Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Niekochający Lwów
Autor: Justyna   
Zobacz też:
1.jpgOtórz wyobrażcie sobie Drodzy Podróżnicy, że Lwów już nie kocha Polski a zwłaszcza Polaków. Tegoroczny majowy weekend postanowiliśmy z przyjaciółmi spędzić w Bieszczadach, nad Soliną. Wycieczka do Lwowa była w planach już od dawien, dawna. A skoro wylądowaliśmy tak niedaleko od granicy polsko-ukraińskiej, należało ją wreszcie zrealizować. Z Soliny wyjechaliśmy o godz. 12:00 w południe, bo dużo czasu zabrała nam poranna toaleta - nadmienię, że poprzedni dzień był naszym atakiem na Wetlińską Połoninę - więc mieliśmy pretekst do ociągania się.

Wsiadając do samochodu nie wiedzieliśmy jeszcze, którym przejściem będziemy się przeprawiać. W ciemno udaliśmy się w kierunku Przemyśla, gdyż uznaliśmy przejście w Medyce za najsłuszniejszy wybór. Po drodze wertując atlas samochodowy Europy zauważyliśmy, że nie był to najwłaściwszy wybór - tym bardziej, że wycieczka miała się odbyć w ciągu jednego dnia, a tu się okazuje, że nie potrzebnie nadrabiamy 44 km, gdyż bliżej by było do Krościenka, koło Ustrzyk Dln.

2.jpgTych nadrobionych kilometrów przestaliśmy żałować w momencie, gdy wjechaliśmy do Przemyśla - miasta wyjątkowo urokliwego. Byliśmy nim zachwyceni. Do przejścia granicznego w Medyce dotaliśmy około godz. 14:00 i ku naszemu przerażeniu ujrzeliśmy kolejkę około 30 może 40 samochodów. Pierwsza myśl jaka zrodziła się w naszej głowie to powrót - myśl ta z resztą będzie jeszcze pare razy nas stręczyć w czasie tej wyprawy - jednak chęć zwiedzenia Lwowa była większa.

Po ustawieniu się w kolejce, zauważyliśmy "szemranych" panów, którzy biegali od samochodu do samochdu wymachując rękoma. Do nas też podszedł jeden z nich i spytał czy nie chcemy szybciej przemierzyć tej kolejki, za peweną opłatą, oczywiście. Po naszym pytaniu co oznacza "pewna" opłata Pan zasugerował 100 zł, udało nam się cenę zbić do 60 zł i raptem znaleźliśmy się na początku kolejki.

W tym momencie podszedł do nas jakiś inny Pan i pyta ile daliśmy owemu dżentelmenowi za tę pomoc. Przyznaliśmy się - 60 zł. Na co nasz nowy znajomy: "widać, że nie jesteście miejscowi, sfrajerzyliście moi drodzy, tu nikt nie płaci, trzeba się pchać na chama, mili państwo". Ów Pan zajmuje się przewożeniem benzyny z Ukrainy do Polski i widząc naszą nieporadność udzielił nam kilku wskazówek dotyczących naszej podróży. Primo: nie był to najlepszy okres na podróże na wschód, gdyż w tym roku akurat na dni naszej podróży przypadło święto Wielkiej Nocy u Prawosławian ( stąd też te kolejki na granicy), secundo: skoro już dajemy łapówki, to należy je dawać celnikom ukraińskim - właściwie to istnieją stałe stawki - przy pierwszej bramce kierowca musi włożyć w paszport 5 hrywni, przy drugiej 10. To reguluje wszystkie opłaty graniczne.

3.jpgPo stronie ukraińskiej nie należy się wpychać w kolekę, bo mogą nas cofnąć na jej koniec. Tertio: gdy znajdziemy się po drugiej stronie granicy, dobrze jest zatankować auto tuż przy granicy i jechać do Lwowa bez zatrzymywania się, nawet jeżeli będzie to samochód DAI - tamtejszej drogówki, bo "to też są bandyci". Pan przemytnik bardzo źle wypowiadał się o Ukraińcach. Dziwiło mnie jego zacietrzewienie i nienawiść jaką pałał do tego narodu. Jak się miało niebawem okazać po części było to zrozumiałe.

Na granicy spędziliśmy 3 godziny
- po stronie ukraińskiej zmienił się system odprawy samochodów - utworzono dwie kolejki dla Polaków i Ukraińców, tych ostatnich odprawiano naturalnie szybciej. Była już godzina 17:00. Znowu zrodziły się myśli o powrocie, ale do Lwowa to przecież jeszcze tylko godzina drogi. Więc dlaczego nie? Pojechaliśmy. Przy wieździe do miasta rozmieniliśmy pieniądze w kantorze, z którego właśnie odbierano dzienny utarg, a dokonywała tego drobna dziewczynka, wyposarzona w szmaciany plecaczek w towarzystwie dwóch postawnych panów - wyposażonych z kolei w kałasznikowy, po których się lubieżnie głaskali.

Gdy znaleźliśmy się w centrum miasta, byliśmy potwornie głodni. Udaliśmy się więc do jakiejś knajpy licząc na reginalną kolację, składającą się z osławionych przez pana przemytnika ruskich pierogów. Niestety w jednej restauracji nie było ruskich, w drugiej nie chciano nas obsłużyć, z niewiadomych nam powodów, choć uśmiechaliśmy się i staraliśmy się być jak najżyczliwszymi gośćmi - kelner nas ignorował, a pani za barem za każdym razem gdy się do niej zwracaliśmy, odwracała się do nas plecami. Ostatnim miejscem był ogródek pod parasolami.

Zmęczeni, głodni i zażenowni chcieliśmy zjeść już cokolwiek. Zamówiliśmy frytki, sałatki i każdy po porcji mięsa przyżądzonego na inny sposób. Drodzy Podróżnicy - wiem, że to może okazać się niewiarygodne ale po pół godziny podano nam sałatki (kelnerka w każdej raczyła zanużyć swój kciuk), po kwadransie wjechały ziemniaki pokrojone w ćwiartki - w kolorze ciemnego brązu - gdy uprzejmie spytaliśmy pani kelnerki czy bywają jaśniejsze burknęła "niet" - choć inni goście otrzymywali "frytki" w kolorze jasnego złota. Na potrwy mięsne musieliśmy czekać dalsze pół godziny, gdyż mięso to przygotowuje się w restauracji obok (tam gdzie nas ignorowano, co z resztą mój kolega skomentował, że pewnie teraz nam naplują do tego dania).

W oczekiwaniu na mięsko popijaliśmy piwko z datą ważności, która zamykała się na 14.04 br. No cóż my mieliśmy kiedyś nasz własny PRL, gdzie nie zawsze wszystko było świeże, ładnie podane i połączone z życzliwością, a jakoś się żyło. I choć to może zabrzmieć niewiarygodnie obok naszego stolika pewna pani wyciągała ze śmietnika plastikowe, zużyte sztućce, myła je w wiadrze o wątpliwej czystości, osuszała jakimś gałgankiem i wstawiała z powrotem na bar. W tym czasie wjechało mięsko - na papierowych talerzach - tego się dzięki Bogu nie da umyć.

Niestety, tak jak frytki, sałatki były do przełknięcia, tak mięso było dziwnego pochodzenia, miało zapach pomyji i smak bliżej nieokreślony. Po opłaceniu rachunku ( za tę kolację policzono nam 80 hrywni/4 osoby) uciekliśmy ze Lwowa. Dane nam jeszcze było podziwiać Lviv by night. To jest naprawdę piękne miasto, uliczki pokryte brukiem, wspaniałe kamienice i gmachy okresu secesji, urocze zułki. Niestety Lwów nie kocha Polaków. A żal.

Justyna
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;