Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Honolulu - czyli na krańcu świata
Autor: Grzegorz Nowakowski   
Dzień -1

1.jpgJak zwykle wszystko na ostatnią chwilę. Jest noc a ja jeszcze nie jestem spakowany, nie mam zarezerwowanego samochodu. Dobrze, że chociaż Dzieciaczek słodko śpi. No ale w końcu się udało. Internet to wspaniałe medium.
 
Dzień 0

Beatka i Michałek odprowadzają mnie na Okęcie. Kilka chwil pożegnania i przechodzę odprawę graniczną. Rozpoczyna się moja podróż do Honolulu. Początkowo krótki lot do Monachium a później do San Francisco. To już kilkanaście godzin w powietrzu, ale ja strasznie lubię latać, więc podróż mija dość szybko. W trakcie lotu staram się przysypiać w tych niewygodnych fotelach. Ale dzięki temu mój jet-lag jest minimalny.
W San Francisco jeszcze nie byłem, więc wybrałem to miasto jako punkt przesiadkowy. Postanowiłem też zatrzymać się tutaj na 24 godziny o zobaczyć chociaż słynny Golden Gate.
 
Po wylądowaniu stwierdziłem, że San Francisco airport jest stosunkowo mały (jak na amerykańskie warunki oczywiście) i jest chyba wierną kopią lotniska w Las Vegas. Generalnie poruszanie się nie sprawia po nim problemu. Podchodzę do kontroli paszportowej i po krótkiej i miłej rozmowie z Oficerem dostaję zgodę na 6-miesięczny pobyt na terenie USA
 
Dzień 1

Dość szybko (i właściwie przypadkowo) odnajduję przystanek autobusowy, z którego odjeżdżają autobusy do downtown (Kurs ok 1 godziny). Pan kierowca czeka dłuższą chwilę aż wydobędę swoje dolary i zapłacę za bilet (3 USD - jak zwykle w Ameryce, płatne u kierowcy). Pytam się kierowcy czy wie, gdzie znajduje się mój hotel. Po wymianie kilku zdań wyjmuje swój telefon i mówi: 'Dzwoń, najlepiej jak się dokładnie upewnisz gdzie ten hotel jest". Później powiedział mi, na którym przystanku mam wysiąść i w którym kierunku się udać. Panie Kierowco, serdecznie jeszcze raz dziękuję. Dzięki Pana pomocy o godz. 22 czasu lokalnego jestem zameldowany w hotelu.
Szybko wrzucam bagaże i idę zobaczyć San Francisco by night. Ponieważ mieszkam na głównej ulicy (Hotel Travelodge na Market Street 1700 - cena ok 50 USD) od razu wchodzę na ulicę, na której coś się dzieje. Dochodzę do downtown i wracam. Po drodze kupuje w meksykańskim sklepiku coś na ząb i cole (ok 5 USD) i udaję się do hotelu. Szybki prysznic i spanko.
 
Dzień 2


2.jpgWstaję rano (nawet bardzo - o 5 am - to efekt jet laga). Czekam do 6 bo od tej godziny jest śniadanie (można sobie darować - słodkie bułki oraz kawa - nic specjalnego). Ruszam w trasę. Pierwsze oczywiście chcę zobaczyć tramwaje, które pną się stromo pod górę. Po drodze jednak Union Square (całkiem fajny). Dochodzę wreszcie do historycznej cable line. Super. Zwłaszcza nawrotka, kiedy cała załoga tramwaju wychodzi i przekręcają tramwaj (ręcznie), aby jechał w przeciwnym kierunku. No i full air condition (jako, że nie ma drzwi i albo stoisz na schodach albo siedzisz na ławce zainstalowanej na platformie. Całkiem sporo turystów jeździ tymi tramwajami.
 
Od tramwaju już niedaleko do chińskiej dzielnicy. Zaczyna się budzić do życia. Postanawiam zjeść śniadanie w jednej z licznych tutaj restauracji. Decyduje się na coś europejskiego. Cena ok 6 USD. A kawa całkiem dobra. Chińską dzielnice przechodzę wzdłuż i wszerz i patrzę jak budzi się do życia. Z każdą chwilą robi się coraz ciaśniej na ulicach. Otwierają się coraz to nowe sklepy z owocami, rybami lub chińskimi przysmakami. Wszędzie słychać język chiński oraz widać te ciekawe napisy. Właściwie mały Pekin. Jeżeli ktoś po raz pierwszy w Ameryce to chińską dzielnicę w San Francisco musi zobaczyć. Jeżeli ktoś już widział takie chińskie terytoria w innych miastach to też polecam, bo chińska dzielnica San Francisco to dość ciekawa część tego miasta. Z chińskiej dzielnicy udaję się na BroadWay St. Kierowcy musza parkować bokiem, ponieważ kąt nachylenia ulicy jest zbyt duży, aby bezpiecznie parkować w inny sposób (na niektórych ulicach dozwolone jest parkowanie po skosie, ale tutaj jest naprawdę stromo). Co ciekawe - w połowie drogi ulica została zamknięta murkiem, aby uniemożliwić przejazd samochodów. Ciekawe dlaczego.
 
Wsiadam w autobus i udaję się do największej atrakcji tego miasta - Golden Gate Bridge. Z chińskiej dzielnicy jedzie się jakieś 30 minut z jedną przesiadką. Transfer ticket kosztuje 2 USD. Przystanek zlokalizowany jest na parking pod Golden Gate, więc nie trzeba się nawet pytać gdzie wysiąść. Zresztą już wcześniej widać majestatyczną budowlę przecinającą wody Zatoki i Pacyfiku. Jest rzeczywiście ogromny. I jest tam niesamowicie zimno - zakładam kurtkę, czapkę i rękawiczki - dobrze, że w Polsce zima bo inaczej bym nie pomyślał, że do San Francisco aż tak ciepło się trzeba ubrać :). Ale za to nie ma wcale mgły (co podobno jest normą) i mogę podziwiać most w całej okazałości. Przez lunetę (dostępną na parkingu za 0,25 USD) obserwuję sobie słynną wyspę Alcatraz. Kilka pamiątkowych zdjęć i czas wracać. Wracam przez nadbrzeże odwiedzając przy okazji knajpkę oraz kupuje pocztówki. Udaję się do ścisłego downtown (Market St i 1st St). W porównaniu do Chicago czy Nowego Yorku to raczej miniaturka. Wsiadam w autobus i udaję się na lotnisko. Po zaczekinowaniu i oddaniu bagaży padam na krzesła. Korzystając z czasu do odlotu postanawiam odzyskać nieco sił. Niby to San Francisco niewielkie, ale zobaczyć tyle rzeczy w ciągu 24 godzin to się trzeba nachodzić. W końcu wsiadam na pokład samolotu i startuję do Honolulu - jakieś 7 godzin lotu.
 
W Honolulu jestem po 22 czasu lokalnego (dobrze, że ta Ziemia się w tą stronę kręci :)). Na pokładzie informują, że trzeba jeszcze wypełnić kartkę dla Inspekcji Rolniczej. Wypełniam, ale przesypiam czas kiedy trzeba ją oddać. Później okaże się, że nikt tej kartki ode mnie nie wymagał. W Honolulu spotykam się z Arturem z Chicago. Od tego momentu będziemy razem podróżować po Hawajach razem. Jedziemy do hotelu. Po drodze w 7-eleven kupujemy piwo i cole. Pół nocy przegadujemy, co się wydarzyło od naszego ostatniego spotkania. Popijamy piwko i idziemy spać.
 
Dzień 3

3.jpgBudzimy się rano (a właściwie w środku nocy - bo chyba ok 5). Różnica czasu w stosunku do Polski to równe 12 godzin. Można się zastanawiać w którą stronę wracać - bo już bez różnicy :)
 
Wstajemy i śmiejemy się z naszego hotelu. Pokój z częściowym widokiem na Ocean - taki miał być - ale niestety wybudowali dwa inne hotele. Okna w każdym razie wychodzą w stronę oceanu. Słyszeliśmy, że w Pearl Harbor są straszne kolejki, więc szybko się ubieramy i jedziemy. Niestety w Honolulu korek. Trasa zajmuje nam jakieś 1,5 godziny (bilet 1,5 USD) ale i tak przed 8 rano jesteśmy na miejscu. kolejek jeszcze nie ma. Peral Harbor jest bezpłatne. Oglądamy film o historii II wojny światowej oczami Amerykanów i o ataku Japończyków. Ciekawe jest to, że wg Ameryki II wojna światowa zaczyna się od ataku Japonii na Chiny w 1938. Następną kluczową datą jest 1941 i atak na Pearl Harbor. 1 września 1939 nie istnieje. Co kraj to obyczaj. Następnie płyniemy łodzią nad zatopiony USS Arizona. Jeszcze ropa się z niego wydobywa. Wyraźnie widać kontury okrętu. Dodatkowo niektóre fragmenty wystają ponad wodę. Na twarzach ludzi (nawet tych najmłodszych) widać skupienie. Przecież tam na dole, w USS Arizona nadal są ludzie. Oni nie zginęli. Są na wiecznej wachcie. W głębi Pearl Harbor widać bazę wojskową i czubki okrętów amerykańskich.
 
Po zwiedzeniu Arizony kupujemy bilet na zwiedzanie USS Missouri i Muzeum Lotnictwa. Okręt podwodny USS Boufin jest obecnie niedostępny, ponieważ kręcony jest na nim film. Aby dostać się do USS Missouri trzeba wjechać na teren bazy wojskowej. Amerykański żołnierz sprawdza, ile osób wjeżdża i wyjeżdża. Dodatkowo ostrzega, że nie wolno robić zdjęć, bo będą rekwirować aparaty. USS Missouri jest niezwykle duży. Ale co ciekawe ma drewniany pokład. Jak na okręt wojenny, który brał udział w wojnie w Zatoce Perskiej to nieco zastanawiające. Sąsiedztwo wyrzutni rakiet Tomahawk też jakoś nie pasuje do tego drewna na pokładzie. Ale jeżeli zobaczymy, że na tym okręcie była podpisana kapitulacja Japonii (fajne zdjęcia) to to drewno zaczyna jakoś pasować. W okrętowej kantynie zjadamy po HOT DOGu (5 USD - chyba najdroższy hot dog na świecie). Ale za te 5 USD dowiedziałem się, że tak jak u nas w Mc Donaldzie jest ketchup w małych saszetkach, to w Ameryce oprócz ketchupu i musztardy są jeszcze ogórki - też w saszetkach.
 
Wracamy do naszego hotelu w Wikiki. Po drodze jeszcze obiad (jakieś 8 USD - ale tak wielki, że zjeść nie można). Po obiedzie krótki odpoczynek, zimne piwo i ruszamy dalej na miasto. Jest już ciemno, ale postanawiamy zobaczyć Wikiki Beach. Muszę powiedzieć, że plaża w Sopocie robi dużo lepsze wrażenie. Mały skrawek lądu wyłożony białym piaskiem i otoczony hotelami. Nic specjalnego. Dalej idziemy na International Market i główną ulice Wikiki. Ruch niesamowity. I niesamowite jest to, co zobaczyliśmy. Grupa bardzo sympatycznych emerytów z kwiatkami we włosach (przecież jesteśmy na Hawajach) gra na ukulele (tutejszy rodzaj gitary. Widać, że bawią się świetnie. Szkoda, że starsi Polacy nie mają odwagi (albo możliwości) tak się bawić. Widzieliśmy oczywiście olbrzymie akwarium, zajrzeliśmy do kilku sklepów ze sprzętem do surfowania i wróciliśmy do hotelu. Piwko, kieliszek czegoś mocniejszego - jeszcze z polskich zapasów i spanie.

Dzień 4

4.jpgObudziliśmy się znów w nocy. Spakowaliśmy się i udaliśmy się na lotnisko. Tutaj zaczekinwaliśmy się na rejs Hawaiian Airlines do Kony. Po odprawie bagażowej wysłanie kartek z Honolulu, zrobienie kilku zdjęć i przechodzimy przez bramkę. Podaję swój polski paszport a pan, który go sprawdza odzywa się: 'Dzień dobry. Pudzianowski to mój faworyt'. Generalnie nic więcej nie umiał powiedzieć po polsku, ale i tak mnie zaskoczył. Odpowiedziałem 'Mahalo', uśmiechnęliśmy się i poszedłem dalej. Na lotnisku śniadanie w Mc Donald (jakieś 10 USD).
 
Rejs trwa jakieś 40 minut. Przy starcie możemy podziwiać Dimond Head (wulkan) Wikiki, oraz bazę wojskową Hicam. Lądujemy w Konie. Port lotniczy Kona jest niesamowity. To tak jakby ktoś odremontował przystanek PKS w Pcimiu Górnym i postawił takie trzy przystanki obok siebie. Żadnego budynku. Jedyne co to wiaty kryte liśćmi palmowymi. Jak w raju.
 
Bierzemy taksówkę i jedziemy do hotelu (jakieś 10 mil cena to 25 USD). Resztę wieczoru spędzamy na zwiedzaniu Kony oraz opalaniu się na basenie (jako, że w pobliżu nie ma żadnej plaży)
 
Dzień 5

Wypożyczamy samochód. I tutaj lekka konsternacja. Będąc na kontynencie wypożyczałem samochód w mniej renomowanych wypożyczalniach (np Budget, Enterprise). I zawsze dostawałem samochód 'amerykański' czyli super bryka z wygodnymi fotelami i bardzo niewielkim przebiegiem. W Konie z różnych względów (o których nie będę tutaj wspominał) wypożyczałem samochód tej samej klasy ale w AVISie (wydaje się bardziej renomowaną wypożyczalnia). Już na wejściu pani dała mi kartkę i powiedziała, abym sprawdził samochód. Okazało się, że jedynie dach nie posiada zarysowań. A w środku fotele tak brudne, że się w głowie nie mieści. Dodatkowo w samochodzie było dużo plastików, wiec podczas jazdy cały czas coś szeleściło. Generalne nastawiałem się na jeżdżenie fajnym samochodem a tutaj kicha. Koszt samochodu to ok 50 USD wraz z CDW za dzień - nie pytajcie jak to zrobiłem - jak na Hawaje to za pół ceny :))
 
Pierwsza nasza podróż to wycieczka wokół wyspy. Zatrzymywaliśmy się oczywiście co chwilę, aby zamoczyć nogi w oceanie lub po prostu popatrzeć na widoki. Było super. Generalnie miejsce, w którym mógłbym mieszkać.
 
Dojechaliśmy do parku Akkaka WaterFalls. Tam po raz pierwszy w życiu zobaczyłem las tropikalny. Coś pięknego. Aby to zobaczyć warto było pojechać na Hawaje. No i rośnie apetyt aby zobaczyć np Amazonie. Mimo dnia w lesie ciemno. Gęsta, bujna zielona roślinność. No i wodospady. Polecam.
 
Wycieczka północną stroną wyspy zajęła nam dość dużo czasu. Tym niemniej przed zmrokiem docieramy do Vulcano National Park. Kupujemy bilet (10 USD od samochodu) i wjeżdżamy. Pierwsze co się rzuca w oczy to dym wydobywający się z Ziemi. Do niektórych dołów można nawet zajrzeć, ale widać tylko ziemię i dym. Nic poza tym. Jedziemy popatrzeć na kratery. Ogromne dziury i znów dym. Z załączonych informacji można przeczytać, że w czasie erupcji cały krater wypełnia się lawą. To przemawia do wyobraźni. W parku można też zobaczyć 'Szlak zniszczenia' - drogę, którą uformowała sobie spływająca lawa. Nie ma tam nic za wyjątkiem lawy. Ani jednego krzaczka, ani jednego drzewa. Ponieważ zbliża się już noc (a przynajmniej jest ciemno) jedziemy do kulminacyjnego punktu naszej wyprawy - chcemy zobaczyć lawę. Droga wiedzie tzw. Szlakiem Kraterów. Co chwile drogowskaz mówiący o mijanym właśnie kraterze. Poza tym droga ciągnie się pięknymi serpentynami w dół. W końcu docieramy do miejsca, gdzie zatrzymują się wszystkie samochody. Podchodzimy kawałek pieszo i ..... widzimy drogę zabarykadowaną przez zastygłą lawę, a w oddali jeszcze czerwone jej języki. Piękny i niesamowity widok. Jest ciemno a my nie mamy latarek, ale mimo to decydujemy się przejść kawałek po zastygłej lawie. Chodzi się ciężko (doły, góry, krawędzie i spiętrzenia to normalna tutaj rzecz). Uczucie niesamowite i nie do opisania.
 
W nocy wracamy do hotelu. Wieczorem oczywiście kilka drinków, piwo i cola no i trochę rozmów. Noc ciepła, niebo rozgwieżdżone. Dzwoniłem do Polski i tam też fajnie. Spadł właśnie śnieg. To jest niesamowite. Tutaj 10 w nocy, w Polsce 10 rano, tutaj gorąco, a w Polsce śnieg. Całkiem przyjemnie. Idziemy spać
 
Dzień 6

 
5.jpgWstajemy rano. Po śniadaniu decydujemy, że jeszcze raz jedziemy zobaczyć wulkany za dnia. Tym razem drogą południową - zdecydowanie bliżej. Dziś dopiero możemy podziwiać piękno Szlaku Kraterów. Droga wije się w dół. A w dole widać ocean i niebo. Właściwie nie widać gdzie się zaczyna jedno a kończy drugie. Cały czas po drodze mijamy miejsca, w których zeszły lawiny. Cały krajobraz pokryty jest zastygłą lawą. W niektórych miejscach widać, że lawa przechodziła przez drogę. W takich miejscach jedziesz właściwie w tunelu. Z jednej strony lawa, z drugiej lawa a Ty siedzisz w środku małego samochodu. Niesamowite. Po drodze mijamy też wypalone domy. Swoją drogą zastanawiam się, kto tam pozwolił budować.
 
Parkujemy samochód i znów dochodzimy do miejsca, w którym lawa zatarasowała drogę. Przeogromne zwałowisko popękanej i zastygłej lawy. Podczas dnia Wspinanie się jest o niebo łatwiejsze. Widać gdzie postawić nogę. Ale i tak nie udaje się nam dojść do miejsca, gdzie widać czerwoną lawę. W górach te odległości liczą się jednak inaczej. Ale za to możemy podziwiać inny obrazek. Czarna lawa, błękitne niebo, niebieski ocean i białe słupy pary w miejscach, gdzie gorąca lawa styka się z zimnymi wodami Pacyfiku. Prawie jak widokówka.
 
Wracamy do hotelu. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na punktach widokowych. Na jednym z parkingów widzimy grób Hawajczyka. Tak, chowają swoich zmarłych przy drodze. Grób jest obłożony białymi kamieniami. A na grobie butelki piwa oraz krótki opis osoby, która tu spoczywa. Co kraj to obyczaj.
 
Zaglądamy też na plażę z czarnym piaskiem. Warto zobaczyć, bo jest to coś odmiennego, ale wolę nasz biały piasek.
 
Dzień 7


Rano jeszcze jedziemy na plażę z białym piaskiem. Trochę robi mi się smutno, ponieważ to już mój ostatni dzień na Hawajach. Mamy zbyt mało czasu aby poleżeć albo popływać. Brodzimy tylko w niesamowicie ciepłym Pacyfiku. Robimy kilka zdjęć rajskiej wyspy. No i wracamy do hotelu spakować się.
 
Oddajemy samochód i znów jesteśmy na lotnisku w Konie. Startujemy do Honolulu a zaraz potem do Chicago, gdzie jest chyba minus 20 stopni Celsjusza.
 
Podsumowanie:

 
6.jpgHawaje są zdecydowanie droższe niż reszta Stanów zjednoczonych, ale przy słabnącym dolarze jest to jeszcze do przyjęcia.
 
Z punktu widzenia Polski uważam, że 24 godziny w Honolulu (Oahu) wystarczy. Resztę czasu proponuję poświęcić na zwiedzanie innych wysp awajów, które są bardziej dziewicze i mają niesamowitą przyrodę. No i pewnie nie można ominąć nurkowania, na które ja niestety nie znalazłem czasu.
 
Tygodniowy pobyt (bez przelotu) kosztował mnie ok 1500 PLN (500 USD). Gdyby ktoś chciał istnieje możliwość znacznego obniżenia kosztów poprzez rezygnację z hotelu (na Big Island widziałem co najmniej 2 bezpłatne kampingi - więc samochód i namiot wystarczą).
 
Najwygodniej dostać się na Hawaje przez Los Angeles lub San Francisco. Jeżeli ktoś ma ograniczony czas to proponuje lecieć przez San Francisco, ponieważ tutaj 1-2 dni w zupełności wystarczą. W Los Angeles jest znacząco więcej do zobaczenia i trzeba poświęcić co najmniej tydzień na pobieżne zobaczenie południowej Kaliforni.
 
Jeżeli będziesz się wybierał / wybierała na Hawaje, to służę pomocą.

Grzegorz Nowakowski

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;