Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Powrót do Laguny Zielonego Żółwia
Autor: Cezary Kędzia   
1.jpgObudziłem się rano lekko zmęczony. Jednak śniadanie w hotelowej restauracji obficie zapite dużą ilością mocnej herbaty z limonką, przywróciło mi doskonałą kondycję. Nasze dzisiejsze plany poznałem już wczoraj wieczorem. Chcieliśmy ponurkować na rafie El Fanadir. Wyjazd był zorganizowany przez dive center Lion Heart, prowadzany przez rosyjsko-egipskie małżeństwo- Lenę i Safi`ego i zlokalizowany w down town w okolicy hotelu Sea Gulf. Punktualnie o dziewiątej mały bus zajechał pod nasz hotel i pojechaliśmy do siedziby centrum.W Lwim Sercu panował totalny bałagan i chaos. Nie posiadali oni swojego statku, lecz wynajmowali go w porcie. Na samą myśl o powrocie do portu robiło mi się niedobrze. Niestety, ale trzeba było przeżyć następną godzinę, oddychając mieszanką spalin diesela oraz smrodu rybich wnętrzności. Po dwudziestu minutach, zaciskając nosy, zaokrętowaliśmy na niewielki - dwunastometrowy, dwupokładowy statek. O dźwięcznym imieniu Dilaila .Załogę stanowili leciwy kapitan wraz z młodym marynarzem. Oprócz naszej czwórki na statek wsiadła Lena - właścicielka Lwiego Serca, wraz z przewodnikiem Hamdim. Oprócz nas, profesjonalnych nurków, na statek wsiadła para “czajników”( tak nurkowie nazywają osoby pływające z maską płetwami i rurką) -egzotyczne, duńsko-koreańskie małżeństwo. Koreanka miała nieproporcjonalnie do swojej filigranowej figury duży ,silikonowy biust ledwo przykryty trójkątnymi skrawkami materiału. To wraz ze stringami wywoływało spory entuzjazm u marynarzy i pracowników portu. Jej twarz przypominał Yoko Ono z okresu młodości. Długie -ufarbowane na blond włosy podkreślały egzotyczny charakter tej drobnej osóbki. Towarzyszył jej duński, nijaki blond mąż. Z ulgą powitałem moment wypłynięcia z portu. Ze słuchawkami przepełnionymi muzyką Republiki na uszach, leżąc na dziobowym pokładzie rozkoszowałem się słońcem, czystym powietrzem i słonawą bryzą. Było mi dobrze i beztrosko. Mój codzienny świat pełen trosk, kłopotów i konfliktów był daleki i tak nierealny, że zasnąłem jak niemowlę. Nasza wczorajsza impreza zakończyła się około drugiej nad ranem , a przed zejściem pod wodę trzeba był trochę wypocząć. Obudziło mnie szarpnięcie liny cumowniczej. Jak na mój gust kapitan zbyt kanciasto i brutalnie sterował statkiem. Czas na przygotowanie sprzętu. Lena i Andy doskonale znali tę rafę. Ja miałem nurkować na niej po raz pierwszy. El Fanadir to nic innego jak krawędź rafy opadająca stromo na głębokość 20 metrów. Sama rafa ciągnie się od oddalonego o 10 kilometrów brzegu na głębokości od 2 do 3 metrów. Mieliśmy płynąć pod prąd. Wiera przypomniała sobie , że w zeszłym roku właśnie na tej rafie widział z daleka rekina wielorybiego. Jeszcze ostatnie splunięcie w maskę , inflator w górę i powoli zeszliśmy na dno wypatrując charakterystycznych punktów orientacyjnych , które w powrotnej drodze pomogą zlokalizować położenie naszego statku. Znaleźliśmy niewielki słup z koralowca wręcz oklejony stadem złoto-czarnych luszczyńców. Ryby falowały powodując , że słup wydawał się jednym, olbrzymim, pulsującym rytmicznie organizmem. Walcząc z silnym prądem, powoli posuwaliśmy się wzdłuż rafy . Piękne i kolorowe ustniczki cesarskie wraz z chetonikami niczym gigantyczne broszki dekorowały ścianę rafy. W odległości koło dwóch metrów przed nami majestatycznie przepłynął olbrzymi półtorametrowy napoleon. „ Ma ponad 60 kilo!” - wizualnie zważyłem rybę. Jego czoło zdobiła potężna narośl . Ciekawska i przyjaźnie nastawiona ryba ufnie zwróciła pysk w naszym kierunku. Nie miałem nawet najmniejszych wątpliwości , że była w przeszłości dokarmiana przez nurków . Pogłaskałem rybę po wydatnym czole, jednak to nie zrobiło na niej żadnego wrażenia. Zauważyłem na brzuchu olbrzyma kilka drobnych ryb -czyścicieli. Był to układ korzystny dla obu stron. Napoleon pozbywał się uciążliwych pasożytów , a drobne rybki- czyściciele były obficie zaopatrzone w pokarm .

Wskaźnik ciśnieniomierza na mojej konsoli pokazywał 100 barów- był to bezwarunkowy sygnał do powrotu. Wiera z dezaprobatą pokręciła głową pokazując , że ma 150 barów. Podobnie było z Andym. Azotowi maniacy popłynęli dalej , a my z Maksem zawróciliśmy w kierunku statku. Promienie słoneczne jasno rozświetlały toń nadając jaskrawych barw koralowcom, gdy nagle nad moją głową zrobiło się nieprzyjemnie mroczno. Początkowo myślałem , że nad nami przepływa spora łódź, lecz po chwili okazało się, że to żyje. „ Ki diabeł ?- pomyślałem- Przecież w Morzu Czerwonym nie ma wielorybów.” Jednak szybko zrozumiałem swoja pomyłkę, przypominając sobie opowiadania Wiery. Mieliśmy nad sobą rekina wielorybiego w całej okazałości. Olbrzymia ryba miało chyba ze 12 metrów długości. Nie omieszkaliśmy do niej podpłynąć z respektem trzymając się z dala od ogona. To największe zwierzę spotykane w tych wodach, miało paszczę wielkości sporej studni, jednak zupełnie nieszkodliwą, bo służącą wyłącznie do filtrowania planktonu. Rekin nie zareagował na nasze poufałości i miałem okazję obejrzenia jego potężnego oliwkowego -nakrapianego białymi plamkami cielska z całkiem bliska. Niestety, zafascynowany wspaniałą rybą, nie zauważyłem, że w mojej butli praktycznie skończyło się powietrze. Miałem 30 barów , a to powinno starczyć na powrót do łodzi. Starczyłoby, gdyby łódź stała na swoim miejscu. Jednak nad naszym punktem orientacyjnym nie było statku. Poczułem ,że już nie mam czym oddychać i pokazałem Maksowi charakterystycznym gestem, brak powietrza. Maks usłużnie podał mi swój octopus i oddychając na jego butli niczym na smyczy rozpoczęliśmy poszukiwania naszego statku. Na szczęście znalazł się 200 metrów dalej. Pokręcony kapitan nigdy jeszcze pewnie nie słyszała takiej ilości polskich i rosyjskich przekleństw , które posypały się na jego siwą głowę po naszym wejściu na statek. Chyba co nieco zrozumiał, bo pokornie schował się na górnym pokładzie. Jak pokazały późniejsze zdarzenia, nie był to zdecydowanie jego najlepszy dzień . Po chwili na pokład wróciła Lena z Hamdim. Przynieśli ze sobą 2 spore graniki zwane przez miejscowych grupperami oraz niewielkiego tuńczyka , które to ustrzelili przy pomocy kuszy . Chociaż nie przepadam za rybami to perspektywa fileta z tuńczyka przedstawiała się całkiem interesująco. Frytki wesoło skwierczały na oleju, a na stole pojawił się świeży chleb, ugotowany ryż i kilka sałatek. W brzuchu mi zaburczało , a ślina napłynęła do ust. Generalnie nurkowanie jest sportem dość wyczerpującym i wymagającym sporego wydatku energetycznego. Na dowód tego mogę powiedzieć, że podczas tygodnia intensywnego nurkowania oraz diety bezwieprzowinowej tracę bez większych problemów około 7 kilogramów wagi ciała. Dieta cud. Po zjedzeniu smakowitej ryby panierowanej w miejscowych przyprawach rozłożyliśmy się na górnym pokładzie, popijając słodką egipską herbatę. Wracając do łowienia ryb to przed ponad 4 laty, gdy po raz pierwszy odwiedziłem Egipt, zabrałem ze sobą sprzęt wędkarski. Niestety okazało się że wędziska i kołowrotki w egipskich warunkach są całkowicie nieprzydatne. Liczne zaczepy szybko wybiły mi z głowy tradycyjne wędkowanie. Miejscowy sprzęt to deseczka z nawiniętą nań żyłką grubości około 2 milimetrów z dużym hakiem i zaklepanym na końcu sporym kawałkiem ołowianej blachy. Taki sprzęt może pokonać każdy zaczep. Za przynętę służy głównie mięso kalmara lub innej ryby. Wyciąganie sporej 5 kilogramowej ryby z głębokości około 20 metrów można porównać do taszczenia wiaderka wody ze studni. Trofeum takich połowów najczęściej stanowiły wielobarwne graniki, zielone chelinusy oraz sporadycznie pelagiczne tuńczyki , barrakudy i karanksy .

Odsapnęliśmy po obfitym i pożywnym obiedzie i przyszedł czas na odpoczynek przed drugim nurem. Wgramoliłem się na górny pokład. Smaczny i obfity obiad oraz od kilku minut nasilająca się fala spowodowały u mnie miłe i błogie uczucie senności , zaprawione z lekka niewielką dozą lenistwa. Niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem ten , który nigdy nie poczuł tego słodkiego uczucia ociężałości. A dlaczego by nie ? Przecież jestem na urlopie. Do następnego nura zostało około 40 minut , więc bez żenady wyciągnąłem się na ławce górnego pokładu. Nadludzkim wysiłkiem wetknąłem w uszy słuchawki walkmana. Ostatecznie zostałem uśpiony przez grupę DAAB i ich przebój „ W moim ogrodzie „ .
Nagle obudziło mnie brutalne szarpnięcie łodzi. Okazało się, że kapitan postanowił zmienić miejsce naszego postoju w związku z nasilającym się północnym wiatrem . Obudziłem się delikatnie mówiąc zły, mrucząc pod nosem niecenzuralne słowa pod adresem niezdarnego sternika. Cumy zostały rzucone, jednak próby zapalenia silnika spełzały na niczym . Gdy silnik zawył na wysokich obrotach, było już za późno. Nasza łajba została zepchnięta przez falę i wiatr na płytko położną rafę. Twarde jak kamień koralowce zazgrzytały o dno. Kapitan rozpaczliwie próbował powrócić na głęboką wodę, jednak wszystkie te wysiłki tylko pogarszały sytuację. By odciążyć rufę , która osiadła na rafie, przeszliśmy wszyscy na dziób. Nagle, duża boczna fala rzuciła energicznie statkiem kładąc go praktycznie na lewej burcie . Tuż obok mnie przeleciała niczym lalka Koreanka. W ostatniej chwili udało mi się złapać ją za ramię. Kurczowo uczepiona mojej dłoni wisiała za burtą. Po kilku sekundach wrak wrócił do pozycji horyzontalnej. Szybko przemieściliśmy się z powrotem na rufę statku i to, co ujrzeliśmy przez otwór ładowni, pozbawiło nas wszelakich wątpliwości. Statek w szalonym tempie nabierał wody. Z poszycia tego, co kiedyś było dnem Dilaili, sterczał duży krzak koralowca. Kapitan stał na mostku. Miotały nim torsje . W ciągu zaledwie kilku minut stracił dorobek swojego życia, bo jak się później okazało statek nie był ubezpieczony. Koreańsko-duńska para rozpaczliwie krzyczała i prawdę mówiąc wcale im się nie dziwię. Dla nich romantyczna wycieczka do podwodnych ogrodów skończyła się dramatyczną walką o życie . Już po kilku minutach wyskoczyli za burtę raniąc dotkliwie ciała o ostre jak szkło krawędzie korali. Pozostawili na tonącym wraku kamerę , aparat fotograficzny , pieniądze i ubrania, ale w tym momencie te luksusowe przedmioty nie stanowiły dla nich żadnej wartości. Nieoczekiwanie Dilaila stanęła dęba dziobem do góry. Poczułem się niczym bohater Cameronowskiego Titanica. Po pokładzie zaczęły fruwać pełne i puste butle z powietrzem, a to już zaczynało być naprawdę groźne. Ewentualny kontakt z taką butlą mógł doprowadzić do śmierci , a w najlepszym przypadku skończyć się połamaniem kręgosłupa lub kończyn. Tragizmu sytuacji dodawał fakt, że w zasięgu naszego wzroku nie było innej jednostki pływającej. Z reguły w popularnych miejscach nurkowych na kotwicy stało kilka statków, jednak pora była już późna, a i El Fanadir ze względu na silne prądy nie cieszyła się zbytnią popularnością wśród braci nurkowej. Wszystko wyglądało zdecydowanie nieciekawie . Momentalnie podjęliśmy ostateczną decyzję o ewakuacji. Zanim jednak do tego doszło, Andy nie omieszkał się z nami podzielić kilkoma łykami whisky, która pozwoliła choć na chwilę uspokoić nasze napompowane adrenaliną organizmy. Gorączkowo naciągnęliśmy na siebie pianki, jackety*, które po nadmuchaniu ustami( zwykle robi się to powietrzem z butli) zachowywały się jak kapoki. Założyliśmy też płetwy i maski. Fala była coraz większa, a statek nieodwracalnie pękał wzdłuż i tonął . Jeszcze tylko w pośpiechu zapakowałem zegarek , komórkę , pieniądze i odtwarzacz do wodoszczelnego worka, a następnie włożyłem to do torby ze sprzętem i zdecydowanie wyskoczyłem za burtę. Prąd w tym miejscu był bardzo silny, a pływanie z torbą nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy. Kilka minut po tym, kiedy ostatni rozbitek opuścił pokład, statek zaczął trzeszczeć i rozpadł się na pół niczym łupina orzecha. Obie części zaczęły spadać w kierunku głębokiej wody i po chwili w grobowej ciszy zatonęły. Po Dilaili pozostały tylko liczne pęcherzyki powietrza i zawirowanie wody. Niemym świadkiem tragedii i jedyną widoczną pozostałością po dwunastometrowej Dilaili był stojący na płytkiej rafie ponad półtonowy silnik, który przywodził mi na myśl płytę nagrobną.

Kątem oka zauważyłem zrozpaczone egzotyczne małżeństwo walczące z prądem i zalewającą ich falą . Oboje byli strasznie zmęczeni , poranieni i opici słoną wodą. Fala zaczęła narastać i powoli zapadał zmrok. W Egipcie o godzinie 17 jest ciemno jak w ....... (już teraz wiem, skąd się wzięło określenie „egipskie ciemności”). Mijała druga godzina naszego moczenia się w wodzie. Koreanka zaczęła tracić przytomność. Po chwili zastanowienia, walcząc z dużą falą przypływową, zdjąłem z siebie jacket i wciągnąłem go na azjatycką piękność, co pozwoliło jej unosić się swobodnie na powierzchni bez większego wysiłku.

Pokazałem Duńczykowi jak wdmuchiwać powietrze przez inflator, co też czynił z zapałem godnym Romea ratującego życie skośnookiej Julii.

Zrobiło się całkiem ciemno, a my zbiliśmy się w ciasną grupę. Spróbowałem czubkami płetw dotknąć dna, ale go już tam nie było. Prawda była raczej okrutna - dryfowaliśmy na pełnym morzu. „Przy dobrym wietrze jutro będziemy na Synaju” - zażartowałem . Żart jednak nie spotkał się ze zrozumieniem współrozbitków. Rosjanie pocieszali się nawzajem, a kapitan milczał jak grób rodzinny czteromiejscowy . Miał chłopina o czym myśleć. Tego Ramadanu nie zapomni na pewno do końca życia. Nie bałem się utonięcia , nurtowała mnie jednak nieustannie jedna myśl . Drapieżniki wychodzą na żer właśnie w nocy i jeżeli nie widzimy ich w trakcie dziennych nurów, to nie znaczy , że ich tam nie ma. W Morzu Czerwonym spotyka się rekiny lamparcie , rekiny młoty oraz rekiny białoczube. Co prawda jest ich więcej w okolicach Synaju, jednak my znajdowaliśmy się w odległości kilkunastu kilometrów od brzegu. Do ostatniego ataku rekina w tych wodach doszło podobno w 1998 roku, kiedy to rekin tygrysi (lub jak kto woli lamparci) skonsumował młodego rybaka w okolicach Safagi. Na samą myśl o takim spotkaniu zrobiło mi się chłodniej i przebiegł mi dreszcz po plecach. Nie miałem zamiaru dokonać swojego żywota jako smakowity befsztyk w paszczy rekina ( hmm... a miałby, co jeść). Moje ludojadowe rozmyślania przerwał okrzyk Maksima. W odległości kilku kilometrów widać było światła statku. Istniały dwie możliwości. Mogła to być ekipa nurków wybierających się na nocne nurkowanie ( w tym wypadku szanse , że na nas przypadkowo trafią były raczej marne) i druga bardziej korzystna dla nas , że jest to ekipa ratunkowa. Niestety, statek był za daleko . Szum fal zagłuszył nasze wrzaski. Pół godziny później światło znikło z pola widzenia. Zaczęło się robić nieprzyjemnie zimno. Pomimo że woda w Morzu Czerwonym ma około 25 stopni, to niestety temperatura powietrza w nocy spadała do 15 stopni. Mój komputer nurkowy pokazywał godzinę 23.30. Byliśmy wyczerpani, głodni , spragnieni i wychłodzeni. Szczególnie wyziębienie dawało się we znaki Kim (tak miała na imię Koreanka). Ona była praktycznie naga. Stringów i atrapy górnej części bikini niestety nie można było nazwać odzieżą. Dziewczyna dostała z zimna drgawek. Andy rozpiął swoją torbę nurkową i zaczął w niej grzebać. Ku naszej wielkiej radości wydobył z niej 1/3 butelki whisky i litrową butlę wody mineralnej.

Spory łyk alkoholu choć na chwilę poprawił nam nastroje, a skrzętnie rozdzielona wśród rozbitków woda zaspokoiła pragnienie. Zrobiło mi się na tyle dobrze , że zmusiłem swój wyczerpany i zestresowany umysł do wysiłku . Przecież w swojej torbie miałem zapakowaną w foliowy worek komórkę! Delikatnie, by nie zamoczyć urządzenia wydobyłem z worka foliowego swoją Nokię. Lena podyktowała mi szybko numer komórki swojego męża. Na szczęście Safi odebrał telefon. „Gdzie jesteście ? Szukamy was od dziesięciu godzin!” - krzyczał w słuchawkę .Żebym ja to wiedział, gdzie my jesteśmy. Przekazałem telefon Lenie , która po arabsku podawała mężowi nasze prawdopodobne koordynaty. Nagle poczułem, że coś miękkiego i oślizgłego otarło się o moje nogi i w tej samej chwili pożałowałem , że nogawki mojej pianki sięgają tylko do kolan. Dryfując natrafiliśmy na dużą kolonię meduz. Przez chwilę czułem się jakbym pływał w kisielu. Niestety, ale podobnie jak inni rozbitkowie nie mogłem opanować irracjonalnego uczucia strachu i obrzydzenia przed tymi bądź co bądź nieszkodliwymi zwierzątkami. Na szczęście to nie był parzący gatunek meduz . Podziękowałem Bogu , że jesteśmy rozbitkami w Egipcie , a nie w Australii .Tam taki numer by nie przeszedł . Australijskie meduzy mogą niefortunnego pływaka zabić w ciągu kilku minut. Jedynym i najlepiej działającym antidotum na ich oparzenia jest ocet.

Morze jakby się trochę uspokoiło , a na niebie świecił księżyc i gwiazdy. Takie niebo można zobaczyć tylko w tropikach, choć myślę, że sytuacja w jakiej się znajdowaliśmy nie sprzyjała jego podziwianiu. Ku naszej wspólnej, rozbitków radości po godzinie zobaczyliśmy nadpływają statek. Okazało się, że jest wyposażony w szperacz i to właśnie nas poszukuje. Na pokładzie szalał zrozpaczony Safi. To właśnie on podniósł alarm, gdy się okazało, że Lena nie odebrała dzieci z przedszkola, a Dilaila nie powróciła o siedemnastej do portu. Była godzina trzecia nad ranem . Spędziliśmy w wodzie ponad dwanaście godzin. Okazało się , że prąd nas zniósł na odległość dwunastu kilometrów od El Fanadir. Opatuleni w koce, popijaliśmy w milczeniu gorącą herbatę. Kim posłała mi uśmiech przez łzy, a jej mąż w dziękczynnym geście uścisnął mi dłoń. Dopiero teraz wyjaśnili mi , że jest to ich podróż poślubna. Przy pomocy plastra i bandaży opatrzyłem im poranione nogi i ręce. Stanąłem zamyślony na rufie patrząc na wschodzące nieśmiało słońce i migoczące w oddali światła Hurghady. Cholera ! Zostałem prawdziwym rozbitkiem ! Morze , które tak bardzo kochałem, pokazało kły , a nawet boleśnie ukąsiło. Jednak okazało się , że nie byłem jedyną obecną na rufie osobą. Obok mnie siedział nieruchomo człowiek z wtuloną między kolana siwą głową. Tym człowiekiem był niefortunny kapitan i eks-właściciel Dilaili w jednej osobie.

Jest to fragment książki pt.Powrót do Laguny Zielonego Żółwia , której jestem autorem .Można ją zamówić Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;