Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Alaska
Autor: Marek Klonowski   
Zobacz też:
RELACJE WYSYŁANE Z TRASY
Marek z Gryfina kustyka i dalej na rowerze nie pomyka...


BOB. Stoję sobie na drodze, obok leży plecak, słucham radyjka. Rozmiar: 10118 bajtów Zatrzymuje się 63 leni Bob, starą Toyotą kempingowa. Bob kocha ten samochód. Jak co kilka miesięcy jedzie nad Missisipi spotkać się z bratem. Jedziemy autostrada gadamy swobodnie, zrywa się pasek, po godzinie naprawione. Tuz przed zachodem słońca pijemy herbatę w jego aucie a później Bob relaksuje się fajeczka magicznego zioła . Jedziemy dalej, Bob trasę zna na pamięć. Nagle zrywa się i szuka czegoś nerwowo w torbie, myślę że szuka tabletek, wiec mu pomagam z całych sił bo wygląda jakby miął wykorkować jak ich nie zje na czas. Uff po minucie wyciąga mapę (bo to o nią chodziło) i stwierdza ze źle jedziemy. "To nic przynajmniej zobaczyliśmy ładną okolice - mówi". Wieczorem docieramy nad wielka Missisipi. Bob z bratem nie widzieli się od kilku miesięcy, pierwsze co robią to pompują fajkę wodna, relaksują sie. Nocuje z nimi w przyczepie...Obok sunie Misisipi.
        
1.jpg

DAN. Stoję sobie na stacji benzynowej w malej miesienie z jednym Rozmiar: 5761 bajtów skrzyżowaniem, a właściwie siedzę na plecaku. Przez dwie godziny mimo ze zimno i wieje, słońce spaliło mi usta. Podjeżdża Dan... "Gdzie jedziesz?" - "Na Alaskę". Dan uśmiecha się "Zabiorę cię do autostrady, ale skoczmy cos zjeść najpierw". ok. 2 godziny później jesteśmy przy autostradzie. Dan wjeżdża na nią i wali ręką w kierownice "fuck, fuck". Nie wiem co się dzieje... Dan jest nauczycielem matematyki, ma 27 lat mieszka z mama która dzwoni do niego na komórkę co godzina. Dan mówi, że potrzebuje czegoś nowego i zabierze mnie do Chicago - bagatela 1000 km. Tak po prostu. No i pojechaliśmy, po 12 godzinach Chicago u mojej koleżanki z Gryfina Ewki. Dan ucina sobie 2godzinna drzemkę i wraca spowrotem. Podrzucił mnie tysiąc kilometrów - teraz szybko musi jechać spowrotem bo mama chce go wiedzieć na obiedzie w domu a nic nie wie o jego wypadzie...
         
Zatrzymuje się 3 wielkich meksykanów, trochę zmieszany ładuje się do Pontiaca z mym wielkim plecakiem. Jedziemy 3 km i rozwala się sprzęgło, tym razem nie miałem szczęścia myślę... ale... za godzinkę zatrzymuje się zakonnica (dość duża zakonnica). Jadę z nią góra 10 min, na pożegnanie wyciąga wielka gruba kopertę i daje mi 100 $. "Idź cos zjeść"
         
No dobrze a teraz o mojej podróży. Gryfino, Szczecin, Warszawa, zleciało, lotnisko, pakowanie, Londyn, Nowy Jork 9 wieczorem. Ładuje wszystko na bestie i ruszam. Najpierw 40 km przez Brooklyn nocą. Wszystko jak na filmach, wszędzie ciemnoskórzy, kolejka na stalowym moście tuż przy oknach domostw. Walczę ze snem. O 2 nocy Manhattan Bridge. Na przeciw Statuy Wolności wyciągam śpiwór puchowy i kimam do rana. Później Manhattan, drapacze chmur, żółte taksówki, wszędzie światła i ogromny ruch. Po południu opuszczam Manhattan przez wielki most Waszyngtona. Pierwsze spotkanie z policja... Później drugie... Jakoś udało się zostawić te cholerne autostrady i wydostać na przedmieścia... Nocuje nad małą rzeczka za osiedlem. Noce zimne woda zamarza, ale mam ciepły śpiwór. Rozrywa mi się mój stary namiot (spędziłem w nim już niemal pół roku).
         
Kolejny dzień, z rana zimno, później ciepło, górki, małe miejscowości, leży dużo śniegu jeszcze. Wszędzie samochody, nie ma żadnych dróg do lasu ani do nikąd, ciężko znaleźć miejsce gdzie można się spokojnie zatrzymać. Tak samo jest z noclegiem, ciężko znaleźć miejsce gdzie spokojnie można rozbić namiot. Teren górzysty, dokucza mi kolano, nie mogę jechać na stojąco, pod durze górki musze prowadzić rower. Nocuje na polu, w nocy decyduje się zostawić rower i kontynuować podróż autostopem. Wiem ze niektórzy mogą być zawiedzeni, ale stwierdzam, że to nie jest kontynent na rower. To jak jazda po Niemczech bez ścieżek rowerowych, gdzie jeździ 3 razy więcej aut. Dodatkowo na całą podróż (pół roku) mam tyle, ile kelnerka w barze zarabia w miesiąc. Trzecia rzecz to kolano w którym czuje szpilkę jak próbuje mocniej nacisnąć pod górkę. Wiec zdecydowałem się zostawić rower... Przepraszam wszystkich, ale nie mam zamiaru się męczyć na rowerze... Jazda musi być przyjemna a jak nie jest to staje się męczące. Wiec zostawiłem rower, przyczepkę i polowe sprzętu u pewnego księdza nad jego garażem i ruszyłem. Rozmiar: 10640 bajtów Najpierw Dan zabrał mnie do Chicago, tam 2 dni posiedziałem u Ewki, później trafiłem nad Missisipi, dzisiaj rano 50 letnia Kim, słuchając na maksa Linkin Park i testując nowe auto zabrała mnie do tej biblioteki...
         
Tak wiec niestety a może stety, kontynuuje moja podróż autostopem. Wiem, że rowerowy światek nie będzie zachwycony, ale tylko krowa nie zmienia poglądów a ja po prostu dostosowałem się do realiów...Można powiedzieć, że wymiękłem jak kto chce he he, szczerze mówiąc nie zależy mi na opinii. W każdym bądź razie cel wyprawy jest niezmieniony, podążam w kierunku Alaski, Mt.McKinley czeka tam na mnie cierpliwie.
         
Pozdrawiam wszystkich serdecznie. Marek z Gryfina.
      
Na geograficznym środku kontynentu
         
Zajechałem już nad Missouri. Okazuje się, że Stany na zachód od Missisipi to zupełnie inny świat, a w szczególności Północna Dakota i Montana (stan w którym właśnie jestem). Są to jedne ze stanów z najmniejszą populacją. Nie ma już tyle aut w około, a od miasteczka do miasteczka czasem kilkadziesiąt mil. Przedwczoraj widziałem bizony, wczoraj wielkiego orła siedzącego na słupku przy drodze. Osobowe auta mają blokadę prędkości, co by nie trzymać nogi na gazie cały czas gdy mknie się prostą jak strzała drogą. Na niewielkich skrzyżowaniach małych miasteczek kłębią się śmieci zawiewane przez wiatr, który tu wieje zawsze...
         
KIM. Wielka ciężarówka jak ta z filmów, jadę z nią z 3 godzinki, ale nie jesteśmy sami, po kabinie biega mały jamnik i wskakuje co chwila na kierownice. Kim od 27 lat jest kierowcą ciężarówki, ma stare tatuaże na rękach i klnie jak szewc przez radio... Następnego dnia siedzę sobie 100 mil dalej (od miejsca gdzie mnie wysadziła wczoraj) a tu klakson potężnej ciężarówki. To Kim, co za niespodzianka jadę z nią do końca stanu.
         
JESSY. Jak się później okazało jestem jej pierwszym autostopowiczem, wzięła mnie z walącym sercem a ubezpieczała ją koleżanka w drogim aucie. Jessy jest chilliderką. Jadę z nią niemal przez całą północną Dakotę. Tej nocy zostaję po ciemku w parku T.Rosevelta. Zimna noc, w namiocie poniżej zera, mój śpiwór zapewnia komfort do minimalnej temp +6. Ale za to rano okazało się, że nocowałem na punkcie widokowym na kanion. Cudowny poranek.
        
2.jpgJIM. Siadam zrezygnowany na granicy Dakoty i Montany, nic nie jedzie a to główna droga. W dodatku nie mogę stać na autostradzie tylko dojeżdżam do niej. Siadam na plecaku i myślę, że spędzę tak z następne 4 godziny. Nagle zaskoczony oglądam się za siebie a tam Jim (cofnął na autostradzie aby mnie zabrać). Jim to prawdziwy cowboy, ma kowbojski pas, buty, kapelusz i słucha country he he. Montana jest przepiękna, małe miasteczka co kilkadziesiąt mil. Drogi zupełnie puste, że jak mijają się dwa auta to kierowcy się pozdrawiają... Zatrzymujemy się na poboczu, Jim chce mi wszystko pokazać, wyciąga wielką spluwę kaliber 45 i idziemy postrzelać do puszki. Skłamałem ze nigdy nie strzelałem, żeby mu większą radość sprawić. Pistolet ma kopa, a w uszach brzęczało kolejna godzinę. Okazuje się ze Jim ma urodziny i zaprasza mnie na kolacje do jego przyjaciela pastora, jest jak na filmie... Później Jim dalej chce mi pokazać Montanę i idziemy do kowbojskiego pubu. Wiski z wodą ... A później na kowbojską imprezę... Jim się trochę upija i szuka jakiejś bójki, ale nikt z nim nie chce zadzierać. Po godzinie połowa ludzi wie, że jestem z Polski. Niewielu wie gdzie to jest, heh. Teraz jest niedzielny poranek, idziemy do kościoła (msze prowadzi pastor z którym jedliśmy kolację wczoraj) a później Jim zabierze mnie jeszcze 50 mil na zachód...
         
Tak więc podążam w dość dobrym tempie, od dzisiaj może nie być dłuższych wieści przez jakiś czas... Wesołych Świat. Marek.
         
Relacja III - Alaska
         
Na pożegnanie Jimme kupił mi gaz pieprzowy Rozmiar: 6378 bajtów jako środek ochrony przed budzącymi się niedźwiedziami i tak zakończyła się moja przygoda z Montaną. Szybko przemknąłem przez krótki odcinek górzystego Idaho i znalazłem się w stanie Waszyngton. Czasem słońce, czasem deszcz a na przełęczach śnieg. Tak dotarłem do Seattle. W mieście nie jest tak źle jak we wschodnich metropoliach. Po centrum można się swobodnie poruszać piechotą, a autobusy są za "friko". No i wody Pacyfiku, od razu cieplej, można w koszulce śmigać. Przenocowałem spokojnie w parku nad wodą, później ciężko było się wydostać z miasta, ale dwa dni później wkraczam do Kanady. I znów trzeba było ściemniać panią oficer co ja tu robię na piechotę...
         
W Kanadzie znikają autostrady, pojawiają się góry i wielkie lasy. I znów coraz zimniej. Czasem jest tak zimno i wieje ze chowam się ubrany we wszystko co mam, za plecak i czekam na jakieś auto. Miejscowi uczą mnie zachowania przy spotkaniu z niedźwiedziem wiec jestem już dobrze wyedukowany (mam nadzieje...).
         
Północna część British Columbia - czasem słońce, czasem śnieg. Wreszcie docieram do Dawson Creak gdzie rozpoczyna się słynna "Alaska Highway" (ogromnym wysiłkiem i kosztem wybudowana droga w 42 roku, łącząca Alaskę ze światem). Auta jeżdżą coraz rzadziej. Rozmiar: 9710 bajtów Każdy, który mnie podwozi pracuje w przemyśle wydobywczym. Docieram do Fortu Nelson. Do najbliższej większej miejscowości około 900 km.(Whitehorse). Czekam za miastem na jakieś auto. Tam z mojego radyjka dowiaduje się o śmierci papieża. Układam krzyżyk z kamieni i obok niego spędzam następnych 6 godzin. Nie jeździ, nic prócz miejscowych... Nocuje gdzieś na śniegu opodal i następnego dnia, od wschodu słońca, ruszam środkiem Alaska Higway przed siebie... Po dwóch godzinach zjawia się wielki pickup ciągnący snopowiązałkę. W dodatku nie ma miejsca z przodu wiec jadę na przyczepie. Zastanawiam się ile wytrzymam zanim zamarznę. Po 20 min. otwiera się okienko. "Dokąd jedziesz ?". "Na Alaskę"- odpowiadam. "To będę musiał ci zrobić miejsce". No i z Denisem spędziłem w drodze następne 2 dni. Od świtu do nocy jechaliśmy przepiękną drogą. Jazda wśród ośnieżonych gór i lasów, wzdłuż zamarzniętych jezior. Widziałem łosia, karibu (u nas renifer), stado bizonów !!! i pięknego orla. Za piękne widoki płace w nocy temperatura -13 stopni (śpię w namiocie, bo Denis w aucie, a i tak mu woda zamarza). Była to chyba moja najzimniejsza noc w tym śpiworze, ale jak to mówią "na Alasce musisz trzymać piwo w lodowce żeby nie zamarzło".
         
Wreszcie wieczorem docieramy do domu Denisa i od razu musimy się spocić przy odgarnianiu śniegu, co by auto gdzieś zaparkować. Jednak później cudowna nagroda za trudy podróży - przepiękna zorza polarna, latam jak dziki z aparatem nie mogę się nadziwić. Denis mieszka 11 mil od małej miejscowości Talkeetna. Nie ma prądu. Na środku jego zagraconej chaty stoi piec opalany drzewem, wodę ma z topionego śniegu, do tego wszystkiego 6 koni (w tym jeden młody który chce mnie zjeść). Następnego dnia odwiedzam z Denisem Anchorage (największe miasto na Alasce - mieszka tu polowa ludności całej Alaski). Nic ciekawego oprócz sklepów z najlepszym sprzętem wspinaczkowym.
        
Teraz jestem w miejscowości Talkeetna. Odwiedziłem już siedzibę straży parku Denali, jest to miejsce, które odwiedzają wszyscy którzy pragną wejść na góre. W miasteczku panuje wspaniały klimat, mieszka tu około 800 osób i wszyscy się budzą bo nadchodzi wiosna. Topią się ogromne ilości śniegu i jest całkiem ciepło. Przedwczoraj poznałem Joka, podwiózł mnie 10 mil. Jok jest pilotem małych awionetek których tutaj jest pełno (bo niema dróg i samolot to jedyna droga - możesz lecieć godzinę albo iść 3 dni). Wiec wczoraj Jok zabrał mnie do swojej awionetki i polecieliśmy odwiedzić jego przyjaciela, który mieszka jak pustelnik w małej chatce z dala od cywilizacji. Później szukaliśmy z powietrza zielonej torby która awaryjnie zrzuciła poprzednia awionetka (po to właśnie Jok zabrał mnie, bo on nie rozróżnia kolorów - niestety torby nie udało się znaleźć). Samolot którym lecieliśmy ma 30 lat , dowiedziałem się o tym jak wylądowaliśmy i zrozumiałem po co mu rakiety śnieżne w samolocie.
        
Teraz o miasteczku. Nie oglądałem namiętnie "Przystanku Alaska", ale to właśnie miasteczko w tym stylu. Ludzie się pozdrawiają na każdym spotkaniu. Jest lokalne radio (gdzie może poleci polska muzyka), biblioteka, bar, sklep, 3 ulice. Ludzie używają skuterów jak motocykli i jeżdżą nimi zarówno po śniegu jak i po asfalcie (zapomniałem imienia, ale jest jeden koleś który jeździ skuterem do którego przymocowany ma wielki 1,5 metrowy miecz). No i najlepsze, nie ma tu policji a nie którzy nie widzieli ich od roku. Podoba mi się tu...
         
3.jpg Najwyższą górę Ameryki widać stąd z wielu miejsc, prezentuje się wspaniale, zwłaszcza o wschodzie słońca. Noce są coraz cieplejsze. Ja muszę dogadać się z Danielem żeby przesłał mi mój sprzęt, a do tego poczekać aż otworzą drogę, która obecnie jest w trakcie odśnieżania z miejscami 2,5 metrowej warstwy śniegu.
         
Pozdrawiam wszystkich serdecznie z drugiej strony Ziemi. Zastanawiam się w którą stronę jest najbliżej do domu ? Na wschód, czy na zachód ? Nie, najbliżej zdecydowanie jest na północ...
        

Jak Mruwa w pojedynkę zdobył Mt. McKinley
Relacja nr 4

         
Pierwszy maja. Lecimy w kierunku Wonder Lake. Rozmiar: 13070 bajtów Jok napełnił zbiorniki do pełna. Nie wiemy czy znajdziemy miejsce żeby wylądować. Pierwsi ludzie dotrą tam na początku czerwca wiec nikt nie wie jakie panują tam warunki. Po niemal dwóch godzinach lotu udaje nam się wylądować na środku zamarzniętego jeziora. Pijemy ostatnią herbatkę (nie mogę znaleźć cukru) i zostaję sam (Jok na oparach dociera do Talkeetny). Pierwszego dnia okazuje się, że dotarcie do lodowca nie będzie takie proste. Śnieg jest miękki i mokry, często muszę pokonywać odcinki po trawie i przez krzaki. Sanki i plecak są bardzo ciężkie. Mam tam wszystko żeby przetrwać najbliższe 3 tygodnie. Pierwszego dnia pokonuje 6 km w linii prostej od miejsca w którym wylądowałem. Zajmuje mi to 8 godzin. Zatrzymuję mnie rzeka którą muszę przekroczyć. Woda płynie z topniejącego lodowca wiec jest czarna i ma temperaturę około 0 stopni. Nogi drętwieją w kilkanaście sekund. Mimo wielu prób postanawiam przenocować na brzegu. Rano prąd jest mniejszy i udaje się przejść na drugi brzeg. Kolejny odcinek wymaga ogromnego wysiłku. Często przez krzaki, czasem w mokrym śniegu po pas (mimo rakiet śnieżnych), godzinami w mokrych butach i ciągle ciągnąc za sobą niemal 70 kilogramowe sanie, uparcie idę w kierunku przełęczy. Tak mija kolejny dzień. W nocy obawiam się niedźwiedzi. Jest początek maja, są one teraz bardzo głodne po zimowym śnie. Dokładnie zawijam jedzenie w plastikowe worki i nic nie biorę do namiotu.

4.jpg Z planowanych dwóch dni na dotarcie do lodowca zrobiły się cztery. Ale udało się, uparcie i powoli, często spoglądając na mapę i GPS, po przekroczeniu dwóch rzek (znalazłem też ogromne poroże łosia, którego niestety nie mogłem zabrać ze sobą), ze spalonymi rękoma i nosem docieram do lodowca Muldrow. Tutaj rozpoczyna się najbardziej niebezpieczna (jeśli pozostała cześć można nazwać bezpieczną) cześć wędrówki. Pierwsza godzinę siedzę na brzegu i patrzę na ogromna rzekę lodu i przemawiam do niej. To jedyna metoda dla jednej osoby żeby zapobiec wpadnięciu w szczelinę. Wreszcie ruszam, początkowo niepewnie i powoli, pełen obaw. Uczę się szybko, zaczynam rozpoznawać szczeliny i oceniać wytrzymałość mostów śnieżnych. Gdy docieram do niższego lodospadu okazuje się, że dopiero tutaj zaczynają się prawdziwe szczeliny. Jestem bardzo ostrożny, mam tylko jedna szansę, często przekładam cały mój bagaż na sanki, przechodzę most śnieżny z czekanem gotowym w ręku i dopiero później przeciągam sanki. Szczeliny potrafią mięć głębokość ponad kilkunastu, czasem kilkudziesięciu metrów. Serce wali, nogi się uginają, ale jakoś szczęśliwie brnę do przodu. Po trzech dniach i trzech kolejnych nocach docieram do końca lodowca. Całuje ziemię (śnieg) i kamień spada mi z serca. Teraz pozostaje czysta walka z góra. Jestem na wysokości około 3000 m.

Kolejny etap to stroma grań. Musze ją pokonać dwukrotnie żeby przenieść mój sprzęt i zapasy jedzenia. Po pierwszym dniu załamanie pogody. Buduję solidny obóz na grani dzięki temu mogę przetrwać bez obaw że mnie zdmuchnie. Jednak kolejnym problemem okazuje się śnieg. Co parę godzin musze wyjść żeby odśnieżyć namiot, bo ścianki zaczynają się zapadać do środka i brakuje miejsca. Spędzam dobę w ten sposób. Kolejnego dnia piękna pogoda, od 4 rano walczę na grani. W kilkanaście godzin udaje mi się wyrąbać stopnie w najtrudniejszym niemal pionowym odcinku grani i wynieść połowę zapasów kilkadziesiąt metrów w góre. W kolejne dwa dni pokonuję grań i docieram do Lodowca Harper, który jest już na wysokości niemal 4 tys. metrów. Powietrze coraz rzadsze i coraz ciężej się oddycha. Wysiłek wymaga coraz więcej czasu. Do tego coraz zimniej.

Kolejnego dnia psuje się pogoda, robi się bardzo wietrznie. Nie mogę sobie pozwolić na zbyt długie oczekiwanie (ze względu na zapasy paliwa i jedzenie) i mimo wietrznej pogody ruszam do przodu. Niestety wiatr pokazuje mi kto tu jest szefem, niosąc ze sobą pył śnieżny nie pozwala mi oddychać. Bronię się więc skutecznie i przez dwie godziny buduję miejsce na namiot z murem z wyciętych bloków śnieżnych. Wiatr po raz kolejny nie daje za wygraną i pokazuje kto tu jest szefem, przewraca niemal 20 kg blok śnieżny na mój namiot (a dokładniej na moje plecy, bo ja jestem w środku). Łamie się jeden z pałąków w moim namiocie. Sytuacja jest nieciekawa. Zgrabiałymi rękoma prowizorycznie naprawiam namiot i proszę wiatr, żeby został moim kolegą i dal mi spokój do rana. Jakoś udaje się przetrwać noc. Następnego dnia jest jeszcze gorzej. Od rana idę w chmurach i rzucany podmuchami wiatru z każdej strony. Ręce przez wiele godzin zaciśnięte na kijkach odpadają z zimna, używam ogrzewaczy chemicznych, które trochę pomagają. Po południu wykończony szukam miejsca na obóz. Nie ma mowy o rozbiciu namiotu gdziekolwiek, za mocno wieje a śnieg jest za twardy żeby kopać dziurę. Udaje mi się pod ścianą wygrzebać trochę śniegu i tam chowam się w położonym namiocie (to znaczy bez pałąków). Cała noc słucham muzyki i tak udaje się dotrwać do rana. Kolejny dzień to istna walka ze swoimi słabościami. Nie ma jak przygotować posiłku ani czegoś do picia. Za mocno wieje. Od rana do siedemnastej idę nieustannie bez wytchnienia i miejsca na odpoczynek. Wreszcie jest !!! Denali - szczyt. Jeszcze kilometr i jestem na przełęczy. Tutaj zaskakuje mnie wiatr o nie spotkanej dotąd sile. Miąłem nadzieję na obóz gdzieś tutaj lecz okazuje się że musze zejść na dół. Zmiana rakiet śnieżnych na raki zajmuje mi ponad dziesięć minut. Resztkami sił schodzę z przełęczy po stromym zboczu. Na dodatek wszystkiego, niemal u dołu zbocza moje sanki wpadają w szczelinę. Udaje mi się przeskoczyć na druga stronę i je wyciągnąć. Wykończony wreszcie znajduję miejsce, w którym mogę coś wypić. Przyrządzam trzy herbaty i obfity obiad. Dopiero teraz czuję jaki jestem wykończony. Wieczorem dostrzegam obóz na 17 tys. stóp. Udaję się tam, resztkami sił rozkładam obóz i chowam się do środka. Kolejny dzień to 15 maja - moja pierwsza rocznica ślubu. Mija jak w amoku, potężny ból głowy, muszę się zmusić, żeby herbatę zrobić. Każdy ruch to ogromny ból. W głowie szumi i piszczy. Nawet muzyka nie pomaga. Tak mija dzień i noc. Niemal nie wychodzę ze śpiwora. Kolejny dzień, 16 maja. Po południu dostrzegam czerwoną plamkę na śniegu. Po 20 minutach okazuje się, że to człowiek. Ale jestem szczęśliwy. Po 16 dniach mogę zobaczyć człowieka i usłyszeć swój głos. Od razu mi trochę lepiej i czuje się bezpieczniej.
       
5.jpg Pogoda niestety nadal fatalna. Później do obozu dociera jeszcze sześć osób. Nie mam już obaw o przetrwanie. Zaczynam myśleć o szczycie. W nocy temperatura 25 C w namiocie. Kolejnego dnia pogoda nadal fatalna. Do naszego obozu dociera jeszcze kilka namiotów. Wreszcie 18 maja po południu decyduje się na atak szczytowy. To samo próbuje zrobić pięć osób. Z przełęczy Denali zawracają dwie osoby z powodu wiatru. Dwie godziny przede mną idą trzy osoby a później ja. Jestem dobrze zaaklimatyzowany, wiec powoli lecz zdecydowanie brnę do góry. Problemem okazuje się moja butla z wodą, która zamarza. Mimo to po ośmiu godzinach docieram na szczyt. Pogoda bardzo dobra, jednak na szczycie dość wietrzenie i bardzo zimno. Na szczycie spędzam około 15 minut. Dwie baterie do aparatu wysiadają po minucie. Powrót jak w amoku, łapie się na tym, że nie myślę co robię. To bardzo niebezpieczne, trzeba się pilnować. Wreszcie wykończony o północy docieram do namiotu. Do pierwszej piję herbatę, jedna za druga. Później budzę się jeszcze żeby pić. Dopiero rano dociera do mnie, że się udało!!! Jednak ciągłe zmęczenie nie pozwala się w pełni cieszyć. Trzeba zejść na dół. Trasa West Butters początkowo prowadzi granią, wiec niektóre odcinki znów muszę pokonywać dwukrotnie żeby przenieść moje sanki. W obozie na 14,000 stóp śpię nieprzerwanie 11 godzin. Kolejny dzień, to długa droga do Base Camp. Po całym dniu wędrówki pomiędzy idącymi w gorę grupami przyszłych atakujących docieram do Base Camp. I tak dokonuję pierwszego w historii góry samotnego trawersu Wonder Lake - Base Camp. Jestem szczęśliwy, wszystko się udało. To mój 21 dzień wyprawy. Jedzenie się skończyło, ale zaprzyjaźnione ekipy chętnie mnie częstują. Teraz mogę się odprężyć. Kolejny dzień oczekujemy na samolot. Niestety pogoda nie najlepsza i pozostajemy w Base Camp kolejna dobę. To mój czas na zasłużony odpoczynek. Śpię niemal 12 godzin. 22 maja lecę do Talkeetney.
         
Park Denali
         
Gdy przywykłem już do zieleni i drzew, odreagowałem trochę na festiwalu Rozmiar: 10529 bajtów "Bluegrass", pogadałem po polsku z naszymi ekipami startującymi na Denali, naprawiłem z Jokiem Chevroleta pickupa z 62 roku, powybierałem trochę górskiego jedzenia (którego dużo tu zostaje na lotnisku, bo alpiniści z całego świata wolą zostawić niż tachać to ze sobą z powrotem do Australii czy Finlandii ) i zarobiłem parę dolców, wybrałem się ponownie na północną stronę pasma Alaska Range do parku Denali (autostopem oczywiście). Sporo do zobaczenia się znalazło przy wjeździe do parku. Trzeba odwiedzić "baccountry information" gdzie dostaje się "niedźwiedzioodporną" czarna beczułkę w której trzeba trzymać jedzenie i śmieci. Tam tez otrzymuje się pozwolenie na nocowanie w określonych rejonach parku (które to rejony wcześniej trzeba sprecyzować - ach ta Ameryka. Ja - oczywiście zbytnio się tym nie przejąłem i po wyjściu stamtąd zapomniałem o rejonach, a beczułkę w której i tak nie mieściło się moje jedzenie zostawiłem gdzieś na mili 60 - zabrałem ją jak wracałem z powrotem bo trzeba oddać). Koniecznie tez polecam odwiedzenie świeżo otwartego Visitor Center gdzie jest mała sala kinowa z 18 minutowym filmem o parku - leci co pól godziny.
     
Do parku można wjechać jedynie autobusem, jazda może trwać od 3,5 do 6 godzin w zależności jak daleko się jedzie. Jest tylko jedna droga o długości 90 mil, pierwsze piętnaście mil to asfalt, ale później to prawdziwe bezdroża. I o to chodzi, po drodze piękne widoki oraz... niedźwiedzie i inne tego typu cudaki jak losie czy orły. No i generalnie nie będę się już tu rozwodził co ja tam wyrabiałem w tym parku, śmigałem tu i tam, walczyłem z komarami i nasłuchiwałem czy jakiś niedźwiadek nie chce na kolacje do mnie (albo po mnie ) wpaść, i kręciłem jak szalony moja kamera i robiłem fotki. Odpoczywałem... Dotarłem do miejsca skąd wyruszyłem pierwszego maja na Denali - nad Wonder Lake - z lodu na jeziorze nic nie ale za to komary !!! Bez siatki na głowie nie ma co wychodzić z namiotu, nie ma mowy o jedzeniu na zewnątrz, po zamknięciu się w namiocie w środku około 100 komarów do zabicia. Trochę tez wspinałem się po okolicznych dwutysięcznikach, raz nawet nocowałem na szczycie. I tak zleciało 6 dni. Zapraszam do obejrzenia kilku nowych fotek ...
       
Wracając na stopa niesamowita sprawa - zabrali mnie Polacy, a wierzcie mi że za dużo tu ich nie ma. Później jechałem z kolesiem co się zwie Dave Johnston i jest jednym z tych co zrobili pierwszy w historii travers Denali (ten co ja) 40 lat temu, do tego był na szczycie zimą a niedawno wszedł z żona i 11 letnim synem. Gdy pokazywałem mu zdjęcia Gryfina (bo wpadliśmy do Joka na piwko) pierwsze co powiedział "na pewno właziłeś na ten most - ja tez lubię włazić na takie mosty ". Ale mi się fajnie zrobiło, są jeszcze wariaci na tym świecie ... Pozdrawiam serdecznie i trzymajcie kciuki za Agatkę, która broni się 15 czerwca.
         
Kilka ciekawych faktów o Alasce:
Na Alasce przypada 1 mila drogi na 44 mile kwadratowe powierzchni podczas gdy średnia w US to 1 na 1 (następny najniższy stan to Nevada z 2,5 mili na mile kwadratowa powierzchni.
30 % populacji Alaski nie ma połączenia drogowego czy promowego.
Jedynie 32 % dróg na Alasce jest asfaltowych.
Populacja Alaski to zaledwie 0,2 % populacji USA
Alaska ma 33,902 mil wybrzeża - dwukrotnie więcej niż pozostałe stany.
Kupiona od Rosji w 1867 roku, powierzchnia Alaski to 1,5 powierzchni USA.
Zaludnienie to 1 osoba na mile kwadratowa - średnia w US to 74 !.
Wiec całkiem spokojnie tu gdzieniegdzie, ale brak ludzi nadrabia za to nadmiar komarów...


Bristol Bay Fishing & Katmai NP
3.30 a.m.

Wyskakujemy z ciepłych śpiworków, oczy przekrwione. Kawa z mlekiem, gorąca czekolada w termos. Wciskamy się w mokre przesiąknięte rybim zapachem sztormiaki. Na łódce zakładamy światła i 90 konny silnik zabiera nas 3 mile w górę rzeki. Dobijamy do brzegu na naszym miejscu. W błocie i mule odbijają Rozmiar: 5864 bajtów się przepiękne kolory wschodu słońca. Mocujemy boje i sieci. Dokładnie o godzinie ustalonej przez Alaska Fish and Game, wyciągamy sieci. Pierwsze łososie szamoczą się w wodzie. Po ustawieniu sieci dryfujemy chwile popijając gorąca czekoladę. Oddajemy się magicznej chwili ciszy i wschodzącemu słońcu. Sprawdzamy sieć, wyciągamy ryby. Wracamy do naszej chatki na 1,5 godzinną drzemkę. Budzimy się jeszcze bardziej zakręceni niż o 3. Przypływ zmienia się w odpływ i trzeba przestawić sieci, wybrać ryby. Gdy dzień jest dobry wyciągamy sieć raz za razem wyciągając z niej mnóstwo łososia. Na łódkach pracuje od 2 do 4 osób (my w trojkę). Silny i doświadczony zespół w dobę potrafi złowić 7,5 tony łososia. Po południu dostarczamy ryby do tendra. Wracamy do bazy, kolejna drzemka. Kolacja i rundka quadem po czarnej plaży, parę fotek i do łóżka. Pobudka za 3 godziny i wszystko jeszcze raz.
         
6.jpg Bristol Bay spędziłem 3 tygodnie. Objadłem się łososia na zapas. W miejscowości King Salomon zmieniłem mój lot do Anchorage o tydzień i ruszyłem do Parku Katmai. Jeśli chodzi o niedźwiedzie to zdjęcia powinny mówić same za siebie. Pierwszego dnia pod wieczór ruszyłem w kierunku doliny 10000 ogni (valley of 10000 smokes). W strachu przed niedźwiedziami i z powodu braku wody zrobiłem dokładnie 21 kilometrów bez ani jednego zatrzymania czy odpoczynku (myślałem że mi plecy odpadną). Następnego dnia, po paru km. załapałem się na autobus który zawiózł mnie do końca drogi (która cała ma 23 mile). W ten sposób zaoszczędziłem 100 $. Kolejne 12 mil, po przekroczeniu dwóch rzeczek, wiedzie po wulkanicznym pyle i pumeksie. Do schronu (opuszczone 2 baraki geologów) na Baked Mountain, docieram pod wieczór. Krajobraz jak na księżycu. Poznaje tam 3 amerykanów, którzy także skończyli połowy i przylecieli tu odreagować po sześciu tygodniach bez lądu.
         
Valey of 10000 smokes powstała po erupcji Novarupta w 1912 roku kiedy to Rozmiar: 13051 bajtównastąpiła tu największa erupcja XX wieku. Gdyby erupcja ta nastąpiła na Manchatanie, nikt by nie przeżył a wybuch słyszany byłby w Chicago. Szczyt najwyższej w okolicy góry Katmai, zapadł się do środka i powstało jezioro na górze o wysokości około 5000 stop. Erupcja wywaliła 6 mil sześciennych pyłu, który przykrył całą okolicę. Szczęśliwie nikt nie zginął. Okoliczni mieszkańcy opuścili domy przed erupcją (kierowani czystym instynktem i zachowaniem zwierząt).
         
Postanowiłem wejść na jeden z wulkanów Trident. Pogoda fatalna, nie wziąłem ze sobą raków i tylko za pomocą GPS w chmurach i deszczu, wybijając stopnie w miękkim śniegu, pod wieczór dotarłem na szczyt gdzie zmuszony byłem nocować. Znalazłem dobre miejsce na nocleg i rozbiłem namiot. Okolo 22 zerwał się silny wiatr. Wiatru takiego jeszcze nie doświadczyłem nigdy. Myślałem, że odlecę razem z namiotem, który za chwilę porwie się w strzępki. Szybka decyzja o zdjęciu namiotu z kijków i nakryciu się nim okazała się za późna. Jak tylko otworzyłem drzwi straciłem tylną ścianę, rozpruła się w poprzek na całej długości. Jakoś udało mi się nakryć podartym namiotem i zwinąć w kulkę. Leżę tak mokry i nie jestem w stanie słyszeć własnych myśli. Zastanawiam się jak długo może tak wiać i czy do rana zdąży dopaść mnie hipotermia. Po 40 min. zupełnie przestało wiać. Brak najmniejszego podmuchu. Oglądam straty. Namiot do wyrzucenia. Zaczyna padać i już prawie ciemno. Na pocieszenie topię śnieg na gorącą czekoladę. Niestety po 10 minutach to samo. Szybko gaszę kuchenkę, nakrywam się szczelnie namiotem i leżę zwinięty w kulkę. Zimno, mokro, potężnie wieje i kości bolą bo nie mogę się ruszyć. Tracę poczucie czasu. Czasem przestaje wiać na chwilę, ja jednak się nie ruszam, bo wiem, że znowu zacznie. Mokry śpiwór nagrzał się w niektórych miejscach, więc zwalczając bolące barki nie ruszam się bo nie chcę utracić tego ciepła. Nie wiem jak, ale tak dotrwałem do 6 rano. Przez chwile szczyt wyszedł nad chmury, miałem więc okazję spojrzeć na moją drogę powrotną. Zupełnie dygocząc nie wiem jakim cudem wcisnąłem wszystko do plecaka. Widok przecudowny, nie mam jednak ochoty go podziwiać, myslę o tym tylko żeby zejść niżej i schować się od wiatru. Zmusiłem się żeby zrobić jedno zdjęcie (nieostre jak się później okazało http://www.infogryfino.pl/klonos/katmai/imagepages/image52.html ).
         
Udało się zejść. Wróciłem do baraków. Znalazłem tam jakiś stary śpiwór częściowo pokryty grzybem, w którym spędziłem kolejna noc. Następnego dnia pogoda poprawiła się nieznacznie, wysuszyłem wszystko, pobrykałem po okolicy. Jeszcze jedna noc i wróciłem do Brooks Camp fotografować niedźwiedzie. W niedzielę do Anchorage, nowy namiot i autostopem do Talkeetny, gdzie obecnie jestem. Jutro wysyłam mój sprzęt do wspinaczki i parę zimowych rzeczy do domu. Za parę dni rozpoczynam drogę powrotną. Mam nadzieje ze uda mi się przekroczyć granice z Kanada mimo mojej "single entrance visa".
         
To chyba tyle. Pozdrawiam wszystkich serdecznie. Marek
         
P.S. Tęsknię za Agatką i polskim piwkiem... (fluxusowe wtrącenie: skądinąd wiadomo, że Marek tęskni również za polską kiełbasą)
         
Ostatnia relacja Marka z podróży
Powrót Alaska - Gryfino

         
7.jpg Po powrocie z parku Katami Rozmiar: 4400 bajtów(gdzie straciłem namiot) pozostaje tylko pożegnać się z ludźmi, wysłać mój ciężki sprzęt wspinaczkowy, 20 godzin filmu do domu i kupić nowy namiot. Po paru dniach jestem gotów i stoję na drodze z zamiarem opuszczenia Alaski. Moja pierwsza jazda to dwie dziewczyny hipiwanem i namawiają mnie na kolejny festiwal "bluegrass" który w sumie jest mi po drodze. Tam spotykam Gitę, kobietę, która 25 lat mieszkała z dala od cywilizacji na północy Alaski, więc odwiedzam ja też i jej 3 synów. Wreszcie 1 lipca w samo południe stoję na drodze. Po dwóch dniach dojeżdżam 40 mil od granicy z Kanadą. Znów jestem na słynnej "Alaska highway". Wiem, że z następnym kierowca przejadę najmniej kolejne 2 dni i kierowcy to wiedzą więc jest to najcięższe miejsce na łapanie okazji. Po nocy i około 6 godzinach następnego dnia zatrzymuje się młody koleś, (który o dziwo jedzie w przeciwną stronę). Okazuje się ze utknął na Alasce bez prawa jazdy i niema jak wrócić do domu (długa historia zresztą). W rezultacie prowadzę jego auto 4 dni przez Kanadę i takim sposobem znajduje się w stanie Waszyngton. Nie powiem już o tych godzinach spędzonych na obydwu granicach, bo to dość ciężko wytłumaczyć zarówno jego historie jak i moją. Jednak udaje się. Rozstajemy się po 4 dniach morderczej jazdy, (bo zapomniałem napisać że kolega był dość rozrywkowy i w dodatku obchodził 21 urodziny).
         
W małym miasteczku Port Townsend, próbuje lokalnego browaru i poznaje byłego żołnierza, który 6 lat mieszka na żaglówce i ani razu jeszcze nie pływał. Obiecałem mu, więc że pożeglujemy jego łodzią następnego dnia. Wyszło na to, że żeglowaliśmy sobie dwa następne dni z wielką uciechą dla obydwu.
         
Poczułem jednak, że muszę ruszyć się trochę. Wybrałem się więc na 6 dniowy wypad do Olimpic National Park, który był 40 mil dalej. Mój pierwszy park nie na Alasce okazał się bardzo ciepły, zwłaszcza w jednym z niewielu pozostałych na świecie lasów deszczowych, w którym mimo cienia od wielkich drzew cieplej jest niż na słońcu za lasem. Do tego, w parku zaskakuje duża ilość zwierząt i mała ilość ludzi. Najwyższa góra parku ma niecałe 7000 stóp.
        
Po odsapnięciu od aut i ludzi wracam na drogę i kieruje się na południe. Czas na moje pierwsze spotkanie z zimnym Oceanem Spokojnym i surferami. I tak sunę na południe przez kolejne parę dni. W planie mam dojechać do Kalifornii północnej i odbić na wschód przez Nevadę. Los jednak chce inaczej. Zatrzymuje się Kelly który jest swego rodzaju wynalazcą. Obecnie pracuje nad solą z dodatkiem czegoś i wprowadza to na rynek. W każdym bądź razie bardzo mnie polubił i spędziłem z nim następne dwa dni. Popróbowałem trochę kalifornijskich win, których Kelly jest koneserem i pierwszy raz w życiu jadłem mięso z lamy. Później zadzwonił do swojej przyjaciółki spod San Francisco, że musi mnie przejąć. No i w sumie patrząc na moja kilkumiesięczną tułaczkę i piękno oceanu spokojnego zostałem kilka kolejnych dni w małej miejscowości o brzmiącej nazwie "Half Moon Bay". Poznałem trochę młodzieży, trochę też pochodziłem po okolicznych górkach, wylegiwałem się na plaży, nie odmawiałem sobie kąpieli w oceanie, wyciągnąłem chłopaków na piwo na środek "Golden Gate Bridże" i tak zleciało. W rezultacie postanowiłem przejechać do Nowego Jorku pociągiem. Było to bardzo dobre rozwiązanie, bo bym się chyba usmażył po drodze jadąc na stopa. Więc jechałem sobie 4 dni pociągiem, początkowo przez przepiękne tereny zachodu, pustynie i góry skaliste, kanionem Kolorado a później nudne równiny wschodu. Wysiadłem na ostatniej stacji przed Nowym Jorkiem. Po 4 dniach w klimatyzowanym pociągu zlałem się potem w ciągu 40 sek. Kolejnego dnia pojechałem do Dana odebrać rower. Później załadowałem się na ostatnią prawie stacje nowojorskiej kolejki i w południe znalazłem się w środku 8.jpgManhattanu. Los chciał, że mój brat od 10 dni mieszka gdzieś na południowym Brooklynie, więc miałem gdzie spać i zostawić cały sprzęt. Zostało mi 4 dni na doświadczanie Nowego Jorku. Wybrałem oczywiście nocne "zwiedzanie" i nie będę Rozmiar: 8497 bajtówjuż tu opisywał szczegółów, ale ani się zorientowałem a zasuwam już rowerem na JFK, co okazuje się jedną z bardziej morderczych jazd w moim życiu (zresztą jak kiedyś ktoś próbował dojechać na jeden z terminali rowerem, to wie o czym mówię). Lot leci szybko, bo cała drogę próbuje nadrobić kilkumiesięczny brak filmów. W Warszawie jestem pod wieczór. Wyjeżdżam za miasto to jest już ciemno. Pierwszą rzeczą, jaka kupuje jest szczeciński kawior, (czyli paprykarz szczeciński), chleb i browarek. I jest to moja uczta życia. Jestem tak wykończony po ostatnich 6 dniach, że już nie wiem czy spać czy spać, bo myślę tylko o tym żeby gdzieś przespać z 20 godzin. Rano organizm się buntuje i budzę się z lejącą się krwią z nosa. Jednak za taką niesubordynacje karam swój organizm 175 kilometrami w ciężkim upale. Wypijam około 12 litrów płynów i już mi lepiej. Kolacja podobna jak poprzedniego wieczora z tym wyjątkiem że jest pasztet i jeden browar więcej.
         
Kolejnego dnia dojeżdżam o Suwałk (Suwałek he he oni nie cierpią jak tak się pisze) gdzie wesele Adriana i Maliny następnego dnia miało się odbyć. Spotykam się z cala chmarą chłopaków z szalonego życia studenckiego i zapominam już o Alasce i stanach. Zapominam o wszystkim oprócz jednej osoby.
        
Na koniec ostatnia piękna polska przygoda. Wracając z Ełku do Szczecina koleją znika czarodziejsko mi portfel (bez specjalnej zawartości zresztą). Nie ukrywam że spałem jak zabity? Ze Szczecina muszę pedałować o 5 rano (bo w portfelu był bilet), ale za nagrodę mam wspaniały wschód słońca i spotkanie z Fibim nad Odrą (który to odbywając swój codzienny poranny spacer nie mógł uwierzyć własnym oczom i węchowi). Nie będę już tu opisywał szczegółów, ale jego fafel ciągle leży tuż przy mojej nodze a gdy mówię ?idziemy? iskierka mu się w oku zapala z nadzieją na dobrą zabawę. Biorę więc smycz, maszerujemy radośnie za most, znajdujemy ?patyczka? i leci ? Dobrze że już wróciłem?

Pozdrawiam wszystkich serdecznie, mam nadzieje ze relacje i zdjęcia nie zanudziły...
      
Wszystkiego dobrego - Marek z Gryfina
(p.s. Fibi mówi żebym tez pozdrowił od niego hał hał )

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
www.mruwa.prv.pl
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;