Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Tajlandia 2007 - W kolorowym kraju uśmiechu
Autor: Alina i Marek Cebula   
W tym roku wybór padł na Azję, a konkretnie na Tajlandię. Po analizie warunków klimatycznych tam panujących, wybraliśmy wyjazd w porze suchej, trzeba  było jeszcze wstrzelić się z terminem w zimowe wakacje Piotrka. Oczywiście, wszystkie oferty przelotu, znalezione w Polsce, były o wiele droższe niż te, które znaleźliśmy w Niemczech. Zarezerwowaliśmy bilety na lot z Frankfurtu samolotem SriLankan Airlines, z międzylądowaniem w Colombo. Tym razem po raz pierwszy do naszego rodzinnego teamu dołączył kolega z pracy - Marian. Nie musieliśmy się już obracać, wyłącznie we własnym sosie.

6.02.2007 wtorek
(Łaziska Górne - Frankfurt)
Koło 6.30 ruszamy samochodem Mariana w kierunku Frankfurtu. Na szczęście w tym kierunku, brakuje już tylko odcinka autostrady przed granicą, a że zima w tym roku wyjątkowo nas oszczędziła i warunki drogowe są bardzo dobre, sprawnie i szybko docieramy do celu. Nocujemy w hotelu BB, położonym
niedaleko lotniska.

7/8.02.2007 środa/ czwartek
(Frankfurt - przelot do Colombo)
Podjeżdżamy na zarezerwowany wcześniej parking, skąd mamy zapewniony bezpłatny transfer na lotnisko. Zostawiamy samochód, wraz z wszystkimi zimowymi ubraniami i udajemy się na lotnisko. Wchodząc do samolotu, czujemy już powiew egzotyki - stewardessy ubrane są w stroje, stylizowane na te noszone jako wyjściowe na Sri Lance.

8.02.2007 czwartek
(przelot do Bangkoku - Ayutthaya)
Podczas krótkiej przerwy na lotnisku w Colombo, rozmawiamy chwilę z parą Polaków, którzy lecą tym samym samolotem, co my, lecz udają się dalej z Bangkoku do Myamaru. Przesiadamy się do innego samolotu i koło południa lądujemy w Bangkoku. Nowe lotnisko w Bangkoku robi wrażenie, mogłoby
konkurować z największymi lotniskami europejskimi. Poszukujemy stanowiska Avisa, gdzie mamy zaklepane wypożyczenie samochodu. Po krótkich formalnościach dostajemy pachnącą jeszcze fabryką ( 6 tys. przebiegu) Toyotę Solunę Vios ( chyba na europejskich rynkach nie występuje). Mimo, że miałem
 zarezerwowany samochód z ręczną skrzynią biegów (tańszy) dostaję automat i muszę szybko się przystosować, bo nigdy takim nie jeździłem. Choć z ruchem lewostronnym już się oswoiłem w ubiegłym roku, tu dodatkowo odwrotne jest rozmieszczenie urządzeń przy kierownicy i przez pierwsze dni zdarza
mi się włączanie wycieraczek zamiast kierunkowskazów. Choć autostrada przebiegająca obok lotniska jest nowa i nie mamy jej na mapie, a nazwy na drogowskazach wydają się początkowo bardzo podobne do siebie, udaje nam złapać właściwy kierunek. W pewnym momencie orientujemy się, że
prawdopodobnie jesteśmy już w Ayutthayi, gdyż jak się później przekonujemy tablice z nazwą miejscowości nie występują zbyt często, a wyznacznikiem, że jest się już w okolicach centrum jest ozdobna brama, na której obowiązkowo wita nas wizerunek króla. Znajdujemy nocleg i postanawiamy jeszcze dziś obejrzeć część zabytków. Podjeżdżamy w kierunku ruin i mimo, że powoli zaczyna się ściemniać, udaje nam się jeszcze zobaczyć Wat Ratchaburana i Wat Phra Mahathat. W tym drugim ciekawostkę stanowi figura Buddy oplątana korzeniami drzewa. Po zwiedzaniu po raz pierwszy mamy kontakt z tajską kuchnią, która od razu przypada nam do gustu, a ponadto potrawy są wyjątkowo tanie.

9.02.2007 piątek
(Ayutthaya - Lop Buri - Nakhon Sawan)
Rano kontynuujemy zwiedzanie miasta. Podjeżdżamy pod Wat Phra Si Samphet. Obok obszaru ruin znajduje się nowy Wiharn Phra Mongkol Bophit, mieszczący wykonany z brązu wielki posąg siedzącego Buddy. Po jego obejrzeniu przechodzimy na obszar ruin, gdzie najlepiej zachowane są 3 wieże -
 czedi, należące do Wat Phra Si Samphet. Idziemy jeszcze do znajdującego się nieopodal Wat Phra Ram, mijając po drodze zwiedzających na słoniach oraz rikszarzy, leniwie drzemiących w oczekiwaniu na klientów. Opuszczamy Aytthayę, ponowny postój to Lop Buri, gdzie od razu znajdujemy Phra Prang
Sam Yod. Zabytek jest opanowany przez małpy, co " widać i czuć" . Małpy rozpierzchły się zresztą także na pobliskie ulice, gdzie można je było spotkać, wiszące nad głowami. Idziemy ulicami miasta, oglądając jeszcze Wat Sao Thong Thong. Wracając przechodzimy przez targ, gdzie po raz pierwszy możemy obejrzeć owoce, z którymi nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy, takie jak mangostany, chlebowce i duriany i inne, których nazw nawet nie znamy. Można też zauważyć żywe żabki, powiązane za nogi, by nie uciekły i wiele innych ciekawostek, przeznaczonych do jedzenia. Na nocleg zatrzymujemy się w Nakhon Sawan, gdzie odkrywamy, że mamy rok 2550 (według stosowanego tu kalendarza buddyjskiego). Rok ten widnieje na wielu oficjalnych dokumentach. Przy szukaniu noclegu, przekonujemy się, że nasze przygotowania w zakresie bazy noclegowej nie na wiele się zdały. Mamy wprawdzie listę tańszych hoteli, w miastach, które ewentualnie planowaliśmy na miejsca noclegów, jednak lista ta jest napisana alfabetem łacińskim, który, mimo że występuje w wielu napisach,
reklamach na ulicach, nie jest tu powszechnie znany. Gdy zaś my próbujemy odczytać te nazwy, okazuje się, że nasza wymowa nie jest właściwa i nie wiedzą, o co nam chodzi. Ponadto wyraz  hotel , często nie występuje na tablicach, szczególnie mniejszych hoteli i trzeba dopiero dokładnie przyjrzeć się, czy
 przypadkiem nie przechodzimy obok hotelu. Pomijam, przy tym fakt bardzo niskiej znajomości angielskiego, którym poza największymi skupiskami turystów, trudno się dogadać. Często nawet w hotelach, znajomość jest szczątkowa.

10.02.2007 sobota
(Nakhon Sawan - Kamphaeng Phet - Tak - Lampang)
Jedziemy dalej na północ. Oglądamy z bliska pola ryżowe, ciągnące się wzdłuż drogi. Kolejnym odwiedzanym miejscem jest Kamphaeng Phet. Zabytki zgrupowane tam są w dwóch miejscach. Oglądamy wpierw Wat Phra Keo i Wat Phra That, a następnie drugi kompleks ruin, porozrzucany w lesie. Chyba najciekawszym z nich jest Wat Chang Rop, ozdobiony wokół posągami słoni. Na krótko zatrzymujemy się w Tak, przy małej kaplicy, poświęconej królowi Taksinowi. Wszystkie przejeżdżające samochody trąbią, jednak okazuje się, że to nie na nas, lecz jest to forma uczczenia króla. Oglądamy jeszcze położony po drugiej stronie ulicy Wat Bot Mani Sibunruang.

11.02.2007 niedziela
(Lampang - Lampang Luang - Chiang Mai)
Wracamy kawałek do położonego kilkanaście kilometrów przed Lampang, jednej z najsłynniejszych świątyń w północnej Tajlandii - Wat Phra That Lampang Luang. Kompleks jest bardzo interesujący. Mamy okazję zetknąć się z żywą świątynią, pełną mnichów, licznie odwiedzaną przez pielgrzymów.
W głównym wihanie znajduje się 5 posągów siedzącego Buddy. W jednym z budynków w kompleksie, mieści się otaczana czcią rzeźba Śladu Stopy Buddy. Burzy ona nasze dotychczasowe wyobrażenia o nim, gdyż ma chyba z metr długości. Zwiedzający mogą obejrzeć zjawisko znane nam ze szkoły jako  camera obscura  - poprzez mały otwór wpada światło, które tworzy na rozłożonym płótnie obraz oświetlonej słońcem  czedi. Podejrzewamy, że niezorientowanym pokazywane jest to w charakterze cudu. Kilkanaście kilometrów za Lampang zjeżdżamy do Ośrodka Szkolenia Młodych Słoni. W ciągu kilkuletniego szkolenia, słonie uczą się różnych umiejętności, w tym układania, noszenia oraz popychania pni drzew. Dzisiaj, takie prace są elementem pokazów organizowanych dla turystów. Na taki pokaz właśnie trafiamy. Po nakarmieniu słonia łodygami trzciny cukrowej, podjeżdżamy otwartym busem na miejsce pokazu. Wśród słoni oprócz " robotników"  są także  "artyści"  - dwa z nich malują obrazy, inne grają na instrumentach. Spikerka, prowadząca pokaz mówi po tajsku i angielsku, jednak jej akcent i wymowa sprawiają, że czasem trudno się zorientować, że już przeszła na angielski. W ośrodku znajduje się także szpital dla słoni, wracając możemy obejrzeć słonia stojącego pod kroplówką. Jedziemy dalej, zatrzymując się w pensjonacie w samym centrum Chiang Mai. Choć miasto jest 45-krotnie mniejsze od Bangkoku, ma niemal tyle samo watów, co stolica. Pomimo, że robi się dość późno, rozpoczynamy ich zwiedzanie. Dwa pierwsze znajdują się blisko naszej kwatery, a do kolejnego, największego watu - Phra Sing, dojeżdżamy zatrzymując jeden ze stale kursujących po ulicach i czyhających na turystów busików. Po obejrzeniu, ruszamy piechotą jedną z głównych ulic miasta, która po południu, wyłączana jest z ruchu i przeradza się w wielkie targowisko. Wśród licznych potraw można znaleźć takie przekąski jak: smażone koniki polne, jakieś larwy i inne robaki. Jednak, jak zaobserwowaliśmy, nie cieszą się one jednak zbytnim powodzeniem. Leniwie przemieszczając się wśród kramów, wracamy na nocleg.

12.02.2007 poniedziałek
(Chiang Mai - Doi Suthep - Chiang Rai)
Przed południem kontynuujemy zwiedzanie Chiang Mai. Rozpoczynamy od najstarszej świątyni w mieście Wat Chiang Man (Potęga Miasta). Charakterystyczna dla niej jest XV-wieczna czedi o kwadratowej podstawie, otoczona kamiennymi głowami słoni. Kolejny odwiedzany przez nas Wat Pan
Tao to arcydzieło drewnianego budownictwa. Blisko wejścia do watu rośnie stare, wysokie drzewo gumowe. Legenda mówi, że jeśli się zwali na ziemię, upadnie też miasto. Jak widać, mieszkańcy, nie chcąc do tego dopuścić podpierają jego konary. Tuż obok, znajduje się zbudowany w 1401 r Wat Czedi Luang. Jego czedi, o pierwotnie liczącej 90 m wysokości, częściowo zawaliła się podczas silnego trzęsienia ziemi i dziś liczy tylko 42 m. W jednej z mniejszych świątyń, wchodzących w skład watu, siedzi mnich, zamknięty w szklanej gablocie, zastygły w medytacji w całkowitym bezruchu. Piotrek nie chce
 uwierzyć, że jest to żywy człowiek, w zasadzie my też nie mamy 100% pewności. Opuszczamy Chiang Mai, jedziemy do położonej kilkanaście kilometrów dalej, jednej z najbardziej czczonych świątyń buddyjskich w Tajlandii - Wat Phra That Doi Suthep. Świątynia położona jest na dość wysokim wzgórzu. Dojeżdżamy na parking i do samej świątyni dostajemy się windą jadącą po zboczu. Tym razem nasze spodnie, o długości do kolan (długie zostały w samochodzie) nie zostają zaaprobowane i dostajemy bardzo "atrakcyjne" - przydziałowe. Moje są we wspaniałym czerwonym kolorze, a spodnie Mariana mają w pasie chyba 2m. Podczas zwiedzania, można "doznać olśnienia", tyle tu wszędzie złoceń. W dół schodzimy bogato ozdobionymi schodami o prawie 300 stopniach, na których po obu stronach znajdują się olbrzymie węże - nagi. Po drodze mijamy dzieci z pobliskich plemion górskich, ubrane w kolorowe stroje ludowe. Jedziemy dalej na północ do Chiang Rai. Wieczorem udajemy się na wielki plac targowy. Wielu ze sprzedających pochodzi z plemion górskich z okolic miasta. Choć już jest po zmroku targ dopiero zaczyna żyć. Można tu nie tylko coś kupić, lecz także zjeść, a na scenie można obejrzeć występy taneczne. Tu spotkała nas chyba jedyna porażka kulinarna w czasie całej wyprawy. Chcieliśmy z Marianem zamówić coś bardziej nietypowego i zafundowaliśmy sobie ośmiornicę z grilla. Okazało się, że próba zjedzenia węża gumowego przyniosłaby identyczne efekty i potrawa prawie nietknięta
została na stole, a my zadowoliliśmy się poczciwym kurczakiem.

13.02.2007 wtorek
(Chiang Rai - Phayao - Phrae)
Ranek rozpoczynamy od zwiedzania kolejnych watów. Najważniejszym z nich jest Wat Phra Keo. Według legendy, w 1436 r. czedi trafiona piorunem pękła, odsłaniając odlany z gipsu posąg, kryjący w sobie szczególnie czczonego Szmaragdowego Buddę. Obecnie posąg ten znajduje się w Bangkoku, w wacie jest jego kopia. Trwają tu przygotowania do jakiejś uroczystości, ekipy telewizyjne szykują się do pracy. Po pobycie w Chiang Rai zaczynamy wracać na południe. W pobliżu Phayao oglądamy datowany na XII w. Wat Si Komkan. W nowoczesnym wihanie stoi XV-wieczny posąg Buddy, o wysokości 16 m, który uchodzi za największy w północnej Tajlandii. Chcąc odpocząć nieco od wszechobecnego koloru złotego, postanawiamy zobaczyć coś, co stworzyła natura i zbaczamy nieco z trasy by obejrzeć jaskinię Tham Pha Tai, należącą ponoć do najciekawszych w Tajlandii. Prowadzeni przez przewodniczkę po niezliczonej ilości schodów, docieramy do jej wejścia. Okazuje się, że także tu przy wejściu znajduje się czedi, a zaraz na wlocie do jaskini stoi ołtarzyk z Buddą. Jaskinia jest dość ciekawa i duża, w niektórych miejscach dość mocno można "wyczuć" jej mieszkańców - nietoperze. Okazuje się, że za trud przewodniczki, choćby za pokonanie dość męczącej trasy, nikt nie żąda opłaty. Zostawiamy skromny datek i jedziemy dalej. W pewnym momencie spotykamy samotnego słonia, kroczącego skrajem drogi. Chyba skądś się wyzwolił, gdyż na jednej nodze miał łańcuch. Na szczęście zachowywał się bardzo spokojnie. Wcześniej Marian oglądał w telewizji wyczyny zdenerwowanego słonia na Sri Lance i trzeba przyznać, że możliwości to zwierzę ma spore. Zatrzymujemy się w małym hoteliku, z ładnie urządzonym ogrodem.

14.02.2007 środa
(Phrae - Den Chai - Si Satchanalai - Sukhothai)
Rano mamy małe problemy z naszymi ubraniami. Poprzedniego dnia oddaliśmy je do pralni. Wydawało się, że wzajemnie się zrozumieliśmy i rano będą do odebrania. Tymczasem w recepcji nie za bardzo wiedzą, o co nam chodzi. W końcu ustalono, że będą trochę później. Korzystając z tego, postanawiamy
obejrzeć miasto, które poznaliśmy wczoraj w skromnym zakresie, szukając miejsca gdzie można by zjeść wieczorny posiłek. Rozpoczynamy od bardzo interesującego, wykonanego głównie z drewna Wat Chom Sawan. Oglądamy jeszcze położony w centrum miasta Wat Phra Bat. We jego wnętrzu znajdują się różne eksponaty, czyniące z niego małe muzeum. Wracamy do hotelu. Nadal nic nie wiadomo o losie naszych ubrań. Ponieważ nie przestawiają jakiejś większej wartości, gotowi już jesteśmy zostawić je i jechać dalej. Jednak w końcu się pojawiają i to nawet z bonusem, w postaci cudzych spodni. Oddajemy je, ale  po chwili, przychodzą z nimi z powrotem, sądząc, że to jakaś reklamacja. Ponownie tłumaczymy, że wszystko jest w porządku, tylko to nie jest nasze. W końcu ruszamy. Nagle przy drodze, naszym oczom ukazał się olbrzymi, kilkudziesięciometrowy, leżący Budda, znajdujący się przed dużym
kompleksem świątynnym. Stanowi on dla nas niespodziankę, gdyż nic nie wspomniano o nim w naszych przewodnikach. Nazwa jest dość skomplikowana - Wat Phra That Suton Mong Konkiree. Z napisów wynika, że mieści się tam również centrum religijne. Zdobienia budynków są tak bogate, przebijają chybawszystkie dotychczas przez nas oglądane. Rzeźby dziwnych postaci, stworów sprawiają, ze czujemy się jakbyśmy znaleźli się w jakimś nierealnym, bajkowym świecie. Ostatnim punktem programu jest Park Historyczny Si Satchanalai. Było to jedno z czołowych miast królestwa Sukhothai. Po obszarze parku poruszamy się samochodem, oglądając porozrzucane w lesie ruiny. Najlepiej można je zobaczyć z wierzchołka wzgórza, na którym znajduje się Wat
Khao Suwan Khiri.  

15.02.2007 czwartek
(Sukhothai - Khon Kaen)
Po noclegu w nowym mieście Sukhothai, jedziemy do położonego nieco na zachód Parku Historycznego. Tutaj także, obszar, na którym znajdują się ruiny, jest dość rozległy, więc jak wielu z odwiedzających, wypożyczamy rowery. Park w Sukhathai, w przeciwieństwie do Si Satchanalai, utrzymanego w bardziej naturalnym stanie, jest uporządkowany - przycięte trawniki, żywopłoty, stawy, mostki nad kanałami. Po zwiedzaniu i posiłku ruszamy na wschód. Czeka nas dość długi etap. Trasa nieco się dłuży. Na początku jedziemy drogą, która praktycznie jest w budowie, później wjeżdżamy w tereny górskie. Kończą się dwupasmówki, często zdarzają się zawalidrogi, szczególnie w postaci ciężarówek, załadowanych jakimiś gałęziami. A że słonie (???) dobrze się postarały - załadowane są do granic możliwości. Możemy obejrzeć, w jaki sposób podróżują uczniowie, wracający ze szkoły. Jadą otwartym pojazdem, siedząc i stojąc na jego stopniach. Mamy wrażenie, że za chwilę ktoś spadnie na drogę.

16.02.2007 piątek
(Khon Kaen - Phi Mai - Nakhon Ratchasima)
Postanawiamy zrezygnować z dalszej jazdy na wschód, by na końcu wypocząć trochę nad morzem. Z planowanych do obejrzenia świątyń khmerskich, tam się znajdujących, postanawiamy zobaczyć tylko jedną w Phi Mai. Uważa się, że tutejsza świątynia mogła być pierwowzorem kambodżańskiego Angor Watu. Pieczę nad restauracją tego kompleksu sprawuje ten sam naukowiec, który prowadzi prace w Angor. Po zwiedzeniu Prasatu Hin Phimai, ruszamy na poszukiwanie Sai Ngam czyli Pięknego Baniana, ponoć największego na świecie okazu figowca bengalskiego, który ma rosnąć gdzieś w pobliżu.
Sądziliśmy, że trzeba szukać jakiegoś wysokiego drzewa, i takiego szukaliśmy wzrokiem, błądząc po okolicznych wiejskich drogach. Tymczasem okazuje się, że figowiec nie jest wysoki, lecz rozłożysty, wypuszczający nowe pędy ze zwisających korzeni. Rośnie blisko centrum miasteczka, a nie tak daleko, jak my pojechaliśmy. Docieramy do Koratu (Nakhon Ratchasima). W przewodniku czytamy, że znajduje się tu bardzo ciekawy przykład współczesnego budownictwa sakralnego, w postaci Wat Sala Loi. Po trudach błądzenia odnajdujemy go i doznajemy sporego rozczarowania. Wat przypomina w dużym stopniu betonowe kościoły, które powstały u nas w ostatnich 20 latach i raczej nie wart jest obejrzenia. Do hotelu musimy wracać objazdem, bo w międzyczasie główna droga dojazdowa została zamknięta i zamieniła się w targowisko. Przy zachodniej bramie miasta stoi pomnik Thao Suranari, wzniesiony dla upamiętnienia kobiety, której udało się obronić miasto przed atakiem armii laotańskiej w 1826 r. Zastosowała niekonwencjonalne sposoby walki, gdyż wspólnie z innymi jeńcami, napoiła żołnierzy laotańskich alkoholem, by ich następnie zabić.

17.02.2007 sobota
(Nakhon Ratchasima - Chanta Buri - Laem Mae Phim)
Wykonujemy dość spory skok, by dojechać nad morze i trochę poleniuchować. Po drodze zatrzymujemy się na chwilę w Chanta Buri, gdzie wstępujemy do jedynego, dotychczas spotkanego kościoła katolickiego, znajdującego się w dzielnicy wietnamskiej. Jest to kościół Niepokalanego Poczęcia, największa katedra katolicka w Tajlandii. W Laem Mae Phim zatrzymujemy się w hotelu nad samym morzem. Po drugiej stronie ulicy jest ładna plaża. Gdy rozkładamy się na niej, stwierdzamy ze zdziwieniem, że jesteśmy jako jedyni, ubrani w stroje kąpielowe. Wiele rodzin jest tutaj na weekendowym pikniku. Siedzą w cieniu palm i parasoli, cały czas coś podjadając i popijając. Do wody wchodzą sporadycznie i to w takim ubraniu, jakim siedzą. Gdy męska część naszej ekipy pluska się w morzu, Alinę spotyka mała przygoda. Podchodzi do niej chłopak, trzymający reklamówkę z ogórkami i pokazuje jej, by spojrzała się za siebie. Okazuje się, że prawie nad nią stoi mały słoń, czekający na poczęstowanie go tymi specjałami. Ze śladów wynikało, że stał niecałe pół metra od naszych
aparatów fotograficznych.

18.02.2007 niedziela
(Laem Mae Phim)
Odpoczywamy. W restauracji, z której korzystaliśmy już wczoraj, jesteśmy witani promiennymi uśmiechami. Zresztą uśmiech na twarzach mieszkańców Tajlandii to prawie ich wizytówka. Przed wieloma z restauracji, stoją wielkie akwaria z rybami i innymi morskimi stworzeniami, które można sobie zamówić do konsumpcji. Po plaży znów chodzi chłopak ze słoniem, tym razem go karmimy. Po południu plaża zaczyna pustoszeć, miejscowi wracają z weekendu, zostają tylko turyści.


19.02.2007 poniedziałek
(Laem Mae Phim - Pattaya)
Chcemy dostać się bliżej Bangkoku. Jedziemy na północ od Pattayi, jednak okazuje się, że w tej okolicy nie ma już plaż i musimy zawrócić. Pattaya ma swoją sławę, jako nadmorskie centrum seksturystyki. Ma w tym względzie już duże tradycje, gdyż wszystko zaczęło się ponoć podczas wojny wietnamskiej,
jeździli tu na urlop żołnierze amerykańscy. We wszystkich hotelach, w których chcemy się zatrzymać, mają w ofercie tylko jedynki z dużym łóżkiem. Na plaży wygląda to komicznie. Pod parasolami leży pełno "wyzwolonych mężów" i dziadków z Europy Zachodniej, w towarzystwie swoich młodych
opiekunek. Muszą one chyba posiadać duże kwalifikacje medyczne, gdyż niektórzy z ich klientów sprawiają wrażenie, że długo w tej temperaturze nie pociągną.

20.02.2007 wtorek
(Pattaya)
Rano potwierdzamy termin naszego powrotu. Dzwoniliśmy z małym niepokojem, gdyż już od tygodnia w telewizji pokazują jakiś materiał, z którego wynika, jakby z lotniskiem było coś nie tak. Ciągle pokazują jakąś dziurę na pasie startowych i spore zamieszanie z tym związane. Okazuje się, że nasz powrót nie
jest zagrożony. Reszta dnia to kompletna laba.

21.02.2007 środa
(Pattaya - Bangkok)
Ruszamy do Bangkoku nową drogą, która częściowo jest jeszcze w budowie. Dojeżdżamy do lotniska, gdzie oddajemy już samochód. Formalności przebiegają błyskawicznie i po paru minutach jedziemy taksówką do centrum miasta. Lokujemy się w hotelu na Khao San Road, gdzie ścierają się szlaki większości turystów przybywających do Bangkoku. Zwiedzanie rozpoczynamy od najstarszej i największej świątyni Bangkoku - Wat Pho. Cały wihan wypełnia mający 46 m długości posąg Leżącego Buddy. Podjechaliśmy tam tuk-tukiem, ale odbyliśmy tę przejażdżkę tylko w ramach atrakcji, gdyż przede wszystkim hałas i smród spalin może skutecznie zniechęcić z korzystania tego środka lokomocji. Ponadto przejazd w 4 osoby klimatyzowaną taksówką jest tańszy. Postanawiamy jeszcze obejrzeć położony na drugim brzegu Menamu - Wat Arun. Tym razem jedziemy taksówką. Najdziwniejsze jest to, że taksówkarz sprawia wrażenie jakby pierwszy raz jechał do tej, jednej z największych świątyń Bangkoku. Wciąż spogląda na naszą mapkę z przewodnika, wypytuje się o drogę innych taksówkarzy, ale na szczęście dowozi nas na miejsce. Budowle są misternie ozdobione kawałkami barwnej porcelany.
Przeprawiamy się łodzią na drugi brzeg i przechodząc, koło Wielkiego Pałacu i Wat Phra Keo wracamy z powrotem na Khao San Road. Wieczorem przechadzamy się wśród sklepów i straganów po okolicznych uliczkach. Jeszcze tylko smaczna kolacja w ulicznej "restauracji"  i wracamy do hotelu.

22.02.2007 czwartek
(Bangkok)
Idziemy na śniadanie. Okazuje się, że po naszej wczorajszej "restauracji" nie ma śladu, działa tylko w godzinach popołudniowych. Podstawą takich "restauracji"  jest ruchomy wózek, na którym przywozi się gotowe produkty i podstawę wszystkich dań - ryż, umieszczony w dużych termosach. Porcje
mięsa smażone są na bieżąco i po paru minutach danie jest gotowe. "Restauracja" przywozi ze sobą również parę plastikowych stolików i krzesełek oraz talerze i sztućce dla dużej ilości klientów, by nie trzeba było często zmywać. Zwiedzanie rozpoczynamy od Lak Muang. Jest to oficjalnie wyznaczony środek miasta. Według wierzeń, w Lak Muang mieszka bóstwo opiekuńcze miasta, potrafiące sprowadzić płodność i spełniać inne życzenia. Widać tu wiele modlących się kobiet. W przyległym pawilonie występuje barwnie ubrany zespół taneczny, opłacony przez tych, których prośby zostały wysłuchane. Idziemy dalej, by obejrzeć kompleks Wielkiego Pałacu i Wat Phra Keo. Ten wspaniały zespół zaczęto wznosić w roku 1782, by uczcić założenie nowej stolicy - tutaj miał znaleźć schronienie posąg Szmaragdowego Buddy.Wat Phra Keo jest najświętszą świątynią Tajlandii. Kompleks świątynny robi wrażenie. Najświętszym budynkiem należącym do Wat Phra Keo jest świątynia, w której mieści się rzeźba Szmaragdowego Buddy. Następnie przechodzimy ku równie interesującym budynkom pałacowym. Budynki Wielkiego Pałacu wykorzystywane są tylko w celach reprezentacyjnych, na co dzień król mieszka w pałacu, w parku Dusit. Jest to też kolejny cel naszego zwiedzania. Znów o dziwo, taksówkarz nie za bardzo jest pewien gdzie jechać.  Inspiracją powstania kompleksu parkowego, był pierwszy w historii pobyt władcy Tajlandii, w Europie. Stworzono wypielęgnowany ogród, w którym najciekawsze są zbudowane z drewna tekowego dworki, wśród nich, będący siedzibą królewską Pałac Vimanmek. Przy wejściu do niego ma miejsce spore zamieszanie, gdyż ze względów bezpieczeństwa trzeba zdeponować w szafkach wszystko, co się przy sobie posiada. Podjeżdżamy pod Złotą Górę - sztuczne wzgórze o 76 m wysokości, na szczycie, której znajduje złocona wieża. Choć góra nie należy już do najwyższych punktów Bangkoku, gdyż znacznie przerosły ją liczne wieżowce, z jej szczytu roztacza się widok na znaczną część stolicy.

23.02.2007 piątek
(Bangkok - przelot do Colombo - Negombo)
Ostatni dzień pobytu w Bangkoku postanawiamy poświęcić na zwiedzenie Dzielnicy Chińskiej. Rozpoczynamy od Wat Traimit, zwanego również jako Świątynia Złotego Buddy. Słynie ona głównie z największego na świecie posągu Buddy, wykonanego z litego złota. Czterometrowej wysokości XII-wieczny wizerunek waży 4 tony. Ruszamy jedną z głównych ulic Dzielnicy Chińskiej - Yaowarat, którą wypełniają liczne sklepy i stragany. Po drodze wstępujemy do jednej z chińskich świątyń i do Wat Chakrawat, znanego z oryginalnego wizerunku "Uśmiechniętego Mnicha" - ulubieńca Mariana. Mnich ten ponoć był bardzo przystojny i bardzo podobał się kobietom. By tego uniknąć zaczął bardzo się objadać, by stać się grubym i nieatrakcyjnym dla nich. Wracamy rzeką. Okazuje się, że przejazd szybkimi łódkami to najszybszy i najtańszy sposób przemieszczania się po Bangkoku. Niestety nasz pobyt w Tajlandii już się kończy i musimy jechać na lotnisko. Po pierwszych 30 minutach jazdy(???) w korku, podczas której pokonujemy około 300 m, zaczynamy wątpić, czy dotrzemy tam na czas. Co gorsza ciągle mamy czerwone światło. W końcu korek się rozładowuje, a że założyliśmy sobie dość sporą rezerwę czasową, docieramy punktualnie. Na lotnisku wszystko przebiega sprawnie, nie licząc faktu, że z powodu mojego roztrzepania zostawiłem nasze karty pokładowe na ladzie punktu wymiany walut i tam sobie trochę leżały. Na szczęście nikt się nimi nie zainteresował. W nocy docieramy do Colombo. Ponieważ mamy 15 godzinną przerwę w locie, chcąc uniknąć poszukiwania noclegu w środku nocy, wcześniej zarezerwowałem hotel, w położonym niedaleko, nad oceanem, Negombo. Dziwi nas, że podczas jazdy przy drodze widzimy parę kościołów i kapliczek z Matką Boską. Jak się dowiadujemy, w tym rejonie buddyjskiej Sri Lanki, znajduje się duże skupisko katolików.

24.02.2007 sobota
(Negombo - Colombo - przelot do Frankfurtu)
Ranek poświęcamy na odpoczynek nad oceanem. Kilka razy podchodzą do nas tubylcy, oferujący usługi turystyczne. Narzekają, że po tsunami ruch turystyczny bardzo zmalał. Turyści obawiają się również o swoje bezpieczeństwo, związane z atakami Tamilskich Tygrysów. Opowiadają, że niepokoje mają
 bardzo ograniczony zasięg terytorialny i zapraszają do odwiedzenia ich kraju. Nie wiem jak wygląda to w innych częściach kraju, jednak po drodze na lotnisko jest kilka posterunków policji, obłożonych workami z piaskiem, gotowych do odparcia ataku. Lot do Frankfurtu strasznie się dłuży. Na miejscu wita nas deszcz i temperatura, do której ostatnio nie byliśmy przyzwyczajeni. Podwożą nas na parking i od razu ruszamy w drogę powrotną.

24/25.02.2007
(frankfurt - Łaziska)
Po około 10 godzinach jazdy docieramy do domu.Tajlandia była dla nas miłą niespodzianką. Po raz pierwszy mogliśmy poczuć smak dalekiej Azji. Pierwszy raz byliśmy w kraju buddyjskim, o kulturze jakże odmiennej od naszej. Oglądaliśmy zabytki, które mogły naprawdę zrobić wrażenie, a ich dziwna dla nas symbolika sprawiała, że czuliśmy się czasem, jakbyśmy przebywali w bajkowym świecie. Warto tu wspomnieć o ludziach, którzy swoim uśmiechem i życzliwością potrafią przełamać barierę językową.
Przy zakupach na targowiskach, mimo, że trzeba się targować, nie jest to targowanie w stylu arabskim, natarczywe, nachalne i za wszelką cenę dążące do dokonania transakcji. Tutaj można spokojnie odejść i nikt nikogo do niczego nie zmusza. Nawet dla nas, nienależących do bogaczy Polaków, jest tutaj bardzo tanio - ceny są przynajmniej kilkakrotnie niższe od naszych. Szkoda, że przelot jest jeszcze dość drogi. Mylą się ci, którym wydaje się, że cywilizacja kończy się w Europie. Lotnisko w Bangkoku wraz z dojazdowymi autostradami jest imponujące. Główne drogi naprawdę też nie są złe. Nie mają może standardów autostrad, ale na przykład z Bangkoku do Chiang Mai droga ma prawie cały czas 2, a często więcej pasów jezdni w każdą stronę. Nie jest także źle z przestrzeganiem przepisów ruchu drogowego, choć podczas jazdy w miastach trzeba uważać na niezliczoną ilość jadących motorowerów. Trzeba jednak przyznać, że piesi nie mają tu wielu praw. Przejścia dla nich to rzadkość i trzeba szybko
przemykać się wśród samochodów.Tajlandia bardzo przypadła nam do gustu. Całkiem odmienna kultura i przyroda, życzliwi ludzie, bardzo dobra kuchnia - to wszystko sprawiło, że mile będziemy wspominać te ponad 2 tygodnie lata zimą i gdy tylko będzie możliwość chętnie tu powrócimy.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://marekceb.republika.pl/

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;