Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Krótka relacja z zimy w Hurgadzie
Autor: Piotr Bartosiewicz   
1.jpg10 000 metrów nad ziemią przy temperaturze -58 stopni C, z predkością jedynie 850 km/godz. (samolot wystartował zaledwie z 20-minutowym opóźnieniem-więc nie musiał nadganiać), podziwiając gdzieś nad południową Polską wschód słońca nad chmurami leciałem spełniać marzenia. Bo marzenia są po to aby je spełniać!! O Egipcie myślałem już podczas studiów, ale tamta wyprawa skończyła sie przed okienkiem wizowym ambasady Grecji w Belgradzie. Takie były czasy, ale dzięki temu poznałem dokładnie przedwojenną Jugosławię.

Pierwszy raz leciałem samolotem-dla sprawdzenia słuszności przekonań moich koleżanek, że "żelazo nie lata". Nieprawda jakoby!! Lata ito nawet może sprawiać przyjemność. Polecam! Co prawda podczas lądowania (a raczej spadania) w Hurgadzie pękło mi jakieś naczynko w oku z powodu nagłego wzrostu ciśnienia (bo pan pilot w błyskawiczny sposób obniżył pułap o jakieś 9900 m.) zakłócając całą przyjemność jaką daje przeciążenie ale wiedziałem już, że samolot to dobry wynalazek. Fajnie to wszystko wygląda z góry. Tylko piach, suchy piach. Parę budynków i morze-Czerwone, które jest błękitne i poprzetykane turkusowymi rafami koralowymi.

Odprawa, wizy, bagaże, autokar, hotel - wszystko sprawnie i bez bólu. Orbis w Hurgadzie ma bardzo miłą i operatywną rezydentkę Małgosię. Zarządziła spotkanie informacyjne za kilka godzin i to był błąd. Po podróży, łóżko... Spać! I przespałem pierwszy od kilku lat deszcz-tak go szumnie nazwali ci co widzieli te parę kropel.

2.jpgZamieszkałem w hotelu Sea Wiev(dwie gwiazdki) w starej części Hurgady- El Dahar. Starej? Przecież najstarszy hotel w tym mieście jest młodszy ode mnie, a podobno Egipt jest słynny ze swej starożytności. A właściwie dla historii tu przyleciałem. Spokojny jednak o historię, a raczej, że wszystko zobaczę (bo już przed wylotem umówiłem się na kilka wycieczek fakultatywnych z Joanną-Polką mieszkającą tu od kilku lat a w dodatku historykiem sztuki- polecam: www.hanyalibaba.com - wszystko można załatwić e-mailem: Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć lub smsem: +20127667597) przez dwa dni poznawałem kulturę (zaprasiam na karkade) i obyczaje (mucha rucha karalucha) miejscowe. Pierwsza zasada klienta-nie kupuj nic przez kilka dni dopóki nie poznasz prawdziwych cen, choć i te odbiegają od rzeczywistości. Mogłem sie czuć dumny, że ani razu za transport busikiem po terenie Hurgady nie zapłaciłem więcej niż 65 groszy (czyli 1 funta egipskiego), ale zawsze tą dumę gasiła mi świadomośc, że miejscowy płaci tylko 25 piastrów-16 groszy (sic!) np za przejechanie 4-5 km. I to jest rzeczywistość!! Drugą stroną medalu jest to, że oni zarabiają tam po 100 $ a olej napędowy kosztuje 60 gr./litr (benzyna 90gr.).

Wreszcie nadszedł czas na starożytność. O godzinie 18.14 sms od Joanny: >>Dobry wieczór! Zbiórka do Luksoru będzie jutro rano o 4.45 przed hotelem. Śniadanko we własnym zakresie. Widzimy się w Luksorze! Pozdrawiamy. Joanna i Hany.<< I kilka słów wyjaśnienia: jedzenie, jeśli się nie ma opcji all najlepiej dokupić w sieci Abu Ashara (w Dahar na ulicy Abd El Aziz Mostafa), ceny stałe a przy kasie czytnik kodów. I wystarczy czekać o umówionej godzinie przed hotelem. Reszta się sama organizuje. Konwój, przejazd przez pustynię Wschodnią, spotkanie z Joanną; a nie!- w Luksorze powitał nas jej mąż Hany, Egipcjanin świetnie mówiący po polsku i wiecznie uśmiechnięty. Acha!! Po drodze konwój zatrzymuje się na parkingu w środku pustyni: WC, pamiątki, bar-jeśli ktoś jest smakoszem kawy to niech te 5 LE da małemu Egipcjaninowi za zdjęcie z wielbłądem a nie kupuje tego czegoś co jest gorsze niż woda po umyciu mojego ekspresu do kawy, później w autokarze nie ma gdzie tego czegoś wylać.

LUKSOR-KARNAK


3.jpgAutokary-wszystkie 40, cały konwój- zatrzymują się kilkadziesiąt metrów od zespołu świątyńw Karnaku. Widok jest doprawdy imponujący, olbrzymie pylony Wielkiej Świątyni Amona zapraszają te olbrzymie tłumy - (chyba tysiące osób) - mniej lub bardziej zaciekawione kto i po co to wszystko zbudował - do poznania Historii. Nie wiem jak inne grupy ale my trafiliśmy dobrze. Hany, niebieskooki Egipcjanin znał sie na rzeczy. Najpierw nauczył nas czytać hieroglify, następnie, dla mniej pojętnych wytłumaczył ich znaczenie na poszczególnych kolumnach Wielkiego Hipostylu i drugiego pylonu. Później zapoznał nas z wielce zagmatwanymi powiązaniami genealogicznymi który faraon z którą córką której żony miał albo i nie, ile i jakie dzieci. A wszystko to tylko dlatego utkwiło nam w głowach (do końca wycieczki) ponieważ pokazał nam to namacalnie wcielając większość z nas w role królów i królowych Górnego Egiptu. Potem był nad świętym jeziorem święty skarabeusz i różna liczba okrążeń dookoła niego w zależności od tego kto co potrzebuje w życiu (szczęście, miłość, pieniądze, potomstwo). A póżniej pół godziny wolnego na robienie zdjęć. I to jest zmora zorganizowanych wyjazdów-brak czasu. Trzy i pół tysiąca lat to wszystko na mnie czekało a ja mam trzydzieści minut żeby to wszystko obejrzeć, dotknąć, sfotografować, poczuć a i usłyszeć też. Pylony, obeliski, posągi, kolumny i ich bazy i kapitele, hieroglify, kartusze, dziedzińce i kioski. To jest właśnie Hiostoria, która tym wszystkim do mnie przemawia. Żeby to wszystko ogarnąć należy tu powrócić jeszcze raz samemu, a napewno skorzystać z oferty dwudniowego wyjazdu z Hurgady do Luksoru. Warto dołożyc jeszcze te 30$ aby móc tu zostać na drugi dzień, zwłaszcza, że nocleg w hotelu Lotus(4 gwiazdki) z jego kuchnią i basenami nad samym brzegiem Nilu jest o wiele więcej wart. Tym bardziej, że w programie tego dnia jest jeszczezwiedzanie fabryk: alabastru i papirusu oraz jeszcze tak wspaniałych zabytków jak Kolosy Memnona, świątyni Hatszepsut, Dolin Królów i Królowych. Ciepło jest!! Luty; poczatek. Środek zimy, +26oC w słonku, dobry czas na zwiedzanie Afryki. Latem tu bym się nie wybrał. Ale najpierw obiad, nad Nilem z widokiem na Teby. Romantycznie i kawę wreszcie dobrą podają. Następnie, bez pośpiechu, przeprawa motorówką na drugą stronę Nilu gdzie czekają Kolosy Memnona w tym jeden w rusztowaniach (10 minut na zdjęcia-bo jeden?). Świątynia Hatszepsut- dzieło Senmuta i Polaków daje wyobrażenie jak to wszystko wyglądało gdy się trzymało razem, tu trochę więcej wolnego czasu. Można przyjżeć się szczegółom, wyobrazić sobie barwy zieleni, która tu musiała być, mieszającą się z barwami posągów i kolumn, można spojrzeć w dal na dolinę Nilu i jeszcze dalej aż na Karnak i Pustynię Wsczhodnią.

Teby-Dolina Królów

4.jpgPodobno latem każdy dochodzi tylko do pierwszego grobu a później ucieka do klimatyzowanego autokaru, taki tu panuje upał. Dolina, zamknięta z trzech stron nagimi, spalonymi słońcem skałami i dziś (tzn. w letnie miesiące - bo zimą jest tu całkiem znośnie) strzeże dostępu do królewskich grobówtemperaturą dochodzacą do 60oC. Ale nawet latem warto zobaczyć te trzy groby, na które zezwala wykupiony bilet. A jest w czym wybierać. Odkryto już co najmniej 62 i pewnie to jeszcze nie koniec, choć nie wszystkie są udostępnione - polecam zajrzeć do Ramzesa IX i Merenptaha. Latarkę, którą wziąłem ze sobą mogłem spokojnie zostawić w autokarze (czołówka-przydawała się korzystającym z WC), wszystko jest dokładnie oświetlone. Wewnątrz nie wolno robić zdjęć i raczej nie radzę umawiać się ze strażnikiem za bakszysz, bo jeden pozwoli a drugi nałoży mandat. W każdym zachowały się płaskorzeźby pomalowane 3200 lat temu w żywe kolory, a pomyślcie, że u mnie w salonie trzeba ściany malować po 3 latach. Zamiast zastanawiać się jak zbudowano piramidy niech ktoś się zajmie tajemnicą trwałości tych farb. Zwróćcie uwagę na sufity-też są pomalowane ale na inny temat. gdy na ścianach króluje życie doczesne, one zawierają gwiazdy i inne znaki astralne. W sumie to mógłbym być faraonem - ładne mieli groby. I mówię to zanim jeszcze zobaczyłem bogactwo grobu Tutanchamona. Szkoda z tąd wychodzić, ale jeszcze została fabryka alabastru, a konwój odjeżdża o 17-ej. Dlatego zdecydowałem się na pozostanie w Luksorze na drugi dzień. Gdy wszyscy odjechali mogłem spokojnie udać sie do hotelu. Gdy już przeszedłem 400-500 m. z przeciwka nadszedł młody Egipcjanin z informacją, że tam skąd ide czeka bus, który zawiezie nas do hotelu. Wróciwszy te 500 m. zapakował nas (tzn. jeszcze 4 Niemców) do busika, po czym przejechawszy 800 m. znaleźliśmy się pod hotelem. Oczywiście to wszystko nie trwało 10 minut jakby się mogło wydawać, tylko 40 minut. To tylko podczas zwiedzania należy się spieszyć, bo jest mnóstwo do zobaczenia, a poza tym Arabowie mają czas. Nasz miał go dużo. Przywitał się po drodze z połową miasta, z kilkoma zapalił papierosa, dał sobie wyczyścić buty, jakaś szisza, jeszcze siedem telefonów i...
Wieczorem ustaliłem z Hany'm program na dzień następny, a głównym problemem była godzina porannego spotkania. Stanęło na jego 9.00 a nie na mojej 10.00. Trudno, wyspać się mogę w Hurgadzie.

Rankiem, bardzo rzeskim, spotkałem się z joanną, Polką mieszkającą na stałe w Luksorze, w hotelowym hollu. Poszliśmy obejrzeć świątynię w Luksorze, która znajduje się w centrum miasta. O tej godzinie zabytki są wolne od zmasowanego najazdu turystów, było świetnie!! Wreszcie w spokoju, ciszy, bez pośpiechu z naprawdę kompetentnym przewodnikiem syciłem się starożytnością. Mogłem zadawać pytania, mogłem dopytywać i wnikać w szczegóły. I to nie tylko na temat świątyni ale i o Egipcie. Mogłem wracać dwa, trzy razy w to samo miejsce żeby lepiej poznać i zrozumieć to wszystko co się tu działo 3350 lat temu. A to tylko dlatego, że zdecydowałem sie na pozostanie w Luksorze na dwa dni. Autokar odjechał, zostaliśmy z Niemcami, którzy dostawszy przewodnika mówiącego w ich języku gdzieś się zapodziali - aż do 17-ej. dlatego to zwiedzanie było raczej towarzyskim spotkaniem niż wycieczką po mieście. Zwłaszcza, że Joanna oprowadziła nas po kawałku Luksoru należącym bardziej do Egipcjan niż turystów. Zajrzelismy na bazar, do sklepów w których się raczej nie zobaczy Europejczyka (bielizna dla arabskich kobiet-podobno bardzo namiętnych), do pijalni soków (sok ze świerzych truskawek, mango i pomarańczy-niebo w gębie) i w uliczki gdzie miejscowi rzemieślnicy cały swój warsztat wystawiają na świerze powietrze. Następnie było muzeum mumifikacji. Nieprawda, że jego zawartość może przyprawić o dreszcze albo o coś zgoła innego. w zasadzie to jeśli ktoś ma dużo czasu to może tam zajrzeć, ale niekoniecznie. Nic specjalnego. A jeżeli ma w planie Muzeum Egipskie w Kairze to nie musi na pewno.

5.jpgI po tym nastaje czas relaksu. Podczas podziwiania zawartości muzeum Joanna załatwiła felukę, zupełnie indywidualną!!! Bez żadnych Niemców czy Japończyków. I wdodatku po cenie jak prawie dla Egipcjanina - 20 $. Kapitan Shaggy Ashraf na swojej jednostce Nille Dream z uporem walczył z prądem Nilu a także z brakiem wiatru i po półtorej godzinie (3km.) dotarłem na Wyspę Bananową. Zielono tam i chłodno, bo już południowy, lutowy upał zaczynał się dawać we znaki. Pośród bananowców, drzew pomarańczowych i mango chodzą białe czaple. Można siąść w cieniu olbrzymich liści bananowców, pod ich kwitnącymi kiściami wsłuchać się w szum wietrzyku, śpiew ptaków, jedząc banany prosto z "drzewa" zapomnieć o jakiejś tam Europie, gdzie czas płynie trzy razy szybciej, gdzie myślisz tylko o płatnościach. Totalny błogostan! Chcę tu zostać na zawsze... Przecież było mi tam najprzyjemniej... Niezapomniane chwile...

Powrót z wyspy juz z wiatrem i prądem zajął nam niecałe pół godzinki razem z cumowaniem przy nabrzeżu hotelowym. Jeszcze tylko wizyta w egipskim KFC - gdzie nawet łagodny sos dla niektórych bywa zbyt ostry, a lód do coli jest chyba robiony jednak z wody mineralnej, bo zemsta faraona, której zacząłem sie obawiać już w Polsce, nadal mnie nie dosięgła. Jakieś zakupy na droge powrotną i... do autokaru, gdzie czekała na nas Joanna z Hany'm i Mudy'm (pol.: Andrzejkiem) ich 3-letnim synem. Umówiliśmy się na następne wycieczki i zaopatrzeni podwójnie (bo Hany też dostarczył torbę łakoci) wróciłem do Hurgady około 22-ej. Ciekawe jakie zmiany zastanę jutro w moim hotelu?

HURGADA

6.jpgWyjeżdżdając wiekszośc gości hotelowych stanowiły rodziny arabskie. Teraz jest dość pustawo- jeszcze nie sezon na kąpiele w Morzu czerwonym. A morze i reszta o tej porze tutaj to jak wlipcu u nas nad naszym Bałtykiem. Ja nie znajdując wielkiej przyjemności w leżeniu odłogiem na piasku pod grzejącym słońcem ze zdumieniem wysłuchałem wiadomości, że większośc rodaków zjawia się tutaj między czerwcem a październikiem. Może to nad morzem jest i do wytrzymania, ale jeden z Polaków mieszkających w moim hotelu już teraz musiał korzystać z porady lekarza i wydać kilkanaście funtów na lekarstwa na poparzenia słoneczne (pozdro-Marcin). I jak tu zwiedzać zabytki? A tymczasem, wieczorami, na wieczorne włóczęgi po mieście trzeba było się ubierać ciepło, raz temperatura w nocy spadła do 14oC. Wieczory na mieście, im później tym lepiej. Z każdą godziną robi się coraz większy ruch, coraz więcej jedzenia jest przygotowywane i wystawiane na ulicę, coraz ciasniej na chodnikach a nruch kołowy nie maleje. Egipcjanie mają bardzo swobodny stosunek do przepisów ruchu, zatrzymują się na środku drogi byle złapać pasażera, wyprzedzają na zakrętach i na trzeciego, jeżdżą pod prąd i bez włączonych świateł całą noc i namiętnie używają klaksonów. Doszliśmy nawet do wniosku, że samochód tu nie przechodzi przeglądu technicznego (jeśli takowe tu wogóle istnieją) w przypadku niesprawnego klaksonu. Niemniej muszę oddać sprawiedliwość: nie widziałem żadnego wypadku ani stłuczki. Śniadanie, morze, bar, obiad, miasto, restauracja, sklepy, hotel - tak minęło kilka dni i następna wycieczka. Sms od Joanny brzmiał:>>Witamy! zbiórka na jutrzejsze safari o godz. 13;10, podjedzie po Was jeep!<< I kilka rad praktycznych: "pamietajcie: musiba-spryciarz, a jak sklepikarze męczą: szukran, kullu fil bet-dziekuję, wszystko już mam". Przydało sie później-na targu dla Egipcjan.

NA PUSTYNI

Nastepnego dnia, PUNKTUALNIE, pod hotel zajechał biały jeep, a raczej toyota. Uprzejmy Egipcjanin zapakował nas do tyłu, zamknął drzwi, wsiadł za kierownicę, skasował po 13 $ i ruszył poza miasto. I zaczęło się... Powiewało od pustyni. Najpierw śmieciami, później piaskiem. Coraz silniejszy wiatr porywał coraz więcej piasku z coraz wiekszą prędkością. gdy samochody zwolniły do 20km/h i zaczęły mrugać awaryjnymi zacząłem się zastanawiać czy wogóle przy tej widoczności znajdziemy jakąś pustynię. Dookoła było żółto!! Nie odważyłem sie otworzyć okna aby sprawdzić na własnych zębach jak smakuje piach pustymi, ani też nie wystarczyło mi odwagi by zapytać kierowcę o zwrot kosztów wycieczki. Skoro znał prognozę pogody... Ale na szczęście po jakiejś godzinie oczekiwania wiatr poluzował i już same tylko śmieci przelatywały nad naszymi głowami. Ruszyliśmy, w sumie 7 aut. Najpierw po asfaltowej drodze, na której wszyscy kierowcy prześcigali się w tym aby nam nie było nudno, czyli jeździli jak chcieli. A na tym jeszcze stał, zwisał, skakał a nawet siedziałczasami operator-akrobata, który nas filmował z każdej możliwej i niemożliwej pozycji. W pewnym momencie, zupełnie niespodziewanie cały konwój, ot tak po prostu zjechał z asfaltu na piasek i rozproszył się po żwirze i piasku podążając w kierunku odległych Gór Morza czerwonego. I tak kilkanaście minut, wzbijając tumany pomarańczowo-żółtego pyłu 7 terenówek gnało przez Pustynię Wschodnią za nic mając niewygodę i brakkontaktu z podłożem swoich pasażerów. Dotarwszy do pierwszych wzgórz 7.jpgwjechaliśmy w wadi (z arabskiego: bieg wody) i dalej między wzgórzami krętym dnem doliny, którą w trzeciorzedzie płynęła wartko woda dojechaliśmy na pierwszy postój. Gdzieś między wzgórzami, pośród rozwidleń dolin wspięliśmy się na szczyt większego wzniesienia aby z wysokości podziwiać majestat pustyni. Nadal wiało. Po następnych kilkunastu minutach dojechaliśmy do beduińskiej wioski Harazmekki. Tam przewodnikiem był nam autentyczny Beduin, który urodził się w tej właśnie wiosce. Mie mają tam szkoły, sam się uczył w wioskowym meczecie, później wyjechał do Kairu i tam znalazł pracę w polskiej ambasadzie gdzie nauczył sie polskiego. Tym sposobem mogliśmy poznać życie tej wioski od podszewki, zwłaszcza, że jego siostra do tej pory żyje tam od urodzenia i ma założoną rodzinę. Beduini powitali nas gorzką herbatą w miniaturowych kubeczkach, przy której dowiedzieliśmy się trochę o życiu na pustyn. O tym, że oni wszystko co mają zawdzięczają pustyni (i turystom-ale inne wioski, odleglejsze od "cywilizacji" żyją tylko z tego co sami sobie wyprodukują, wymienając się z innymi klanami ponieważ każdy z nich w czymś się specjalizuje) i wielbłądom. Jedzenia, ubrania, opał, domy a nawet lekarstwa. Moglismy zobaczyć ich domy zaglądając do wnętrza, meczet (wielkości 3x3m.), ogród, w którym rosły 2 drzewa i kilka roślin z których mają leki na wszystko, miejscowy "market", w którym mogli wydać bakszysz zostawiony przez turystów, studnię (wykopaną przez państwo) - już wiem skąd się bierze w niej woda posród takiej suszy: przewodnik zapytał kto ma przy sobie wodę. Miałem oczywiście, nawet naiwnie 2 butelki, bo to w końcu pustynia (a lepiej trzeba było wziąć jeszcze jeden sweter- nadal wiało), więc wziąwszy jedną wlał część jej zawartości w czeluść abyśmy mogli usłyszeć jak jest głeboka. I tak w studni przybyło wody, napewno więcej niż w w/w kubeczku herbaty. A propos wody: deszcz tu pada z częstoliwością mniej więcej raz na 7 lat, ostatnio był 4 lata temu, więc nie groziła nam powódź. TAK!! Powódź. Bo jesli już pada to solidnie. Tak, że spłukuje całą wioskę a Beduini całe to dobro przeczekują na okolicznych wzgórzach i zaczynają od nowa. Bo zbudować dom z trzciny to drobnostka. No i oczywiście były wielbłądy.Niewiele jest przesady w okreslaniu ich mianem okrętów pustyni. Lekkim i płynnym ruchem przemierzyły określony dla turystów odcinek pustyni a widok z ich wysokości jest przyjemny. Oczywiście o lekkim i płynnym ruchu nie należy wspominać podczas wstawania i siadania wielbłąda. Trzymajcie się!!! Na zakończenie dnia jeszcze raz wspieliśmy sie na jedno z okolicznych wzgórz aby podziwiać z niego zachód słonca- ładny, jak to zachód słońca. Później kolacja, bakszysz i powrót pod rozgwieżdżonym niebem; gdyby nie reflektory samochodu-w egipskich ciemnościach, do Hurgady. Uprzejmy kierowca toyoty rozwiózł wszystkich uczestników safari po hotelach, zostalismy tylko my z Sea Wiev. Oczywiście od wszystkich dostał bakszysz, ale zanim dotarł do naszego hotelu zatrzymał się przy jakimś sklepiku z czymś tam w ciemnej uliczce. Zobaczyłem jak Arab zza lady bierze do ręki kilka badyli stojacych przed sklepem na oko przypominających bambus o grubości 2-3 cm i wkłada je do urządzenia wielkości kilku pralek. Podstawił do tego jakiś garnek i nastepnie rozlał zawartość do trzech kufli. Kierowca, za otrzymany bakszysz zafundował nam na koniec orzeźwiający sok z trzciny cukrowej. Fajny i sok i kierowca. I opłacał mu się przystanek, podwoiłem mu przygotowany dla niego bakszysz.

HURGADA

8.jpgPrzybyło nam Polaków. Do tej pory w moim hoteliku było nas pięcioro. Teraz doleciała trójka - poznaliśmy się na spotkaniu z rezydentką Małgosią, która dbając o nas regularnie robiła nam odprawy-spotkania, na których rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Można sie było dowiedzieć, że mimo, iż jest osobą dość ważną, bo w końcu przedstawicielem dużego biura turystycznego, to jest przez Arabów dyskryminowana tylko dlatego, że jest kobietą. A ta nie powinna się publicznie upominać np. o prawa swoich podopiecznych. Albo, że w Hurgadzie można sobie kupić mieszkanie o powierzchni około 80m2 już za 40 000 PLN. Albo, że nie należy w kawiarni siadać blisko wentylatora bo katar murowany. No i przybyło nam Ruskich. Zaraz w TV zginął Polsat2 a pokazało sie coś ruskiego, ale to nic w porównaniu z tym co zaczęło się dziać w hotelowej restauracji. Zrobiło się głośniej, ciasniej i... pusciej (na talerzach). W czym tkwi clu zjawiska? Przed wyjazdem słyszałem i czytałem o tym w necie. Ale myślałem, że to przesada. A jednak niewiernym Tomaszom zawsze musi być podstawiony bok dla namacalnego sprawdzenia faktów. Jak zwykle pospaliśmy wszyszcy do oporu i na śniadaniu zjawiliśmy się pod koniec wydawania posiłków, chyba po to aby posprzątać. Stół szwedzki zmienił sie w stół po ruskich. Zadowoliwszy się resztkami postanowiliśmy na kolacji poznać powody powyższej osobliwości. Początek kolacji o 18.00. Zeszliśmy wcześniej i się okazało, że już wszyscy (chyba) niegdysiejsi bracia ze Wschodu są na pozycjach wyjściowych do załadowania pustych talerzy (i brzuchów). Trzeba było to widzieć!! Nic nie szkodzi, że nie da się tyle zjeść. Skoro jest jeszcze miejsce na talerzu... Skoro można wziąć drugi talerz... Skoro można to na nim zostawić odchodząc... Skoro można (a nie można) wynieśc to do pokoju... Wot, pacziemu niet?. Tak, wiec jedynym sposobem na powyższe było zrezygnowanie z porannego wylegiwania się w łóżkach. Postanowiliśmy meldować się w restauracji o 7.30, pół godziny po otwarciu i tuż po nawałnicy ale jeszcze przed kompletnym wyczyszczeniem bufetu. I przy kolacj to samo, na kilka dni musieliśmy dostosować nasze wieczorne włóczęgi po Hurgadzie do początków wydawania posiłku. Na szczęście nie trwało to długo, czyżby oni mieli krótsze turnusy? A może mają liczone wg pochłoniętej ilości żarcia i wódki??
Acha! Polecam zerknąć na:
www.madziulka3.republika.pl/RuskieNaWakacjach11.jpg
www.madziulka3.republika.pl/RuskieNaWakacjach22.jpg

NURKOWANIE

Po kilku dniach nadszedł czas na jedną z głównych atrakcji pobytu nad Morzem Czerwonym. Zamówiłem u Joanny nurkowanie na rafach (25$). Rano, po śniadaniu podjechał po nas prywatny samochód osobowy o zapachu świerzych ryb. Dowiózł nas do Sakkali gdzie w egipskim centrum nurkowym zaopatrzyli nas w niezbędny sprzet i jedynie po godzince wylegiwania (=wyczekiwania) się na plaży wypłynęliśmy w morze. Na pokładzie instruktaż jak się używa akwalungu i jak się zachować pod wodą - po angielsku lub francusku (to był jedyny mój kontaky z egipską płcią piękną) i ubieramy się. Three, two, one, JUMP!!!! Póki starczyło powietrza w płucach było OK, ale na jak długo? Trzeba było było zacząć wykorzystywać zapasy z butli. Niełatwo sie było przestawić, ale po wstepnym okresie paniki, uspokojony przez wszystkich w wodzie i na łodzi, nie wiedząc właściwie kiedy znalazłem się w bajkowym podwodnym świecie. Pojedynczo, pod rączkę z instruktorem każdy mógł podziwiać raj na ziemi a raczej pod wodą. F A N T Z J A ! ! ! ! ! ! ! ! ! Świat jest piekny, a ten na rafach szcsególnie. Bogactwo barw, możliwość poruszania się w trzech wymiarach, swoboda, lekkość, cisza - słyszysz tylko własne bąbelki i myśli. Rozmaitość kształtów ryb i jeszcze większy przepych barw, pojedynczo (skrzydlice, płaszczki), parami (iglicznice, amfipriony-NEMO), ławicami (pomacanthus maculosus, apogon aureus). Można wpływać miedzy nie, można pływać za nimi, pod nimi, nad nimi. Wzdłuż i wszeż, do góry i na dół. Nie uciekają, po prostu odpływają. Świadome swego piekna dają się podziwiać. Molion barw, lepiej niż na reklamie drukarek.

Pierwsze nurkowanie 20 minut; aby się oswoić z akwalungiem, ale można już teraz pozwolić sobie na wiele. Nawet na podniesienie z dna (10m) piasku, który powstał z teko co wyżej jeszcze żyje. Następnie przepłynęliśmy na inną rafę. Znów założenie kombinezonów i jump. Tylko, że tym razem wszystkie dziewczyny na pokładzie już nie spróbowały - a czemu? Bo kombinezony były mokre i wiało (jak zwykle). I niech żałują . Rafa jeszcze większa, głębsza, piękniejsza. Oczaruje każdego, jadąc do Egiptu wiedziałem, że jadę tam pierwszy raz, ale na pewno nie ostatni. A teraz wiem, że głównym moim zajęciem nie będzie tam zwiedzanie zabytków, ale nurkowanie. Szkoda. że to już po półmetku wakacji, został jeszcze Kair a przed wylotem nie możnaponurkować. A po wszystkich tych rozkoszach dla oczu nastał czas na rozkosze podniebienia. I wiało coraz bardziej, i łodzią bujało coraz mocniej... Przy dżwiękach egipskiej muzyki, zastanawiając się czy damy radę cokolwiek przełknąć (bujało okropnie) poznałem źródło porannego zapachu z auta, które mnie tu przywiozło. Oprócz ryb była kofta, ryż, mzkaron i warzywa. Extra, tym bardziej, że po pływaniu apetyt dopisywał w dwójnasób. A na koniec Abdulowi, instruktorowi, spodobała się moja czapeczka z fotojokera, jeśli go w niej zobaczycie to go odemnie pozrówcie.

HURGADA


9.jpgW oczekiwaniu na następną, dodatkowo płatną atrakcję, umilałem sobie czas (poza unikaniem słońca na plaży) zapuszczaniem się w coraz mniej odwiedzane przez turystów zakątki Hurgady. Oczywiście nie sam, po kilku dniach pobytu wszyscy rodacy (z jednym wyjątkiem) zintegrowaki się i wszystko już było robione wspólnie. Cała nasza siódemka bez obaw wybrała się na odkryty przez Klaudię i Marcina (nie ten od opalenizny) bazar tylko dla Egipcjan w starej części Hurgady - El Dahar. A czemu tylko? Sądząc po tym, że byliśmy tam jedynymi Europejczykami oraz po specyfice sprzedawanego tam towaru i warunkach w jakich był eksponowany z pewnością nie zachęciłby żadnego białego do zakupów. Z resztą nasze panie też nie były zachwycone zapachami otaczającymi nasze nosy, co wyraźnie demonstrowały i na ponowną propozycję pójścia na suk ostro protestowały. Ale warto zobaczyć to wszystko nie oszczędzając nosa uszu i oczu. Nawet można pokusić się o drobne zakupy. A jeśli ktoś opanuje arabskie cyfry to wszystkie owoce ma za pół ceny. Nie pytaj ile co kosztuje, czytaj! Wszystkie owoce mają ceny. Niektórzy próbowali mnie naciągnąć podając zawyżone ceny, ale skoro ma napisane czerwono na żółtym, że truskawki są po 300 piastrów, a nie jak chce po 600 to wystarczyło pokazując cenę powiedzieć do niego musiba jak uczyła Joanna i już można było je kupić za połowę tego co na mieście. Pycha - środek lutego - truskawki po 2zł/kg. Tylko szampana nigdzie się tu nie kupi.

KAIR

"Dobry wieczorek z Luksoru (konwój odjechał, koniec pracy!). W nocy z niedzieli na poniedziałek, o 2:10, przed hotelem. 30$ na osobę, zabrać poduchę do spania!." Następny sms od Joanny zapowiedział kolejną przygodę. Nadszedł czas na piramidy. Udało się nie zaspać, autobus się nie spóźnił tylko poduszek nie pozwolili nam z hotelu zabrać. Mimo tego, że zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić z obsługą hotelową, nie dało rady. Mieli kategoryczny nakaz od szefa pilnowania abyśmy nie wynosili czegokolwiek z hotelu. Przez całe dwa tyggdnie wszyscy pracujący w hotelu okazali się mniej lub bardziej sympatyczni, z wyjątkiem samego szefa. A na poduszki jest rada: wyrzućcie je przez okno. Z powodu kończących sie funduszy do Kairu wyjechałem tylko na jeden dzień, choć bardzo chciałem na dwa - tam też jest tyle do zobaczenia... I pomyślcie. Czy ktoś w Polsce mieszkając na Śląsku pojechałby na jeden dzień do np Gdańska po to żeby zobaczyć morze? A z Hurgady do Kairu jest mniej więcej tak samo daleko i jeszcze zdążyliśmy wrócić przed północą. Udało się dotrzeć do Kairu bez większych korków, co w prawie 20-milionowym mieście jest wyjątkiem i około południa zobaczyłem piramidy wyłaniające się zza bloków. Ale najpierw był obiad w restauracji z widokiem na piramidę Chufu (Cheopsa) a póżniej wizyta w fabryce papirusów.

Autobusy podjeżdżają pod same piramidy w Gizie. Zaczynamy od najmniejszej z królewskich czyli najmłodszej Menkaure (Mykerinosa). Oczywiście pełno handlujących (po 1$ za wszystko), wielbłądników et c. Ale najważniejsze - dotknąć historii. Cztery i pół tysiaca lat. Podchodzimy do piramidy, fascynujące. Góra kamieni, schody do nieba, a każdy co najmniej metrowej wysokości. Nadżarte zębem czasu wciąż trwają w tym samym miejscu co przed wiekami. Można na nią wejść. Wdrapuję się kilka "schodków", widok wspaniały. Patrzę na zachód, tylko piach, aż po Kadafiego, w górę, setki kamiennych bloków, wyżej - chmury. I pogoda też fajna, słońce nie praży a i po burzy piaskowej z przed kilku dni nie ma śladu. Tylko ten pośpiech, znów mało czasu. Kto chce może wejść do piramidy, kto lubi może spróbować na wielbłądzie, można pohandlować, można zrobić zdjęcia, ale na to wszystko pół godziny. Wybrałem zdjęcia. I do następnej piramidy - autobusem. Już wiecie jakie są olbrzymie?? Wożą nas autobusem od jednej do drugiej. Przy piramidzie Chafre (Chefrena) już nie ma takiego luzu, policja nie pozwala wchodzić wyżej, tylko dlatego, że nie nadążają od turysty do turysty. Ale na kilka pierwszych kamyków, w celu lepszych ujęć, udaje mi się wejść. Ale do piramidy Chufu (Cheopsa) już w ogóle nie można podejść - przynajmniej od strony Chafre, bo nie było czasu żeby obejść ją z drugiej strony w celu sprawdzenia. w końcu byłoby to 232,18 m x 4 czyli prawie kilometr a to zabrałoby mi 10 minut z połowy godziny wolnego czasu. Podobno bok wielkiej piramidy ma długość 365,242 łokci egipskich czyli, że ich liczba jest równa liczbie dni w roku. Z moich informacji wynika, że powinno to być 422,14 lub 652,89 łokcie egipskie i pod co podciągnąc te liczby? Czym te piramidy już nie były? A mnie wystarczy, że są. Później jeszcze autobus do sfinksa, a tam tłok niemiłosierny. A jest poza sezonem. Żeby zrobić dobre ujęcie trzeba czasem odczekać kilka minut, ale warto. Być może gdy przyjadę jeszcze kiedyś do Kairu będę musiał zrezygnować z wizyty u stóp piramid aby zobaczyć jeszcze wiele ciekawych miejsc w ty m mieście. Albo chociażby dokładniej Muzeum Egipskie, w którym byłem raptem dwie godziny z czego całe 10 minut poświęciłem na przyglądanie się złotej masce Tutanchamona. A gdzie Memfis, a gdzie Sakkara? Wrócę tu na pewno. Szkoda tylko, że poświęca się na każdej takiej wycieczce kilka godzin na zwiedzanie "fabryk" papirusów czy perfum. No ale Egipcjanie też chcą z czegoś żyć i muszą nas zaprowadzać i w takie miejsca. I jeśli wam nie bardzo będzie to odpowiadało nie okazujcie zbyt demonstracyjnie niechęci. Przecież i tak tu wrócicie.

HURGADA PO RAZ OSTATNI

No i nadszedł czas powrotów. Żal wracać, ale jeszcze trzy dni, trzeba je wykorzystać na maxa. Nadszedł czas zakupów właściwych. Zabrałbym wiele pamiątek, ale trzeba się liczyć z tym, że bagaż może ważyć 20 kg (choć zauważyłem, że Egipcjanie nie bardzo zaprzątają sobie głowę sprawdzaniem wagi na lotnisku) a trochę rzeczy z domu przywiozłem. Teraz już wiem - jak najmniej bagażu w tą stronę. Tak więc kupiłem przede wszystkim doskonałą bawełnę: koszulki, ręczniki, chusty. Porcelanę - malusie filiżaneczki w przeciekawe wzory oczywiście egipskie. Zioła - m.in. tamaryndę do robienia napojów. Alabastrowe koty dla córki, skarabeusza dla drugiej. Złoty kartusz dla żony i srebrny dla siebie. Papirusy z ulicy czyli bananusy (2-3 sztuki za 1$), widokówki z tych miejsc gdzie fotografowanie jest zabronione.

W ostatni dzień jeszcze raz spróbowałem czy jednak to morze Czerwone przede mną się rozstąpi, jednak nie. Nastepny powód aby tu wrócić, może następnym razem suchą nogą z ziemi egipskiej... Wyjazd ułożył się doskonale. doba hotelowa do 12-ej, autokar podjechał pod hotel 10.20. Wylot o 12-ej jakżeby inaczej nastąpił z opóźnieniem. Na nowym terminalu przypomniał mi sie napis ze starego - przylotów: welcome again. Przylatując czułem,że to do mnie, mimo, że pierwszy raz i wiem, że zrobię wszystko abym mógł go przeczytać znów. Żegnał mnie słoneczny Egipt, przez 5 godzin lotu słoneczko świeciło na pokład samolotu. Tym razem pilot zaczął schodzić do lądowania dużo wcześniej, więc jedynym przykrym wspomnieniem z przylotu był widok Warszawy, który ujrzałem gdy zeszliśmy pomiżej pułapu chmur. I pewnie nie było na pokładzie nikogo (sądząc po dźwiękach) komu nie zrobilo się niedobrze z tego powodu. Szaro, zimno, buro i do Egiptu daleko. Byle do wakacji.

P.S. Podziękowania dla Klaudii, Izy, Jacka, Marcina za wspólne fantastyczne dni a szczególne dla Uli.
Abu Simbel czeka!!! Bahabac ana.

Piotr Bartosiewicz
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;