Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Meksyk 2005 - Podróż po krainie Majów
Autor: Alina i Marek Cebula   
Choć plany wyjazdu do Meksyku istniały wcześniej, decyzja i realizacja przebiega błyskawicznie. W niedzielę znajduję tanią ofertę  "last minute" na bilety lotnicze, w poniedziałek dzwonię do niemieckiego biura, gdzie rezerwuję bilety, dokonuję przelewu i okazuje się, że następnego dnia bilety dotarły już z Niemiec do domu. Świat zrobił się mały. Tak, więc, pomimo ciągle trwających wątpliwości i obaw ze strony Aliny, wyruszamy za  "Wielka Wodę" . Był to już ostatni dzwonek, gdyż wkrótce w rejonie karaibskim zaczyna się pora deszczowa.

22.04.2005 piątek
(Łaziska Górne - Zgorzelec - Dresden - Köln - Aachen - Bruksela )
Rankiem ruszamy naszym samochodem w kierunku Brukseli. Z wyjątkiem paru korków na autostradach w Niemczech, przejazd przebiega sprawnie i na nocleg dojeżdżamy do położonego na obrzeżach Brukseli, blisko lotniska, hotelu Formuły 1. Tam nocujemy i pozostawiamy na parkingu samochód.

23.04.2005 sobota
(Bruksela - Cancun )
Następnego dnia, hotelowym autobusem podjeżdżamy na lotnisko. Samolotem Boeing 767 300ER portugalskich linii lotniczych Euro Atlantic lecimy do Cancun. Po drodze lądujemy w Lizbonie, celem wymiany załogi i zatankowania paliwa.  Do Meksyku docieramy po 11 godzinach lotu, już po zapadnięciu zmroku. Wita nas temperatura w granicach 30 st. C,  przy wilgotności prawie 100%.  Okazuje się, że Hertz, w którym mamy rezerwację, nie posiada już małego samochodu, jednak organizują nam podobny w wypożyczalni Dollar. Po załatwieniu formalności podjeżdżamy do centrum Cancun do hotelu na nocleg. Tak kończy się bardzo długa, bo trwająca 31 godzin doba (różnica
czasu wynosi 7 godzin).

24.04.2005 niedziela
(Cancun - Chichen Itza - Izamal - Merida)

Rano po śniadaniu wsiadamy do "naszego" VW Pointera i jedziemy do Chichen Itza. Niepotrzebnie korzystamy z płatnej drogi, gdyż jak się później okazuje, te bezpłatne są puste i podróż wcale nie przebiega wolniej. Jazda drogą przez dżunglę to nieustanne przebijanie się przez chmary motyli. Chichen Itza to najlepiej zachowany ośrodek Majów na Jukatanie.Na wprost od wejścia znajduje się 24 m piramida El Castillo (Zamek), która góruje nad miastem. Piramida ta nawiązuje do astronomicznej wiedzy Majów. Ilość stopni, poszczególnych poziomów, płycin na jej ścianach odpowiada ilości dni, miesięcy i lat w kalendarzu Majów. Po stromych i dość wąskich schodach wspinamy się na jej
szczyt.Można stąd podziwiać całą panoramę Chichen Itza. Z jednej strony znajduje się boisko do gry w piłkę, a po drugiej widać Świątynię Wojowników i Zespół Tysiąca Kolumn. Niektóre budowle znajdują się dalej w dżungli. Schodzimy w dół i przechodząc obok Świątyni Jaguara udajemy się na boisko do gry w piłkę. Ma ono 168 m długości, a na ścianach bocznych znajdują się rzeźbione obręcze, przez które miała przelecieć piłka. Nieopodal boiska znajduje się ołtarz ofiarny, z wyrzeźbionymi trupimi czaszkami,
gdzie jak sądzą archeologowie wystawiano głowy ludzi złożonych w ofierze. Wzdłuż dróżki do Sacbe (Świętej Studni) ulokowali się sprzedawcy pamiątek. Nie są oni jednak nachalni, jak np. w krajach arabskich i w spokoju czekają na klientów. Przechodzimy dalej w kierunku Obserwatorium, w którym niektóre szczeliny w ścianach odpowiadają położeniu ciał niebieskich w najważniejszych dniach kalendarza Majów. Szczególnie bogate zdobienia znajdują się na fasadach  Kościoła  (Iglesia) i Domu Mniszek.Jeśli chodzi o nazwy budowli, należy pamiętać, że nadane zostały przez Hiszpanów, na zasadzie skojarzeń, a wcale nie oddają funkcji, które rzeczywiście pełniły w społeczności Majów. Opuszczamy ruiny Majów  i po drodze odbijamy jeszcze do Izamalu, zwiedzając Klasztor Św. Antoniego z Padwy, zbudowany przez franciszkanów z Hiszpanii. Kościół jak i  wiele sąsiadujących kolonialnych domów mają żółty kolor, dlatego Izamal nazywany bywa "Żółtym Miastem". Przed kościołem znajduje się pomnik Jana Pawła II, który odwiedził to miejsce w 1993 r. Na nocleg przyjeżdżamy do Meridy. Piotrek po trudach zwiedzania od razu lokuje się w hotelowym basenie, my wkrótce dołączamy.

25.04.2005 poniedziałek

(Merida - Uxmal - Edzna - Campeche)

Rankiem wychodzimy na miasto, które nie robi nas specjalnego wrażenia i ruszamy w kierunku kolejnych ruin Majów do Uxmal. Po drodze widzimy wiejskie domki indiańskie, których wygląd na początku nas szokuje. Kryte liśćmi palmowymi, bądź trawą, często bez okien i drzwi, niektóre wymurowane, inne o konstrukcji drewnianej, obite deskami. Przyzwyczajeni do standardów europejskich, nie spodziewaliśmy się tak dużych kontrastów, jakie tu występują między większymi miastami a wsią.Dojeżdżamy do Uxmal
 i rozpoczynamy zwiedzanie od obejrzenia Piramidy Wróżbity, na której występują wszechobecne wizerunki boga deszczu Chaca, z charakterystycznym haczykowatym nosem. Następnie przechodzimy do kompleksu budynków, który Hiszpanom przypominał cele zakonne, więc nazwali go Czworokątem Mniszek. Kompleks ruin jest dość rozległy. Idziemy w kierunku Pałacu Namiestnika i wspinamy się na Wielką Piramidę. Po drodze widzimy największą, spotkaną przez nas iguanę o ponad metrowej długości. Z Wielkiej Piramidy roztacza się wspaniały widok na Gołębnik  i cały obszar ruin. Aż po horyzont ciągną się lasy. Po drodze mijamy jeszcze jedne ruiny w Kabah, gdzie jednak nie wchodzimy, jadąc dalej do Edzna. Tutaj nie ma już takiej ilości turystów jak wcześniej. Najważniejszą budowlą jest Wielki Akropol  z Budowlą Pięciu Pięter. Jedziemy w kierunku nadmorskiego Campeche. Po drodze z niepokojem spoglądamy na wskaźnik paliwa, na resztkach dojeżdżamy do miasta. Odtąd będziemy pamiętać, że odległości między miastami są duże, a czasami najbliższa stacja benzynowa znajduje się czasem po 200-300 km.Campeche jest bardzo ładnym miastem o architekturze kolonialnej z kolorowymi fasadami. Spacerujemy po jej uliczkach, dochodząc nad morze, które jednak pozbawione jest plaży i śmierdzi.

26.04.2005 wtorek

(Campeche - Escarcega - Palenque)

Na meksykańskich nie ma chyba prawa zginąć żaden pieszy. Gdy tylko przy drodze występuje, choć jedno zabudowanie, od razu na drodze pojawiają się "topes" czyli garby, przeważnie wykonane z asfaltu, bądź betonu. Czasem są nieoznakowane i nie zauważywszy ich w porę,  wylatuje się w powietrze . Gdy zabudowań jest więcej, dodatkowo pojawiają się "vibradores" czyli małe garby występujące co około 10 m na odległości czasem kilkuset metrów. Wjeżdżamy do stanu Chiapas. Na drodze kontrola prowadzona przez wojsko. Nic od nas nie chcą, kontrolują tylko swoich. Na wyposażeniu maja kolczatkę gotową w każdej chwili do rozciągnięcia przez drogę. Naczytaliśmy się o dużej ilości
 posterunków kontrolnych w tym stanie, a tymczasem byliśmy zatrzymani tylko 2 razy i nikt się nie czepiał. Dojeżdżamy do Palenque. Miasto, które w czasie swego rozkwitu było stolicą regionu, po upadku w X w., opuszczone, szybko porosło bujnym lasem zwrotnikowym, który go otacza. Jest bardzo gorąco i parno. Wszyscy zwiedzający mają zapewnioną kąpiel w "pocie własnym". Blisko wejścia znajduje się Świątynia Inskrypcji, gdzie okryto kryptę króla Pakala, panującego w I w. Ścieżką przez
las idziemy do zrujnowanej Świątyni Jaguara. Porośnięte lasem miejsce daje pojęcie o tym, jak wyglądało Palenque, kiedy odkryto je pod koniec XVIII w. Wdrapujemy się na piramidę, na której znajduje się Świątynia Krzyża. Stąd doskonale można oglądać prawie cały, rozległy obszar ruin. Schodzimy i udajemy się do Pałacu. Wyróżnia go wieża, która prawdopodobnie była obserwatorium astronomicznym. Na jego dziedzińcu można oglądać dobrze zachowane kamienne rzeźby postaci Majów. Idziemy w kierunku Grupy Północnej, którą stanowi pięć świątyń ustawionych na jednej podstawie. W jednej ze świątyń, zwanej Świątynią Hrabiego, w latach 30. XIX w. zamieszkiwał przez 2 lata pewien ekscentryczny arystokrata z Europy.

27.04.2005 środa

(Palenque - Misol-Ha - Agua Azul - San Cristobal de las Casas)

Ruszamy dalej na południe, odbijając po 20 km do wodospadu Misol-Ha, który położony jest w bujnym lesie tropikalnym, a następnie podjeżdżamy do jednych z najpiękniejszych wodospadów w Meksyku - Agua Azul. Wodospadów jest ponoć ponad 500 od małych do 30 m. Idąc ścieżką wznoszącą się wzdłuż rzeki spotykamy Czechów, którzy podróżują autobusem, który kiedyś został przywieziony tu statkiem. Obecnie kursuje od Meksyku do Panamy, na potrzeby czeskich turystów. W tym autobusie także śpią i przygotowują posiłki.Wjeżdżamy w góry. Po drodze zostajemy zatrzymani przez grupę cywili (być może Zapatystów, bo na zabawę to nie wyglądało), którzy mają na drodze położone deski z ponabijanymi gwoździami. Po wrzuceniu do puszki paru peso puszczają nas. W pewnym momencie wjeżdżamy w taką mgłę, że widoczność jest ograniczona do kilkunastu metrów. Na szczęście dość szybko ustępuje. Dojeżdżamy do położonego na wysokości 2300 m n.p.m. San Cristobal de las Casas. Miasto założone przez Hiszpanów,z powodu położenia, izolowane od reszty kraju zachowało swój kolonialny urok. Miasto ma burzliwą historię. Trwa tu konflikt między potomkami Hiszpanów, a miejscowymi Indianami. Tu rozpoczęło się w 1994 r. powstanie Zapatystów.  Po ulokowaniu się w hoteliku, wyruszamy na spacer po ulicach miasta, gdzie fasada każdego budynku ma inny kolor, podobnie z kościołami. Wygląda to naprawdę malowniczo. Zwiedzamy dwa największe kościoły - katedrę i dominikańską Templo de Santo Domingo, obok której
znajduje się indiański targ.

28.04.2005 czwartek
(San Cristobal de las Casas - Kanion Sumidero - San Cristobal de las Casas)
Następnego dnia jedziemy obejrzeć kolejny cud natury Kanion Sumidero. Podjeżdżamy do Chiapa de Corzo, skąd płyniemy łodzią motorową, pokonując 35 km trasę do zapory i z powrotem, po drodze podziwiając widoki i mieszkające tam zwierzęta. Płyniemy w towarzystwie samych tubylców. Nasz przewodnik, kierujący łodzią, przed wyjazdem spytał się skąd jesteśmy, i mimo, że mówił tylko po hiszpańsku (standard) i to w strasznym tempie, starał się zorientować, czy widzimy to, co aktualnie pokazuje i objaśnia. A było na co popatrzeć. Kanion leży w środku parku narodowego, jego zbocza sięgają prawie kilometra wysokości. Istnieje legenda, że w połowie XVI w. kilkuset Indian, nie chcąc poddać się Hiszpanom, wybrało śmierć, rzucając się z urwistych skał do rzeki. Zbocza kanionu porośnięte są egzotyczną roślinnością, oglądamy sępy, czaple, małpy, podpływamy na bliską odległość do krokodyli. Wycieczka trwa ponad 2 godziny. Okazuje się Polacy już są tu znani, kelner w barze żegna nas słowami "do widzenia". Wracając często widzimy Indianki niosące na plecach patyki na opał. Już w San Cristobal łapie nas burza, ulice momentalnie zamieniają się w potoki. Po krótkim odpoczynku w hotelu, po południu wychodzimy jeszcze na miasto. Po raz pierwszy rozmawiamy z dwójką rodaków, których już zauważyliśmy w Meridzie i przy Agua Azul. Także podróżują wypożyczonym samochodem, podobna trasą, co my.

29.04.2005 piątek
(San Cristobal de las Casas - San Juan Chamula - Villahermosa)
Opuszczamy już malownicze San Cristobal. Około 10 km za miastem znajduje się indiańskie miasteczko San Juan Chamula. Tutejszy targ uchodzi za jeden z najciekawszych w Meksyku. Zabronione jest wykonywanie zdjęć w kościele, podczas obrzędów religijnych oraz ludziom, ubranym w rytualne stroje. Kupujemy bilet upoważniający do wejścia do wnętrza kościoła. Wchodzimy i ukazuje nam się najbardziej niezwykły widok, jaki do tej pory widzieliśmy w jakimkolwiek kościele. Podłoga jest pokryta sosnowym igliwiem. Z tyłu kościoła odpoczywają całe rodziny indiańskie, siedzą na podłodze, matki karmią dzieci. Dalej musimy slalomem omijać osoby, które klęczą, porozrzucane po całym kościele, modląc się przed świecami, przed którymi czasem leżą dary. Wśród darów szczególną rolę pełni coca cola, która podobno wywołując wymioty, pomaga w wypędzeniu złych duchów. Po bokach kościoła znajdują się ołtarze z figurami świętych, z lusterkami w rękach. Równocześnie przy ołtarzu odprawiana jest msza św., w której uczestniczy grupa około 30 Indian, głównie mężczyzn, z których jeden gra na akordeonie. Ksiądz, o indiańskich rysach, na ornacie ma założoną dodatkowo wełnianą białą
kamizelkę, jaka noszą tutejsi Indianie. Po wyjściu z kościoła, kręcimy się jeszcze po targu, oglądając wyroby lokalnego rzemiosła. Mała, może 10 letnia indiańska dziewczynka, po dowiedzeniu się, że jesteśmy z Polski zachęca nas do zakupu kolorowego plecionego paska słowami "proszę kup pasek". Takiej "sprzedawczyni" nie możemy odmówić. Następne prawie 200 km to jazda przez wysokie góry, droga to nieustanne zakręty, bez jakiegokolwiek odcinka prostej. Należy także pamiętać, że z wysokości ponad 2000m zjeżdżamy praktycznie na poziom morza. Po zjechaniu na nizinę zaczyna zmieniać się wygląd mijanych wiosek i miasteczek. Pojawia się coraz więcej ładnych, zadbanych domków, z uporządkowanym otoczeniem. Końcówka to jazda przez ciągnące się przez wiele kilometrów plantacje bananów. Zatrzymujemy się w hotelu w centrum miasta, jednak temperatura 42 st. C przy strasznej wilgotności powietrza, nie zachęca zbytnio do chodzenia po mieście.

30.04.2005 sobota
(Villahermosa - Ciudad del Carmen - Escarcega)
Rankiem dnia nasze kroki do Parku - Muzeum La Venta. Jest to połączenie ogrodu zoologicznego i archeologicznego gdzie można obejrzeć występujące tu w naturze zwierzęta i zabytki kultury olmeckiej. La Venta była przez 600 lat od 1000 do 400 r. p.n.e. centrum kultury olmeckiej. Odkrycie ropy naftowej okolice stworzyło zagrożenie dla jej skarbów, więc przetransportowano je do Villahermosy, tworząc park La Venta. Chodzimy wijącymi się przez puszczę ścieżkami, stanowiącymi ładną oprawę dla 33 zabytków, między innymi rzeźb olbrzymich głów olmeckich. Przed wejściem spotykamy ponownie poznanych już Polaków. Po wyjeździe z miasta postanawiamy jechać drogą wzdłuż
wybrzeża. Z ekonomicznego punktu widzenia decyzja okazuje się nie być zbyt trafna, gdyż za jeden odcinek drogi musimy zapłacić, płatny okazuje się być także przejazd przez długi most. Duża część wybrzeża porośnięta jest lasami namorzynowymi, plaże nie są zbyt czyste i jak widać dopiero zaczyna powstawać przy nich jakaś infrastruktura. Kąpiemy się w morzu, jednak bardzo ciepła woda i duża wilgotność powietrza powoduje, że kąpiel nie przynosi ochłody. Na nocleg zatrzymujemy się w położonym na skrzyżowaniu głównych dróg małym mieście Escarcega.

1.05.2005 niedziela
(Escarcega - Kohunlich - Bacalar)
Rankiem obok hotelu przechodzi pochód 1-majowy. My zbieramy się i ruszamy w kierunku wybrzeża Morza Karaibskiego. Prawie 300 km odcinek drogi, prostej, jak biczem strzelił prowadzi przez tropikalne lasy, po drodze nie ma ani jednego miasta, jedynie 2 czy 3 małe mieściny. Na trasie mamy parę stanowisk archeologicznych, z czasów Majów. Postanawiamy obejrzeć Kohunlich. Do ruin trzeba zjechać z głównej drogi, jadąc 8 km straszliwie dziurawą drogą. Otoczenie ruin jest bardzo ciekawe, dominują olbrzymie palmy. Najsławniejszą budowlą w Kohunlich jest Świątynia Masek, gdzie po obu stronach schodów stoją trzymetrowe stiukowe maski boga Słońca. W dobrym stanie zachowały się
2 maski. Ich grube wargi i wydatne rysy nawiązują do rzeźby olmeckiej. Decydujemy się nie dojeżdżać do nadmorskiego Chetumalu, lecz odbić na północ, nocując w domku nad jeziorem  Bacalar. Po drodze na chwilę zatrzymujemy się przy Cenote Azul, naturalnym basenie 60 m głębokości. Popołudnie spędzamy na kąpieli w jeziorze.

2.05.2005 poniedziałek
(Bacalar - Tulum)
Rano jeszcze kąpiel w jeziorze i ruszamy drogą wzdłuż wybrzeża do Tulum. Przyjeżdżamy na parking (bardzo drogi) przed wejściem na obszar ruin. Tłumy turystów - jest to jedno z nielicznych miejsc, związanych z kulturą Majów, do którego docierają, przebywający na wybrzeżu karaibskim, głównie amerykańscy wczasowicze. Oglądamy występ voladores. Ich występ nawiązuje do pradawnego obrzędu Indian Nahua i Totonaków, podczas którego 5 mężczyzn wspina się na 30 m słup. Gdy jeden z nich gra na bębnie i piszczałce, pozostali  lecą  w dół ku ziemi głową w dół, zawieszeni na linach. Podchodzimy do wejścia na obszar ruin. Są one malowniczo położone nad samym brzegiem morza. Największą budowlą w Tulum jest El Castillo, z trójniszową świątynią na jej szczycie. Na nocleg zjeżdżamy do malowniczej zatoczki karaibskiej. Wynajdujemy chatkę (cabana), znajdującą się na samym morzem. Chatki wykonane są z drewna, kryte są liśćmi palmowymi. Do końca naszego pobytu w Meksyku postanawiamy już tylkoodpoczywać. Pobyt w chatkach ma jednak swoje słabe strony, szum rozbijających się o skały fal jest tak głośny, że nie możemy spać. Całe ubrania i pościel są wilgotne i czujemyna siebie cienką warstwę soli. Okazuje się, że prąd pochodził z generatora, który na noc został wyłączony i słychać głosy i śmiechy osób, zdążających w całkowitej ciemności do toalety.

3.05.2005 wtorek
(Tulum - Playa del Carmen)
Jedziemy dalej wzdłuż wybrzeża. Niestety zaczyna się ono zabudowywać, co nie wychodzi mu na dobre. Jeden za drugim powstają swoiste getta dla turystów - ogrodzone ośrodki z własną bramą wjazdową, z własnym dostępem do morza. Jadąc drogą nie ma się praktycznie możliwości dojścia do morza. Zjeżdżamy do Playa del Carmen. Tutaj na szczęście można dojść do plaży, choć hotele również tam sięgają. Niestety psuje się pogoda, temperatura oczywiście nie spada, lecz trwa całodzienna burza. Spacerujemy w pokapującym deszczu bardzo ładnym głównym bulwarem i przyległymi uliczkami. Wszędzie straszne ilości turystów.

4.05.2005 środa
(Playa del Carmen)
Pogoda na szczęście od rana idealna. Dzień całkowicie wypoczynkowy, plażujemy się z przerwami na posiłki.

5.05.2005 czwartek
(Playa del Carmen - Cancun - odlot do Brukseli)

Dojeżdżamy do Cancun. Mamy jeszcze trochę czasu, więc jedziemy do centrum i kręcimy się po sklepach z pamiątkami. Oddajemy samochód w wypożyczalni, zgodnie z umową odwożą nas na lotnisko. Nasz samolot ma półgodzinne opóźnienie - startujemy po 17 lokalnego czasu. Lecimy takim samym Boeingiem  767 300ER, lecz tym razem holenderskich  linii lotniczych Martinair. Zaraz po starcie podają nam obiad i zasłaniają okna, by stworzyć wrażenie nocy, z której 7 godzin zostanie nam  ukradzione  z powodu różnicy czasu. W naszym przypadku i tak to nic nie pomaga, nie potrafimy zasnąć. Chmury trochę się rozrzedzają i na koniec możemy podziwiać krajobrazy Irlandii, Anglii i Holandii. Lądujemy w Amsterdamie, gdzie większość pasażerów opuszcza pokład, a nas czeka jeszcze ponad 20 minutowy skok do Brukseli.

6.05.2005 piątek
(przylot do Brukseli - Aachen - Köln)

Doznajemy lekkiego szoku termicznego, temperatura nie dochodzi do 10 st. C, a więc jest o 25 st niższa niż ta, z którą się ostatnio oswoiliśmy. Z lotniska wracamy po nasz samochód i ruszamy w drogę powrotną, by skrócić sobie dystans do pokonania następnego dnia. Zatrzymujemy się w okolicy Köln, robimy zakupy, by przygotować kanapki na jutrzejszą drogę i kładziemy się spać. Różnica czasu i nieprzespana noc powodują, że nie budzimy się wieczorem, lecz śpimy dalej do 3 w nocy, kiedy stwierdzamy, że więcej się już nie da i postanawiamy zbierać się i jechać.

7.05.2005 sobota

(Köln - Dresden - Zgorzelec - Łaziska Górne)
Przejazd przez Niemcy przebiega bardzo sprawnie szybko, ruch minimalny. Na granicy więcej samochodów - to jadący na zakupy do Polski. Niestety przejazd przez Polskę nie jest już taki szybki, lecz popołudniu szczęśliwie docieramy do domu.Tym razem nasza podróż była trochę inna, choć także przypominała te poprzednie. Też podróżowaliśmy samochodem, choć wypożyczonym. Drogi były bardzo dobre, a ruch na nich znikomy. Trzeba było uważać jedynie na duże odległości między miastami, a tym samym stacjami benzynowymi. Nie mieliśmy ściśle wytyczonej trasy, zarezerwowanych noclegów, lecz tylko wytyczony jej zarys, resztę korygowaliśmy na miejscu. Nie nocowaliśmy w namiocie, choć nawet zabraliśmy go ze sobą i widzieliśmy po drodze przyzwoite kempingi, lecz ceny w hotelach, z których korzystaliśmy były takie, że decydowaliśmy się na większy komfort. Klimatyzacja pozwalała odpocząć po trudach zwiedzania w gorącym i wilgotnym powietrzu. Tym razem zdani byliśmy na wyłączne korzystanie z lokalnej kuchni, która bardzo nam zasmakowała, a stołowaliśmy się w zwykłych małych barach i restauracjach. Wprawdzie przyprawy, nawet te, które kelnerzy określali jako łagodne,
użyte nawet w małej ilości, pozwalały czasem dokładnie odczuć, jaki jest przebieg przewodu pokarmowego. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo nie odczuwało się żadnego zagrożenia. Czytaliśmy, że policja drogowa tylko czyha na samochód z wypożyczalni, by wyłudzić łapówki. Nas nikt nie zatrzymywał i czasami zastanawiam się skąd w opisach takie opinie.Meksyk pozostanie w naszej pamięci jako kraj, w którym można przeżyć wspaniałą przygodę, a zarazem kraj wielkich kontrastów.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://marekceb.republika.pl/

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;