Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Indonezja, Singapur 2004
Autor: Łukasz Barczentewicz   
Zobacz też:

Moja wielka przygoda z Indonezją rozpoczęła się dosyć niewinnie jeszcze wiele lat temu, kiedy to jako dziecko buszowałem w atlasach przeglądając mapy i czytając o starożytnej świątyni Borobudur oraz rajskich plażach na Bali. Wtedy nawet nie przyszłoby mi do głowy, że za kilka lat, całkiem niedługo, ten odległy świat na prawie półtora miesiąca stanie się dla mnie codzienną rzeczywistością. Po kilkumiesięcznym planowaniu, zrobieniu listy ciekawiej brzmiących miejsc do odwiedzenia i załatwieniu formalności związanych z posiadaniem wizy na 60 dni spakowałem do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy i, w wypróbowanym gronie tzn. Ola i ja, wyruszyliśmy na naszą kolejną życiową przygodę...

11 lipca - I tak to się to wszystko zaczyna, czyli stopover w Helsinkach...

Podróż rozpoczęła się jeszcze 10 lipca na dworcu PKS w Krośnie, gdzie po pożegnaniu z rodziną wsiadłem do autobusu relacji Krosno-Warszawa o 22:00. Autobus był wygodny i całą drogę myślałem sobie, że takiego standardu nie zaznam znów szybko przemierzając indonezyjskie szlaki. Około 6:30 rano zajechałem na lotnisko Okęcie, gdzie wytoczyłem się z autobusu obładowany dwoma plecakami: 90-cio litrowym oraz drugim mniejszym. Usiadłem w hali odlotów i cierpliwie czekałem na Olę - moją towarzyszkę podróży, która również dojechała już do Warszawy nocnym autobusem z Malborka. Po przywitaniu, nie widzieliśmy się prawie rok od powrotu z Maroko we wrześniu 2003, zabijaliśmy czas oczekiwania na samolot rozmowami i snuciem planów na kilka następnych tygodni…

Samolot linii FinnAir do Helsinek odlatywał o 10:45, więc jak przystało na porządnych pasażerów około dwie godziny wcześniej stawiliśmy się do check-in, oddaliśmy główny bagaż w ręce obsługi i powędrowaliśmy za bramki do strefy bezcłowej. Oglądaliśmy bursztynowo-srebrne kolie za, bagatela, 2000zł (tak, trzy zera, ni mniej ni więcej!!!). Dla mnie było to dosyć gorączkowe oczekiwanie, ponieważ miał to być mój pierwszy lot w życiu. W końcu weszliśmy na pokład sporego samolotu MD-82 (max. 162 osoby), zapięliśmy pasy i ruszyliśmy. Najpierw powoli kołowaliśmy na pas startowy, następnie rozległ się głośny hałas silników, wzięliśmy szybki rozpęd i po chwilowym przeciążeniu czuliśmy, że unosimy się w powietrze. Z miejsca przy oknie cały czas obserwowałem malejący za oknem świat. Budynki w Warszawie po chwili zaczęły przypominać kolorowe i coraz mniejsze domki z klocków Lego. Po kilku minutach wlecieliśmy w warstwę chmur, z której równie szybko wylecieliśmy po drugiej stronie. Naszym oczom ukazała się niesamowita panorama. Oświetlone słońcem, mieniące się wieloma barwami postrzępione chmury przysłaniały wszystko pod spodem. Widok wprost zapierał dech w piersi. Gdy tylko zgasło światełko informujące o obowiązku zapięcia pasów, stewardessy rozdały przekąski: kanapki, babeczki i herbatę lub inne napoje (nawet wino lub piwo).

Lot (około 940 km) trwał jakieś 1:40 h, a pół godziny przed lądowaniem zaczęliśmy się do niego przygotowywać. Przy każdym przełknięciu śliny odtykały mi się uszy, co było dowodem tego, iż stopniowo obniżaliśmy pułap. Znów przelecieliśmy przez warstwę chmur i wyłonił się pod nami skandynawski krajobraz: duże farmy, iglaste lasy i pasy autostrad. Wylądowaliśmy na lotnisku Vantaa w Helsinkach o 13:30 tamtejszego czasu (12:30 czasu polskiego). Po szybkim zorientowaniu się w strukturze przestrzennej lotniska ruszyliśmy na poszukiwanie autobusu jadącego do centrum miasta.

Bilet kosztował nas "jedyne" 3,60 € (cóż, byliśmy wciąż w Europie…) Helsinki to niewielkie miasto, 6 godzin wystarczyło nam żeby, kierując się małą mapką, zobaczyć wszystkie interesujące miejsca na piechotę. Muszę przyznać również, że żadne z tych miejsc nie powaliło mnie na kolana, ale jeśli już ktoś ma w Helsinkach do zagospodarowania trochę czasu, to dlaczego nie zobaczyć, co stolica Finlandii ma turystom do zaoferowania. Byliśmy w ogrodzie botanicznym, w parku z najsłynniejszym w mieście pomnikiem ze srebrnych rur, zobaczyliśmy kilka kościołów (także jeden 'wykuty' w skale) oraz katedrę luterańską. Spacerowaliśmy też przy porcie…

O 20:20, zmęczeni po ekspresowym zwiedzaniu na piechotę, wsiedliśmy w autobus powrotny na lotnisko (za kolejne 3,60 €) gdzie reszta wieczoru upłynęła nam na oczekiwaniu na prawie czternastogodzinny lot do Singapuru. Znów przeszliśmy przez bramki i przed 23:35 weszliśmy na pokład ogromnego MD-11 (zabiera 296 osób). Dla mnie zupełnym zaskoczeniem było to, że jeszcze o godzinie 22:30 było wciąż praktycznie jasno na zewnątrz!!! Byliśmy w końcu na "dalekiej" północy…

Znów ta sama bajka: kołowanie, silniki, nagłe przyspieszenie i w powietrze. Uczucie wznoszenia się było mniej ntensywne niż w mniejszym samolocie, natomiast rozpęd był bardziej odczuwalny. Oświetlone Helsinki nocą zgotowały nam ciekawy spektakl światła i mroku. Niestety szybko pojawiły się chmury i spowiły wszystko warstwą nieprzeniknionej pary. Zaraz po starcie podano nam azjatyckie jedzonko (kurczak, warzywa i dziwne kluseczki). Zażyczyłem sobie również coca-colę i białe wino na lepszy sen. Na monitorach wyświetlana była mapa z przesuwającym się samolotem, a później puszczono nam film. Przykryty kocem, z poduszką pod głową, opuszczonym oparciem i słuchawkami na uszach szybko zasnąłem czując zmęczenie po dosyć ekscytującym dniu.

12 lipca - Singapur - azjatycki tygrys i my - europejskie myszy…

Gdy obudziłem się było bardzo jasno, a słońce oświetlało chmury nadając im różową barwę. Lecieliśmy gdzieś nad Mianmarem (Birmą). Zobaczyłem ogromne rozlewiska rzek, a podobno półtorej godziny wcześniej minęliśmy Kalkutę. Nasza trasa zahaczała o Estonię, Rosję (Rzev, Moskva, Sarotov), Kazachstan (Aral'sk), Uzbekistan (Taskent), Tadżykistan (Dusanbe), Pakistan (Islamabad, Lahore), Indie (Delhi, Patna, Calcutta), Mianmar (Yangon) i w końcu Tajlandię - Bangkok. Razem 7998 km.

W Bangkoku mieliśmy międzylądowanie. Obsługa lotu zaserwowała nam smaczny obiad nr 2 i wylądowaliśmy. Część pasażerów wysiadła, sprytne Tajki szybciutko wysprzątały samolot, wsiedli nowi towarzysze podróży i znów ruszyliśmy w powietrze. Ciągnący się kilometrami Bangkok usiany jest licznymi świątyniami - widać to nawet z powietrza. Dostaliśmy trzeci obiad (chwała FinnAir i Quantas za łączone trasy) i po 1446 km pokonanych w niecałe 2 godziny wylądowaliśmy w lekkim deszczu na lotnisku Changi w Singapurze o 18:15 czasu lokalnego.

Lotnisko miało imponujące rozmiary. Z bramki do miejsca gdzie odbierało się bagaż przejechaliśmy ciągiem ruchomych chodników, a i to trwało kilka ładnych minut. Wszystko na lotnisku było doskonale oznaczone więc na szczęście trudno było się zgubić. Odebraliśmy co nasze, wymieniliśmy trochę waluty, zabraliśmy darmowe mapki miasta i wyszliśmy z klimatyzowanych pomieszczeń na parking, z którego odjeżdżały autobusy do centrum miasta.

Gdy opuściliśmy lotnisko, uderzył w nas nagle podmuch gorącego i bardzo wilgotnego powietrza - cóż, byliśmy prawie na równiku. Autobus do centrum kosztował 1,60 S$, a trasa zajęła ponad 30 minut. Moją uwagę pochłonęła od razu niesamowita egzotyka tego miejsca. Wszędzie widać było wszelkiego rodzaju palmy i tropikalne rośliny kontrastujące z bajecznie oświetlonymi wysokościowcami centrum Singapuru. Tak właśnie wyobrażałem sobie tego azjatyckiego tygrysa. Po drodze kilometrami ciągnęły się osiedla wysokich bloków, a wszędzie zauważało się sterylną prawie czystość ulic.

Wysiedliśmy w okolicach Bencoolen Street, na której zamieszkaliśmy w przyjemnym hostelu Hawaii płacąc 30S$ za dwójkę bez łazienki. Pokój był mały, ale za to ze zbawienną klimatyzacją. Byliśmy tak podekscytowani nowym miejscem, że szybko wybraliśmy się na wieczorny spacer po dzielnicy indyjskiej (Little India). Zobaczyliśmy bajecznie oświetlony meczet, jakieś świątynie hinduskie oraz poszwendaliśmy się po uliczkach obserwując tradycyjnie ubranych mieszkańców. Cały czas towarzyszył nam wszechobecny zapach kadzideł. Miejsce to przypominało mi trochę miasta w Maroko: wszędzie znajdowały się stragany z jedzeniem i towarami, był zgiełk, gwar i mnóstwo ludzi na ulicach.

Z Little India przeszliśmy pod pobliski kompleks wysokościowców Suntec City. Tu znowu uczucie trochę jak w Nowym Jorku (tak mi się przynajmniej wydawało, bo tam jeszcze! nie byłem). Wracając, zjedliśmy ryż smażony z kawałkami wędliny i warzywami w restauracji u sympatycznego Chińczyka. Do zimnego jak lodówka pokoju (przesadziliśmy trochę z klimatyzacją) wróciliśmy bardzo późno. Zrobiliśmy małe pranie i poszliśmy spać. Przed snem zażyliśmy pierwszą dawkę Doxycyclinum (100mg / dzień w profilaktyce przeciw malarii).

13 lipca – Singapur z buta, a więc wielkie szwendanie się...

Rano obudziliśmy się o 'normalnej' godzinie, czyli o 9:00 (jeszcze wtedy nie podejrzewałem, że nie często będzie tak błogo…). Po lekkim śniadaniu wybraliśmy się na spacer w kierunku China Town, po drodze zahaczając jeszcze o Fort Canning Park - przyjemne, zielone i spokojne miejsce położone na wzgórzu w centrum nowoczesnego miasta. Gdy spacerowaliśmy licznymi alejkami, co chwilę uwagę przyciągały różne egzotyczne rośliny: drzewa z kolcami, dziwne palmy o osadzonych w rzędzie liściach, które wyglądają jakby je ktoś specjalnie tak przyciął. W centralnej części parku znajdował się również fort a w nim (o ile się nie mylę) muzeum. Wychodząc z parku trafiliśmy chyba na odpowiednik naszego Urzędu Stanu Cywilnego, gdzie młoda para wychodziła właśnie po zaślubinach.

China Town to bardzo przyjemna dzielnica. Wszędzie widzieliśmy straganyz odzieżą, pamiątkami, jedzeniem i wszędzie kręciło się pełno Chińczyków. W jednej kafejce wypiliśmy pyszną lemoniadę, a w przydrożnej ciastkarni zjedliśmy słodkie okrągłe i pokryte sezamem coś… Kupiliśmy także pierwsze pamiątki. Z China Town, po odwiedzeniu najstarszej w mieście hinduskiej świątyni Sri Mariamman, poszliśmy w kierunku najwyższych budynków Singapuru i podziwialiśmy je spacerując nabrzeżem pobliskiej rzeki. Zawsze byłem pod wrażeniem tego typu budowli, więc było to dla mnie nie lada przeżycie. Gdy robiliśmy zdjęcie przy moście, przyczepiło się do nas dwóch chłopaków, ale za nic nie wiedzieliśmy, o co im chodziło. Prosili nas żebyśmy albo się usunęli albo dalej stali i nie patrzyli w kamerę w oddali, ponieważ kręcili tam jakiś film. Z głupimi minami, nie wiedząc co w końcu mamy robić pstryknęliśmy zdjęcie i poszliśmy dalej. Może kiedyś zobaczymy się na jakimś kasowym filmie z akcją toczącą się w centrum Singapuru…?

Kolejnym punktem naszej wycieczki był ogromny Sultan Mosque (Meczet Sułtana) z lśniącą w słońcu złotą kopułą i wysokimi minaretami. Meczet zrobił na nas naprawdę duże wrażenie, chociaż ciasno otoczony budynkami był trudny do ogarnięcia jako całość. Z dzielnicy arabskiej spacerkiem wróciliśmy późnym popołudniem do hotelu na krótką sjestę, aby po zmroku ruszyć na kolejny spacer. Znów zaglądnęliśmy do dzielnicy chińskiej, jednakże wieczorem nic ciekawego już tam nie zastaliśmy. W ulicznej restauracji zjedliśmy coś w rodzaju naleśników z kalmarami i mięsem. Punktem kulminacyjnym wieczoru były drapacze chmur mieniące się tysiącami świateł i górujące nad wszystkim w zasięgu wzroku. Widok był niezapomniany. Ten właśnie moment zapamiętałem jako "pocztówkę z Singapuru".

Napojeni wrażeniami wróciliśmy ulicami wielkiego miasta do naszego hotelu. Tam, ku naszemu przerażeniu, zdaliśmy sobie sprawę, że chcąc podziwiać kwitnące na Sumatrze dopiero w sierpniu ogromne kwiaty Raflezji musielibyśmy przejechać teraz przez wyspę tranzytem mając około 1000 km do wybrzeży Jawy - naszego punktu docelowego. Dodając do tego 9 godzin na promie z wyspy Bintan (1,5 godz. promem z Singapuru) na Sumatrę, wyszła nam z tego długa przeprawa. Decyzja szybko zapadła: "Rano jedziemy na lotnisko i szukamy ofert 'last minute' na przeloty do Jakarty".

14 lipca - A więc w drogę, czyli 'welcome to Indonesia'...

Zerwaliśmy się o 7 rano i szybko pojechaliśmy z powrotem na lotnisko. Tam dopiero poznaliśmy gorzką prawdę. Nie istniała tam instytucja 'last minute', a wszelkie bilety lotnicze taniej można było kupić w biurach podróży w mieście niż na tym gigantycznym lotnisku… Po kilku godzinach daremnych prób, bieganiu po różnych piętrach i biurach linii lotniczych oraz przejażdżce między terminalami tzw. SkyTrain (elektryczny, dwuwagonowy pociąg bezzałogowy) musieliśmy dać za wygraną. Człowiek niestety uczy się na własnych błędach.

Około południa wzięliśmy taxi do Tanah Merah Ferry Terminal (11,20 S$) skąd odpływały promy do Indonezji na pobliskie wyspy Batam oraz Bintan. My wybraliśmy tę drugą i kupiliśmy bilety za 30 S$ w dwie strony (po kolejnej wymianie kilku US$ na walutę Singapuru). Przeszliśmy przez bramki ochrony i o 13:20 wypłynęliśmy całkiem przyzwoitym promem na podbój Indonezji.

Podróż trwała około półtorej godziny. Po drodze mijaliśmy różne mniejsze i większe wysepki. Kilkakrotnie widziałem drewniane wioski na palach. Woda w morzu była bardziej brązowa niż turkusowa, a niebo zasłonięte było warstwą grubych chmur. W końcu dopłynęliśmy do Tanjung Pinang - głównego miasta na wyspie Bintan.

Tanjung Pinang nie zrobiło na nas miłego wrażenia. Zaraz po wyjściu z przystani zostaliśmy złapani przez naciągacza, któremu trochę nieświadomie pozwoliliśmy sobie pomóc. Zaprowadził nas do jakiegoś biura gdzie kupiliśmy bilety na prom do Dumai na Sumatrze na następny dzień (145 000 Rp - w tym, jak się później okazało, zapłaciliśmy 10 000 Rp prowizji). Pomógł nam także wymienić walutę, zaprowadził nas do hotelu (chcieliśmy iść sami, ale nalegał ze to tylko dwa kroki) i na koniec oczywiście wyciągnął brudną łapę po zapłatę!!! Zaproponowałem nieśmiało 10 000 Rp, na co on zareagował ironicznym uśmiechem. Skończyło się na lekkim spięciu, ale prawda jest taka, że my wcale nie prosiliśmy o żadną pomoc i on doskonale przecież o tym wiedział… Nie udało mu się już wyciągnąć ani rupii, ale dla nas również była to dobra lekcja na przyszłość…

Nasz hotel - Bong's Homestay (40 000 Rp, ceny hoteli będę zawsze podawał za pokój dwuosobowy; 1000Rp = 0,40zł) był wiejskim domkiem, którego właściciele wynajmowali pokój (a może dwa) na piętrze. Pokój był ciasny i duszny, a łazienka w mieszkaniu na dole przyprawiła mnie o lekki niesmak: WC w stylu tureckim (dziura), garnuszek do zlewania wody (znam to z Maroko) a zamiast prysznica tzw. mandi - opłytkowany zbiornik z wodą i garnuszek do polewania się. Na dodatek woda w zbiorniku była zielonkawa od glonów… Dla mnie był to koszmar, a perspektywa tego typu warunków przez następnych 37 dni była odrzucająca…

Po zakwaterowaniu się wyszliśmy na spacer. Miasteczko było bardzo głośne, ponieważ wszędzie na ulicach pędziły setki motorów i opeletów (białych busików - taxi). Znajdował się tam jeden meczet i świątynia chińska - generalnie nie polecam… Chcąc przejść na drugą stronę ulicy trzeba było wykazać się refleksem i tylko sprawnie manewrując pomiędzy przejeżdżającymi pojazdami miało się szansę dotrzeć do przeciwległego "chodnika". Nikt nawet nie pofatygował się żeby ściągnąć nogę z gazu (były to realia w całej Indonezji). Wszędzie widzieliśmy brud i odrapane budynki a w powietrzu co kawałek unosiły się nieprzyjemne zapachy.

Na obiad zjedliśmy 'nasi goreng' (ryż smażony z warzywami), którego cena (7000 Rp) mocno poprawiła nam humor. Kupiliśmy pierwsze dziwne owoce - rambutany i mangostany, które były naprawdę smaczne. Zmęczeni nową rzeczywistością wróciliśmy do hotelu. "Prysznic" udało mi się jakoś wziąć i wkrótce poszliśmy spać. Następnego dnia wcześnie rano wstawaliśmy na prom…

15 lipca - Docieramy na dziką Sumatrę...

Pobudka miała miejsce o 4:30, ponieważ o 5:30 musieliśmy stawić się na przystani. Prom do Dumai na Sumatrze odpływał planowo o 6 rano. Na pierwszy rzut oka wyglądał całkiem znośnie i perspektywa spędzenia na nim dziewięciu godzin nie wydawała się straszna. Usiedliśmy sobie z przodu trochę niefortunnie zaraz przy wielkim telewizorze, który przez całą podróż był bardzo głośno nastawiony. Puszczali lokalną muzykę (głównie znany tam Iwan Falls) oraz indonezyjskie głupkowate filmy. Po kilku godzinach stało się to irytujące. Zrobiło się również tłoczno i duszno.

Ludzie jedli różne rzeczy, od owoców po opakowany w papier i worek nasi goreng. Ku mojemu zniesmaczeniu przekonałem się, że Indonezyjczycy zazwyczaj nie używają sztućców, a jedzą po prostu rękami… Siedząca obok mnie, całkiem porządnie wyglądająca pani właśnie taki nasi goreng gołymi rękami jadła, a po skończonym posiłku wszelkie pozostałości ryżu z torebki oraz kolan zrzuciła na podłogę. Co gorsza, po sowitym posiłku przez następną godzinę bez przerwy bekała (naprawdę głośno) i spluwała na podłogę zaraz obok moich nóg, charcząc przy tym jak…

Byliśmy ściśnięci razem z naszymi plecakami, które trzymaliśmy w nogach i w ten sposób upłynęła nam dłuższa część podróży. Gdy wychodziłem na taras nad pokładem, ponieważ musiałem w końcu zaczerpnąć świeżego powietrza, zauważyłem ze wszyscy rzucali śmieci pod siebie… Przechodząc trzeba było manewrować miedzy skórkami z owoców, butelkami i papierami… Na tarasie było na szczęście o wiele lepiej. Zachmurzone niebo, brązowa woda i porośnięte lasami deszczowymi wyspy ciągnące się po obu stronach sprawiały, że czułem się jakby podczas rejsu po Amazonce… W końcu ukazały się naszym oczom ciągnące się wybrzeża Sumatry.

Zaczepiali mnie różni ludzie, każdy chciał zamienić chociaż słowo (często znając tylko jedno czy kilka po angielsku) z białym przybyszem z dalekich stron. Długo rozmawiałem z młodą dziewczyną i trochę śmiałem się w myślach,, gdy nagle spytała czy Polska należy do Ameryki. Zostaliśmy zaproszeni do jej domu w Dumai, jednakże nasz plan by jak najszybciej dostać się nad Lake Toba nie pozwalał nam na skorzystanie z indonezyjskiej uprzejmości. Rozmawiałem też trochę z natrętnym starszym nauczycielem angielskiego, którego ledwo byłem w stanie zrozumieć.

Do Dumai dotarliśmy popołudniem, zupełnie nie spodziewając się nieprzyjemnego powitania. Od razu zostaliśmy otoczeni przez zgraję krzyczących naganiaczy reklamujących swoje firmy autobusowe. Byli wprost napastliwi, przyczepili się zwłaszcza do mnie i każdy na siłę ciągnął mnie w swoją stronę. Jedni za rękę, drudzy za plecak… Jedyne, co mogłem robić to kręcić się w kółko i odganiać tę hordę wilków klnąc przy tym, na czym świat stoi! Byli naprawdę agresywni, zarówno w stosunku do siebie nawzajem jak i do nas.

Wybraliśmy w końcu jednego pana w uniformie reklamującym firmę INTRA, który obiecywał klimatyzowany autobus do Parapat o 18:00 za cenę 85 000 Rp. Z przystani dowieziono nas busem do biura w mieście, spod którego odjeżdżały autobusy. Kupiliśmy bilety i usiedliśmy w pobliskiej knajpce (podarte ceraty na stołach i ogólny brud…) gdzie zjedliśmy niesamowicie ostry ryż z kurczakiem (ayam goreng) popijając łapczywie zimną herbatą - całość kosztowała nas 7000 Rp.

Dwie godziny pozostałe do odjazdu spędziliśmy spacerując po obskurnej okolicy, pijąc coca-colę (1500Rp / butelka) i robiąc sobie zdjęcia ze zgrają dzieciaków, które bez przerwy krzyczały do nas "hello". Wszędzie dookoła były tylko obdrapane budynki, brud na ulicach i jakieś podejrzanie wyglądające 'sklepy'… Nie widzieliśmy samego centrum, ale Dumai wydawało się zupełnie nieciekawe. Miasto słynie z rafinerii i przemysł to pewnie jego główny atut…

O 18:00 wyruszyliśmy autobusem, który mocno odbiegał od standardów luksusu… Fotele były brudne, chociaż na szczęście dosyć wygodne. Kierowca i jego pomocnicy podostawiali w przejściu ławki by móc zabrać po drodze więcej pasażerów. Cały czas ktoś palił i kaszlał. Klimatyzacja owszem działała, ale cały czas kapało nam z wywietrzników na głowy. Olce po całej nocy zupełnie przemókł śpiwór, którym się przykrywała, bo w autobusie było oczywiście zimno jak nie wiem co… W Parapat mieliśmy być dopiero następnego dnia o 6 rano. Jedyne, co uprzyjemniało tę straszną podróż to widoki: zupełna egzotyka, niesamowite meczety, prowizoryczne chaty, tropikalna roślinność i… mnóstwo ogromnych ciężarówek z paliwem lub drewnem, które ciągle tamowały ruch. Droga momentami gubiła asfalt, zdarzały się gigantyczne dziury zalane wodą po niedawnych obfitych deszczach… Tak generalnie wyglądała rzeczywistość sumatrzańskich dróg, a nas czekało 12 godzin mordęgi…

16 lipca - Lake Toba - perła Sumatry...

W końcu dojechaliśmy. Okazało się jednak, że autobus nie zatrzymał się w Parapat, tylko na stacji firmy INTRA, gdzieś "w pobliżu". Minibusem (4000 Rp) pojechaliśmy do samego Parapat przemierzając, przez ponad godzinę, górzyste drogi w pobliżu jeziora. Cały czas nie mogłem wyjść z podziwu patrząc na okoliczne pola ryżowe i niesamowite panoramy porośniętych lasami gór.

Pierwszy prom na wyspę Samosir odpływał o 8:30. Zjedliśmy przywiezione jeszcze z Polski drożdżówki, wypiliśmy pyszną ogromną kawę i popłynęliśmy promem z Parapat (4000 Rp) w 30-to minutową przeprawę do miejscowości Tuk-Tuk.

Całe jezioro Toba otoczone jest górami, a Samosir to również góra wyrastająca z jego środka. Jest tak, ponieważ Lake Toba (największe jezioro w południowo-wschodniej Azji) znajduje się w kalderze utworzonej po wybuchu ogromnego wulkanu, którego erupcja, około 100 tys. lat temu, była 1000 razy mocniejsza od niszczycielskiego wybuchu wulkanu Krakatau w 1883 roku. Podczas przeprawy zauważyliśmy rysujące się w oddali na horyzoncie ogromne stożki wulkaniczne.

Jeszcze w Parapat zaczepił nas długowłosy chłopak - Alex, który zaoferował całkiem luksusowy apartament w hotelu o nazwie Bagus Bay. Wysiadający z promu turyści potwierdzili obiecywany komfort i tym samym, za cenę 50 000 Rp zamieszkaliśmy w bardzo ładnym nowym pokoju z super łazienką, sporym tarasem i widokiem na jezioro.

Ten dzień planowaliśmy spędzić odpoczywając po trudach podróży, ale Alex poinformował nas, że akurat w każdy piątek organizowany był dla turystów siedmiogodzinny rejs po jeziorze, połączony z wizytami w kilku ciekawych miejscach. Cena (75 000 Rp/os) nie bardzo przypadła nam do gustu, ale po przemyśleniach i wnioskach, że na włąsną rękę tyle nie zobaczymy, postanowiliśmy jednak popłynąć. Mieliśmy półtorej godziny na prysznic i ogarnięcie się, ponieważ wycieczka rozpoczynała się o 10:00.

Na początku było trochę drętwo: nikt nikogo nie znał, siedzieliśmy na tarasie promu i słuchaliśmy grających na gitarach oraz bębnach, śpiewających "tubylców". Serwowano nam owoce i chrupki, a każdemu należała się butelka coli lub piwa. Dopłynęliśmy do tradycyjnej wioski, w której przeważały charakterystyczne dla tego rejonu Sumatry chaty - miały strzeliste dachy zadarte na obu końcach do góry. Po kilkuminutowej wędrówce mogliśmy podziwiać ładne widoki na pola ryżowe, bananowce i fragment jeziora. W miejscowym kościele odbywała się akurat msza, a odprawiający kazanie wprost krzyczał przekazując zebranym zapewne Boskie prawdy… Wszędzie biegały dzieci i krzyczały do nas 'hello', nie prosząc przy tym na szczęście o żadne prezenty. Kobiety żuły 'betel leaves', od których ich usta i zęby były tak krwiście czerwone, jak gdyby właśnie pożarły kogoś żywcem… Po około 45 minutach pobytu w wiosce wypłynęliśmy w dalsza drogę.

Następnym przystankiem był malowniczy, całkiem spory wodospad wpadający wprost w toń jeziora. Po dłuższym namyśle odważyłem się iść w ślady kilku śmiałków, wskoczyć ze statku do wody i popłynąć wpław do wodospadu. Wpadająca z wysoka woda tworzyła silny odpychający prąd, ale w końcu udało mi się dopłynąć i odpocząć na skałach. Gdy wróciłem na statek, byłem zupełnie wykończony. Podano nam obiad oraz częstowano nas winem z palmy, tzw. jungle juice, które smakowało trochę jak sfermentowane jabłka.

Ostatnim przystankiem podczas naszej wycieczki była kolejna wioska, w której rosło 'holy tree' (święte drzewo). Było to drzewo gigantycznych rozmiarów, z którego zwisało mnóstwo lian, a na jednej z nich można było się nawet pohuśtać… W końcu jednak liana urwała się pod ciężarem kogoś z nas. Poszliśmy również na skraj lasu gdzie tubylcy upuszczali sok z palmy. Wypiliśmy trochę soku prosto z drzewa i wróciliśmy na pokład statku.

Rozmawialiśmy trochę z innymi podróżnikami popijając sobie miejscowe piwo. Niestety popołudniem zaczęło mocno padać, co jak się później okazało powtarzało się prawie codziennie. Wszyscy uciekliśmy pod pokład gdzie hałas uniemożliwiał praktycznie sensowną rozmowę. Tak, słuchając ryku silnika, około 17:00 wróciliśmy do naszego hotelu. Obiadokolację zjedliśmy w hotelowej restauracji serwującej duży wybór zarówno europejskich jak i indonezyjskich potraw, a cały wieczór przeminął nam na bezproduktywnym wypoczynku.

17 lipca - Polowanie na bilety...

Po śniadaniu poszliśmy pospacerować po naszej miejscowości w poszukiwaniu biletów na dalszą drogę do Bukittinggi. Kupiliśmy pierwsze małe pamiątki - wiszące drewniane kalendarze i zaglądaliśmy do każdej agencji z biletami. Niestety, ponieważ kończyły się akurat tamtejsze wakacje, nie było już miejsc w autobusach na następny dzień… Popłynęliśmy nawet do Parapat w nadziei, że może tam uda się coś kupić. Jednakże jedyne, co udało nam się kupić to owoce mango i snake skin na odbywającym się akurat cotygodniowym targu.

Wieczorem, nie mając w zasadzie żadnego wyboru, zdecydowaliśmy się kupić bilety na autobus super-executive (najwyższej klasy) firmy ANS (najlepszej i najdroższej) do Bukittinggi za 165 000Rp na 19 lipca na 18:00. Tym samym utknęliśmy nad jeziorem dłużej niż to było w planie.

Po kolacji podziwialiśmy pokazy tradycyjnego tańca Batak oraz słuchaliśmy folk songs w naszej restauracji. Nie było to specjalnie zachwycające, ale zawsze to czas jakoś przyjemniej upłynął przed pójściem spać.

18 lipca - Górskim rowerem po Sumatrze...

Właściwie przez pół dnia nie robiliśmy nic. Kupione dzień wcześniej owoce mango były prawdopodobnie powodem naszych rewelacji żołądkowych, więc do południa próbowaliśmy się jakoś wyleczyć. Przed naszym hotelem zebrałem z błota kilka sporych muszli wyglądających jak nasze przerośnięte błotniarki stawowe.

Gdy poczuliśmy się już znacznie lepiej, około 15:00 wypożyczyliśmy sobie rowery górskie (10 000Rp) i pojechaliśmy do pobliskich wiosek. Jechaliśmy powoli drogą obserwując wiejskie życie, mijając pasące się bawoły wodne, pracujące w polu kobiety, szczekające psy… Co kawałek na wzgórzach zauważałem coś w rodzaju kapliczek z krzyżami; zdaje się, że Chrześcijaństwo jest mocno zakorzenione w kulturze mieszkańców tych okolic.

Dojechaliśmy do wioski Tomok, gdzie znajdował się grób króla Sidabatar, jednego z ostatnich animistycznych władców w regionie. My znaleźliśmy jednak inne groby i po zrobieniu zdjęć ruszyliśmy w drogę powrotną, a nawet dalej do innej wioski znajdującej się kilka kilometrów za Tuk-Tuk, ale po drugiej stronie miasteczka. Tym razem teren był bardziej górzysty, widzieliśmy ładne panoramy jeziora i zbocza kaldery.

Ambarita to wioska słynąca z kamiennych krzeseł - miejsca gdzie swego czasu odbywały się wszystkie ważne dyskusje i rozprawy w wiosce, a także z dziedzińca, na którym wiązano, ćwiartowano i posypywano papryką chilly złoczyńców… Po około trzech godzinach byliśmy z powrotem w hotelu, żeby odpocząć po 'męczącym' dniu…

19 lipca - Droga przez piekło, czyli Trans-Sumatran Highway...

Ten dzień upłynął nam generalnie na oczekiwaniu na wieczorny autobus do Bukittinggi. Do 12:00 wymeldowaliśmy się z hotelu i poszliśmy na krótki spacer kupić prowiant na drogę, czyli kruche ciastka. Następnie siedzieliśmy w restauracji hotelowej jedząc i grając w Scrubble.

O 16:00 popłynęliśmy, wraz z parą Francuzów, promem do Parapat gdzie czekali na nas pracownicy tamtejszego biura podróży. Zapakowali nas do busa i zawieźli do jakiegoś biura przy drodze wyjazdowej z miasteczka. Tam właśnie, o 18:00, miał zatrzymać się luksusowy autobus firmy ANS i zabrać nas w 13-to godzinną podróż do Bukittinggi. Oczywiście nie mogło obyć się bez opóźnienia… W końcu jednak, po 19:00, ruszyliśmy w drogę.

Autobus był rzeczywiście luksusowy: ogromne, miękkie fotele z podnóżkami (tak szerokie, że mieściły się tylko 3 w rzędzie), dla każdego pasażera poduszka i kocyk, poza tym telewizor, wc, itd. Droga była jednak w takim stanie, że żaden luksus nie mógł nam tego wynagrodzić. Wąska dróżka, na której musiały mijać się ciężarówki, co chwilę gubiła asfalt. Dziury były wielkości studni i chwilami czułem się jakbyśmy jechali po schodach. Po prostu koszmar!!! Ciężko było zmrużyć oczy…

Nad ranem zatrzymaliśmy się na 30-to minutowy postój w miejscowości Bonjol, przez którą centralnie przechodzi równik. Znajduje się tam nawet pomnik przypominający przyjezdnym o tym fakcie, ale jego niestety nie widzieliśmy. Po tych traumatycznych przeżyciach postanowiliśmy za wszelką cenę znaleźć tanie bilety lotnicze z Padang do Jakarty, żeby oszczędzić sobie kolejnych 30 godzin podróży w podobnych warunkach…

20 lipca - Nasz mały 'jungle trek', czyli w sandałach po dżungli...

Gdy wysiedliśmy z autobusu, pierwsze kroki skierowaliśmy do stojącego w pobliżu 'opleleta' - białego mini-busa, czegoś w rodzaju miejskiej taksówki. Za 2000Rp/os podjechaliśmy do centrum miasteczka, na ulicę z wieloma hotelami dla plecakowców.

Zatrzymaliśmy się w przyjemnym hotelu Kartini (pokój + śniadanie = 30 000Rp/os), prowadzonym przez małżeństwo Chińczyków. Po odświeżającym prysznicu zjedliśmy śniadanie w pobliskiej restauracji, gdzie prowadziliśmy równocześnie negocjacje i ostatecznie kupiliśmy bilety lotnicze na przelot do Jakarty na 22 lipca, liniami Mandala Airlines (400 000Rp). Długo wahaliśmy się czy są to linie godne zaufania, jednakże wszyscy zapewniali nas, że tak właśnie jest. Sami byliśmy tego później pewni widząc stan samolotu i profesjonalizm załogi. [Niestety, 5 września 2005 samolot tych linii lecący Z Medan do Jakarty rozbił się - zginęło ponad 100 osób…].

Spokojni o nasze dalsze losy wybraliśmy się na spacer do znajdującego się na skraju miasta Sianok Canyon. Po zapłaceniu kilku 'groszy' wstępowego jednemu z siedzących na ławce chłopaków (do dziś mam wrażenie, że daliśmy się zrobić w balona, chociaż wg Lonely Planet za wstęp rzeczywiście się płaci…), zawędrowaliśmy na taras widokowy z panoramą na kanion. Sam twór natury wyglądał trochę jak porośnięta roślinnością kopalnia odkrywkowa, ale na tarasowych barierkach oraz na pobliskich drzewach skakały i siedziały urocze małpy, będące dla nas niemałą atrakcją. Co chwilę któraś podchodziła i wyjadała łupki z owoców leżące na chodniku. Czasem, oczekując pewnie na smakołyki, małpy 'pozowały' do zdjęć.

Z tarasu długimi i śliskimi schodami zeszliśmy w dół i, zagadywani przez idące ze szkoły dzieci w kolorowych mundurkach, ruszyliśmy drogą na spacer do pobliskiej wioski. Po chwili zaczepił nas mężczyzna, który zadeklarował, iż pokaże nam skrót do wioski wiodący przez kanion. Skręciliśmy na pola i szliśmy wąskimi przesmykami uważając, żeby nie wpaść do wody wypełniającej liczne poletka ryżu. Mężczyzna co chwilę zatrzymywał się i pokazywał nam różnego rodzaju rośliny służące miejscowym 'medykom' do wszelkich celów: m.in. do zapobiegania ugryzieniom insektów, leczenia różnych chorób itd. Były rośliny zwijające liście pod wpływem dotyku oraz niepalące się kwiaty zmieniające kolor pod wpływem ciepła papierosa. Dostaliśmy uplecione z liści palmy malutkie koszyczki na ryż (była to jakiegoś rodzaju tradycyjna przekąska, niestety nie pamiętam już szczegółów), które przez resztę czasu nosiliśmy na szyjach.

Następnie weszliśmy do lasu, gdzie powoli zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że daliśmy się namówić na przewodnika… Wycieczka robiła się jednak coraz ciekawsza, więc nie oponowaliśmy. Zobaczyliśmy zapuszczoną plantację kawy z apoczątkowaną jeszcze przez Holendrów w czasach kolonialnych, podziwialiśmy dzikie orchidee, słuchaliśmy krzyków małp oraz obserwowaliśmy włóczące się przy korycie rzeki bawoły wodne… W pewnym momencie nasz przewodnik wspiął się na drzewo, scyzorykiem wyciął w korze kwadrat i dał nam go. Było to drzewo cynamonowe a kora ta po kilku dniach zwinęła się i wyglądała oraz pachniała dokładnie tak, jak laski cynamonu używane w kuchni.

Nie byliśmy zupełnie przygotowani na trekking po dżungli, w końcu wyszliśmy z hotelu tylko na spacer do miasta… Cały czas chodziłem w sandałach, krótkich spodniach i bezrękawniku, bojąc się otrzeć o jakąkolwiek roślinę czy nadepnąć na jakieś 'sympatyczne zwierzątko' - w końcu były to lasy deszczowe na Sumatrze!!!

W pewnym momencie, gdy akurat przeprawialiśmy przez dosyć gęsty las, zaczęło mocno padać. Baliśmy się zwłaszcza o sprzęt fotograficzny, próbowaliśmy schronić się w jakiejś mini jaskini, ale nie było tam wystarczająco miejsca. Czekaliśmy, czekaliśmy, a deszcz raz słabł, a po chwili znów lało jak z cebra. Perspektywa była marna, ponieważ droga powrotna zajęłaby około 1,5 godziny, a, co udało mi się w końcu wyciągnąć od naszego przewodnika, do wioski zostało jeszcze kilka godzin marszu... Nie mogliśmy pozwolić sobie na dalsza wędrówkę, więc jak tylko przestało padać poprosiliśmy o zaprowadzenie nas z powrotem do miasta. Zeszliśmy nad rzekę, gdzie na krzakach siedziały ogromne chrząszcze z wielkimi rogami na głowach.

Brzegiem lasu powoli wróciliśmy pod kolejne strasznie długie schody i rozpoczęliśmy męczącą wspinaczkę. Widzieliśmy po drodze sporą pierścienicę, która w momencie zagrożenia zwinęła się w brązową opancerzoną kulkę i zamarła. W końcu, gdy dotarliśmy do miasta, rozstaliśmy się z przewodnikiem płacąc mu marne 70 000Rp (jego pierwsza cena była dosyć astronomiczna) i wróciliśmy do hotelu. Wieczorem poszliśmy do kafejki internetowej (12 000Rp/godz.), a po kolacji wreszcie nadszedł czas na sen.

21 lipca - 44 serpentyny do jeziora Maninjau...

Po hotelowym śniadaniu wyruszyliśmy szukać transportu nad jezioro Maninjau. Opeletem (2000Rp) dojechaliśmy na dworzec pełny bardzo kolorowych miniaturowych autobusów. Wsadzono nas do jednego z nich i czekaliśmy aż zbierze się komplet pasażerów. Po dłuższej chwili, gdy ostatnia przekupka z tacą owoców na głowie wyszła wreszcie z naszego busa, ruszyliśmy w drogę.

Podróż (38 km) trwała ponad półtorej godziny. Mieliśmy 3 dłuższe postoje; tankowaliśmy na stacji, obsługujący autobus chłopcy kupowali jakieś dziwne, produkowane na miejscu lody i na dodatek sprawdzaliśmy ciśnienie kół, chociaż po podłączeniu maszyny kierowca chyba się rozmyślił i ruszył dalej.

Po drodze co chwilę wskakiwał do autobusu jakiś chłopak z gitarą, mówił "ssalamu 'lekum" i grał oraz, co gorsze w wielu przypadkach, śpiewał dwie piosenki. Następnie, z lichym woreczkiem, przechodził przez autobus zbierając kilkaset rupii i wyskakiwał, gdy tylko autobus zwolnił na chwilę. I tak aż do znudzenia… Na szczęście ciekawe widoki wulkanów, palm i pól ryżowych umilały nam podróż.

W końcu dojechaliśmy na miejsce i zaczęły się 44 serpentyny prowadzące w dół kaldery, w której znajdowało się malownicze jezioro. Kręcący się po wąskich i stromych serpentynach autobus był bacznie obserwowany przez liczne małpy siedzące na drzewach i słupkach drogowych. My tylko odliczaliśmy ponumerowane zakręty i podziwialiśmy ciekawe widoki. Jeziorko otoczone jest wzgórzami pokrytymi lasem. Jest o wiele mniejsze od Lake Toba, ale, zwłaszcza dzięki drodze dojazdowej, robi niezapomniane wrażenie. Sama miejscowość Maninjau to właściwie dziura z kilkoma knajpkami. Porozglądaliśmy się trochę po okolicy, zjedliśmy obiad, wypiłem shake'a z avocado i długo siedzieliśmy na restauracyjnym tarasie nad jeziorem obserwując tamtejsze życie i napawając się spokojem tego miejsca.

Popołudniu czekaliśmy przy drodze na autobus wracający do Bukittinggi. Gdy wreszcie nadjechał, udało nam się wrócić do miasta. Wieczór upłynął generalnie na niczym. W nocy w naszym hotelu słychać było głośne modlitwy muezinów rozbrzmiewające z dwóch pobliskich meczetów, co zaburzało poniekąd sen, ale przypominało nam o odmienności miejsca, w którym się znajdowaliśmy…

22 lipca - Z laskami wodzów do Jakarty...

Wstaliśmy dosyć wcześnie. Podekscytowanie i lekki strach przed lotem miejscowymi liniami oraz chęć zrobienia pamiątkowych zakupów kazały nam szybko rozpocząć dzień. Po spakowaniu się i zjedzeniu śniadania hotelowego (tosty z dżemem i masłem, jajko, herbata, banany i ananasy) ruszyliśmy na polowanie na wcześniej upatrzone tradycyjne laski wodzów sumatrzańskich plemion. Kupiliśmy dwie targując cenę na 242 500Rp za sztukę (z ceny wywoławczej 300 000Rp). Po odpowiednim zapakowaniu (czekał nas jeszcze miesiąc tułaczki) wymieniliśmy zwyczajowe uprzejmości ze sprzedawcą i wróciliśmy w okolicę hotelu. Zjedliśmy spaghetti i czekaliśmy na wynajęty samochód, który miał zawieźć nas na lotnisko w okolicy miasta Padang.

W końcu, przed 14:00, podjechał klimatyzowany terenowy pojazd. Gdy tylko wyjechaliśmy z okolic Bukittinggi, widoki zmieniły się całkowicie. Najpierw przejeżdżaliśmy obok wodospadów i strumieni, później pokryte roślinnością wzgórza przemieniły się w ciągnące się kilometrami i oświetlone promieniami gorącego słońca lasy palm kokosowych. Gdzie niegdzie udało się zauważyć drewniane chatki wkomponowane w ten egzotyczny krajobraz. Lekka bryza i zapach oceanu uzmysławiały nam, że powoli zbliżaliśmy się do celu.

Lotnisko w okolicach Padang, na zachodnim wybrzeżu środkowej Sumatry, było bardzo prowincjonalne. Budynek miał charakterystyczny dla regionu Minangkabau strzelisty dach, a jedyny pas startowy używany był zazwyczaj przy tranzytowych przelotach pomiędzy północą a południem kraju. Nasz samolot (Boeing 737-200) przyleciał prawdopodobnie z Medan na północy wyspy (mogliśmy obserwować jak podchodził do lądowania i kołował pod budynek lotniska), wysadził pasażerów i po gruntowym sprzątaniu zabrał nas wraz z innymi 170-cioma osobami na pokład. Usłyszeliśmy głośny ryk silników i po chwili unieśliśmy się w powietrze… Na początku naszym oczom ukazał się ocean i okrągła wysepka blisko brzegu. Później lecieliśmy nad chmurami, z których wystawały tylko wierzchołki porośniętych pierwotną dżunglą gór. Szybko jednak zapadł zmrok. Pożegnaliśmy Sumatrę…

Na pokładzie podano nam nasi goreng (ryż smażony) z warzywami i mięsem na ostro oraz owoce i napoje. Półtoragodzinny lot minął nam szybko i wkrótce wylądowaliśmy na lotnisku w Jakarcie. Terminal krajowy dla linii Mandala, na który dokołował nasz samolot, był zupełnie nieciekawy. Początkowo planowaliśmy spędzić noc na lotnisku, więc widok terminala mocno nas zawiódł. Na szczęście autobusy do centrum Jakarty wciąż kursowały.

Autobus Damri (10 000Rp) w niecałą godzinę dowiózł nas do głównego dworca kolejowego Gambir. Krajobraz, który widzieliśmy po drodze przerósł trochę nasze wyobrażenie o tej 10-cio milionowej metropolii. Wszędzie dominowała plątanina autostrad i ciągnące się kilometrami przedmieścia, będące w dużej części slumsami biedoty. Brud, syf i bieda - jakże odmienne realia od sterylnego Singapuru… W centrum miasta zauważyliśmy kilka wysokościowców, co wreszcie było oznaką cywilizowanego miasta.

Ze stacji, wyglądającej jak odrapane hangary, dostaliśmy się w okolicę popularnej wśród plecakowców ulicy Jalan Jaksa, przy której znajdowały się tanie hotele i knajpki. Dojechaliśmy tam tuk-tukiem (3-kołowym motorkiem z kabiną, w której nasza dwójka z plecakami ledwo się zmieściła), robiącym tyle hałasu ze nie sposób było się w nim porozumiewać.

Szybko zaczepił nas pracownik Memori Cafe i namówił na pokój z łazienką i wentylatorem za 45 000Rp. Rzuciliśmy w pokoju plecaki i poszliśmy na krótki wieczorny spacer oraz do Internet Cafe (6000Rp/godz.). W kafejce były odziwo nawet kamerki internetowe. W nocy poczuliśmy na własnej skórze jak wielki błąd popełniliśmy zostając w tym "hotelu". Nie dość, że co chwile budziły nas jakieś hałasy, to jeszcze, co gorsze, całą noc coś nas gryzło. Na wpół śpiący smarowaliśmy się środkami na komary i paliliśmy spiralki odstraszające insekty, modląc się, żeby doczekać ranka i żeby niewidzialni oprawcy nie okazali się pchłami lub wszami…

Cała relacja z dalszej części podróży po Jawie, Bali, Lombok, Gili Meno oraz powrót do Singapuru dostępna jest na mojej prywatnej stronie MyWorld (www.myworld.net.pl) na którą serdecznie zapraszam...

Łukasz Barczentewicz

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;