Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Izrael wrażenia z pobytu
Autor: Włodzimierz Mozol   
Zobacz też:
1.jpgJest późny piątkowy wieczór, właśnie zaczął się szabat (szabas) wiec nawet nie ma gdzie pójść, bo wszystko jest zamknięte (praca w Izraelu w szabat jest zabroniona, wiec nawet puby i restauracje są pozamykane), dlatego wpadłem na pomysł ze skrobnę jakiegoś maila, aby zabić czas, przecież trudno gapić się jedynie w TV.

Jeszcze nie poznałem zasad tu funkcjonujących, chociaż jak zwykle w nowym kraju przez pierwsze dwa dni zapłaciłem tzw. "frycowe", jestem już na prostej i myślę ze sie zaaklimatyzuje. Pogoda jest taka sobie, chociaż temperatura przekracza +25 stopni Celciusza i świeci ładne słońce to jest silny wiatr, który stwarza wrażenie ze nie jest tak gorąco. Dzisiaj (piątki i soboty sa wolne, a niedziela normalnym dniem pracy) zwiedzałem miasto, ale o tym później, najpierw moje spostrzeżenia i uwagi, oczywiście o ile to Was interesuje. Nie bede opisywał horroru jaki przeszedłem podczas interwiew w Warszawie na lotnisku z pracownikami Mosadu, tylko od razu przejdę do pobytu.

Na lotnisku w Tel Avivie wsiadłem zgodnie z zaleceniami naszego Office Managera - Esti do licencjonowanej taksówki, zdążyli mi jeszcze wcisnąć kartkę z dyspozytorni z zasadami ogólnej współpracy z taryfiarzami, która oczywiście przeczytałem, no i okazuje sie ze można jeździć zarówno na "licznik" jak i "fix price", przy czym jedyne zalegalizowane przez rząd jest taryfikowanie na "licznik", sprawdziłem i zdecydowanie bardziej opłaca sie jeżdżenie na tzw. fix price niz w zgodzie z prawem ;o)
Hotel Sheraton Tel Aviv jest najlepszym hotelem w mieście, cena powala, 396 $ + 15% service TAX, moja firma wynegocjowała kwotę 124 $ która wydaje sie być bardzo atrakcyjna. W pierwszy dzień dotarłem zbyt późno (po 20.00), aby wybrać sie gdziekolwiek wiec nie poznałem jeszcze realiów. Cale szczęście ze spotkałem rano gościa jadącego winda, miął naszego badga wiec poprosiłem go czy może mnie podwieźć. Oczywiście nie miał samochodu, bo samochód jest 1 na 4 osoby, ale umówiliśmy sie na godzinę i miałem już zarezerwowane miejsce. Przejazd trwa strasznie długo, bo korki sa okropne, gość wybrał autostradę, bo nie chciał sie przebijać przez miasto, po 20 minutach dotarliśmy na miejsce. Może niezbyt reprezentacyjne, ale pomieszczenia OK.

Praca, praca, po 19-tej ściągnęliśmy do hotelu (w międzyczasie lunch w centrum handlowym za 35 NIS (1 US$= 4,33 NIS)). Dzisiaj poszedłem zwiedzić okolice oraz zrobić zakupy, bo człowiek nie świnia piwa napić sie musi, a do zachodu słońca miałem sporo czasu ;-) Cóż piwo jest tu drogie puszka 0,5l najlepszej marki czyli Maccabee kosztuje 10 NIS, inne sa strasznie podle (tez kupiłem) i niewiele tańsze, ze absolutnie odradzam ! Oczywiście można kupić importowane, które jednak jest jeszcze droższe. Okazuje sie ze Izraelczycy pija mało, a jeżeli już to wino, a wino jest tu doskonalej jakosci (znamy to nawet z Biblii), stosunkowo niedrogie i na każdą kieszeń, czyli od 5 do 10$, cóż piwo jest zupełnie niepopularnym trunkiem. Odchodząc od ulicy Hayarkon gdzie jest Sheraton i przylegle hotele czyli Hilton, Carlton, Renessaince, można znaleźć całkiem fajne i niedrogie knajpki, gdzie za niewiele ponad 30 NIS można sie najesc do syta. Może wspomnę o koszerności, każdy o tym słyszał a zapewne nie każdy wie co i jak. Otóż "jedzenie koszerne" nie polega wyłącznie na nie jedzeniu wieprzowiny. Prócz tego należy przestrzegać pewnych zasad jak nie łączenie nabiału i mięsa (w Telavivie nie zamówi sie w restauracji "pstrąga smażonego na maśle", "kurczaka w śmietanie", również nie kupimy popularnego u nas cheeseburgera) czy jedzenia potraw z krwi i surowego mięsa (trzeba zapomnieć o krwawym steku, kaszance oraz tatarze), również wędzony "węgorz" nie jest koszerny. Sa tez inne reguły ale nie ma na to czasu ani miejsca w tym mailu :o)

Teraz kilka słów n/t bezpieczeństwa. Policji nie ma tu w ogóle (widziałem jeden jedyny radiowóz na sygnale jadący w sina dal i to wszystko), od czasu do czasu pomykają dwuosobowe patrole wojskowe (tez nie za często), gdzie obu gości nie starszych niż 18 lat ze swoimi M16 na plecach często zarywa panienki lub chodzą patrząc w nieobecny w dzień księżyc. Generalnie Tel Aviv sprawia wrażenie niezwykle bezpiecznego miasta i chyba sie nie mylę. Języki, a tak cóż wszelkie napisy sa po Hebrajsku, niestety poddaje sie... te "krzaczki" sa dla mnie całkowicie nieczytelne (cale szczęście ze cyfry mamy takie same), dodatkowym utrudnieniem jest fakt ze czyta sie od tylu, a książkę zaczyna sie od ostatniej strony, niemniej można sie dogadać, sa 3 główne języki w których porozumiewać sie można bez najmniejszego problemu sa to: Hebrajski (może ktoś zna ?), Angielski i ... Rosyjski. Znając Rosyjski nie zginie sie w tym kraju to pewne! Na ulicy równie często jak Hebrajski słychać Rosyjski wśród przechodniów i sklepikarzy. Chodząc dzisiaj cały dzień po mieście strzaskałem sie na buraka (słońce nieźle operuje), chociaż (mam nadzieje) "red neck'iem" nie jestem.

I tyle na dziś, rano w szabat jadę na wycieczkę do Jerozolimy. Kupiłem ja w przyległym biurze podróży za 58$, całodniową, wiec chyba warto. Można tam jeszcze zamówić: Massada i Morze Martwe za 74 US$, Nazareth za 60 US$, Desert Safari za 85 US$, Haifa, Acre & Rosh za 66 US$ i wreszcie moja wymarzona Petra za 250 US$ (dla nie znających tematu, Petra, czyli zaginione miasto, znajduje sie w Jordanii, obejrzeć ja można w ostatniej do tej pory części Indiany Jones'a poszukującego Świętego Graala). Szczegóły na http://www.beinharim.co.il. Inne kierunki praktycznie nie istnieją, bo zarówno północ (Syria) jak i południe (Egipt) sa delikatnie mówiąc nie zalecane. No ale tak na marginesie to w zasadzie będąc tu nawet nie ma takiej potrzeby aby sie tam wybierać.

-- sobota --
Właśnie wróciłem z wycieczki do Jerozolimy. Jest 17.00 wiec jeszcze za wczesanie aby pójść cos zjeść, bo słońce świeci i musze czekać do zmroku. Rano wstałem dość wcześnie bo o 6.00, niestety przez nieuwagę wsiadłem do windy typu "szabat controll" i zdziwiłem sie bardzo. Trzeba wiedzieć ze religijny Żyd w szabat nie wykonuje żadnej pracy, przyciśniecie przycisku z nr pietra jest również praca, wiec windy (wybrane) przełącza sie w tryb szabat w piątki wieczorem. Jedyna różnica jest taka ze winda zatrzymuje sie sama na każdym piętrze i nie trzeba przyciskać żadnych guzików, ale minusem jest fakt ze zjazd lub wjazd trwają niemiłosiernie długo. W minibusie było nas 9 osób + przewodnik, wcale mnie nie zdziwiło ze pozostałe 8 osób prócz mnie to amerykanie, którzy również sa tu na długoterminowych kontraktach. W końcu Tel Aviv to taki maly New York, a plaże przypominają te z prospektu w Santa Monica w Californi (sa nawet takie same budki dla ratowników jak z filmu "Sloneczny Patrol"). Dowiedziałem się sie kilku fajnych rzeczy, którymi sie tutaj i teraz podzielę. Po pierwsze prawie wszędzie podaje sie nazwe Tel Aviv - Yaffo (Jaffa), a nie samo Tel Aviv. Wynika to z faktu ze Tel Aviv jest stosunkowo młoda nazwa starego miasta o nazwie Yaffo, nazwę Tel Aviv wprowadzono dopiero w 1965 roku, przedtem to miasto nazywało sie Yaffo, ponieważ trudno zmienić przyzwyczajenia dlatego często używa sie obu nazw. Do Jerozolimy jest ok. 60km i podróż autostrada zajmuje niecałą godzinę. Miasto jest zupełnie odmienne od Tel Avivu, ktory jak wcześniej pisałem jest miastem nowoczesnym i bardziej przypomina jedno z miast amerykańskich niż jakieś z tego regionu. Stare miasto podzielone jest na 4 kwartały: Kwartał Żydowski, Kwartał Muzułmański, Kwartał Katolicki i Kwartał Armeński. Uwagę skupiliśmy na zwiedzaniu starego miasta i wszystkich kwartałów, chociaż z okien minivana można było zobaczyć Knesset i budynki rządowe oraz słynny mur oddzielający cześć palestyńską. Zwiedzanie zaczęliśmy od punktu widokowego na Wzgórze Oliwne, który kilka lat temu ufundował znany "krawiec" od spodni jeans, a mianowicie Levi Strauss. Następnie udaliśmy sie przez Bramę Zion za mury starego miasta. Brama Zion znajduje sie w kwartale Żydowskim, stad po ucieczce Żydów z Izraela do Europy czyli "diasporze", ewoluowała nazwa Zion, Sion, ... az do Syionizm. Oczywiście centralnym miejscem jest po pierwsze Ściana Płaczu, czyli pozostałość po 2 Świątyni wzniesionej za Heroda Wielkiego (ok. 1 roku n.e), a która została wzniesiona na ruinach 1 Swiatyni zbudowanej 1000 lat wcześniej przez Króla Salomona. Krol Salomon (syn Dawida) umieścił w tej Świątyni Arkę Przymierza, niestety ok. 600 r p.n.e zniszczył ja król Babilonu Nabuchodonozor. Od tego czasu nie widziano Arki Przymierza, a pamiątka po niej jest wygląd każdej synagogi, gdzie w centralnym punkcie stoi skrzynia ze Świętymi Tekstami. Legendy mówią także, ze za czasów pierwszej i drugiej Świątyni ludzie znali jeszcze imię Boga, ponieważ Święte Przykazania wyraźnie mówią " Nie wymawiaj Imienia Bożego nadaremnie", dlatego Imię to było skrzętnie przechowywane i tylko podczas szczególnych okazji je wypowiadano (w Torze zapisane jako YHWH, ale w starohebrajskim nie zapisywano samogłosek), a wtedy stawała sie Światłość, cóż później je zapomniano, zostało zatracone bezpowrotnie, obecnie ani wtajemniczeni rabini ani naukowcy nie wiedza jaka jest wymowa tego Słowa. Wracając do spostrzeżeń, każdy może podejść do ściany, dotknąć lub wcisnąć karteczkę z życzeniem do Boga. Co roku wyjmuje sie wszystkie karteczki i zakopuje na Wzgórzu Oliwnym, dlaczego ? Dlatego, ze ortodoksyjni Żydzi nie pozwalają na palenie zwitków z życzeniami do Boga. Niestety przy samej ścianie obowiązuje zakaz fotografowania, wiec musicie sie obejść smakiem, zdjęć nie będzie. Za murem znajduje sie olbrzymia złota kopuła, to jest trzecie co do ważności święte miejsce dla Muzułmanina (po Mekkce i Medynie), obecnie znajduje sie tam Islamska Bazylika, bo właśnie w tym miejscu Mohammet wstąpił do nieba. Drugim równie ważnym zabytkiem jest zaraz przy Bramie Zion budynek w którym na parterze znajduje sie sarkofag z prochami Krola Davida. Tak na prawde to nikt nie wie czy tam sie prochy znajdują, ale jest to bardzo ważny punkt i obiekt kultu Judaizmu. Na pierwszym piętrze tego budynku, a w zasadzie dachu znajduje sie pomieszczenie, gdzie Chrystus odbył Ostatnia Wieczerze. Tutaj również może wejść każdy, zobaczyć, dotknąć, za czasów wypraw krzyżowych w centralnym punkcie znajdował sie okrągły marmurowy stół, ale po opanowaniu miasta przez Muzułmanów nogi przerobiono na filary, a sam blat przepadł bez wieści. Dalej przeciskaliśmy sie wąskim uliczkami starego miasta, gdzie handluje sie wszystkim jak przed wiekami, szczególnie w kwartale muzułmańskim, gwarno, tłok (trzeba uważać na portfele), ach te bajecznie kolorowe stragany (dla Muzułmanina dniem świętym jest piątek, wiec dzisiaj był normalny dzień pracy). Miedzy straganami znajdują sie kapliczki "Drogi Krzyżowej", trzeba bardzo uważać by nie przegapić tego w tym tłocznym bazarze. Wrażenie niesamowite, moc dotykając tych miejsc. I wreszcie kwartał katolicki, stosunkowo nowy, bo zbudowany (nadbudowany) dopiero 300 lat po ukrzyżowaniu, przedtem znajdował sie tam cmentarz. Cesarz Konstantym Wielki w 324 roku przyjmując Chrześcijaństwo, zbudował tu pierwszy kościół. Jest tu cale multum kościołów różnych wyznań, ze względu na mały obszar ułożonych nie poziomo lecz pionowo, jeden na drugim, na samych dachu znajduje sie klasztor mnichów koptyjskich. Centralnym punktem jest bazylika wzniesiona przez matkę Konstantyna Wielkiego na górze Golgota (po Hebrajsku znaczy to czaszka). Znajdują sie tu 3 najświętsze miejsca dla Chrześcijanina, a mianowicie kamienna lawa na której położono ciało Chrystusa, można sie przy niej zatrzymać, niektórzy ja całują, kładą wartościowe przedmioty lub ubranka dzieci. Wchodząc schodami na gore kościoła znajduje sie tu ołtarz pilnowany przez mnichów prawosławnych i szyba w ziemi z widokiem na miejsce wbicia Świętego Krzyża (kolejka by dotknąć szyby ogromna, trzeba czekać nawet 3 godziny), schodząc na dół kościoła zbudowanego wokół góry, można wejść do katakumb, a idąc jeszcze dalej dochodzimy do sanktuariom, w którym stoi mały budynek (tak, tak kościół we wnętrzu kościoła) w którym znajduje sie miejsce Zmartwychwstania (tutaj kolejka nawet jeszcze większą, mnisi wpuszczają pojedynczo, aby dotknąć kamiennej płyty trzeba stać parę dobrych godzin, wiec trzeba przyjechać tu indywidualnie rezerwując sporo czasu). Odnosi sie wrażenie, ze to wszystko było stosunkowo niedawno, przewodnik powiedział ze jest również czasc Świętego Krzyża, ale znajduje sie ona pod patronatem Cerkwi Prawosławnej i nie jest udostępniona dla oglądających. Bardzo tajemniczym i ważnym miejscem dla Judaizmu jest Zlota Brama, która wychodzi na Wzgórze Oliwne na którym znajdują sie tysiące grobów (za miejsce pochowku w tym świętym miejscu trzeba zapłacić co najmniej 50.000 US$). Wrota sa zamurowane, jednakże zostaną ponownie odpieczętowane jak głosi Tora, gdy przyjdzie Mesjasz, który otworzy groby, a zmartwychwstali spokojnie przejdą wrotami do nieba. Lubie powieści SF, a to mi sie kojarzy z zamkniętym portalem do innego wymiaru, hmm ... może to i prawda ?

Ostatnim punktem było zwiedzanie kościoła wzniesionego na Górze Oliwnej, franciszkański kościół otoczony jest przez tysiącletnie drzewa oliwne, a w jego centralnym miejscu zamiast ołtarza znajduje sie kamień (można dotykać), to właśnie w tym miejscu, gdy Chrystus na nim stal, Judasz pocałował go w policzek, a następstwa tego faktu za który dostał 30 Srebrników rozpoczęły nowa erę w historii ...

Na zakończenie ciekawostka, która dowiedziałem sie od przewodnika. Ciekawym jest ze dla wyznawców Islamu swieta liczba jest 5, zarówno piątek, 5 modlitw w ciągu dnia, a mulla z minaretu zawsze czyta tylko 5 wersetów Koranu, gwarantująca pomyślność jest kobieca dłoń z 5 palcami, która ma symbolizować rękę jedynej córki Mohammeta Fatimy. Nota bene takie ręce często przyozdabiają wejścia do domów. No i konkluzja także na 5, targując sie w kraju islamskim rozsadnie jest wszystko kończyć na 5 (np. 95 a nie 100).

Jutro wracam do pracy i dalszych relacji poki co nie będzie. Może sie wybiorę, któregoś dnia do Petry lub Massady wtedy na pewno cos napisze.

Czesc II,

2.jpgTak sie złożyło, ze wykupiłem wczoraj wycieczkę nad Morze Martwe i do Massady, ale o tym za chwile. Moj hotel Okeanos BaMarina znajduje sie niestety w "middle of nothing" i trudno jest tu znaleźć jakieś rozrywki, co prawda rzut kamieniem znajduje sie olbrzymi "Shopping Mal", sa tutaj głownie restauracje i butiki, niestety nie ma supermarketu, ani innych rozrywek sportowych. Do supermarketu trzeba dogninac na pieszo ok. 20 minut w jedna stronę, a robiąc większe zakupy problemem staje sie powrót. Również ludzie z obecnego projektu mieszkający w tym hotelu (jest ich ok. 8 osob) nie sa za bardzo towarzyscy, zresztą trudno sie dziwić jako jedyny nie Holender stanowię dla nich nie mówiąc o barierze językowej, która nie jest tak istotna, co raczej barierę kulturowa. Oni przebywają na tym projekcie już od kilku miesięcy, trzymają ze sobą i trudno jest wprowadzić kogoś spoza układu. Dodatkowo, praktycznie oni wszyscy sa "spadochroniarzami" po projektach w Arabii Saudyjskiej i Emiratach, wiec znają sie od lat. Poza tym ich głównym zajęciem w weekendy jest dwudniowy wypad do Eliatu (4 godziny jazdy samochodem z Tel Avivu) nad Morzem Czerwonym, gdzie cały wolny czas spędzają na nurkowaniu. Ja niestety nie posiadam ani własnego sprzętu ani umiejętności w tym temacie abym mógłbym im towarzyszyć.

Wiec jak pisałem wybrałem sie wczoraj na calodoniowa wycieczkę, oczywiście z tego biura podróży o którym pisałem w poprzednim e-mailu, polecam, fachowe, a przewodnicy nie tylko znają doskonale historie swojego kraju, co również ciekawostki, o których nie sposób dowiedzieć sie z książek czy gazet.

Obecnie grupa była bardziej międzynarodową (nie tak jak poprzednio), była Amerykanka, Francuz, Duńczyk, Włoch i para nastoletnich Rumunów, no i oczywiście ja. Nad Morze Martwe jedzie sie przez Jerozolimę, wiec już drugi raz miałem szczęście podziwiać panoramę tego miasta z przyległej autostrady, niemniej nie zatrzymywaliśmy sie w tym świętym mieście. Po opuszczeniu rogatek miasta na których stoją patrole (a zapomniałem dodać, ze Jerozolima w obecnym kształcie należy do Izraela dopiero od 1967 roku, została anektowana po wojnie sześciodniowej. Do 1967 roku miasto przegradzał mur, który miejscami widać i do tej pory. Część zabytkowa, czyli stare święte miasto należała do Jordanii, część "nowa" do Izraela, po 1967 roku stanowi już jedno miasto, chociaż teraz Autonomia Palestyńska wysuwa roszczenia, do części terytoriów, myślę jednak ze nic sie nie zmieni, gdyż jest to tak ważny punkt dla Izraela, ze napewno nie przystaną na żadne ustępstwa), pare kilometrów na południe rozpościera sie pustynia. Nie jest to pustynia jaka znamy z książek czy filmów, przypomina bardziej te, ktora dane bylo mi widziec w Peru - pustynie Nasca. Kamienie, wzgórza wulkaniczne, krajobraz bardziej przypominający kanion rzeki Colorado w USA niz Sahare. Ale to wlasnie jest pustynia, ta po ktorej przez ponad 40 lat naród Izraela błąkał sie prowadzony przez Moses'a (Mojzesza), to wlasnie tutaj zyja Beduini. Dla wyjaśnienia słowo "Beduin" pochodzi z Arabskiego, slowo Beida oznacza, bowiem pustynie, a Beduin - człowiek pustyni (teraz już wiem co znaczy "Dar el Beida" w Maroku czyli nowa arabska nazwa Casablanki, zapomniałem dodać "dar" po Arabsku to klejnot). Z rzadka porastają pustynie kępki traw, teraz jest zima i od czasu do czasu pada (kropi) dreszcz wiec jest trochę zielonego porostu, od maja deszcz nie pada w ogóle, roślinność obumiera, zostają tylko kamienie, czerwony piasek, kurz. Beduini wypasają na wzgórzach owce, teraz poki można, później nie wiem z czego sie utrzymują. Kreta droga przecinającą pustynie, zjeżdżamy w dół, nisko, poniżej poziomu morza. W miedzy czasie mimibus sie zatrzymał, aby zrobić pare fotek, przy punkcie oznaczonym "See Level". Na samym dole przepiekna panorama na Morze Martwe otoczone ze wszystkich stron górami (najwyższe po stronie jordanskiej), po lewej stronie drogi drogowskaz Jeryho, ach chcialo by sie tam pojechać, jest to ponoć najstarsze funkcjonujące do dzisiaj miasto, zobaczyć ten mur który runął na dźwięk trąb, ale niestety obecnie nie jest to mozliwe. Miasto należy do Autonomii Palestyńskiej, a poki co jest to punkt "zapalny" i Izrael nie wpuszcza wycieczek do tego regionu (zresztą podobnie jest z Betlejem). Cóż może to kiedyś sie zmieni ... Po kilkunastominutowej jeździe asfaltowa droga wzdłuż morza (moim zdaniem nazwa jezioro byłaby bardziej odpowiednia) dotarliśmy do płaskiego wzgórza, na którym król Herod wybudował swoja fortece. Jest to Massada (po Hebrajsku znaczy "wielka twierdza"). Znajduje sie na szczycie, na który wjeżdża sie kolejka linowa lub można podejść piechota utartym szlakiem, podejście zajmuje ponad godzinę. Imponująca twierdza, zawierała wszystko co umożliwiało przeżycie królowi i jego dworowi nie przez tydzień czy miesiąc, a przez kilka lat. Ponieważ na pustyni odczuwalny jest brak wody, dlatego zaprojektowano i wybudowano niesamowite systemy irygacyjne zbierające wodę z opadóow podczas pory deszczowej (zima) i przechowywujace ja w gigantycznych rozmiarów cysternach. Budynki, zasadniczo ruiny, stanowiły pomieszczenia mieszkalne dla ludności, pałac, synagogę, łaźnie, spichlerze, mury obronne. Pozostały tylko zgliszcza i ruiny. Zapytałem przewodnika, jak to możliwe ze ktoś to wszystko tak dokładnie zrównał z ziemia, przecież od III w. n.e., nikt tam już nie mieszkał. Okazuje sie ze odpowiedz jest dużo bardziej prozaiczna niż by sie mogło wydawać. Morze Martwe jest najniższa depresja na Ziemi, znajduje sie ponad 400 metrów poniżej poziomu morza. W tym punkcie stykają sie dwie płyty tektoniczne - Azji i Europy. Co roku jest kilka trzęsień ziemi o sile 3-5 stopni w skali Richtera. Jak uświadomił przewodnik te trzęsienia przez 2000 lat zrobiły swoje...

Po zjechaniu wagonikiem na dół, udaliśmy sie na prędce na lunch w pobliskim Kibucu, tak nazwa znana wszystkim, trzeba wyjaśnić, ze sa to wioski na których wzorował sie późniejszy ruch hipisowski. Zrobiłem sobie nawet zdjęcie przed tablica "Go in peace", no ale lata już nie te i nawet Kibuce zaczynają prowadzić business.

Ostatnim i chyba najprzyjemniejszym punktem programu, było popluskanie sie w Morzu Martwym i w gorących źródłach. Morze Martwe nie tylko, ze jest najniżej położonym zbiornikiem wodnym na Ziemi, to jeszcze jest najbardziej zasolonym akwenem świata, należy tez zaznaczyć, ze temperatura wody nigdy nie spada tu poniżej 20 stopni Celciusza. Dla wyjaśnienia - woda w oceanie np. Atlantyku posiada zasolenie na poziomie 2%, sól w morzu Bałtyckim stanowi tylko ułamek procenta, natomiast w Morzu Martwym aż 32%. Wow!, to jest cos, ciekawe jak sie w tym pływa, pomyśli zapewne każdy, no i okazuje sie ze w Morzu Martwym pływać nie można. Po wejściu do wody człowiek wyrzucany jest w gore jak korek od szampana, aby zanurkować myślę ze trzeba przywiązać do siecie spora ilość balastu. Po prostu ciało bez względu na pozycje ułożenia unosi nie na powierzchni. Innym dziwnym faktem jest to, ze w przeciwieństwie do kąpieli w tradycyjnym morzu, jeziorze czy nawet w wannie, niezależnie od czasu przebywania w wodzie nie tworzy sie na ciele "pomarszczona skora", woda jest gęsta i taka, ze przypomina to raczej kąpiel w oleju. Gorące źródła położone opodal wyrzucają parującą od gorącą wodę, z charakterystycznie siarkowym zapachem, która napełnia olbrzymi basen. Woda jest ciepła, stanowczo za ciepła, +40 stopni Celciusza, uff!. Po polgodzinej kąpieli, a dokładniej mówiąc przesiadywaniu w takiej wodzie człowiek ma tylko na jedno ochotę spać, spać i jeszcze raz spać.

To tyle wrażeń na dzień dzisiejszy, pozostała mi jeszcze jedna obowiązkowa wycieczka na północ do królestwa Galilei. Na koniec mała notka historyczna, po śmierci króla Salomona, państwo Żydowskie rozpadło sie na 4 części (cos tak jak u nas po śmierci Bolesława Krzywoustego). Jedna z części było Królestwo Judy ze stolica w Jerozolimie, druga Królestwo Galilei ze stolica w Tabgha , cóż dwóch pozostałych nie pamiętam, ale chyba nie odegrały aż tak ważnej roli w historii.

Czesc III,

Tak, na wstępie chciałbym przeprosić wszystkich za błędy stylistyczne i ortograficzne w poprzednich listach. Cóż, pisze co aktualnie przychodzi mi na myśl, a później nie mam czasu na weryfikacje i wychadza pewne niedociągnięcia, niemniej najważniejsza jest treść, dlatego mam nadzieje ze mi każdy wybaczy.

3.jpgOK, wracam do tematu. Oczywiście jak w każdy weekend planowałem jednodniowy wypad na północ, cale szczęście ze nie ja jeden, bo aż 12 osób z aktualnego projektu wpadło na ten sam genialny pomysł, zgadaliśmy sie i Louise (UK) wykonując pare telefonów po biurach podroży, wynegocjowała całkiem rozsądne warunki, mniej więcej 25% taniej niz gdybym wybrał sie sam. Wystartowaliśmy o 7:30 spod mojego hotelu, czesc grupy mieszka w Tel Avivie, wiec oni musieli wstać wcześniej. Pierwszym etapem podróży był niegdyś największy port świata, miejscowość postawiona od podstaw przez krola Heroda o nazwie "Cesarea". Ruiny prawie 50.000 miasta położone sa 50 km od Tel Avivu, po opłaceniu wstępu możemy odtworzyć jak niegdyś wyglądał jeden z największych portów, jakie rozrywki mieli Rzymianie i przepych pałacu króla, w którym zamieszkiwał m.innymi Ponucisz Piłat. Wykopaliska sa bardzo dobrze zrekonstruowane, do tego stopnia, ze amfiteatr wygląda jakby czas zatrzymał sie 2000 lat temu, ścieżki i uliczki pokryte sa gruzem, gdzie każdy może schylając siec zabrać na pamiątkę oryginalna kostkę ceramiki lub mozaiki z tamtych czasów, oczywiście nie jest to przedmiot zabytkowy (aczkolwiek 2000 letni ?), bo sa to skorupy lub elementy wykończenia. Ja przygarnąłem kawałek jakiegoś naczynia, ot taka pamiątka.
Drobna uwaga, w poprzednim liście popełniłem błąd, stolica Galilei jest Tiberia, a nie Tabgha, o której napisze później. Tyberia była stolica prowincji Rzymskiej oraz uwazano to miasto za jedno z głównych imperium, pochodził stąd również jeden z cesarzy - Tyberiusz.

Przesuwając sie droga na północ, odczuwa sie ze opuszcza sie państwo żydowskie. W mijanych wioskach, miasteczkach powoli zaczyna dominować kultura arabska, z prawej strony autostrady widoczne wzgórza to Zachodni Brzeg, wspinamy sie niezbyt stromo w gore, nie wysoko, wzgórza przed nami jeszcze sa większe. Jedziemy do Nazaretu. W dole piękna zielona dolina, z polami uprawnymi, drzewami oliwnymi i cytrusowymi, jej nazwa to Armageddon. Napisy hebrajskie powoli zastępowane sa przez arabskie, kobiety pozakrywane, ruch samochodowy staje sie nieprzewidywalny (klakson i wcina), gdyby nie tablice rejestracyjne samochodów, myślałbym ze dawno już opuściłem Izrael. Dojeżdżamy do Nazaretu, do starego miasta raptem rzut kamieniem w linii prostej, jest jednak to prawdziwa wyprawa. Miasto prawie w większości muzułmańskie, ruch chaotyczny, sobota, wiec normalny dzień pracy dla wyznawców Islamu. Mija dobre 30 minut nim docieramy do tego miejsca, które chcieliśmy zobaczyć, dla którego tutaj przybyliśmy. Kościół Zwiastowania (nie bardzo wiem co to słowo znaczy, jest to jednak dokładna transkrypcja z angielskiego) wzniesiony stosunkowo niedawno, bo w latach 60-tych XX wieku, wewnątrz kościoła na miejscu ołtarza grota, wstępu do podziemi strzeże lina rozpięta na słupkach. To właśnie tutaj mieszkał Jezus Chrystus z Nazaretu. Ciekawa sprawa, pierwszy kościół postawiony w tym miejscu pochodził z IV wieku wzniesiony przez matkę cesarza Konstantyna Wielkiego, zniszczony przez Persów w VI wieku, ponownie stanął tutaj jako kaplica za czasow wypraw krzyżowych, by ponownie popaść w niebyt na kilkaset lat za sprawa wyznawców Mohammeta. Co w tym ciekawego ? Cóż Konstantyn Wielki jako osoba, przewija sie az nazbyt czesto. Czasami myślę, ze książka "Tajemnice kodu Leonarda Da Vinci" nie sa calkowita fikcja, wiem ze to beletrystyka, ale polecam lekturę tej książki, uzupełni ona obraz moich relacji. Opodal Bazyliki Zwiastowania znajduje sie kościół Świętego Józefa. W podziemiach jest kapliczka, bo właśnie w tym miejscu miał On swój warsztat stolarski. Zadziwiająca jest odległość od miejsca zamieszkania do miejsca pracy, to zaledwie kilkadziesiąt metrów, przewodnik wspominał ze miasto w tamtych czasach było bardzo małe i takie odległości nie wzbudzają zdziwienia u historyków. W zasadzie to wszystko, co mozemy zobaczyć w Nazarecie, przebijaliśmy sie przez miasto by osiągnąć cel wyprawy Morze Galilejskie (Jezioro Tyberiadzkie), po drodze nota bene jednej z najstarszych drog ówczesnego świata i obecnej do dzisiaj (teraz jest asfalt) , łączącej Cesarea z Damaszkiem zwanej Via Mare, zaledwie pare kilometrów od Nazaretu przejeżdżaliśmy przez miejscowość Canna (Kana Galilejska) w ktorej na weselu Chrystus zmienił wodę w wino. Miałem prawie cala butelkę wody mineralnej i tak jak wjechałem tak wyjechałem tylko z woda, jaki bląd popełniłem ?...

Po ponad polgodzinnej jeździe dojechaliśmy nad brzeg Morza Galilejskiego, było już po południu, wiatr był silny i bryza, ponoć to normalne o tej porze roku. Miejscowość Tabgha, zasadniczo nie ma nic prócz kościoła i straganów z pamiątkami. Kościół o dziwnie brzmiącej nazwie "Cudownego rozmnożenia chleba i ryb" stoi prawie na samym brzegu jeziora. Wewnątrz w miejscu ołtarza znajduje sie kamień (zasadniczo kościół został postawiony wokół tego kamienia) na którym ów cud miał miejsce. Nie bede sie rozpisywal, ze jest to współczesny obiekt, no a pierwszy na którego zgliszczach powstawały następne został wzniesiony przez Konstantyna Wielkiego.

Po krótkim zwiedzaniu wsiedliśmy do wana i przejechawszy zaledwie kilkaset metrów, dotarliśmy do Capernaum, to miasto, które Chrystus uważał za swój dom, to stad pochodzi Apostoł Piotr założyciel Kościoła. Na gruzach domu Piotra zawieszony jest kościół, tak, ze będąc w obiekcie przez szybe w podłodze mamy podgląd na to co zostało z domu Piotra. Ostatnia już atrakcja lub może miejscem bardzo znaczącym dla Katolika byla rzeka Jordan i miejsce w którym Jan Chrzciciel ochrzcił Jezusa. Zawsze myślałem, ze rzeka w tym miejscu jest szersza i głębsza, ale to taka uwaga na marginesie, obecnie jest to teren Kibucu, który uczynił z tego atrakcje turystyczna.

Powrót niestety zajął nam niesłychanie dużo czasu, ściemniło sie wiec skończył sie szabat, rzesze odpoczywających poza miastem mieszkańców Terl Avivu ruszyły z powrotem do domu, niesamowite korki i tempo ślimaka na dwu pasmowej autostradzie , odcinek 120km przyszło nam jechać ponad 3 godziny.

Poki co nie przewiduje dalszych wojaży, niemniej to co opisałem z grubsza przedstawia panoramę Ziemi Świętej.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;