Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Egipt na własną rękę!!!
Autor: Michał Kosmowski   
Mam nadzieję, że tytuł was nie przeraził, większość naszych znajomych się przeraziła jak usłyszeli, że wybraliśmy się w podróż do Egiptu na własną rękę. Jeszcze nigdy nie byliśmy na żadnej zorganizowanej wycieczce, no może poza szkolnymi wyjazdami, więc i tym razem zdaliśmy się na własną intuicje i szczęście włóczęgi.

Kupiliśmy bilety, ja i moja dziewczyna Milena, na przelot czarterowy z Warszawy do Hurgady, poczyniliśmy odpowiednie przygotowania, nakupowali mnóstwo leków na „chorobę Faraona” i inne dolegliwości. Naczytaliśmy się wszystkiego, co się dało o Egipcie, dużo nam to pomogło, bo nasze przekonanie o tym, że to turystyczny, więc dość cywilizowany kraj było odrobione mylne.

W końcu upragniony urlop, bagaże, lotnisko itp. Odbyliśmy odprawę, zakupiliśmy odpowiednią ilość alkoholu w strefie wolnocłowej. Po mniej więcej czterech godzinach lotu samolot zaczął kołować nad lotniskiem w Hurgadzie, i pierwszy szok, pierwszy kontakt z inną kulturą. Lotnisko z góry wyglądało dość przerażająco, kilka namiotów rozstawionych na pustyni i pas startowy!!! Jak się potem okazało nie było tak źle, o wiele większy terminal niż u nas w Warszawie, mnóstwo turystów z różnych stron świata, po prostu tłum. Nasze polskie najlepsze cechy charakteru oczywiście dały znać o sobie, po wyjściu z autobusu, który nas przywiózł z płyty lotniska, wszyscy ruszyli z kopyta jakby w samie rzucili właśnie papier toaletowy do kolejek. Niestety trzeba było najpierw kupić wizę w okienku z boku w innej części sali i niestety po chwili zaczęła się bieganina od jednej kolejki do drugiej. Fajny taki nasz polski akcent.

Po szczęśliwej odprawie próbowaliśmy znaleźć jakiś kantor żeby wymienić pieniądze na funty egipskie, ale niestety na lotnisku nie było żadnego kantoru. Podążyliśmy, więc wyjściem z lotniska na parking żeby złapać jakąś taksówkę, która mogłaby nas zawieść do jakiegoś kantoru. Kiedy wyszliśmy na parking większość turystów którzy z nami przylecieli lub przylecieli innymi samolotami w tym czasie zapakowana była już w autokary i po chwili lotnisko opustoszało zupełnie. Zostaliśmy kompletnie sami, my, żołnierze z kałaszami, paru taksówkarzy, którym nie poszczęściło się do tej pory i miażdżący upał. Trochę nas to przeraziło, że zostaliśmy zdani na samych siebie, ale cóż chciało się niezorganizowanej wycieczki to trzeba teraz sobie radzić.

Po krótkich negocjacjach, w których o mały włos nie doszło do rękoczynów zdecydowaliśmy się na taksówkę i pojechaliśmy do banku wymienić pieniądze. Postanowiłem wymienić 200USD żeby mieć jakiś zapas gotówki, zdążyłem już zauważyć, że bankomatów może nie być tu zbyt wielu. Kasjer w banku odliczył rzetelnie należną mi się kwotę i podał mi górą nad szybą okienka. Dlaczego? A to, dlatego że taka ilość pieniędzy nie zmieściłaby się w szparce w okienku!!! Nie pamiętam, jaki był dokładnie wtedy kurs funta do dolara, ale faktem jest, że dostałem cały bloczek 20 funtowych banknotów. Niestety mój portfel nie był przystosowany do takiej ilości banknotów, musiałem, więc schować to w kieszeni.

Taksówkarz odwiózł nasz na dworzec autobusowy, mieliśmy, bowiem w planie od razu tego samego dnia jechać do Luxoru. Na dworcu oczywiście ciężko cokolwiek było się dowiedzieć, rozkład jazdy w obcym nieznanym języku. W informacji podali nam czas odjazdu autobusu,  do Luxoru, ale pan w okienku poinformował nas również, że ten autobus może będzie może nie będzie, nie wiadomo!!! Jedni mówili, że ma być za 15 minut inni, że już pojechał, po prostu szok. Ktoś proponował, że nasz zawiezie do swoim samochodem za jakąś horrendalną kasę, ktoś inny proponował nam wycieczkę jeepami, po prostu super. Siedzieliśmy tak na schodach dworca kompletnie załamani, na domiar tego ciągle ktoś nas zaczepiał, jak nie z jakąś propozycja nie do odrzucenia, hotelu lub wycieczki to biedne obdarte dzieci, które prosiły o pieniądze. Koszmar, po prosty koszmar!!!

Czekając tak na niewiadomo na co w akcie desperacji zaczepiliśmy dwie turystki z pytaniem czy nie wiedzą może czegoś więcej na temat autobusu do Luksoru. Okazało się, że są z Niemiec i zamierzają jechać do Al Quazir, to taka miejscowość trochę nie podrodze do Luksoru, tuż nad morzem. Nie wiele się zastanawiając postanowiliśmy się do nich przyłączyć. W sumie nie mieliśmy wyboru, bo i tak nie było innego autobusu w tamta stronę. Woleliśmy jechać gdziekolwiek niż zostać na tym dworcu i opędzać się w kółko od chcących zarobić tubylców. W końcu dwójka białych turystów z plecakami to smakowity kąsek.

Po kilku godzinach jazdy autobusem wraz z miejscowymi, odpierając ciągłe pytania skąd jesteśmy, gdzie jedziemy, dotarliśmy na miejsce. Niestety był tylko jeden hotel w tej miejscowości, zresztą nie mieliśmy siły na szukanie innego i niestety dość drogi jak na standard, jaki reprezentował.

Po zakwaterowaniu postanowiliśmy wyjść na spacer zobaczyć miasto itp. Szybko jednak zorientowaliśmy się, że nie był to najlepszy pomysł, biegające szczury po ulicach i wszędzie panujący bałagan skutecznie nas przestraszył. Wszyscy się na nas dziwnie patrzyli, wyraźnie byli bardzo zdziwieni naszą obecnością. Okazało się, że byliśmy jedynymi turystami w tym mieście i że raczej turyści się tu nie zapuszczają. Szybko wróciliśmy do hotelu i poszliśmy spać.

Rano po szybkim śniadaniu szybko udaliśmy się na dworzec żeby złapać autobus do Luksoru. Bezpośrednio niestety niczego nie było musieliśmy się wrócić w stronę Hurgady do Miejscowości Safaga i tam dopiero złapać właściwy autobus. W Safadze na dworcu było jeszcze fajniej!

1.jpg  2.jpg  3.jpg

Musieliśmy czekać kilka godzin na autobus, więc mieliśmy trochę czasu na obserwacje miejscowej ludności i panujących tam zwyczajów. Widzieliśmy np. scenę, kiedy to kilka arabskich kobiet ubranych w czarne burki, próbowały wynegocjować z kierowcom autobusu żeby je zabrał wraz z całym dobytkiem. Awantura była niezła łącznie z szarpaniną i rzucaniem się pod koła autobusu. Baliśmy się robić zdjęć, a szkoda, bo było by, co pokazać. Pisząc, że te kobiety były z całym dobytkiem nie przekoloryzowałem. Te kobiety chciałby przewieść autobusem dywany, stoły, krzesła, wielkie tobołki chyba z pościelą, i masę toreb, reklamówek, kuferków. Kierowca nawet jak by chciał to wszystko zabrać nie miał by gdzie tego upchnąć.

W końcu przyjechał właściwy autobus i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. W trakcie kilku godzinnego wysłuchiwania arabskiej muzyki i przymusowego oglądania jakiś seriali na autobusowym telewizorku, poznaliśmy grupkę polskich turystów, którzy wybrali się na jednodniowe zwiedzanie Luxoru. Byliśmy trochę zdziwieni, że chcą w jedno popołudnie zwiedzić Luxoru i jeszcze wrócić do Hurgady. Oczywiście przecenili się trochę, bo do Luksoru dotarliśmy w późnym popołudniem. My wyruszyliśmy znaleźć sobie jakiś hotel, a oni ruszyli na zwiedzanie, mieli zaledwie dwie – trzy godziny, więc nie pozostawało im nic innego jak wynająć taksówkę i zobaczyć wszystko przez z okna samochodu.

4.jpg  5.jpg


Znaleźliśmy w końcu tani hotel nie daleko świątyni, byliśmy tak zmęczeni, że w zasadzie nie robiło nam żadnej różnicy byle by było gdzie spać i gdzie się umyć. Pokój był z widokiem na miejscowy bazar, co jak się później okazało było dość uciążliwe. Myśleliśmy po prostu, że bazar zaraz się skończy i w nocy będzie cicho i spokojnie. Tym czasem handel trwał prawie całą noc a trąbienie samochodów ustało dopiero nad ranem i od razu zaczęło się od nowa. Pokoik był przytulny, klimatyzacja itd. Niestety była tak głośna, że nie dało się przy niej spać, ale za to skutecznie tłumiła hałasy z pobliskiego bazaru. Pocieszające jest to, że po tak męczącym dniu wszelkie hałasy nie były w stanie zakłócić nam snu.


6.jpg  7.jpg

Kolejnego dnia zaplanowaliśmy zwiedzanie świątyni Luksorskiej, wybraliśmy się tam już o 7 rano tak żeby ubiec tłumy turystów dowożonych autokarami z kurortów.  Świątynia zrobiła na nas ogromne wrażenie, niesamowitej wielkości kolumny, wszystko rzeźbione po prostu czad. Pomijając całą wagę historyczną którą obarczone jest to miejsce, nawet dla ignoranta i laika jest to niesamowite przeżycie.  Kolejnego dnia wybraliśmy się do Karnaku a potem do doliny Królów. Po owocnych negocjacjach z taksówkarzem pojechaliśmy na drugi brzeg Nilu, zakupiliśmy bilety i już pieszo poszliśmy zwiedzać grobowce Faraonów. Bilet zakupiony w kasie uprawnia do wejścia tylko do trzech wybranych grobowców, wykluczając grobowiec Tutenchamona, tu jest oddzielna opłata niezależna od biletu, jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć więcej grobowców musi kupić po prostu więcej biletów. Bowiem bilety są kasowane przy wejściach do grobowców a nie przy głównej bramie.

W dolinie Królów jest około 62 grobowców nie wszystkie są dostępne dla zwiedzających dożo jest zamkniętych z niewiadomych powodów, cześć jest w trakcie renowacji, albo po prostu są jeszcze prowadzone prace wykopaliskowe.  Nam udało się zobaczyć 5 grobowców na tyle starczyło nam sił i cierpliwości w przepychaniu się w śród tłumów turystów z różnych stron świata. Większość z nich jak mniemam nie była zbytnio przejęta ani historią tego miejsca ani jego charakterem. Było nie było to w końcu nekropolia, czyli miejsce gdzie spoczywają zmarli, fakt że większość z nich zamiast spoczywać w grobowcach spoczywa w muzeach, niemniej jednak moim zdaniem należy im się jakiś tam szacunek. Większość po prostu zaliczała w biegu kolejne grobowce, wlokąc się jak na skazaniu za przewodnikiem lub jak pewna grupa Włochów przebiegając po grobowcach, hałasując i żartując do woli, zupełnie nie zwracając uwagi nawet na to co jest w środku. Podejrzewam że większość nie zapamiętała nawet gdzie była.

Zaskoczyło mnie a zarazem zirytowało niedbalstwo ludzi którzy powinni jakoś opiekować się tymi zabytkami, jakoś o nie dbać a nie tylko czerpać zyski z turystyki. W zdecydowanej większości grobowców hieroglify, malowidła na ścianach nie było niczym zabezpieczona przed palcami, dłońmi, długopisami, mazakami a nawet jak mi się wydaje scyzorykami wścibskich turystów, pragnących zaznaczyć tam swoją obecność. W niektórych oczywiście wszystko było przesłonięte pleksi ale duża część ścian jest zupełnie odkryta. Szkoda że to co przetrwało tysiące la nie przetrwa być może naszego wieku, wieku turystyki!

Zmęczeni słońcem, turystami i całą cepelią wokół grobowców ruszyliśmy górską ścieżką do świątyni Hatshepsut, oczywiście od razu przyczepił się do nas uczynny przewodnik, który skutecznie przekonał nas że wskaże nam prawidłową drogę. Przeprowadził nas na wzgórze jakąś dziwną ścieżką twierdząc że ci wszyscy ludzie którzy idą obok, idą złą drogą i się na pewno zgubią. W ostateczności doprowadził nas do tej właśnie ścieżki tylko bardziej krętą drogą, skutecznie wykorzystując czas na wciskanie nam za piramidalne kwoty różne widokówki, posążki itp. Nachalność tego gościa była niezwykła, zniesmaczony że nic u niego nie nabyliśmy po okazyjnych cenach, szedł jeszcze długo za nami próbując wyłudzić pieniądze za rzekomą pomoc. Byliśmy naprawdę szczęśliwi, że w końcu sobie odpuścił po interwencji stojącego opodal funkcjonariusza policji turystycznej. Okropny skwar i ciężka górska droga nie była w stanie nas bardziej zmęczyć niż ten gość, w takich chwilach żałowaliśmy że nie wykupiliśmy wycieczki i nie jedziemy teraz klimatyzowanym autokarem zamiast iść pieszo kilka kilometrów. Z drugiej strony nie było by co wspominać!

8.jpg  9.jpg

Wycieczkowiczom w autokarach nie ma moim zdaniem czego pozazdrościć, zostali bowiem pozbawieni widoków roztaczających nas w trakcie wędrówki! Kiedy dotarliśmy w końcu na szczyt gór zobaczyliśmy Świątynie u naszych stóp z jednej strony a Dolinę Królów z drugiej strony. Widok był niesamowity!!! Patrzyliśmy na rozciągającą się pod nami Świątynię Hatshepsut w całej okazałości, a w oddali widać było Nil i Luksor. Dotarliśmy zboczem do wejścia, okazało się że po bilety trzeba jeszcze przejść kawałek, przedzierając się przez zgraje sklepikarzy próbujących za wszelką cenę wcisnąć jakieś pamiątki. Świątynia Hatshepsut była niesamowita, zachowały się tam oryginalne kawałki pokolorowanych hieroglifów i malowideł na suficie. Musiało to nieźle wyglądać w czasach swojej świetności. Zwiedziliśmy jeszcze okoliczne świątynie, Ramesseum i oczywiście Kolosy Memnona, niestety na dolinę Królowych już nie mieliśmy sił. Do hotelu wróciliśmy przepływając publicznym promem za jednego funta na drugi brzeg Nilu.

Tego samego dnia wieczorem, postanowiliśmy pospacerować sobie wzdłuż Nilu obejrzeć zachód słońca itd. Spacer przeistoczył się w godziny naprawdę miły rejs Feluką po Nilu. Właściciel feluki był chyba bardzo zdesperowany bo biegł za nami dość długo obniżając cenę swoich usług. Po drodze oczywiście kupiliśmy po bardzo okazyjnej cenie figurkę kota z alabastru, na papirusy i perfumy już nie daliśmy się namówić. Chyba tak naprawdę wtedy przestało mam przeszkadzać ich ciągłe zaczepianie, nakłanianie do kupna czegoś itp. Zaczęliśmy to traktować jako atrakcje turystyczną. Trzeba to polubić i się do tego przyzwyczaić tak jak trzeba się przyzwyczaić do upału, nieczystości na ulicach i wszędobylskiej arabskiej muzyki.

Kolejnego dnia pojechaliśmy pociągiem do Asuanu. Bilet w przedziale pierwszej klasy, klimatyzacja, wygodne fotele itd. To oczywiście kolejny kontrast z samym dworcem w Asuanie, brudem, bałaganem i napastliwymi naganiaczami. Po około godzinnej wędrówce z plecakami po okolicznych hotelach w końcu znaleźliśmy coś na naszą kieszeń i z w miarę przyzwoitymi warunkami. Hotel nazywał się Horus i był przy ulicy biegnącej wzdłuż Nilu, okno naszego pokoju skierowane było właśnie na Nil.

W Asuanie pierwszego dnia pochodziliśmy po prostu po mieście, żeby zorientować się gdzie co jest, znaleźć jakąś knajpę, sklep, potem popłynęliśmy Feluką na wyspę Elefantynę. Z hotelu mieliśmy widok na przypływające hotelowce, które cumowały na dzień lub dwa i płynęły dalej. Przez kolejne dni zaliczyliśmy Muzeum Nubijskie, Koptyjską Katedrę, Muzeum Asuańskie, Wyspę Roślin. Następnego dnia wykupiliśmy wycieczkę do Abu Simbel wraz z zwiedzaniem w drodze powrotnej wyspy File. Trzeba było wstać o drugiej rano i ruszyć w kilku godzinną drogę busem. Trafiło nam się jechać w bardzo ciasnym i zatłoczonym busie, to chyba konsekwencja niskiej ceny. Kierowca dołączył do konwoju autokarów jadących do Abu Simbel, prowadząc nocą nie używając świateł ale za to nadużywając klaksonu. Na szczęście dotarliśmy do celu w jednym kawałku.

Świątynia Słońca i Świątynia Nefertari w Abu Simbel zrobiły na mnie dwojakie wrażenie. Po pierwsze, zachwyt samych budowli, ich ogrom, to że zostały wykute w litej skale itd. Po drugie zniesmaczenie dlatego że te świątynie przetrwały tysiące lat nienaruszone dopóki nie musiały ulec chęci zysku współczesnych ludzi. Pewnie to wszyscy wiedzą ale mimo to napiszę. Rząd Egipski chcąc czerpać zyski z produkcji energii elektrycznej zbudował tamę na Nilu w Asuanie, gromadząca się woda zalała wszystko powyżej tamy miedzy innymi Świątynie w Abu Simbel. Chcąc uratować te zabytki UNESCO zorganizowało operacje przeniesienia świątyń o 61m wyżej w głąb lądu. Świątynie pocięto na kawałki i na sztucznie zbudowanej górze poskładano z powrotem. To samo zrobiono z świątyniami z okolic Asuanu między innymi Świątynią Izydy na wyspie File, która po zbudowaniu pierwszej tamy znikała na pół roku pod spiętrzająca się i opadającą wodą. Kiedy miano zbudować dużą tamę Unesco i Eao przeniosło świątynie na sąsiednią wyspę, której krajobraz przekształcono tak, żeby wyglądała podobnie jak na File. Dodam, że ta cała budowa tam w Asuanie miała podbudować Egipską gospodarkę, kraj miał zarabiać na sprzedaży energii elektrycznej a tym czasem elektrownia jest wykorzystywana tylko w połowie swoich możliwości. Należy też wspomnieć, że tamy uregulowały bieg Nilu co pomaga rolnikom prowadzić całoroczne uprawy roślin. Jak w każdej tego typu sprawie są za i przeciw.

Asuan opuszczaliśmy w pośpiechu! Trzeciego dnia po powrocie z Abu Simbel i File byliśmy okrutnie zmęczeni, poszliśmy spać nie planując wyjazdu tej nocy. Mieliśmy to szczęście że mieszkaliśmy w pokoju nad którym odbywały się co noc jakieś imprezy. Mniej więcej o godzinie jedenastej zaczynało się imprezowanie, ktoś grał na bębnach, grzechotkach itp instrumentach mniej więcej do piątej, szóstej rano, nie pomagało zatykanie uszu, po prostu nie dało się spać. O koło piątej rano nie wyspani, wkurzeni postanowiliśmy spakować się i jak najszybciej się da wyjechać z tego miasta. Zapłaciliśmy za hotel i ruszyliśmy na dworzec, żeby złapać autobus do Hurghady. Postanowiliśmy wrócić nad morze i odpocząć. Autobus miał być o szóstej rano, w informacji zapewniano nas że za 5 – 10 minut autobus przyjedzie! Przyjechał o 8 rano! Spędziliśmy dwie godziny na dworcu. Stwierdziliśmy, że w tym kraju tak naprawdę 5 minut oznacza mniej więcej godzinę, potwierdziło się to nam później i wcześniej kilkakrotnie.

Podróż do Hurghady była okropna! Nie dość że się wyczekaliśmy na dworcu, to jeszcze przez całą drogę nasłuchaliśmy się do bólu ich muzyki naoglądaliśmy się ich dziwnych filmów. Kierowca zatrzymywał się chyba w każdej wiosce, zabierając wszystkich, dobrze że mieliśmy miejsca siedzące. Momentami był taki tłum że autobus się ledwo ruszał z miejsca. Kierowcy się na dodatek wyraźnie nie spieszyło, miałem wrażenie że chwilami zasypia na kierownicy, pokładał się na niej, czasami wciskając pedał gazu, ale przez większość czasu po prostu się toczył z górki. Miałem chwilami ochotę wyciągnąć do z za kierownicy i samemu poprowadzić. Z Asuanu do Hurghady jechaliśmy około  14 godzin.        

W Hurghadzie w starej dzielnicy znaleźliśmy hotel El-Arosa i tam zostaliśmy na resztę turnusu czyli 5 dni.  Całkiem fajny hotel, dobre jedzenie, czyste pokoje, plaża po drugiej stronie ulicy w Geisum Village. Kolejne dni upływały nam na snoorkowaniu przy hotelowej plaży, na wycieczkach na rafy. Jednego dnia wykupiliśmy całodniową wycieczkę na wyspę Giftun wraz z snoorkowaniem na okolicznych rafach. Kolejnego dnia pojechaliśmy na Safari na Kładach. Wycieczka była bardzo fajna wyjechaliśmy popołudniu busem do bazy, z której na kładach jechaliśmy około godziny przez pustynie do wioski Beduinów. Tam zostaliśmy na podziwianie zachodu słońca i przyglądanie się zwyczajom życia Beduinów na pustyni. Droga powrotna była szczególnie interesująca! W absolutnej ciemności jechaliśmy kładami przez pustynie, drogowskazami były tylko światła poprzedzającego nas czterokołowca. Ostatnie dni spędziliśmy na opalaniu się na plaży, pływaniu i wieczornych zakupach na pobliskim bazarze.
 
Mimo wszystkich niedogodności, nasza wyprawa była naprawę super! Myślę że jak nie w następne wakacje to może w kolejne wybierzemy się znowu do Egiptu dokończyć naszą przygodę z tym krajem. Nie starczyło nam bowiem czasu i chyba sił żeby zobaczyć Kair, Aleksandrię i Synaj. Polecam wszystkim Egipt, zwłaszcza tym którzy maja na tyle odwagi żeby zobaczyć go po swojemu a nie w taki sposób jak to serwuje nam biuro podróży.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
Strona, z której pochodzi relacja.
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;