Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Teneryfa - wyspa o wielu obliczach
Autor: Agnieszka Owczarek   

1.jpgOla!
Rok oczekiwań na następną wyprawę oraz wątpliwości: ”Czy znowu poczujemy słony smak oceanu?” W końcu, udało się! Aga & Dro - razem mamy 66 latek, poza tym spełniamy swoje marzenia o podróżach, kiedyś podróżowaliśmy na rowerach, aktualnie drogą powietrzną...

W tym roku bilety jakby spadły nam z nieba, kupione cztery miesiące wcześniej, dosłownie upolowane przez Internet za ... 58 euro od osoby, w obie strony, z Berlina na Teneryfę, liniami Condor. Tak, to nie je bajka! Mieliśmy farta, kupiliśmy od razu pięć biletów i zaraz potem ich cena podskoczyła – takie promocje nie trwają długo! Tym razem nie lecimy sami, dołączają nasi synowie - Oskar (Ozzy) lat 10, Mieszko 3 latek i moja mama Sabina (o wieku nie wspomnę, ale emerytka).

26 sierpnia 2005 - dzień w podróży, nocą nad ocean

5.30 rano, ekipa w pięcioosobowym składzie zwarta i gotowa - wyjeżdżamy z Wrocławia do Berlina na lotnisko Tegel. Pakujemy się do Chryslera Voyagera – przejazd zamówiliśmy wcześniej u Pana Piotra w Berlin Express (http://www.berlinexpress.pl). Lot trwa około 5,5 godzin, spokojnie, chłopaki dostają upominki w postaci gier i czapeczek, zamówione wcześniej posiłki wegetariańskie docierają do nas bez problemu, smaczne. Lądowanie, lotnisko Reina Sofia na południu wyspy - wszyscy zadowoleni, tylko ja cierpię na zatkane uszy, ale mam patent (ssanie cukierków nie pomagało, ale wydmuchiwanie z impetem nosa w chusteczkę - tak!). Lekko oszołomieni i zarazem szczęśliwi kierujemy się do okienka RECORD Rent a Car i już za 15 minut Dro odpala czarnego Peugeota 206 - kierunek Amarilla Golf.

2.jpgNa Teneryfie wypożyczalni samochodów jest ... jak u nas grzybów po deszczu, zatem nie ma problemu ze znalezieniem pojazdu (od koloru, do wyboru), a benzyna tania - 0.75 euro za litr. Już od pierwszych chwil na wyspie czuje się egzotykę, jesteśmy przecież 100 kilometrów od saharyjskich wybrzeży Afryki, uderzające ciepełko, z lekką bryzą wiejącą znad oceanu, jedziemy sobie beztrosko...

Dojeżdżamy do Amarilla Golf – liczne rezydencje - apartamenty, ciągnące się nad oceanem, trochę górzysty teren, oczywiście starannie utrzymane pola golfowe, których to na Teneryfie jest niezliczona ilość. Trochę błądzimy po okolicy, zanim udaje nam się odnaleźć nasz hotel - Fairways Club. Budynki białe, stylizowany na greckie domy, dość obszerny basen z charakterystyczną wysepką z knajpką, restauracja, w apartamencie miły akcent w postaci winka - coś na dobry początek! Apartament duży, z sypialnią (ogromne łoże), salonem, aneksem kuchennym, łazienką oraz przestronnym tarasem. Sabina czuje się jak gwiazda filmowa... Nie bylibyśmy sobą siedząc na miejscu, tak więc poźnym wieczorem krążymy z Dro i Oskarem po okolicy, po omacku, przez skały docieramy do oceanu i to jest ta chwila na którą czekaliśmy. Noc, lekki wiaterek i szumiący ocean. Ozzy jest przygotowany na różne ekstremy – ma ze sobą latarki, scyzoryki... Podążając za naszym pierworodnym docieramy do hotelu.

27 sierpnia 2005 – zakupy, Barranco del Infierno

Proza życia - zakupy. Rankiem udajemy się do Mercadony, godzina otwarcia - 9.00, a o 9.20 jeszcze zamknięte, ale nikt słowa oburzenia nie piśnie - jacy opanowani ludzie! Dla nas zaskoczenie. Robimy sprawunki na cały tydzień, ceny zbliżone do naszych, niestety rodzime owoce nie są tańsze (uprawa droga), ale za to winka, zapewniam, jest w czym wybierać, no i ceny przystępne. Idę z Dro na spotkanie organizacyjne do restauracji, pijemy sangrię (chyba z domieszką brandy bo zrobiłam się bardzo wesolutka), wygrzebuję palcami owoce (powinni dawać łyżeczki), Dro mnie beszta.

3.jpgW hotelu robię furę kanapek dla całej familii, pakujemy kilka butelek wody, jakieś przekąski i jedziemy do Adeje. Dro parkuje auto blisko kościoła. Idąc w górę, odnajdujemy budkę, w której kupujemy bilety do Barranco del Infierno – wąwozu i rezerwatu przyrody malowniczo położonego w górach. Kobitka w kasie ponagla, trzeba zdążyć do 16 żeby obejrzeć wodospad. Droga zawiła, idziemy prawie non-stop pod górę, Mieszko dzielny (to nie pierwsza jego wędrówka), odruchowo wyciągamy aparaty fotograficzne, niesamowite formacje skalne, małe strumyczki, przez które przeskakujemy, dzika, nieokiełznana, przyroda. Niestety, zabrakło nam 10 minut żeby zobaczyć wodospad wieńczący wąwóz. A doszliśmy prawie na sam koniec! Całkiem spory kawałek. Wracamy ze strażnikami przyrody, ponaglani... z marsowymi minami. W miasteczku zwiedzamy kościół i poszukujemy Sabiny, która to poszukuje nas...

28 sierpnia 2005 – Los Abrigos - miejsce tubylców i skały

Zapowiada się dłuższa eskapada, uzbrojeni w dobry humor, jedzonko, wyruszamy na piechotkę z Amarilla Golf skrótem do Golf del Sur, idziemy wzdłuż wybrzeża, mijamy charakterystyczne dla Teneryfy czarne, wulkaniczne plaże (polecam gumowe butki do pływania), hotele, ocean lśni i zadziwia ciągle to innymi formacjami skalnymi. Po około 4 kilometrach docieramy do Los Abrigos, przedzieramy się przez skały, osada głównie miejscowej młodzieży, coś sobie pitraszą na skałach, pachnie przyjemnie, mijamy groty, jakaś rodzinka siedzi przy stole i ucztuje - czas sjesty. Są pogodni, uśmiechnięci. Mamy tu kilka naturalnych kąpielisk wyżłobionych w skale, podobnie jak w Garachico, jednak tu jest bardziej dziko. Zatoczki zachęcają do pływania. Skaczę do oceanu, nurkuję, pod wodą inny świat - uciekające rybki, jaskinie, głębiny... Dla maluchów mniejsze oczko wodne - zamulona płycizna. Wokół Rosjanie, gawędzę sobie z malczikiem (lata rosyjskiego w podstawówce nie poszły na marne).

4.jpgZ powrotem (ze względu na naszego najmłodszego) postanawiamy wrócić autobusem, wchodzimy do miasteczka, kupujemy wodę, kierujemy się na przystanek. Z rozkładu nic nie rozumiemy (podają tylko godziny wyjazdów z przystanków końcowych, a i tak na niewiele się one zdają), spotkana Angielka próbuje nam objaśnić te oznaczenia, ale po chwili sama się gubi. Siedzimy dobrą godzinę, może więcej, chłopaki śnięci, a autobusu jak ni ma, tak ni ma. Nagle, w sekundzie coś zielonego mignęło nam przed oczami... No tak - to był autobus, był... Trzeba było stać i machać (jak się później dowiedzieliśmy). Chłopaki jęczą, Ozzy dobitnie wyraża swoją złość, Mieszko powtarza po bracie. Docieramy piechotką do Fairways, po drodze chłodząc się w oceanie. Złe emocje od razu odpływają.

29 sierpnia 2005 – spacerkiem do San Blas

Sabina mówi veto i robi sobie dzień solo, klapeczki, paero i już podąża w stronę basenu. Boi się, że znowu ją gdzieś wyprowadzimy... Ruszam na nogach z chłopakami do San Blas, rynek, atrium otoczone sklepikami. Niezrażeni wcześniejszymi niepowodzeniami, kupujemy kartę rabatową BonoBus na przejazdy autobusem (12 euro i przejazdy tańsze nawet o 50%). Kręcimy się zaglądając do sklepików, leniwe popołudnie... Chciałoby się popływać, kąpiel w oceanie jednak utrudniona - fale, radocha dla Ozziego... siedzę na czarnej skale i przyglądam się szalejącemu żywiołowi. Po powrocie czeka na nas domowy obiadek - nie ma to jak u mamy, a gotuje rewelacyjnie! Otwieram czerwone winko Rioja, imieniny Sabiny, jest nam lekko i przyjemnie, ucztujemy na tarasie do wieczorka, pogryzając słone orzeszki.

30 sierpnia 2005 – El Medano, Montana Roja, Playa de la Tejita

Mieszko zrobił pobudkę o 7 rano, zwlekam się z łóżka, automatycznie przygotowuję śniadanko dla wszystkich, w zwolnionym tempie szykujemy się na basen (niestety czynny dopiero od 10.00). Na szczęście nad basenem animatorka organizuje konkursy dla dzieci, na Mieszka wołając zabawnie Miszko. Tłum Anglików, Afrykańczyków, a tu Oskar zajmuje I miejsce, Mieszko IIw dartach. Ot co! Wrzucam ravioli do gara (ja gotuję, Sabina zmywa, sprzątają sprzątaczki), wołam moich mistrzów, zajadają ze smakiem.

5.jpgMamy w planie dojechać do El Medano, wyczytałam w internecie, że warto zobaczyć to miejsce. Pędzimy na autobus i nawet udaje nam się do niego wsiąść(!) Mieszko zasypia. Po krótkiej podróży docieramy do El Medano, rozciąga się tam rozległa plaża - czysta woda, większe stężenie jodu i wiejąca wzłuż brzegu bryza - raj dla surferów i kitesurferów. Na adeptów tych sportów czeka wypożyczalnia ze sprzętem. Dro namierza skałę, pod którą rozkładamy manatki. Chłopaki pędzą na spotkanie z bardzo silną falą (bez sprzętu), dają się ponieść szaleństwu - Dro gubi nawet majtasy(!). Fotografuję Maminkę, siedzimy na rozgrzanym piasku, patrzę na popisy tych wszystkich kit i surferów, warto było tu przyjechać! Na koniec dnia wybieramy się na Montana Roja. Rozpoczynając szlak idziemy wzdłuż plaży, oczom ukazują się różne formacje skalne, małe zameczki jak z piasku, tak trwałe, że nawet nie drgną pod wpływem kopnięcia. Mijamy osadę mężczyzny – pustelnika. Siedzi przed swoją grotą (zaadaptowany schron wojenny) odwrócony, banany wbite w piach, rower... Spragniony innego, lepszego życia. Takiemu dobrze!

Fotografuję Mieszka i Dro idących nad samym urwiskiem skalnym, spiętrzone fale jak gdyby chciały ich wyrwać temu światu, wieje zarąbiście... Po chwili jestem już na szczycie góry - wulkanu, po obu stronach ocean, plaże, a w oddali El Medano. Uśmiecham się do downhillowców wbiegających pod górę z rowerami pod pachą, niestety nie widziałam jak zjeżdżają po jej stromych zboczach. Pewnie niezły widok! Sabina dociera na szczyt, ma łzy w oczach, jest wzruszona... Słońce już zachodzi, kiedy docieramy do Playa de la Teita, mała zatoczka, opustoszałe leżaki z palmami. Tylko nieliczni zmagają się z falami. Trzeba poszukać przystanku autobusowego, robi się ciemno, nad nami przelatujące samoloty (blisko lotnisko). Tym razem mamy szczęście i po niecałych 40 minutach pakujemy się do autobusu. Jeszcze tylko jakieś pół kilometra piechotką... Zmęczeni, brudni, docieramy do Amarilla o 22. Eleganckie Angielki właśnie wychodzą do restauracji. Mieszko daje się jeszcze zaciągnąć pod prysznic, twardy zawodnik! A piachu pół wanny!

31 sierpnia 2005 – słodkie nicnierobienie

6.jpgNasz najmłodszy w rodzince wstaje rano o ósmej z hakiem, przecież według moich planów miał pospać przynajmniej do dziewiątej. Entuzjastycznie woła: „Mama jeść!” Na Teneryfie mają dobre płatki śniadaniowe, szczególnie te pełnoziarniste. Zadowalam się trzema pomarańczami, smakują wybornie - soczyste, banany też mają inny smak - słodsze, pychota! Kochana mama wyprała nam wszystkim sandały, po wczorajszej wyprawie wyglądały tragicznie. Boso biegniemy na basen, pływam w kółko chyba z dziesięć rundek i po raz pierwszy od przylotu na wyspę daję się ponieść słodkiemu niente na leżaku... Zerkam sobie zza okularów na palmy, Hindusów w turbanach, Afrykańczyków, rozkrzyczane dzieciaki, taplające się w wodzie... Dzisiaj zostajemy nad basenem dłużej, wieczór spędzamy na wulkanicznej plaży, po drodze namierzając Albatrosa (kupiliśmy tydzień timeshare w tym hotelu, very exclusive). Późnym wieczorem wymykamy się sami z Dro do knajpki na sangrię, show w stylu Abby - trochę naciągane.

1 września 2005 – Las Galetas

W Polsce rozpoczęcie roku szkolnego, Ozzy ma przedłużone wakacje o cały tydzień, uśmiecha się z szelmowskim błyskiem w oku. Rozdzielamy się, Ozzy z Dro - piesza wędrówka do Las Galetas, ja z Sabiną i Mieszkiem - spokojny spacerek wzdłuż ukwieconych willi i pól golfowych nad oceanem (zapomniałam aparat fotograficzny, a kwiaty cudne!). Po powrocie chłopaki opowiadają o swojej wyprawie. Z Amarilla Golf do Las Galetas szli wzłuż wybrzeża - ścieżka wyraźna, chociaż raz trzeba było obejść tamtejsze „privado”. Przed Ten-Bel piękne, podmyte skały pod wzgórzem z ciekawie ukształtowanym wierzchołkiem. Na skałach - miejsce naturystów oraz zabezpieczone zejście do wody. Za wzgórzem - już w Ten-Bel - półki skalne, na których można się opalać, również drabinki do wody – korciło żeby się wykąpać. W Ten-Bel trzeba obejść ośrodek z dużym basenem, a dalej znowu skaliste wybrzeże, z ciekawymi formacjami skalnymi, tam też można się wykąpać, chociaż zejście po schodach do wody zamurowane. Las Galetas to bardzo miła miejscowość, można tam przyjemnie spędzić trochę czasu. Pierwsza plaża kamienista, ale za to wspaniałe miejsce, żeby obejrzeć podwodny świat nie wysilając się zbytnio – płytko. Wystarczy założyć maskę z rurką i położyć się na wodzie, wśród kamieni dziesiątki gatunków kolorowych rybek. Dalej – przy porcie plaża już piaszczysta, także godna polecenia. Wrócili autobusem, chociaż na przystanku musieli znowu odstać swoje. Wieczorem zbieramy manatki, rano opuszczamy Amarilla Golf - drugi tydzień spędzimy w Playa de Las Americas (byłam tam z Dro w ubiegłym roku).

2 września 2005 – nowe lokum – Regency Club (Playa de Las Americas)

7.jpgDro zajeżdża z samego rana Seatem Ibizą (wypożyczony na tydzień) i jedziemy do Playa de Las Americas, hotel Regency Club, nieopodal Sky Parku. Dzień typowo organizacyjny, znowu rozpakowywanie walizki, czekamy, zanim zwolni się apartament, umilając sobie czas zabawami w basenie. Słychać język polski, gawędzimy ze Ślązakami w jacuzzi, (pozdrowionka), chyba jednak więcej Czechów... Robi się jakoś swojsko, bo w Fairways czuło się egzotykę (oprócz nas była tam tylko jedna polska rodzina, której nigdy nie udało nam się spotkać). Regency Club – komfortowe apartamenty, basen, jacuzzi, plac zabaw dla dzieci, mini-przedszkole, restauracja nad basenem, codziennie wieczorem koncerty na wysokim poziomie (jazz, gitarowe, pop, etniczne). Spacerujemy po Playa de Las Americas - miasto–kurort, liczne puby, nocne kluby, gwarne ulice i deptaki, tłumy ludzi, hotele-apartamenty ciągnące się nad oceanem, sklepy... Tu, dla spragnionych zabaw przybyszów, życie zaczyna się dopiero nocą. Nie odnajdziemy tu śladu kultury kanaryjskiej ani hiszpańskiej. Trochę to wszystko przytłacza, znowu zakupy w Marcadonie na cały tydzień, szukamy jeszcze naszego warzywniaka z ubiegłego roku (niestety zamknięty) i wracamy do Regency.

3 września 2005 - Puerto de la Cruz - Loro Parque, Canadas del Teide wieczorem

Dzieciaki od rana szykują się do słynnego Loro Parque. Trzymanie zwierząt w niewoli zawsze budzi we mnie nutkę goryczy, daję się jednak namówić ze względu na chłopców. Siedzimy w aucie, Ozzy zapuszcza Lecha Janerkę (zna prawie wszystkie teksty na pamięć) otwieramy okna, muzyka rozbrzmiewa, nagle podchodzi długowłosy gość i pyta po english co to za muzyka, my na to: ”Z Polski”, on: „Aw yeah! Polska muzyka dobra!”, po czym wyciąga komórkę i zapisuje Lech? Jak Lech Walęsa? Tak, Lech - Lech Janerka! Miły incydent. Do Puerto de la Cruz docieramy w niecałe 3 godziny, po drodze kupując od ulicznych straganiarzy na poboczu autostrady owoce-pychotki (mango, papaja, świeże figi), sam miód, od razu humor mi się poprawił i obiecałam sobie, że nawet nie wspomnę o tresowanych zwierzakach. No i jesteśmy na miejscu, rzędy autokarów, tłumy turystów chcących obejrzeć 340 gatunków ptaków, w tym jaskrawo upierzone papugi, akwarium z 15 tys. zwierząt wodnych oraz największe na świecie pingwinarium. Moi ulegają urokowi fauny i flory, Mieszko zostaje wyłoniony z tłumu i asystuje chłopakowi podczas pokazu, trzyma kijek, przez który przeskakuje lew morski, dostaje w prezencie czapeczkę. Z podziwem oglądam drzewa giganty, co chwilę wołając: ”Mamo spójrz, taki fikus rośnie u babci w doniczce!”

8.jpgNa pewno warto odwiedzić Loro Parque z dziećmi, oprócz atrakcji w postaci zwierzaków czeka na nie plac zabaw (dżungla), kolejka górska, niesamowitych doznań doświadczyliśmy oglądając film w kinie, coś w rodzaju Makrokosmosu. Na pewno jest to wycieczka całodniowa, można tam zjeść w licznych knajpkach, chłopaki zaopatrzyli się w żółte, charakterystyczne czapeczki. Zwiedzamy na maksa i opuszczamy Loro Park ostatni, stając oko w oko z rekinami. Jednak one zostają w olbrzymim akwarium, a my wychodzimy na wolność. Powrót przez Canadas del Teide – calderę wokół wulkanu; bajkowy rezerwat przyrody, jeszcze nie jest zbyt ciemno, aby zobaczyć chmury poniżej nas, wysokość około 2350 m, podjeżdżamy pod taras widokowy, Sabina nigdy nie była na takiej wysokości, drży i odmawia paciorek, wokół lawa, księżycowy krajobraz... Pięknie! Robi się jednak coraz ciemniej i trochę groźnie, ale zarazem ekscytująco! Skały o przeróżnych formach, języki lawy, wulkaniczny pejzaż, pustkowie. Polecam przyjechać, aby obejrzeć zachód słońca w tym miejscu.

4 września 2005 – Candelaria, Playa de las Teresitas, Montana de Atalaya

Spełniamy marzenie Sabiny o Candelarii (taka nasza Częstochowa), gdzie nad samym oceanem stoi okazała bazylika z lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku - kult czarnej Madonny (replika figurki Matki Boskiej wyłowionej przez Guanczów z oceanu), miejsce licznie odwiedzane przez pielgrzymów ze wszystkich wysp. Mamy szczęście, bazylika otwarta (niedziela), w ubiegłym roku „pocałowaliśmy klamkę”. Mama wymodlona za wszystkie czasy opuszcza świątynię i ogląda dziewięć ogromnych posągów wodzów Guanczów, za którymi rozciąga się wulkaniczna plaża. Zaopatrujemy się w pamiątki dla najbliższych w sklepiku z dewocjonaliami, nie wiem, czyj to był pomysł, ale chłopcy wychodzą z zakupionymi fletami i już całą drogę w aucie rozbrzmiewają piski tego magicznego instrumentu. „Grają” jeden po drugim wczuwając się w rolę... W końcu, na jakimś parkingu flety lądują w bagażniku (uff, co za ulga!)

Dojeżdżamy do Playa de las Teresitas. Plaża ta, tłumnie odwiedzana przez turystów i miejscowych, widnieje na wielu widokówkach i folderach, ciągnie się długim pasmem - czysta woda i palmy. Przywieziono tu cztery miliony worków saharyjskiego piasku. O tym właśnie marzyłam, mimo faktu, że to jednak dość oblegane miejsce (kobieta zmienną jest). W ubiegłym roku niebo było zachmurzone i nie czuło się tego klimatu, jaki panował teraz. Kobiety toples, te o kształtach malowanych przez Rubensa jak i El Greco, pełna swoboda, nikt się nikomu się nie przygląda. Czuję się tu bardzo luzacko, budujemy zamki z piasku, taplamy się w wodzie. Dro nas opuścił i wyruszył na samotną wspinaczkę wysoko w góry. Cóż, czasami człowiek potrzebuje przestrzeni...

Jak się okazało nie był to zbyt dobry pomysł, gdyż temperatura przekraczała 30 st. C, tym bardziej, że Dro nie lubi upałów. Dotarł do Montana de Atalaya. Dalej, droga wiodła na plażę dostępną tylko dla piechurów albo od strony oceanu, zabrakło mu jednak wody do picia i ... cienia, no i wrócił na łono rodziny od razu rzucając się do oceanu. Trochę się wszyscy opaliliśmy na tym słońcu (ognista kula w zenicie), nawet Ozzy, niebieskooki blondyn o bladolicej twarzy... Powrót z plaży utrudniony, utworzył się korek, w którym to staliśmy ponad godzinę. Kiedy wreszcie wyjechaliśmy na autopistę, porządziłam przy sprzęcie i włączyłam Iron Maiden. W oddali tętniące życiem miasteczka, a my pomknęliśmy do Americas...

5 września 2005 - Santa Cruz de Tenerife – baseny Cesara Manrique

Czeka nas misja na pólnocno-wschodnią część wyspy, do stolicy Teneryfy Santa Cruz. Dro i Ozzy szukają siedziby Teide Parque Nacional przy ulicy Emilio Calzadilla 5 (niedaleko Plaza de Espana), w którym pragną uzyskać pozwolenie wejścia na sam szczyt wulkanu Pico del Teide. Dla niewtajemniczonych podaję wysokość wulkanu 3718 m. Pozwolenie dostają po odstaniu pół godziny w kolejce (kilkanaście osób), trzeba pamiętać, że zamykają o godzinie 14.00, otwarte tylko w dni powszednie.

Santa Cruz leży u stóp gór Anaga, posiada port jachtowy, spacerujemy alejkami, deptakiem, po obu stronach liczne sklepy, w powietrzu radosna atmosfera. W końcu wylądowaliśmy w Parque Maritimo Cesar Manrique – sztuczne baseny zaprojektowane przez Manriqu'a właśnie. Bilety w cenie: osoba dorosła 2,9 euro + 2 za leżak. Sporo akwenów do pływania, wysepki z wulkaniczną lawą, no i woda oceaniczna, przeźroczysta – turkusowa, palmy. Ładny widok! Wieczorkiem zaglądam do lodówki, co my tu mamy: gazpacho, zielona fasolka szparagowa w puszce, cebula. Z szafki wyciągam ryż i kostkę sojową (po podgotowaniu w bulionie, do wszystkiego, alternatywa mięsa). Cebulkę podsmażam na oliwie, wlewam 3 małe puszki gazpacho, wrzucam suchą kostkę i gotuję około 20 minut, pod koniec gotowania wrzucam fasolkę. Na talerz nakładam ugotowany ryż i naokoło ryżu wlewam zawartość patelni, posypuję słodką papryczką, do tego winko Rioja. Jemy na tarasie, na wygodnych fotelach. Zapach zwabił okoliczne koty, a że mieszkamy na parterze wchodzą sobie jeden za drugim (doszło do czterech).

6 września 2005 – Aquapark, Playa del Duque

Chłopaki od rana biegają w kąpielówkach, przed nimi cały dzień w Aquaparku, ceny dość wysokie: 21 euro osoba dorosła, 16 dziecko, 3 szafka, 7-9 ponton do dzikiej rzeki i zjeżdżalni, 3 za leżak. Małe dzieci mogą korzystać także z większych zjeżdżalni, przy czym dziecko powyżej 1m z pływakami, natomiast powyżej 1,2 m bez pływaków. Jesteśmy z Sabiną wolne!!! Przebieramy się w najlepsze kiecki (ja jednak wybrałam spodenki). i ruszamy przed siebie. Próbuję przypomnieć sobie skrót prowadzący na Playa del Duque i do letniej posiadłości Elizabeth Taylor (podobno). Wychodząc z Regency, przechodzimy przez autostradę. Można jechać darmowym busem, ale czyż nie przyjemniej spacerkiem?

Wychodzimy na promenadę wijącą się przy samym oceanie, w oddali posesja aktorki, mnie ona przypomina domy w Toskanii ( z filmu „Ukryte pragnienia” Bertolluciego). Roślinność nieziemska, skwar leje się z nieba, obchodzimy dom naokoło, po skałach, promenada ciągnie się kilometrami, krążymy wokół kościółka (zamknięty), miejscowi staruszkowie gawędzą przed kapliczką, do której można zajrzeć. Wracamy na plażę, rozkładamy się na piasku, fale coraz większe. Na chwilę wchodzę do oceanu, jednak nie trwa to długo - o mały włos, a wróciłybyśmy w samych strojach, w ostatniej chwili chwyciłam za sandały i plecak. W tym miejscu (za skałami) ratownik zakazuje kąpieli. Obserwujemy całe zajście i nie spuszczamy oka z fali, mija jakieś 30 minut, ocean się uspokaja, większość ludzi powraca do wody. Zostajemy długo na plaży, spędzając czas na rozmowie i zbieraniu muszelek.
W drodze powrotnej trochę zboczyłyśmy z trasy, jesteśmy już blisko autostrady, jeszcze trochę pod górkę i już na miejscu. Padam na łóżko i włączam wentylator. Za chwilę pewne wróci ekipa z AquaParku, zwlekam się z łóżka i przygotowuję jedzonko, dzisiaj nie eksperymentuję w kuchni; kartofelki, kotlety z żółtego sera i do tego micha pomidorków z cebulką. Pochłaniają w mig, Ozzy bez pomidorów ( nie jest entuzjastą tego warzywka).

7 września 2005 - plaża - babskie sentymenty, punkt kulminacyjny wyspy - pico del Teide (piechotką na szczyt, do samego krateru)


Podczas gdy Dro i Ozzy idą na Teide, próbuję namówić Sabinę na ruszenie się z hotelu. Jak zwykle mi się udaje! Szybko manatki do plecaka, Mieszka za rączkę i idziemy na Playa del Duque (znowu) oraz na Playa Fanabe. Spacerujemy promenadą, kierujemy się na plażę, Miechu od razu zaczyna kopać w piachu, podążam w stronę oceanu, płynę przed siebie, myślami jednak jestem na Teide... Jak sobie radzą, czy uda im się zjechać kolejką, czy też z powrotem również piechotką – boję się trochę o Oskara… Ocean w tym miejscu (Playa Fanabe) gładki, orientalna knajpka z etnicznymi posągami i leżaki z palmami. Staramy się chłonąć każdą chwilę tu spędzoną, zapamiętać każdą roślinę, spokojną toń oceanu, ludzi i niczym nie zmąconą atmosferę... zostajemy do późna na plaży, ciężko się ruszyć i wracać, po drodze namierzam centrum handlowe w podziemiu i kupuję wisior (amulet) za 3.50 euro, podobny sprzedawali przy plaży za 8... Niosę Mieszka na rękach, prawie zasypia.

Otwieram drzwi, a tu miła niespodzianka w postaci moich chłopaków - misja zakończona, Teide zdobyty! Przywieźli naturalne pumeksy i woreczki z opuncją figową. Ciekawe, kto to będzie obierał, ja nie ruszę, nie chcę mieć tysiąca wbitych igiełek w ręce! Chłopaki opowiadają o swojej wyprawie. Wybrali się wcześnie rano (jeszcze spaliśmy), prosto do parkingu z oznaczeniem „Montana Blanca” na wysokości 2350 m, skąd prowadzi najczęściej uczęszczany szlak na wulkan (najczęściej znaczy tutaj zupełnie co innego niż u nas, w Tatrach - po drodze spotkali kilkunastu piechurów takich jak oni, reszta wybiera Teleferico – kolejkę linową). Pierwsze kilometry przyjemne, płaska droga aż do przełęczy pod Montana Blanca. Kiedyś można było tędy jeździć samochodem, aż na sam szczyt Montana Blanca. Od starego miejsca postojowego zaczyna się właściwa wspinaczka – cały czas pod górę (ok. 1000 m), aż na sam szczyt. Po drodze podziwiają widoki, niczym roztopiona czekolada z toffi, rozpływająca się pod nogami. Mijają tzw. jaja lawy (lava eggs) - olbrzymie, okrągłe głazy, które powstały jak kule śniegowe - z odłamków oderwanych od spływającego języka lawy. Ostatnia erupcja miała miejsce w siedemnastym wieku. Po drodze wstąpili do schroniska Refugio Altavista 3270 m, można tam także przenocować. Za schroniskiem jeszcze spory kawałek pod górę, aż do La Rambletta – górna stacja kolejki linowej.

Chcieli chwilę odpocząć, ale ponieważ pozwolenie na wejście na szczyt jest ważne tylko na wybrane dwie godziny, musieli piąć się dalej. Ostatnie 200m chyba najbardziej strome, poza tym wysokość dawała się we znaki - powietrze już rozrzedzone. W końcu to 3718 m – od poziomu oceanu aż na sam szczyt. Krater kamienisty, z charakterystycznymi zażółceniami, z których unosiły się opary. Czuć było zapach siarki – piekło blisko? Cała droga zajęła im około 5 godzin razem z przerwami na odpoczynek. Wrócili kolejką linową, 11 euro za osobę dorosłą w jedną stronę. Z kolejki podjechali autobusem do miejsca, w którym zaparkowali samochód i do hotelu. No, nie od razu, trzeba było wyskoczyć na lody w restauracji El Mirador, w Vilaflor - najwyżej położonym miasteczku na Teneryfie, a może i w Hiszpanii. Polecają – bardzo przyjemnie spędzili tam czas.

8 września 2005 – chaotyczny dzień – Masca (Barranco de Masca), Playa Paraiso, koncert gitarowy

Ze świadomością tego, że to już ostatni dzień na wyspie, nie bardzo odnajdujemy się w sytuacji. Tego dnia nie jesteśmy tak dobrze zorganizowani jak do tej pory. Dzieciaki rozkojarzone, Ozzy wypompowany po Teide, powstaje mały misz-masz. Każdy chce podążać w innym kierunku i jeszcze raz zobaczyć ulubione miejsca... W końcu ustalone – kierunek Masca, urocza, piracka wioska w surowym, dzikim klimacie górskim, z zachwycającą roślinnością. W planach przewidzieliśmy zejście w dół wąwozu Barranco de Masca (zejście prosto do oceanu), jakieś 3 godzinki w jedną stronę. Rozpoczynamy wędrówkę w dół Barranco i na prośbę Ozziego dochodzimy tylko do drewnianego mostka (jest wyraźnie zmęczony). W przewodniku znalazłam informację, że jest to: „trudna trasa, dla doświadczonych”... Nasz 3,5 latek świetnie sobie radził, ale nie doszliśmy do końca, dalej mogło być trudniej. Szkoda! Radzę jednak założyć buty za kostkę (koniecznie). Jeśli nie chcemy wracać z powrotem, możemy zarezerwować miejsca na statku, który wypływa z plaży u wylotu wąwozu do Los Gigantes. Bilety rezerwuje się dzień wcześniej, dzwoniąc do biura Nashira Uno. Robię mamie niespodziankę i zakładam na szyję wisior z muszelek kupiony potajemnie, podoba się!

W Masce polecam zajrzeć do jednej z kilku malowniczo położonych knajpek. Sami skorzystaliśmy - siedzimy na werandzie, sączymy sangrię (jakaś rozwodniona, bez brandy), soki i delektujemy się cudownym krajobrazem; ciągnące się pasma gór, kaktusy - opuncje figowe, palmy w pomarańczowo-zielonej tonacji barw... Doskonałe dzieło Stwórcy. Można kupić słoiczki z miodem, ręcznie plecione koraliki i szereg innych pamiątek. Wracając zajechaliśmy na Playa Paraiso. Mała zatoczka, pustawo, blisko pole namiotowe, pierwsze, jakie udało mi się zobaczyć na Teneryfie. Coś wisi w powietrzu, jedziemy milcząc, oglądając po drodze liczne, zieleniące się plantacje bananowe.

Dro zaleca pakowanie, ja jednak cichaczem wymykam się na koncert gitarowy, oczywiście Mieszko w majtkach biegnie za mną, Oskar również, Sabina za nimi (człowiek nigdy nie może pobyć sam). Smagły, długowłosy Hiszpan nieźle „wymiata” na gitarach (miał ich chyba z pięć), gra Santanę, Hendrixa... Podchodzi do naszego stolika i daje popis... Wow! Chłopcy zachwyceni! Szkoda tylko, że wieczorkiem nie można popływać w basenie, jest za to ładnie oświetlony. Wracamy w szampańskich nastrojach o 23, zastaję Dro padniętego na łóżku obok walizki, gdzie piętrzy się fura ciuszków. Sprawnie (nie ma to jak kobieca ręka) upycham wszystko do naszej pierwszej walizy na kółkach (kupiona za 50 zł w second-handzie, prawie nówka), jak dotąd zawsze mieliśmy plecaki... No, ale po 10 latach małżeństwa walizkę wypada mieć!

9 września 2005 – Adijos Teneryfa!

4.30 – pobudka! Spałam trzy godziny, wcześniej tępo wpatrując się w sufit... I już tylko autostrada i lotnisko. Jesteśmy sporo przed planowym odlotem (w ubiegłym roku jako ostatni wsiedliśmy do samolotu), odliczam eurocenty, ostatnie, jakie mam i kupuję paczkę naturalnych cukierków ananasowych. Ostatnie zdjęcie, startujemy, zostawiając za sobą senną jeszcze o tej porze dnia wyspę. „Biała góra” powoli się oddala... Cały samolot uśpiony, tylko Mieszko wyraźnie ożywiony, non-stop skacząc, nabija limo pod okiem, sam pilot przynosi plaster, miły człowiek (akurat przechodził, ścigając palacza, a no smoking!). W Berlinie nasz kierowca punktualny, pakujemy się do Voyagera, miła niespodzianka w postaci piknej pogódki. Jedziemy oglądając „Misia” Barei (nie Uszatka). Niestety, wymiękam i zamykają mi się oczy...

Epilog
Zabrakło nam ... czasu, aby zobaczyć więcej i więcej... Może miesiąc byłby wystarczający? A inne wyspy otaczające Teneryfę, wypiętrzone z dna Atlantyku przed milionami lat? Wciąż dla nas nieodkryte...
Aga & Dro: "My tu jeszcze wrócimy!"
Sabina: "Byłam w raju!"
Oskar: "Fajnie, ale potrzebny mi jeszcze do szczęścia komputer."
Mieszko: "Ja chcę tu mieszkać."

Warto wiedzieć:
informacje o timeshare: http://www.timeshare.org.pl
przejazdy na lotniska do Berlina: http://www.berlinexpress.pl
wypożyczalnie samochodów: http://www.autoreisen.es, http://www.orcarcanarias.com
przewodniki dla wędrowców (po angielsku): http://www.sunflowerbooks.co.uk

Jeżeli są Państwo zainteresowani wyjazdem promocyjnym do Playa de Las Americas w celu zapoznania się z ofertą timeshare (nieodpłatny, tygodniowy pobyt w hotelu Regency Club, płacimy jedynie za przelot), proszę kontaktować się na maila Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć .

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;