibi rozwalony śpi w przyczepce a my piszemy nasze pamiętniki w namiocie. Wczoraj wstaliśmy wcześniej niż zwykle i od rana w gęstej mgle ruszyliśmy do Oslo. Było bardzo zimno, ale my parliśmy naprzód klucząc po drogach otaczających stolicę. Gdy dojechaliśmy do przedmieść mgła znikła i zaczęła się walka z dotarciem do portu. Pełno ulic, ścieżek rowerowych i ogromny ruch. Do tego wszystkiego złapałem gumę (Norwegia ze wszystkich sił nie chciała nas wypuścić), ale jakoś dotarliśmy do portu. Okazało się, że kursują dwa promy. Do Dani pływa Stena, ale nie zabiera na pokład zwierząt, więc pozostała linia ColorLine. Niestety cały prom był już zapchany, więc zostaliśmy na liście oczekujących pasażerów. Czyli właściwie to nie wiedzieliśmy czy dzisiaj pojedziemy. Prom odpływa o 19.30, więc wróciliśmy co centrum i pozwiedzaliśmy stolicę. Później pytaliśmy TIR'owców czy by nie zabrali naszych rowerów na pakę, ale nie byli zbyt chętni do współpracy. Wreszcie cały prom zapełniają samochody a my czekamy. Mija 19.30 i dopiero możemy wjechać, jest dla nas miejsce (śmiesznie by było gdyby nie znaleźli dla dwóch rowerów).
          
Wszystko się udaje, ruszamy ogromnym promem, mamy nawet kabinkę z prysznicem pod którym długo się kąpiemy. Niestety Fibi musi jechać w klatce. Żeby go w niej zamknąć, Agatka sama musiała wejść do środka. Po milutkiej nocy o 8 rano docieramy do Hirtszals. Robimy zakupy, kupujemy mapę i w drogę. Postanawiamy objechać Danię zachodnim wybrzeżem. Jedzie się super. Wszędzie są ścieżki rowerowe i jest płasko. Do tego pogoda znakomita. Takiej nie mieliśmy od dawna. Jedziemy często przez las, raz nawet zdarzyła się jazda plażą. Jutro z rana podnosimy się z piasku i dalej wzdłuż morza jedziemy.

4-IX Licznik: 98 14.84 6.37 46 18243
Minął bardzo przyjemny dzień jazdy przez Danię. Tak wyszło, że wybraliśmy najdłuższą możliwą trasę przez ten kraj. Od Hirtszals jedziemy na zachód wybrzeżem a dopiero później na południe. Jedzie się natomiast bardzo przyjemnie, kraj jak najbardziej przystosowany do rowerów. Do wszystkiego jest śliczna pogoda, jest ciepło a wietrzyk niemal nie wieje. Jutro urodziny Agatki. Śpimy dzisiaj nad wodą, ale nie nad morzem, (choć woda także słona). Niedaleko jest most i jeszcze przed chwilą pływało tu kilka motorówek z narciarzami. Fibi śpi w przyczepce (dla sprostowania - normalnie to śpi z nami w namiocie przez całą wyprawę).

5-IX 55km

6-IX Licznik: 69 16.21 4.17 39 18368

Agatki urodziny minęły bardzo szybko. Mamy już poniedziałkowy wieczór. Nocujemy na wydmach, nieopodal słychać morze. Wiał dziś korzystny, dość silny wiatr, więc jechało się lekko. Poza tym słoneczko pięknie święciło cały dzień. Tak sobie jedziemy to drogą rowerową przez lasy, wśród wydm a czasem szosą. Cały czas jesteśmy nad morzem. Obydwoje się nie spodziewaliśmy, że Dania może być taka śliczna. Wszędzie mnóstwo wiatraków, domy kryte strzechą, małe kościółki na brzegu morza, latarnie i mnóstwo ptaków.
         
Wczoraj były urodziny Agatki. Zorganizowaliśmy alkohol, mały torcik i zrobiliśmy sobie przyjęcie. Było super, na obiad spaghetti, później chodziliśmy po plaży, graliśmy w karty a wieczorem rozpaliliśmy ognisko i siedzieliśmy do późna. Nie wiem tylko dlaczego przez noc znikło 1,5 litra coli. Dzisiaj puszczałem latawca (którego mamy z supermarketu) bo wiatr jest super. Morze jest wzburzone, na plaży tworzy się piana. Zachodzi słońce.

7-IX 42 15.63 2.43 36 18411

8-IX Licznik: 71 15.66 4.33 37 18482

Mija kolejny dzień przyjemnej i bezawaryjnej jazdy przez Danię. Po południu skończyły się piaszczyste plaże i nocujemy dziś na wale. Wokół mnóstwo wiatraków. Jest już ciemno, niebo czyste, Agatka z Fibim w namiocie a przede mną w oddali świeci miasto Esbjerg. Był śliczny zachód słońca. Wiatr dzisiaj już nie tak silny, ale może to dlatego, że odbiliśmy trochę od wybrzeża. Ponieważ nam się nie spieszy, (bo chcemy przez Niemcy na bilecie weekendowym przejechać) to wczoraj zrobiliśmy sobie dzień wypoczynkowy. Na obiad znów spaghetti i czerwone wino. Jazdę skończyliśmy wcześniej i zatrzymaliśmy się na plaży. Spacerowaliśmy, Fibi walczył z falami, podziwialiśmy jak ludzie pływają na deskach napędzanych latającymi w górze lotniami. To był bardzo śliczny dzień. Dzisiaj więcej już trochę jechaliśmy, ale też bez pośpiechu. No i wyprawa powolutku zbliża się ku końcowi.

9-IX 79 km total 18571

10-IX
Wczoraj wiatr nam już tak bardzo nie sprzyjał. Dowiedziałem się o maratonie rowerowym w Świnoujściu i przyśpieszyliśmy trochę tempo. Odbiliśmy od morza i już główniejszą drogą wjechaliśmy do Niemiec. Niestety w najbliższej miejscowości dworzec wyglądał jak przystanek PKS, więc przenocowaliśmy kilka kilometrów dalej w polu. Długo leżeliśmy patrząc się w gwiazdy. Rozmawialiśmy szczęśliwi.

Dziś z rana ruszyliśmy do Flensburga. Kiedy udało nam się odnaleźć dworzec, okazało się że za 20 minut mamy pociąg. Wyszło bardzo tanio i szybko. Byliśmy mile zaskoczeni. Początkowo tłukliśmy się strasznie zatłoczonym pociągiem do Kiel. Później było trochę lepiej a po trzeciej przesiadce jest już ciemno i jedziemy sobie przyjemnie niewielkim składem, który jedzie prosto do Szczecina. Zbliżamy się do kraju, Fibi śpi na podłodze a Agatka poszła po resztki jedzenia jakie nam zostały.

11-IX
Wczoraj wysiedliśmy w jakiejś zapomnianej wiosce na ostatniej stacji w Niemczech. Było po 22, po ciemku wjechaliśmy w pole i robiliśmy się na kępce trawy. Noc minęła szybko. Od samego rana czułem niezwykłe ożywienie. Do Gryfina zostało nam jakieś 25 km. Pojechaliśmy przez polne drogi. W miarę, gdy kilometrów ubywało, coś we mnie rosło. To niesamowite. Teraz mogę już powiedzieć, że wszystko nam się udało. Kiedy przekraczaliśmy granicę mieliśmy przygotowaną odpowiedź dla strażników. "Skąd tym razem?" Pytają. A ja na to:"Z Mazur wracamy, tylko trochę naokoło". Do Gryfińskiego mostu zostało 3 km. Aż serce ściskało. Wjechaliśmy na most, rzuciliśmy rowery i szaleństwo!!! Jesteśmy w domu!!! Cali, zdrowi, szczęśliwi.


Podsumowanie:
Łącznie pokonaliśmy 5630 km na rowerach, wyprawa trwała 67 dni. Spędziliśmy ponad dobę na 13 promach, oraz przejechaliśmy ponad 30 km w norweskich tunelach. Zerwało się pięć szprych, (z czego 4 u Agatki), rozpruły nam się dwie nowe opony z Polski i 3 późniejsze znalezione w porzuconych rowerach, 5 razy złapaliśmy gumę. Poza tym spaliliśmy około 8 litrów paliwa w naszej kuchence. Około 1,5 tysiąca km. przejechaliśmy koleją w Polsce i Niemczech. W rowerach do wymiany łańcuchy, zębatki, suport i piasta. Mimo, że nie wszystkie cele wyprawy zostały zrealizowane, wyprawa udała się znakomicie. Największe obawy mieliśmy o psa ( czy nas wpuszczą do Norwegii i czy w ogóle będzie jeździł na przyczepce), oraz o sprzęt. Na szczęście wszystko się udało, podołały rowery oraz nasze organizmy i znakomicie poradził sobie Fibi. Agatka najgorzej zniosła tak długie rozstanie z odkurzaczem, Marek z komputerem a Fibi za całodniowym wylegiwaniem się na kanapie przed telewizorem. Przez ponad 2 miesiące byliśmy zdani tylko na siebie, razem dzieliliśmy codzienność, moczył nas ten sam deszcz, grzało nas to samo słońce, nocą ogrzewaliśmy się nawzajem. Wspólnym wysiłkiem dobrnęliśmy do końca. Taka podróż pozwoliła nam się jeszcze bardziej poznać, odkryliśmy prawdziwych siebie. Teraz już troszkę inaczej postrzegamy wiele problemów, ta podróż wiele nas nauczyła...A to dopiero początek...

Pozdrawiamy wszystkich już z Gryfina
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć Agatka i Fibi
www.mruwa.prv.pl

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;