Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Turcja 2002 (Wyprawa drogą lądową)
Autor: S.   
Turcja intrygowala nas od zawsze. Spodziewalismy sie wiekszej egzotyki niz w poznanych przez nas wczesniej krajach, takich jak Grecja, Cypr, Izrael,Egipt. Nauczeni wczesniejszymi doswiadczeniami z zagranicznych podrózy oraz dysponujac niewielkim budzetem postanowilismy podrózowac wlasnym, starym ale niezawodnym dieslem (Toyota Carina z 1991 roku), nocowac na campingach lub tanich hotelikach, jesc wlasnorecznie przygotowywane posilki lub lokalne dania w tanich knajpkach, gdzie jedza tubylcy. Zrealizowalismy w calosci zaplanowany program wycieczki. Duzo informacji przy planowaniu wyprawy uzyskalismy z Internetu. Moze komus przydadza sie nasze doswiadczenia.


01.07.2002 – poniedzialek - km 0 – 831 (831 km) - Polska – Targu Jiu
(RO)


Wyjezdzamy okolo 8 w kierunku Brzeska. W Brzesku tankujemy do pelna i pedzimy do granicy w Piwnicznej. Bez problemów przekraczamy granice Polski i jedziemy w kierunku granicy slowacko - wegierskiej. W hipermarkecie w Preszowie robimy zakupy piwne i innoalkohowe na karte Anny. Niestety karta nie chce odpalic. Pedzimy wiec do centrum i wymieniamy $ 40 na korony. Wracamy do marketu a tu okazuje sie, ze jednak karta odpalila. Zostajemy z koronami. Pedzimy do granicy.
Wegierska pograniczniczka byla tak sprytna, ze odkryla niewaznosc dowodu rejestracyjnego naszego samochodu. Po przedlozeniu karty badan technicznych samochodu watpliwosci ja opuscily i pedzimy przez Wegry. Wjezdzamy do Rumunii. Zamiast wymienic $ na granicy, jedziemy do Oradei. Tu musimy szukac kantoru a pora jest juz pózna. Cos okolo 19. Znajdujemy kantor na dworcu kolejowym i
wymieniamy po srednio ciekawym kursie 33 000 lei za 1$. Kupujemy paliwo. Placimy za litr oleju napedowego po 16 000 lei. Jedziemy przez góry znana nam dobrze droga w kierunku Devy. Droga jest niezla, ale jest juz pózno, tak ze dopiero po zmroku jedziemy z Devy do Petrosani. Okolo 23 wpadamy tam do znajomych, z którymi jedziemy do Targu Jiu na nocleg. Dojezdzamy do Targu Jiu. Jest po
pólnocy.

02.07.2002 – wtorek Targu Jiu

Odpoczywamy w Targu Jiu. Wymieniamy $ 100 i robimy zakupy napojowe i paliwowe. Za namowa Dana (nasz rumunski przyjaciel) wybieramy (planujemy) droge przez przeprawe promowa Bechet – Orjahowo.


03.07.2002 – sroda - km 831 – 1531 (700km) - Targu Jiu - Edirne


Wczesnie rano (ok. 6) wyjezdzamy i bez problemów docieramy do przejscia granicznego Bechet – Orjahowo. Na granicy tej zaczynaja sie oficjalne i nieoficjalne haracze. Rumuni kosza bardzo skromnie (tylko oficjalnie): taksa klimatyczna 70 000 lei i oplata portowa $2. Za prom ( samochód i 3 osoby)
placimy $ 24. Przeplywamy na strone bulgarska i tu haracze nieoficjalne wynosza az $ 10. Siedzi sobie bowiem dwóch rabusiów w budce i w mundurach strazygranicznej Republiki Bulgarii i mnac ostemplowane juz nasze paszporty jeden z nich powiada „fif ero”. Pytam, co to za „fif erowa” oplata a rabus w budce nic nie odpowiada, lecz przeglada paszporty, po czym scyzorykiem „sprawdza”
autentycznosc amerykanskiej wizy syna. Polski kierowca tira stojacy za mna powiada abym zaplacil, bo prawdopodobnie zepsuja mi paszport. Place wiec $ 5. Jade 5 m. Stop. Budka haraczy wjazdowo - drogowych). Po podaniu kierunku jazdy place $ 30. Chcemy jechac dalej, a tu jeszcze celnik. Rzuca okiem na samochód i powiada $5. Nie chcac ponownie pakowac samochodu po grzebaniu bulgarskiego
celnika, wiec place. Jedziemy jak najpredzej przez kraj rabusiów w mundurach, wkurzeni haraczami, które uiscilismy. Wymieniamy w Starej Zagorze w banku $ 30 na lewa po znosnym kursie 2 lewa z groszami za dolara. Po drodze kupujemy dwukrotnie paliwo. Cena oleju napedowego bardzo przyzwoita - ok.1 lewa. Przekraczamy granice w Kapitan Andrevo. Jestesmy po tureckiej stronie. Wzdychamyz ulga. Kupujemy 3 wizy po $ 10 za osobe, wymieniamy $ 50 na liry (kurs 1 500
000 TL za 1$). Chcemy wyjechac a tu okazuje sie, ze nie mamy papierów wjazdowych dla samochodu. Wracamy. Dostajemy jakies bardzo wazne kwity na samochód, za które placimy 3 000 000 TL i 5 Euro (w sumie $7). Jedziemy do Edirne. Szukamy campingów z wykazów, które zdobylem z Internetu. Wjezdzamy za tablicami informacyjnymi na jakis prywatny camping . Czysto, milo, basen – lecz cholernie
drogo. Babka zyczy sobie 15 euro za nas troje w 1 namiocie, samochód i prad. Jedziemy na camping Fifi. Gosc chce 15 euro. Targujemy na 12. Zostawiamy paszport, wjezdzamy na camping i w tym momencie zaczyna sie debata. Ze tu jest tak glosno. Ze tu nie ma takiej trawy jak na poprzednim campingu, ze tu nie ma basenu (jest pózne popoludnie i po co komu basen o tej porze?). Zawracamy wiec. Odbieramy paszport i jedziemy do babeczki, która ma camping z basenem za $15.
Rozbijamy sie. Prysznic. Papu. Spimy.


04.07.2002 – czwartek- km 1531 – 1786 (255 km) - Edirne - Istambul

Rano zwijamy sie. Placimy. Dostajemy wizytówki baby, aby ja reklamowac wsród napotkanych campersów. Ani myslimy. Jest tu przeciez tak cholernie drogo.

Zwiedzamy meczet Selimiye Camii w Edirne. W okolicy meczetu jest niezbyt milo z powodu upierdliwych sprzedawców dupereli typu wisiorki, pocztówki itd. Meczet robi powazne wrazenie. Jest ogromny (srednica kopuly wieksza niz Hagia Sofii w Stambule). Park wokól swietnie utrzymany. Cisza. Spokój. Tylko ci namolni handlarze. Placimy za strzezony parking (otrzymujemy kwit) 1000 000 TL i
jedziemy do Stambulu. Kraj z okien samochodu jadacego stara droga D 100 (nie pojechalismy autostrada) wyglada niezle. Sympatyczne miasteczka i wioski. Swietnie wygladajace uprawy rolnicze i warzywnicze. Po drodze w miasteczku (nie pamietam nazwy) kupujemy arbuza (250 000 TL za kg i melona (1000 000 TL) za sztuke, chleb (dosc duzy bochenek za 600 000 TL). Wjezdzamy do Stambulu. Jedziemy wielopasmowa droga. Jedzie nia 4 lub 6 sznurów samochodów. Nawierzchnia
jest doskonala – nie ma jednak namalowanych pasów. Wszyscy swietnie sobie radza pedzac 80 – 120 km/h. Jakos powoli obywam sie z tym ruchem. Wjezdzamy na camping. Pada cena 22 000 000 TL i nie da sie targowac. Wracamy i jedziemy na camping do dzielnicy Yesilkoy. Targujemy na 15 000 000 za wszystko. Camping jest ogromny i nieszczesnie polozony: tuz obok lotniska. Ma jednak niepodwazalna
zalete – bliskosc stacji kolejki podmiejskiej do centrum Stambulu. Rozbijamy namiot. Jest okropnie goraco. Bierzemy prysznic. Robimy obiad. Znów prysznic a potem do wieczora basen. Wieczór. Kolacja. Samoloty laduja co pare minut. Trudno jest zasnac.

05.07.2002 – piatek - Istambul

Kolejka podmiejska (750 000 TL od osoby) jedziemy do centrum. Zatrzymujemy sie na Sirkeci. Próbujemy zdobyc jakies materialy informacyjne w informacji turystycznej na dworcu. Nie maja doslownie nic!!! Wpadamy do pierwszego napotkanego banku i sprawdzamy kurs (jest 1 600 000 TL za $1). Wymieniamy czeki American Express ($200) po wyzej przedstawionym kursie. Prowizja wynosi 0% (informacje „Pascala” na temat prowizji okazaly sie nie do konca prawdziwe). Spacerujac pieszo wzdluz murów obronnych dochodzimy po kilkunastu minutach do parku przed Palacem Topkapi. Udajemy sie do kas i tu niemile rozczarowanie. Ceny wstepów nijak maja sie do podanych w przewodniku Pascala. Wstepy kosztuja nie po $6 ale po $ 10 (15 000 000 TL). Wreczamy Szymonowi legitymacje ITIC (on ma GO’25) i wysylamy po bilety. I tu czeka nas niespodzianka: mój i Anny bilet do
palacu i skarbca sa biletami bezplatnymi, natomiast Szymona sa po 5 000 000 TL. Zwiedzamy Topkapi. Zupelnie przyzwoicie spisuje sie w opisach nasz przewodnik „Pascala”. W zbrojowni spotykamy pierwszych Polaków (z Londynu). Ucinamy sobie krótka pogawedke. Chcemy zwiedzic Harem. Na nasze legitymacje placimy po 5 000 000 TL zamiast 15 000 000 TL za osobe. Zwiedzanie z przewodnikiem, ale bez zbytniego pospiechu. Spotykamy pierwszych Japonczyków, którzy nie tylko
fotografuja i filmuja wszystko namietnie, ale i zapisuja, co ciekawsze wywody przewodnika.
Opuszczamy Topkapi i wychodzimy za mury brama cesarska. Zamierzamy zwiedzic Hagia Sofie. Kupujemy bilety: wszyscy zamiast po 15 mln placa po 5 mln TL przedkladajac legitymacje: ja i Anna ITIC a Szymon polska studencka (nie honorowano GO’25 a Szymon nie wyrabial ISIC). Zwiedzamy muzeum (wybudowane jako kosciól, pózniej uzytkowane jako meczet). Budowla swoimi rozmiarami i rozwiazaniami architektonicznymi robi ogromne wrazenie. We wnetrzu przyjemny chlodek. Wychodzimy i spacerujemy z „Pascalem” po hipodromie, po czym rzucamy okiem na Blekitny Meczet. Szukamy za „Pascalem” knajpy „Doy-Doy”. Po kilkunastu minutach znajdujemy ja. Zjedzony na tarasie knajpy obok
Blekitnego meczetu w centrum Stambulu dwudaniowy obiad dla 3 osób z wodami mineralnymi i herbatami oraz poprawnym napiwkiem kosztuje nas 15 000 000 (niespelna $ 10). Idziemy starymi dzielnicami w kierunku dworca Cankurtaran. Kupujemy chlebki podobne do naszej weki po 400 000 TL i pomidory po 500 000. Póznym popoludniem kolejka wracamy na camping. Po kolacji zwiedzamy dzielnice w sasiedztwie campingu. Kompleksy niesamowitych zamknietych apartamentowców,
oczywiscie strzezonych i tak poogradzanych ze nie dostalismy sie nad morze.

06.07.2002 – sobota - Istambul

Udaje sie nam zebrac z campingu okolo 10, albowiem oprócz porannego prysznicaSzymon zafundowal sobie jeszcze basen, a poza tym nie bylo bossa uprawnionego do odebrania pieniedzy a chcielismy zaplacic za camping zamierzajac nazajutrz wczesnie rano wyjechac (za trzy doby i trzy osoby placimy w sumie 45 000 000 TL- niespelna $ 29). Kolejka dojezdzamy do Sirkreci i udajemy sie do przystani
promowej. Tu niestety dopadaja nas upierdliwi wlasciciele oraz naganiacze przeróznych lajb proponujac rejs po Bosforze. My jestesmy jednak twardzi i klupujemy bilety placac (3 osoby 12 000 000 TL) za przewodnikowy rejs panstwowym promem ze Zlotego Rogu do Morza Czarnego. Rejs ma jedna wade trwa 6 godzin, ale warto sie na niego wybrac. W czasie postoju robimy drobne zakupy w koncowym
porcie Rumeli Kavagi (przykladowe ceny: piwo w puszce EFES 1 000 000 TL, lody rozki po 1 250 000 TL, film Konica 100 – 3 500 000 TL, chleb 450 000 TL). Po powrocie z rejsu udajemy sie pieszo na hipodrom, chwile odpoczywamy, po czym zwiedzamy Blekitny Meczet. We wnetrzu jest tak ciekawie i milo, ze spedzamy tu ponad godzine. Póznym popoludniem w knajpie Buchara (w sasiedztwie Doy-Doy) zjadamy obiad, który skladajac sie z 2 dan, ze swietnym swiezym chlebem do zupy
i kosztuje nas z poprawnym napiwkiem – 13 000 000 TL (nieco ponad $8). Zwiedzamy bazar turystyczny za murami Blekitnego Meczetu. Nic nie kupujemy. Idziemy starymi dzielnicami do przedostatniej stacji kolejki. Po drodze zakupy piwkowe (po 1 000 000 puszka). Kolejka dojezdzamy do Yesilkoy. Robimy wieksze zakupy w sklepie samoobslugowym po drodze na camping. Cen nie pamietam, ale z reguly podobne jak w Polsce. Zakupione jogurty naturalne okazuja sie wrecz bajeczne w smaku. Dotychczas takich nie jedlismy. Wieczorem dwa razy prysznic i kolacja. Znów prysznic i spanie. Jest goraco.

07.07.2002 – niedziela km 1786 – 2485 (699 km) - Istambul – Bogazkale

Pobudka o 5 rano i o 7 wyjazd do Bogazkale. Troche kluczymy przy wyjezdzie z Yesilkoy.
W koncu znajdujemy jednak autostrade w kierunku Ankary. Przejezdzamy mostem bosforskim. Oplata niespelna $ 1. Pedzimy prawie pusta autostrada. Po drodze widoki takie sobie. Nic szczególnego az do Bolu. Oplata za autostrade wyniosla 2 mln TL $ 1,25. Rejon Bolu to niezle górki. Nasz samochód ledwo sobie radzi. Czesto jedziemy dwójka. Po przejechaniu górek znów autostrada pedzimy w kierunku Ankary. Krajobrazy stepowe. Oplata $ 1. Okolo poludnia jestesmy juz na trasie Ankara-Samsun. Na 30 kilometrze tej trasytankujemy. Obsluga niezwykle grzeczna i sympatyczna. To nasz pierwszy kontakt z „Azjatami”. W prezencie otrzymujemy plyn do mycia karoserii i sciereczki oraz prosza nas na herbate. Nie mamy czasu, wiec rezygnujemy z herbaty. Nikt na stacji nie mówi po angielsku, ale nie ma problemu ze zrozumieniem sie.Jedziemy dalej. Zatrzymujemy sie na zakupy w okolicy Sungurlu. Do sklepu
wchodza dwaj klienci. Na dzien dobry wypowiadaja salam alejkum. To pozdrowienieuswiadamia nam, ze jestesmy w Azji wsród wyznawców Allacha. Kupujemy chleb i owoce. Ceny takie same jak w Stambule. Zaskakuje nas klimat. Jest goraco, ale czujemy sie calkiem fajnie. Chyba dlatego ze jest sucho. Wjezdzamy okolo 16 do Bogazkale i próbujemy zalatwic camping. Ladujemy na pierwszym napotkanym (Asikoglu Turistic Tesisleri). Nikt nie mówi po angielsku a za camping zadaja $ 10. Jako ze nie mamy wprawy w targowaniu sie odjezdzamy. Docieramy do campingu (Baskent Tourist Camping) z przewodnika przy sympatycznym motelu w poblizu pisanej skaly w Yazilikaya. Targujemy cene na $ 4 za 1 noc. Wlasciciel i pracownicy za wszelka cene chca z nami pogadac. Mówia po francusku i angielsku.
Na campingu jestesmy jedynymi klientami. Jest czysto. Jest prad a sanitariaty motelowe (WC europejskie) z których korzystamy az lsnia czystoscia!!!!! Z campingu niezly widok na Hattusas. Po rozbiciu namiotu Anna zostaje na campingu a ja z Szymonem udaje sie pareset metrów droga pod górke (samochodem) docierajac do pisanej skaly w Yozilikaya. Zostajemy wpuszczeni bez biletów. Jestesmy tylko my dwaj i niezliczona ilosc zawodzacych spiewnie niewielkich ptaszków. Sanktuarium Hetytów skapane w promieniach zachodzacego slonca robi na nas ogromne wrazenie. Wychodzimy i Szymon gada z handlarzem pamiatkami chyba z godzine. Ja z drugim starszym targuje sie i gadamy troche po rosyjsku!!!! Kupujemy kamienne drobiazgi: Szymon za $ 4, ja za $ 2. Rozmawiamy tez z czlowiekiem, który przyjechal za nami widzac samochód na obcej rejestracji i oferujac nam camping za $3 (Kale Turistik Tesisleri). Gdy uslyszal, ze mamy juz nocleg byl niepocieszony. Wracajac stwierdzamy, ze na campingu tego czlowieka byl tylko jeden samochód campingowy. Kolacja. Nocleg. O445 oczywiscie pobudka zawodzeniem z minaretu meczetu miasteczka Bogazkale.

08.07.2002 – poniedzialek km 2485 – 3340 (855) - Bogazkale – Yusufeli

Rano zwijamy sie. Placimy za camping. Zwiedzamy Hattusas. Jestesmy nieco zdziwieni, ale mozna poruszac sie po wykopaliskach samochodem. Spotykamy pierwszych turystów. Jest jeden pelen autobus i wycieczka Francuzów w wynajetych samochodach terenowych. Na terenie wykopalisk pasa sie owce.
Wykopaliska warte sa zwiedzenia. Pare obiektów jest niezle zachowanych (komnata hieroglificzna, tunel, bramy miejskie, skala z zapisem pismem klinowym. Konczymy zwiedzanie i chcemy zaplacic. Okazuje sie, ze bilety kupuje sie w Yazilikaya (bylismy tam wczoraj bezplatnie). Nie placimy wiec ani grosza za zwiedzenie hetyckich wykopalisk, obiektu wpisanego na Liste Swiatowego dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Jedziemy niezgodnie z przepisami, Jesli mozna to 120 km/h. Drogi sa niezle. Pascal sie mylil piszac zle o ich jakosci. Spotykamy sie z niezwykla róznorodnoscia krajobrazów, od stepu do zielonych i kwitnacych górskich lak. W okolicy Erzincan pada deszcz. Widoczne na horyzoncie
góry pokryte sa gdzie niegdzie sniegami. Planowalismy nocleg na campingu w Erzincan, ale gdy zobaczylismy nedzne puste pole namiotowe przy jakichs gruzowiskach (zawiodly nas w to miejsce tablice informujace o campingu), to, mimo ze wybiegl do nas jakis czlowiek z sasiednich zabudowan (prawdopodobnie wlasciciel), my odjechalismy z piskiem opon. Postanowilem dotrzec tego dnia do
Yusufeli. Kilkadziesiat kilometrów jedziemy wzdluz torów kolejowych i niewielkiej rzeczki. Spojrzenie na mape i okazuje sie, ze to przeciez Eufrat. Erzurum przejechalismy zatrzymujac sie jedynie na peryferiach, aby kupic chleb i owoce. Ceny nieco wyzsze niz w Stambule. Do Yusufeli dotarlismy w deszczu o 2040. Z pewnymi problemami znalezlismy camping i bez targowania zgodzilismy sie na cene 7 500 000 TL
($ 5) za jeden nocleg. Warunki sanitarne na campingu iscie azjatyckie. Jest niezwykle brudno. W lazience skaczaogromne zaby. Towarzyszyl nam nieustanny szum rzeki. Spotkalismy na campingu dwa
namioty. Kolacja. Spimy bez pobudki z minaretu. Nie slyszymy nic poza szumem rzeki.

09.07.2002 – wtorek km 3340 – 3556 (216 km) -Yusufeli – Kars

Rano rozmawiamy z Holendrami (para dwudziestokilku – trzydziestolatków) którzy podrózowali jeepem a na campingu spali w domku na drzewie. Od nas dowiedzieli sie, ze wjechali nie na ten Nemrut Dagi na który zamierzali wjechac. Z Yusufeli planowali wejsc na Kaczkar. Spotykamy tez kilku mlodych Zydów, którym nie udalo sie przed kilkoma dniami wejsc na Kaczkar i przygotowywali nastepne podejscie. Opuszczamy camping. Zatrzymujemy sie na chwile za Yusufeli aby popatrzec na laczace sie tu wartkie górskie rzeki. Jedziemy gruzinskimi dolinami. Tu Pascal nie klamal. Sa niesamowite. Nagie góry i bujne zycie w rzecznych dolinach. Wszedzie ogrody i sady. Czasami zdarzy sie widok ruinsredniowiecznych gruzinskich kosciólków. Wyjezdzamy z gruzinskich dolin i przejezdzajac przez niewielkie miasteczko Bana widzimy na glównej ulicy stragany. Prawdopodobnie jest dzien targowy. Na straganach góry warzyw i owoców. Ogromne worki przeróznych przypraw, kozy, owce i ptaki oraz niesamowite ilosci
plastikowej i blaszanej chinszczyzny. Kupujemy troche owoców i piwo. Przykladowe ceny na tym naszym koncu swiata: piwo Tuborg – 1 000 000 TL, papryka 750 000 TL, pomidory 350 000 TL, ziemniaki 250 000 TL. Wzbudzamy ogromne zainteresowanie. Ludzie tlumacza sobie, ze tak wygladaja turysci. Szymon filmuje. Obywa sie bez jakichkolwiek incydentów z tego powodu. Niektórzy machaja rekoma przyjaznie i usmiechaja sie do kamery. Jedziemy dalej w kierunku Karsu. Krajobraz zmienia
sie radykalnie i jest dosc chlodno. Jedziemy wzdluz Kury droga wsród iglastych lasów. Nagle za zakretem wylonila sie niesamowita wioska. Kamienne domy z dachami pokrytymi darnia (na niektórych niestety polozona byla róznokolorowa folia). Robimy zdjecia a Szymon filmuje wioske. Zbiega sie ponad dwudziestka dzieci niesmialo domagajacych sie „bombonów”. Na szczescie mozemy filmowac spokojnie, bo mamy dosc „prezentów” (reklamówki: dlugopisy, chusteczki higieniczne, szampony i mydla). Jedziemy na poludnie. Krajobraz zmienia sie  radykalnie. Jak okiem siegnac jedynie kwitnace i pachnace laki. Gdzieniegdzie pojawia sie wioska. Oczywiscie domy maja kamienne sciany a dachy darniowe z kwitnacymi trawami. Obok domów stosy wysuszonego nawozu na opal. Na dachach
domów anteny telewizji satelitarnej. Na lakach i pastwiskach nieprzebrane ilosci bydla, owiec i kóz. Wjezdzamy do Karsu. Jest pochmurno i dosc chlodno. Atakowani jestesmy przez wyrostków, którzy koniecznie chca nas wazyc lub czyscic nam buty, (mimo ze wszyscy jestesmy w sandalach). Staruszkowie przepedzaja mlodych businessmanów. Dajemy im kilka dlugopisów. Znajdujemy biuro informacji turystycznej. Zalatwiamy papiery na jutrzejsze zwiedzenie Ani (strefa graniczna z Armenia). Z papierami otrzymanymi w IT pedzimy na posterunek policji, aby je ostemplowac, po czym jedziemy do muzeum, aby kupic bilety na zwiedzanie Ani. Za bilety placimy w sumie 5 000 000 TL ( nieco ponad $ 3). Szukamy hotelu. Znajdujemy Hotel Azja. Uzgadniamy cene 15 000 000 TL (ok. $ 10 – cena stargowana z 21 000 000 TL) . Dopiero po rozpakowaniu sie uswiadamiamy sobie, ze panuje tu
niesamowity smród stechlizny. W calym hotelu polozono bowiem wykladziny a w miedzyczasie wymieniono drewniane okna na plastikowe. W pokojach oczywiscie nie bylo wentylacji. Wykladziny pachnialy wiec iscie azjatycko (w naszym ówczesnym mniemaniu). Wychodzimy do miasta i wymieniamy pieniadze. „Nasz” Akbank w Karsie nie ma kasy czekowej. Ludzie kieruja nas do IS Banku. Tutaj mam do czynienia z ceremonia wymiany. Zostaje poproszony za stanowiska kasowe i uraczony herbata. Babka chyba pierwszy raz wymienia czek podrózny, bo trwa to okolo pól godziny. W koncu przygotowala kwity i okazalo sie ze stracilem $ 7 z tytulu prowizji (to bylo pierwszy i ostatni raz, potem zawsze wymienialem czeki w Akbanku, szybko, równie milo i bez prowizji). Wchodzimy do knajpy na obiad. Nikt nie mówi po angielsku. My z Szymonem zamawiamy i otrzymujemy to, co zamówilismy. Anna natomiast otrzymuje zamiast miesnej pide, pide serowa. Twarz Anny ma forme gradowej chmury!!! Obiad z napiwkiem wynosi nas cenowo niespelna $ 9. Spacerujemy po miescie. Zwiedzamy dom muzeum. Typowy dla Karsu, kamienny z drewnianymi upodatnieniami chroniacymi przed trzesieniami ziemi. Robimy drobne zakupy. Powrót do hotelu. Szymon zalicza herbaty dyskutujac z kolesiami z hotelowej obslugi. Spimy we wlasnych spiworach ze zszytych przescieradel.

10.07.2002 – sroda - km 3556 – 3960 (404 km) - Kars - Dogubayazit

Rano oczywiscie budzi nas wycie z pobliskiego minaretu. Poranna toaleta w tragicznej lazience. Pakujemy sie i wyjezdzamy z uczuciem ulgi. Zapach stechlizny jednak nadal nam towarzyszy.
Za miastem przy drodze do Ani w niesamowitej scenerii kwitnacych i pachnacych lak urzadzamy sobie piknik pod skalkami oraz wietrzenie bagazu, który mielismy z soba w hotelu Azja. Dobrze, ze
zabralismy butle gazowe. Robimy kawe i zjadamy solidne sniadanie. Przejezdzajacy droga ludzie machaja do nas przyjaznie. Pakujemy sie. Stechlizna nieco  wywietrzala z naszych bagazy. Jedziemy do Ani. Przed wsia oczywiscie zostajemy zatrzymani na posterunku „Jandarma” i po sprawdzeniu dokumentów wjezdzamy do wsi. Kamienne domy. Darniowe dachy. Wszedzie sterty suszonego
nawozu. Zapach palacego sie w piecach krowiego nawozu i przypalonych placków. Mijamy przydrozne tablice „Silk Road”. Po raz pierwszy i nie ostatni jestesmy w Turcji na jedwabnym szlaku. Dojezdzamy do ruin. Po sprawdzeniu biletów okazuje sie, ze nie mozna zabrac aparatów i kamer. Zostawiamy wiec sprzet w samochodzie. Wchodzimy za muru miasta (ruiny) i postanawiamy, ze Szymon wraca po sprzet, bo widoki zwlaszcza na Armenska strone sa niesamowite. Wszedzie wsród ruin pachna ziola i faluja na wietrze kwitnace wlasnie teraz trawy. Turystów niewielu. Kilka tureckich rodzin, jeden Japonczyk i niemieckie mlode malzenstwo. Wszyscy obcokrajowcy z ukrycia filmuja i robia zdjecia. Czekamy z Anna na Szymona, ale nie doczekalismy sie na niego. Zwiedzamy kilka zrujnowanych obiektów i
odkopanych ruin. Dochodzimy do cytadeli i wracamy. Podejrzewamy, ze moze zatrzymano Szymona, bo wszedzie pelno wojska. Nic dziwnego. Granica turecko-armenska przebiega wzdluz ruin Ani. Granice stanowi solidne siatkowe ogrodzenie rozpiete na zelbetowych slupkach i zwienczone drutem kolczastym.
Wracamy do bramy i tam okazuje sie, ze Szymon jest gdzies wsród ruin. Szymon po okolo godzinie naszego oczekiwania wrócil. Zrobil niezle zdjecia i nakrecil kawal fajnego filmu. Okolo poludnia konczymy zwiedzanie Ani. Obok nas parkowal czerwony nowy Volkswagen bus z kurdyjska, liczna rodzina. Wiedziony jakims dziwnym przeczuciem pokazuje im nasza trase z komputera, pytajac czy jest
realna. Okazuje sie, ze jest narysowana bledna droga. Trzeba wracac do Karsu. Proponuja abysmy trzymali sie razem na trasie. Dziekujemy. Jedziemy do Dogubayazit wzdluz Armenskiej i Irackiej granicy. Po drodze kilkakrotnie wyprzedzamy sie nawzajem z czerwonym mikrobusem spotkanych w Ani Kurdów. Przed nami bez przerwy widac wyzszy szczyt Araratu. Przejezdzamy kilka posterunków
zandarmerii. Gdy wjechalismy na zachodnia strone Araratu oczom naszym ukazal sie niesamowity widok kurdyjskiej wioski i zielonej równiny u stóp góry. Zatrzymujemy sie, aby przepuscic osla, którego przegania na druga strone drogi starsza niewiasta w ludowym bialo- czarnym stroju. Osiol poganiany jest ogromnym sierpem w ksztalcie naszej kosy. Szymon filmuje kobiete koszaca potem owym sierpem trawe. Wjezdzamy do Dogubayazit. Miasteczko sprawia niesamowite wrazenie orientalnym charakterem swoich uliczek. Jest bardzo zatloczone i gwarne . Z trudem docieramy do campingu „Murat”. Camping polozony jest u stóp góry, na której stoi Isaak Pasza Sarayi. Wlasciciel campingu nie mówi po angielsku. Na campingu spotykamy jednego starszego Niemca jadacego bedcarem do Iranu. Uzgadniamy z wlascicielem campingu cene za nocleg na 4 500 000 TL. Niestety wieje tak mocno wiatr z gór, ze nie mozemy rozbic namiotu. Rezygnujemy z campingu. Zjezdzamy do miasta. Spotykamy wlasciciela sklepu z dywanami, który proponuje nam motel swojego znajomego. Nie jedziemy tam jednak podejrzewajac
naganiactwo. Chcemy znalezc przewodnikowy (Pascalowy) camping Paraçut. W jednym z biur podrózy w centrum miasta Szymon pyta wiec o camping Paraçut. Czestuja go  herbata i rozmowa trwa wiecznosc. Wlasciciel biura wydzwania gdzies z komórki. Trwa to kilkadziesiat minut. Wkurzony prosze Szymona aby wsiadal do samochodu i odjezdzamy. Jedziemy znów w kierunku Ishaak Pasa Sarayi. Po drodze spotykamy pare mlodych Australijczyków, którzy mówia nam, ze bez problemu mozna w zacnym hotelu w centrum wydusic cene $ 2 za osobe za noc. Jedziemy wiec do hotelu Gul. Z trudem, ale udaje sie nam uzyskac cene za hotel o której mówili Australijczycy. Rozpakowujemy sie. Zamierzamy zostac tu dwa dni. Sklepikarze z naprzeciwka robia nam miejsce na samochód. Po prysznicu robimy
popoludniowo-wieczorna przejazdzke po miescie i okolicy. Podjezdzamy pod hotel. Sklepikarze z naprzeciwka robia nam ponownie miejsce na samochód. Wszyscy w okolicy naszej ulicy zapraszaja nas na herbate i chca pogadac. Grzecznie odmawiamy. Chcemy odpoczac.

11.07.2002 – czwartek Dogubayazit

O 345 budzi nas tradycyjnie glos muezina z pobliskiego meczetu. ProszeSzymona o nagranie. Tak sie grzebie, ze nagrywa jedynie glos z nastepnego, nieco  bardziej oddalonego meczetu. Wstajemy. Poranna toaleta. W lazience starsi mezczyzni juz na nogach. Budzimy portiera w hotelu i wyjezdzamy z Szymonem za  miasto obejrzec wschód slonca nad Araratem. Anna zostaje. Chce sie porzadnie wyspac. W miescie juz panuje ruch. Stragany i sklepiki spozywcze sa otwarte. Ustawiamy sie z samochodem i kamera w dolinie po zachodniej stronie góry. Przejezdzajacy droga do wiosek u stóp góry Kurdowie machaja przyjaznie rekami pozdrawiajac nas. Dobrze, ze mamy butle i wode w baniakach. Robimy sobie poranna
mocna kawe. Wschód slonca jest niesamowity. Zwlaszcza tworzenie sie i znikanie chmur nad szczytem. Robimy fajny film krecac krótkie kilkunastosekundowe sekwencje oraz dosc udane zdjecia. Wracamy do hotelu. Zjadamy sniadanie i wyruszamy zwiedzic Ishak Pasa Sarayi. Nasz dieselek z trudem wspina sie stroma, kreta droga pod góre. Wstepy po 1,5 mln TL (cena biletu bez ulgi 4,5 mln TL). Przyjazna rozmowa z kasjerem który jak sie okazuje spotkal nas w okolicy hotelu poprzedniego dnia. Nie otrzymujemy jednak biletów (pierwszy i jedyny raz w czasie calej podrózy po Turcji). Zwiedzamy palac. Z okien haremu rzeczywiscie zgodnie z przewodnikiem Pascala rozposciera sie niesamowita panorama miasta. Wrazenie niesamowitosci tej panoramy poteguja kolory otaczajacych miasto wulkanicznych gór. Ogladamy pelna palete barw nagich górskich zboczy. Po zwiedzeniu palacu wpadamy jeszcze zwiedzic sasiadujacy z nim XVIII-wieczny grobowiec popularnego kurdyjskiego pisarza Ahmediego Hani. Grobowiec odwiedzaja tlumnie Kurdowie. Otoczenie utrzymane jest w niespotykanej w tych stronach
czystosci. Przed grobowcem wypielegnowane trawniki i krzewy, ustawione stylowe drewniane lawki a wokól nagie skaly gór, ruiny fortecy o fundamentach z VII wieku pne i wspanialy widok na Ishak Pasa Sarayi. Zjezdzamy do miasta. Przejezdzamy go i jedziemy na wschód, swietnie utrzymana droga w kierunku Iranu. Oczywiscie po drodze spotykamy kilka posterunków zandarmerii, ale nikt n s nie
kontroluje. Po kilkunastu kilometrach jazdy na wschód od Wielkiego Araratu (5137 m npm.), oczom naszym ukazuje sie Maly Ararat (3895 m npm. Widok jest zachwycajacy. Mamy szczescie. Jest bezchmurne niebo. Nawet nad szczytami obu gór! Dojezdzamy do Gurbulak na iranskiej granicy. Z trudem odnajdujemy drogowskaz z napisem Meteor Çukuru i polna pylista droga dojezdzamy do krateru
po wielkim meteorycie. Dziura w ziemi jest dosc spora (srednica 60 m i 35m glebokosci). Okolica krateru nieco zadeptana. Okazuje sie ze to przez wycieczki, które mikrobusikami lokalnych biur podrózy dowozone sa tu z Dogubayazit. Krater jest bowiem slynny, poniewaz jest drugim co do wielkosci na swiecie. Zaledwie kilkadziesiat metrów od krateru spotyka sie kepy róznorodnych kwitnacych roslin.
Najechanie opona samochodu, czy zdeptanie butem uwalnia z tych roslin przyjemne, nieznane nam wczesniej zapachy. Sa to zapewne w wiekszosci ziola, które widzielismy wczoraj, gdy wysuszone sprzedawano w ogromnych wiazkach na bazarze w miescie. Na wschód od krateru zaledwie pareset metrów od niego widac ogrodzenia granicy z Iranem oraz na wzgórzach budki straznicze. Wspaniale wygladaja oba szczyty Araratu z tego miejsca. Wracamy do miasta. Po drodze kontrola dokumentów Na 2 posterunkach zandarmerii. Spacerujemy po miescie celem dokonania zakupów. Na bazarze jednak przewaza chinska i iranska tandeta. Kupujemy pocztówki. Znaczki trzeba kupic na poczcie. Wchodzimy a tu kilkunastoosobowa kolejka. Pytamy urzednika przy biurku o cene znaczków do Polski. Czlowiek ów gada cos do ludzi w kolejce, kolejka odsuwa sie od okienka. Urzednik zaprasza nas do okienka. Kupujemy znaczki bez kolejki. Ludzie w kolejce usmiechaja sie do nas. Próbujemy kupic spodnie dla Szymona. W sklepie z dosc fajna odzieza przy glównej ulicy miasta Szymon trafia na dzinsy, które wygladaja dosc oryginalnie. Okazuje, ze sa to spodnie z najnowszego ichniejszego katalogu. Cena tez jest stosunkowo wysoka, wynosi bowiem 35 mln TL. Wlasciciel sklepu ani jego syn nie mówia po angielsku. Troche mówi jego córka. Targujemy zaplate za spodnie. Udaje sie nam zejsc do 2 750 000 TL. Po transakcji jestesmy zaproszeni na herbate i rozmowe. Z trudem konczymy rozmowe na jednej herbacie. Wychodzimy odprowadzani do progu sklepu. Szukamy knajpki gdzie siedzi duzo ludzi. Jest taka przy glównej ulicy. Mimo zaproszen do wielu innych knajpek wybieramy te zatloczona. Jemy dwudaniowy obiad. Wypijamy kilka herbat. Jestesmy najedzeni. Rachunek wynosi 6900000 TL. Placimy 9 mln TL niespelna $ 6). Idziemy poza centrum miasta. Wtem podchodzi do nas brodaty mlodzian i po angielsku powiada, iz jego pseudonim brzmi Paraçut. Wczoraj znalazl go telefonicznie czlowiek, którego Szymon pytal o lokalizacje campingu Paraçut. Czlowiek ten zle zrozumialpytanie Szymona i kilkadziesiat minut wydzwanial szukajac brodatego Paraçuta. Paraçut oczywiscie domyslil sie, ze chodzilo nam o camping. Opisal nam miejsce gdzie ten camping mial sie znajdowac oraz wyjasnil, ze paraçut to po turecku spadochron. Jeszcze troche pogadalismy o nas i naszej podrózy i Paraçut zaprasza
nas na herbate do znajdujacego sie w poblizu biura turystycznego, którego jest wlascicielem. Z trudem udaje sie nam wywinac od owej herbaty. Zegnamy sie i robimy jeszcze troche drobnych zakupów. Oczywiscie wszedzie ostro sie targujemy. Nie zdarza sie nam nie dobic targu, gdy spotykamy towar, którym jestesmy zainteresowani. Wielu ludzi w miescie zaprasza nas na herbate. Grzecznie jednak
odmawiamy. Odmawiamy tak czesto zaproszeniom na herbate, poniewaz wiaze sie to ze strata czasu. Kazdy dzien mamy dosc scisle zaplanowany i przyjecie kilku zaproszen moze te plany zniweczyc. Na jednej herbacie przewaznie sie bowiem nie konczy a zapraszajacy koniecznie chce porozmawiac. Poczatek rozmowy to pytania skad jestes, co robisz, ile masz dzieci, jak wyglada zycie w Polsce itd. a czas ucieka. Zapraszajacy cie nie zawsze dobrze zna angielski a wtedy herbata trwa bardzo dlugo.
Robiac zakupy najdluzej walczymy w sklepie z dywanami obok naszego hotelu gdzie kupujemy pare uzywanych welnianych rzeczy. Kupujemy miedzy innymi iranski kilim oraz torbe pasterska. Targi wygladaja komicznie, bo mlody student, który z nami handluje dzwoni do Istambulu do taty czy moze dana rzecz sprzedac za proponowana przez nas cene. Zakupy w sklepie ze starociami oczywiscie konczymy herbata. Koszmarne uczucia towarzyszyly na w sklepach z dywanami ze wzgledu ich piekno a zarazem zawrotne ceny (jedwabne po kilka tysiecy dolarów) oraz w sklepach z odzieza skórzana ze wzgledu na smiesznie niskie ceny a zarazem nasze w zakresie skórzanej odziezy kompletne dyletanctwo.
Wieczorem w hotelu spotykamy poznana pierwszego dnia pare mlodych Australijczyków. Zalatwili wyprawe na Ararat (duzy). Koszt jest dosc wysoki, bo wynosi za 5 dni po $300 od osoby.
Wieczorem bierzemy leki przeciwmalaryczne. Zamierzamy bowiem zwiedzic Urfe, Harran i Kahte, gdzie spotyka sie malarie - po wybudowaniu tamy na Eufracie i nawadnianiu pól w tych rejonach.

12.07.2002 – piatek - km 3960 – 4887 ( 927 km) - Dogubayazit - Harran

Wczesnie rano opuszczamy goscinne Dogubayazit. Szkoda, ze mamy tak napiety harmonogram, bo zostalo by sie tu jeszcze tu kilka dni. Mielismy dosc kiepska mape. Nie bylo na niej dobrze naniesionej topografii, tak, ze bylismy zdumieni wysokoscia mijanych gór. Podobnie jak w drodze do i z Karsu spotykamy kwitnace, barwne laki, na których wypasane sa ogromne ilosci bydla, kóz i owiec. Zupelnie przypadkowo widzac brazowa tablice z nieznanym napisem zboczylismy doslownie paredziesiat metrów z drogi do Van i obejrzelismy bardzo ciekawe wodospady w Muradiye (o których milczal nasz przewodnik). Spotykamy jezioro Van. Jest ogromne. Niesamowite wrazenie sprawia kolor wody. Jest albo blekitna albo biala! Na brzegu jeziora spotykamy duzego zólwia i kilka rodzajów pachnacych roslin. Wjechalismy do miasta Van tylko po to, aby wymienic czeki podrózne i pogadac o promie na Akdamar i Informacji Turystycznej. Bez trudu znalezlismy AKBANK. Kasjer, mimo ze dosc mlody jednak obowiazkowo zapytal o prace i rodzine, skad jestesmy. Slyszac Kraków od razu skomentowal gre pilkarzy Wisly. Okazalo sie ze jest zapalonym kibicem pilki noznej. Wpadlismy tez do biura Informacji
Turystyczne z zapytaniem o rejsy na Akdamar. Zalecono nam zatrzymanie sie w Gevas i poplyniecie tamtejszym promem. Wyjezdzajac z miasta tankujemy. Jako ze tankowalismy do pelna umyto nam zacnie samochód, który wygladal fatalnie, zwlaszcza po pylistej drodze do Meteor Çukuru za Dogubayazit. Robimy zakupy w hipermarkecie na obrzezach miasta. Ceny bardzo przyzwoite. Jedziemy do Gevas. Po drodze mijamy najwiekszy z dotychczas spotkanych posterunków zandarmerii na drodze prowadzacej m. in. do Hakkari lub Sirnak. Nasz przewodnik nie zaleca odwiedzania tych miejsc! Dojezdzamy do portu w Gevas. Czekamy ponad 1,5 godziny na jakichkolwiek wspóltowarzyszy turystów. Wypijamy w tym czasie po kilka herbat z obsluga promu i mlodym Kurdem, mieszkancem pobliskiej wioski obecnie studiujacym w Karsie i dorabiajacym jako przewodnik. W koncu po bezowocnym oczekiwaniu na jakichkolwiek turystów, decydujemy sie na wykupienie rejsu tylko
dla nas. Ceny sa sztywne. Musimy zaplacic 20 000 000 TL ($ 12,5) – tyle bowiem kosztuje rejs dla mniej niz 10 osób (powyzej 10 osób rejs kosztuje po 2 000 000 TL od osoby). Plynie z nami równiez przewodnik Kurd, mimo iz mówimy mu, ze wystarczy nam nasz ksiazkowy przewodnik. Doplywamy do wyspy Akdamar i wkurzamy sie widzac kilka innych promów na przystani i w sumie kilkunastu turystów na wyspie. Okazalo sie, ze promy plywaja równiez z 2 innych portów (na zachód od Gevas). Dzialaja nasze legitymacje i za wstep na wyspe placimy po 1,5 mln TL od osoby (pelny bilet 5 mln TL). Akdamar Kilisesi, czyli kosciól Swietego Krzyza, jeden z cudów ormianskiej architektury wart jest poswieconego przez nas czasu i zachodu aby sie dostac na wyspe. Z zespolu: palacu, kosciola i klasztoru
zbudowanego w 921 roku na wyspie pozostal jedynie kosciól. Mimo iz nie  konserwowany, kosciól jest w niezlym stanie. Nienaruszone i czytelne sa zewnetrzne reliefy przedstawiajace sceny biblijne. Z wyspy roztacza sie wspanialy widok na jezioro Van i góry. Trafilismy na piekna, sloneczna pogode  tak, ze widac bylo sniegi na górskich zboczach na poludniu oraz potezny osniezony szczyt na pólnocnym brzegu jeziora. Jezioro polozone jest na wysokosci ponad 1700m. npm. Po powrocie z wyspy do portu zegnamy sie z obsluga promy i naszym „Kurdem-studentem”. Kurdowi - studentowi, mimo ze nie prosilismy go o przewodnictwo, po uslyszeniu w czasie wycieczki na wyspe o warunkach zycia w
jego wsi wreczamy 2 000 000 TL. Jest nieslychanie wdzieczny. Jedziemy do Tatvan. Droga wije sie przez wspaniale, dzikie góry. Jedynie w rzecznych dolinach, niestety niezbyt zyznych rozsiane sa z rzadka biedne wsie kurdyjskie z kamiennymi domami z dachami z darni. Widoki z przeleczy sa wspaniale.
Wjechalismy do Tatvan i szukamy campingu „King Hotel”. Camping ten wygrzebalismy z atlasu Microsoftu. Camping okazal sie zasmieconym kawalkiem ogrodu  porosnietego usychajacymi drzewami i nieskoszona sucha trawa. Na brzegu jeziora Van poniewieraly sie setki plastikowych butelek. Balagan byl niewyobrazalny. Oczywiscie nie bylo basenu, który wg atlasu powinien tam byc. Wlasciciel tego
niby campingu winszowal sobie 10 000 000 TL za nocleg. Ostatecznie zgodzilby sie jednak na 5 000 000 TL. Wkurzeni postanowilismy jechac jak najdalej 000 000 od tego niezbyt ciekawego miejsca.
Pojechalismy wedlug planu w kierunku Urfy. Zaczynal sie zmieniac klimat. Coraz bardziej puste góry z lakami w kolorach zólci i brazu. Sucho. Mijamy oczywiscie kilka posterunków zandarmerii. Czasami
zdarza sie kontrola paszportów. W Batman próbujemy znalezc nocleg w hotelu. Targujemy ostro cene, ale jest juz pózno i hotelarze nie chca spuszczac cen. Chcielismy zanocowac za 15 000 000 TL. Niestety udalo sie nam zejsc w jednym z hoteli tylko na 20 mln TL (z 25 mln). Wkurzony na pazernosc tutejszych hotelarzy i przestrzegajac przyjetych zasad targowania sie – postanowilem jechac noca az do Harranu. Jechalo sie nawet niezle, z tym, ze nie zobaczylismy w pelnej krasie rzeki Tygrys w okolicy Hasankeyf oraz wkurzalismy jadace z naprzeciwka cysterny z benzyna. Samochód byl tak przeladowany, ze nie bylo mozliwosci skorygowania ustawienia swiatel mijania. Jadacy z naprzeciwka sadzili, ze jedziemy na
swiatlach drogowych i nieustannie „mrugali” swoimi swiatlami. Niestety nie moglem nic na to poradzic. Nad Tygrysem slychac bylo kumkanie zab. Jechalismy z Batman przez Midyat, Kiziltepe, Viransehir i Urfe do Harranu. Elektroniczne tablice drogowe na trasie Kiziltepe – Urfa podawaly temperature. Okolo pólnocy temperatura powietrza wynosila 28 o C! Pomyslalem wtedy, ze podróz nocna to bylswietny wybór ze wzgledu na komfort jazdy (nasz samochodzik nie posiada  klimatyzacji). Okolo 1 dotarlismy do Harranu (okolo 20 km od granicy z Syria w Akçakale). W czasie podrózy z Tatvanu mielismy w sumie 6 kontroli paszportów na posterunkach zandarmerii. W czasie jednej z takich kontroli zdumiony zandarm odkryl, ze wszyscy jestesmy policjantami. Zapytal o to. Potwierdzilismy.Zasalutowal i klanial sie nisko. Oczywiscie bylo to zabawne niezrozumienie angielskiego slowa polisch z naszych paszportów. Po turecku policja ( policjant) to „polis”.

13.078.2002 - sobota km 4887 – 5093 (206 km) - Harran - Kahta

W Harranie szukalismy campingu, ale byly z tym problemy. W koncu znalezlismy camping przed Harranem. Zupelnie pusty !!! Okolo 2 w nocy wlasciciel tego campingu i dosc duzej restauracji, która wlasnie zamykal, zawinszowal sobie za nocleg najpierw 30 TL a po wielkich targach 20 mln TL. Stwierdzilismy, iz chyba oszalal. Postanawiamy te kilka godzin, które pozostaly do rana przedrzemac
w samochodzie na skraju drogi. Trudno bylo znalezc jakies fajne miejsce. Szymon zabral karimate i zdrzemnal sie pod gwiazdami. Niebo bylo „obledne”. Rano zbudzilo mnie ostre slonce. Okazalo sie, ze Szymona zbudzila przechodzaca obok nas niewiasta. Zreszta wystraszyl ja jego widok, bowiem spal na sciernisku. Okazalo sie, ze biwakujemy na sciernisku w poblizu kanalów irygacyjnych i jakichs biednych kamiennych chatek. Uzywajac wody z kanistrów czynimy poranna toalete i kawe, po czym jedziemy do Harranu. Parkujemy samochód i oczywiscie przewodnik Pascala mial racje. Zaraz zjawia sie upierdliwy mlodzian chcacy pelnic funkcje przewodnika. Zwiedzilismy cala wioske oraz ruiny fortyfikacji
cytadeli. Niesamowite wrazenie robia domy ule, których wyglad nie zmienil sie od III wieku pne. Jestesmy bez przerwy zaczepiani przez dzieci domagajace sie „bombonów” itp. Na szczescie mamy dosc prezentów, aby w miare spokojnie zrobic film i zdjecia. Bardzo ciekawe zestawienie stanowia ogrodzone kamiennymi murami domy ule z antenami telewizji satelitarnej na dachach i nowoczesnymi
kolektoram i slonecznymi. We wschodniej czesci wsi wyszedl do nas starszy mezczyzna. Zapytal czy jestem Arabem. Odrzeklem, ze nie. Byl mocno zdziwiony ta odpowiedzia. Okolo poludnia pojechalismy do Urfy. Miedzy Harranem a Urfa w oazie zieleni pól uprawnych (pola na równinie sa niesamowicie zielone – woda dostarczana jest z zapory na Eufracie, wzgórza sa pustynne) - tankowanie. Ceny
paliwa podobne jak w Van (okolo $ 0,75). Na bazarze Szymon i Anna zakupili zawijane w gazete kebaby. Sprzedawca i klienci koniecznie chcieli pogadac. Szymon wzbudzal powszechne zainteresowanie swoimi krótkimi spodenkami. Tak sie tym wkurzyl, ze zaraz przebral sie w samochodzie w dlugie spodnie, mimo ze upal byl okrutny. Nie mogac trafic do parku z grota narodzenia Abrahama zapytalismy o droge policjantów. Bardzo chetnie i dokladnie wyjasnili nam jak tam dojechac. Nawiasem mówiac byla to policja drogowa czyhajaca na przekraczajacych dozwolona predkosc kierowców. W jednym z samochodów w krzakach za lukiem drogi siedzieli policjanci z wideoradarem a kilkaset metrów dalej w oznakowanym samochodzie z krótkofalówkami stali policjanci wylapujacy kierowców z przekazanymi przez krótkofalówke numerami samochodów. Zniwo policjantów bylo dosc obfite. My nie
wyciagnelismy z obserwacji tego systemy zadnych wniosków. A szkoda. Bez trudutrafilismy w okolice parku. W cieniu drzew na parkowym stoliku i laweczkach zjedlismy sniadanie. Robilo sie coraz gorecej. Zaparkowalismy na miejskim parkingu w pelnym sloncu. Dwaj kolesie zazyczyli sobie zaplaty za parking. Ja zazyczylem sobie kwitu na te okolicznosc. Kolesie „zmyli sie”. Weszlismy do parku Dergach. Park jest swietnie utrzymany. Wszedzie pelno róznorodnych kwitnacych roslin, krzewów rózanych i azalii. Na wypielegnowanych trawnikach wysmukle palmy. W Parku sa dwie sadzawki ze swietymi karpiami. Ryby sa ogromne, poniewaz bez przerwy sa karmione przez odwiedzajacych park pielgrzymów przedawanym w poblizu sadzawek specjalnym pokarmem. W parku najwazniejszym miejscem jest Hazreti Ibrahim’in Dogum Magarasi (jaskinia, w której urodzil sie prorok Abraham). Jaskinia podzielona jest na czesc dla kobiet i mezczyzn. W sasiedztwie znajduje sie kilka meczetów i medres. Wszedzie pelno pielgrzymów.
Widac rozmaite rysy twarzy oraz przerózne stroje. Niesamowita róznorodnosc typów ludzkiej urody. Bardzo czesto spotyka sie starszych mezczyzn w charakterystycznych spodniach z krokiem w okolicy polowy lydki. Jest potwornie goraco. Na szczescie w meczetach panuje przyjemny chlód a na ich
dziedzincach znajduja sie krany z woda i fontanny gdzie mozna umyc rece, nogi i twarz. Wszedzie sa tez krany z woda pitna. Udajemy sie na bazar w sasiedztwie parku Dergah. Bazar wyglada bardzo wschodnio. Sa ulice rzemieslników jak w Dogubayazit. Warto popatrzec na ich prace. My kupujemy oka Proroka i beben oraz tamburyn wykonane dla wsiowych grajków a nie dla turystów. Sa dosc oryginalne. Ugotowani upalem wracamy na parking. Sa klopoty z wychlodzeniem samochodu
(prawdopodobnie wtedy wyblakly nam nieco filmy fotograficzne). Jedziemy doKahty.Po drodze za smieszne pieniadze, od handlujacych, spiacych w specjalnych przydroznych szalasach staruszków kupujemy arbuzy (cena 100 000 TL za kilogram – okolo 25 gr.!!!). Upal panuje taki, ze postanawiamy zrezygnowac z ogladania zapory GAP na Eufracie. Wjezdzamy do Kahty. Pytamy o cene campingu
przy czterogwiazdkowym hotelu Zeus. Padla cena 15 000 000 TL. Jedziemy szukac dalej. Na skrzyzowaniu podchodzi jakis dzieciak i proponuje tani nocleg, ale ignorujemy te propozycje. Przejezdzamy miasto a za nami caly czas podaza bialy mikrobus i mruga swiatlami. Zatrzymujemy sie jednak dopiero w poblizu przeprawy promowej. Chcemy popatrzec na sztuczne jezioro na Eufracie. Podchodzi do nas czlowiek z mikrobusu i mówi, ze ma dla nas camping za male pieniadze. Jedziemy
popatrzec – jest pusto!!! Niestety nie odpowiada nam. Nie ma basenu a chcielibysmy w tym upale wykapac sie. Wtedy czlowiek ten proponuje nam zamiast campingu pokój z lazienka w cenie 10 000 000 TL. Rezygnujemy jednak, bo chcemy zrobic sobie grilla. Wracamy na camping Zeus (absolutnie pusty). Mlody, schludnie ubrany czlowiek z hotelowej recepcji na nasze targi w koncu mówi, ze
dla nich w sumie 12 czy 15 mln to jedna cholera, bo i tak na campingu nie ma zadnego ruchu i nie jest on dla nich jakims businessem, ale jesli chcemy to zostanmy za 12 a w koncu nawet za 10 mln TL. Zostajemy. Jestesmy na campingu jedynymi goscmi. Sanitariaty campingowe sa super. Idealna czystosc!!! Drzewa na campingu daja niezly cien. Bez przerwy w okolicy hotelu i campingu krzataja sie
sprzatacze i ogrodnicy. Przy wjezdzie (wyjezdzie) na hotelowy parking i camping umundurowany straznik. Na hotelowym parkingu niezle samochody. Jest weekend i w hotelu jest dosc duzo gosci Turków. Wcale nie widac obcokrajowców. Czeka nas jednak niemila niespodzianka. Basen hotelowy jest ogrodzony i platny za kazde wejscie 5 000 000 TL od osoby!!! W zwiazku z powyzszym zostajemy jedynie przy czestych prysznicach. Popoludniem pichcimy pyszna kolacje i spimy smacznie po niedospanej poprzedniej nocy.

14.07.2002 - niedziela km 5093 – 5184 (91 km) - Kahta - Nemrut Dagi –Kahta

Pobudka dosc pózno. Sniadanie. Dosc szybko robi sie goraco. Szymon po raz kolejny pyta nowych ludzi z hotelowej obslugi o droge na Nemrut Dagi. Oczywiscie twierdza, ze nie mamy szans na wyjechanie nasza Toyota - staruszka. Sugeruja abysmy wzieli mikrobus lub samochód terenowy. My postanawiamy jednak zaryzykowac. Po raz pierwszy w czasie calej wyprawy rozladowujemy kompletnie
auto. Zabieramy jedynie kanapki i napoje. Wyruszamy przed poludniem. Za miasteczkiem roztaczaja sie piekne górskie krajobrazy. Zatrzymujemy sie za rzymskim mostem w Cendere zbudowanym dla uczczenia cesarza Septymiusza Sewera. Przeszkadzaja nieco namolne dzieciaki domagajace sie prezentów. Radze sobie jednak z nimi. Jest dosc duzo turystów Turków, poniewaz jest niedziela. Cale
rodziny biwakuja nad brzegami strumienia Kahta Cayi. My równiez chlodzimy sie w wodach strumienia. Darujemy sobie zwiedzanie mameluckiego zamku Kahta Kalesi. Jest po prostu bardzo goraco. Ruszamy w góre na Nemrut. Góry pokryte sa z rzadka wysuszona roslinnoscia. Wzdluz drogi gdzie niegdzie spotyka sie kepy kwitnacych azalii. Droga jest niezwykle waska, kreta i stroma. Za wioska Karadut na drodze pojawia sie straznik parku narodowego Nemrut Dagi. Kupujemy bilety do parku. Wszyscy ulgowe po 1,5 mln TL zamiast po 5 mln TL. Rozmawiamy ze straznikiem zastanawiajac sie czy jechac droga zachodnia (krótsza) czy wschodnia (dluzsza, ale mniej stroma). Wybieramy droge zachodnia. Silnik samochodu osiaga temperature krytyczna (najwyzszy bieg, na którym jechalismy pod góre to chwilami 3), wiec robimy postój i chlodzenie wentylatorem ogrzewania wnetrza. Dojezdzamy
do parkingu u stóp góry. Widoki sa wspaniale i nie jest tak goraco jak na dole. Czlowiek z hotelu domaga sie zakupu biletów wstepu do parku narodowego. Szymon poszedl przodem tak, ze on mial nasze bilety, wiec gosc mówi abysmy okazali je po zejsciu z góry. Dreptamy sciezka pod góre. Dochodzimy do zachodniej swiatyni. Ogromne wrazenie robi usypany recznie za swiatynia kopiec nagrobny z kamieni wielkosci piesci. Niewielu turystów na szczycie mimo niedzieli. Zupelnie brak
obcokrajowców, co nas nieco dziwi, bowiem obiekt jest na liscie dziedzictwa swiatowego UNESCO. W pewnym momencie podchodzi do nas starszy pan i prosi o wykupienie biletów do wykopalisk. Ja i Anna placimy ulgowe po 1,5 mln TL zamiast 5 mln, Natomiast Szymon na swoja legitymacje GO’25 ma bilet „free”. Po zakupieniu biletów jestesmy proszeni na herbate. Grzecznie odmawiamy nie chcac
tracic czasu. Zwiedzamy wschodnia czesc swiatyni i grobowca. Posagi podobne jak  po stronie zachodniej. Oprócz nich sa kamienne plyty z inskrypcjami (po grecku). Budowli Antiocha I Epifanesa, megalomanskiego króla Seleucydów, która jednak zostala zniszczona przez trzesienia ziemi musi obecnie pomagac olbrzymi dzwig (nie wiadomo jak dostarczony na góre) sluzacy do ustawiania zniszczonych plyt
fundamentowych swiatyni i posagów. Z góry podziwiamy Panorame okolicy. Mimo niezlej widocznosci slabo widoczne sa brzegi sztucznego jeziora Ataturka na rzece Eufrat. Schodzimy do parkingu.
Czlowiek z hotelu prosi o bilety. Kiedy je otrzymal przedarl je i wrzucil do kosza. Stwierdzil, ze czesto jedni turysci przekazuja na dole bilety innym i park chyba zbankrutuje. Zjezdzamy w dól. Opony
mamy nie najnowsze, wiec czasami slizgaja sie na bazaltowym odcinku drogi. Rezygnujemy ze zwiedzania Arsamei. Szymon wypatrzyl jednak z drogi kamienna stelle, drózki i schody Arsamei tak, ze zatrzymujemy sie i ogladamy (równiez z uzyciem zoomu kamery). We wsi Karadut, która to wies stanowia male kamienne domki otoczone stertami chrustu zatrzymujemy sie przy drodze w cieniu drzew.
Anna chce koniecznie poglaskac stojacego tam osiolka a my z Szymonem z przerazeniem patrzymy na schodzace z drzewa male dziewczynki z czerwonymi do lokci rekoma. Dziewczynki pytaja nas czy podoba sie nam Karadut. Okazalo sie, ze cienistym drzewem, pod którym stoi osiolek jest morwa a dziewczynki zrywaly jej owoce, stad ich krwistoczerwone dlonie i przedramiona. Szymon filmuje wioske.
Anna obdarowuje dzieciaki „prezentami”. Pojawia sie nawet mlody straznik z parku narodowego Nemrut Dagi i tez zalapuje sie na dlugopisy i inne drobiazgi. Przejezdzamy rzymski most w Cendere.
Na stopa zatrzymuje nas dziadek w klasycznych spodniach z krokiem na wysokosci chyba 1/3 lydki, w czapeczce, koszuli w kratke, kamizelce i skarpetach oraz sandalach. Chce dojechac do Adiyamanu i próbuje jakos z nami pogadac. Niestety nic z tego nie wychodzi. Zabieramy go do Kahty i zawozimy na przystanek dolmuszów. Chce placic. Odmawiam. Jest nieco zaklopotany, ale wysiada z szerokim usmiechem. Robimy rundke poglównej ulicy, bo chce nam sie miesa z grilla. Wchodzimy z Szymonem do rzeznika. Siedzi w sklepie z synem mimo niedzielnego popoludnia. Nie zna angielskiego i jakos nie udaje sie nam dogadac. Syn rzeznika znika. Po kilku minutach przybiega ze zdyszanym, dziesiecio- , moze dwunastoletnim szkrabem, który robi za tlumacza. Kupujemy ponad kilo swiezej poledwicy wolowej za 5,5 mln TL (niespelna $3,5 – taniej niz w Polsce!!!). Rzeznik doklada nam jeszcze swiezego tluszczu.
Wychodzimy a tu samochód z Anna opanowaly dzieciaki wiadomo w jakim celu. Tutaj sa bardzo wesole i nie natretne. Dobrze, ze Anna ma jeszcze prezenty. Robimy zakupy warzywne i jakies slodycze, ale ceny nie sa zbyt przyjazne. Sprzedawca mówi po angielsku i za to chyba dolicza do naszych zakupów dodatkowa marze (byl to jeden z naprawde rzadkich przypadków w Turcji w czasie calego naszego tam
pobytu). Na campingu uruchamiamy grilla i zjadamy obiad z gigantyczna iloscia miesa. Po poludniu nieco leniuchowania i czeste prysznice. Jest jednak goraco. Szymon z kolegami z hotelowej obslugi uzgadnia najlepsza trase do Kapadocji. Wieczorem kolacja i sen z zamiarem urzadzenia jutro rano wczesnej pobudki.

15.07.2002 - poniedzialek km 5184 - 5727 (543 km) - Kahta – Göreme

Wstajemy nieco pózno, zwijamy sie, placimy za camping i wyruszamy w kierunku Kapadocji. Jedzie sie swietnie mimo wielu górskich kretych odcinków. Tradycyjnie nadrabiamy na prostych i plaskich odcinkach, gdzie nasz dieselek smiga bez problemów 120 km/h. W zwiazku z tym spotyka nas niemila niespodzianka w Golbasi. Zamiast 50 pedzimy 104 km/h. Wideoradar namierzyl nas a policjanci na posterunku zatrzyman sa beznamietni. Z cennika placimy za przekroczenie o 54 km/h dokladnie
40 700 000 TL (równiutko $25). Za nami zostaje zatrzymana niemiecka para na motocyklu i iranski autobus. Szymon stwierdza jednak, ze oplacalo sie w sumie pedzic tak jak pedzilismy dotychczas. Jadac przepisowo nie byloby szans osiagnac takich dziennych przebiegów, jakie mielismy dotychczas i to slabym samochodem i nie przemeczajac sie. Kluczac waskimi i kretymi drogami( z powodu objazdów),
docieramy w koncu do Ürgüp. Szymon zabiera materialy reklamowe z Informacji Turystycznej. Jedziemy do Göreme. Przed wioska znajdujemy jakis camping. Pytamy o cene Za 3 osoby. Pada suma 15 mln. Rezygnujemy. Jest dosc cieplo a na campingu nie ma basenu. Zajezdzamy na polecany przez Pascala camping Kaya. Wyglada niezle, chociaz nie ma tloku. Pytamy o cene. Wlasciciel chce 18 mln TL za 3
osoby za noc. Chcemy odjezdzac. Facet pyta gdzie jedziemy. Odpowiadamy ze na pobliski camping. Ze zrezygnowana mina zgadza sie wtedy na cene 10 mln TL za noc. Pierwsza od kilkunastu dni kapiel w basenie. Basen jest swietnie utrzymany, choc leciwy a w sanitariatach czysto. Po raz pierwszy od wielu dni spotykamy europejskich turystów. Robimy obiad na grillu. Kurczak. Calkiem przyzwoity oraz
warzywka i owoce. Nikt juz nie chce jesc melonów (ok. 1 mln TL za sztuke – $0,65) ani arbuza ( po 100 000 TL za 1 kg – $0,065 za kg!!!). Jedziemy do wioski. Krajobrazy sa nieziemskie. Nasz camping polozony jest nad wsia, totez mamy niezla panorame. Szkoda tylko, ze pod slonce. Zjezdzamy obok muzeum na wolnym powietrzu (pod golym niebem). Spacerujemy po wsi. Szymon troche kreci.
Jakas zakwefiona niewiasta wydziera sie do niego. Udajemy, ze to nas nie  dotyczy. Spotykamy skosnookich turystów. Jest ich bardzo duzo i sa wszedzie. Wieczorem wracamy na camping. Kolacja i spimy.

16.07.2002 wtorek Göreme – Cavusin-Avanos-Göreme


Rano zwiedzamy muzeum pod golym niebem w Göreme. Jest bardzo blisko naszego campingu. Kupujemy bilety ulgowe po 5 mln TL (pelny bilet 15 mlnTL – okolo $ 10). Wczesnosredniowieczne bizantyjskie kosciólki, kaplice i klasztory wykute w wulkanicznej skale sprawiaja niesamowite wrazenie. Wraz z otaczajacymi je skalami tworza krajobraz jak z dekoracji filmowej z innej planety. Wnetrza sa
swietnie zachowane. W muzeum róznojezyczny tlum. Bardzo wielu Japonczyków, Wlochów, Hiszpanów, Francuzów. Nic dziwnego calosc wpisana jest na liste Swiatowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Mu zwiedzamy z pomoca „Pascala” wszystko poza Ciemnym Kosciolem. Wstep do niego bowiem, to dodatkowe 15 mln TL. Chcemy wymienic czeki, ale kurs jest w poczcie przy muzeum nieciekawy. Podobnie prowizja od wyplat z kart zniecheca nas do wymiany.
Jedziemy do Cavsiun a nastepnie do Zelve. Troche spacerujemy po wzgórzach i ogladamy cudowne panoramy Kapadocji. Zjezdzamy w doline Zelve chcac cos kupic na tamtejszym turystycznym bazarku. Niektórzy handlarze mówia po Polsku!!! Odpust jednak absolutny a i ceny nie tureckie, wiec darujemy sobie jakiekolwiek zakupy. Jedziemy do Avanos. Bez trudu znajdujemy „nasz” Akbank i wymieniamy
bezprowizyjnie i po zacnym kursie czeki American Express ($ 1 = 1650 000 TL). Robimy zakupy w niewielkim markecie, w tym po raz pierwszy piwo w butelkach (750 000 TL za póllitrowa butelke). Absolutnie nieturystyczne ceny i mila pogawedka z kilkuosobowa obsluga sklepu. Wracamy na camping. Znów grillowanie. Maksymalnie korzystamy z basenu. Wieczorem kolacja a po niej Szymon chce zejsc do wioski do kafejki internetowej. Idziemy we dwóch. Anna zostaje. Po okolo kilometrze drogi
przed muzeum pod golym niebem postanawiamy zejsc do dolinki po pólnocnej stronie drogi. Idziemy na nosa niesamowita dolinka – wawozem wycietym w wulkanicznych skalach. Nie jest to zaden oznakowany szlak a jednak pelno po obu brzegach kosciólków i kaplic oraz wyciosanych w skale domostw. W dolince rosna winogrona i morele. Na nosa bez trudu dochodzimy do centrum Göreme. Szymon zalicza kafejke, ja piwko i póznym wieczorem wracamy na camping.

17.07.2002 - sroda km 5727 – 5843 (116 km) - Göreme – Derinkuyu –Göreme


Rano budzi nas cos na ksztalt oddechu smoka. Wychodzimy z namiotu, aby zobaczyc, co tak dyszy. Okazuje sie, ze w poblizu campingu jest punkt startowybalonów dla turystów zwiedzajacych z lotu ptaka Kapadocje. Ogladamy latajace nad Göreme i Zelve balony. Pózne sniadanie. Basen. Przed poludniem jedziemy zwiedzic podziemne miasto w Derinkuyu. Po drodze ogladamy wspaniala panorame Göreme z okolicy Uçhisar. Przejezdzamy przez Nevsehir. Nieziemskie widoki!!! Za Nevsehir widoki nieciekawe. Wzdluz drogi nawadniane deszczownicami zielone pola uprawne. Mocno rolnicza okolica. Na rolnicze wyglada tez miasteczko Derinkuyu. Bez trudu odnajdujemy kase i wejscie do podziemnego miasta. Jest dosc tlumnie. Towarzystwo podobne jak w muzeum w Göreme. Kupujemy wszyscy bilety ulgowe po 4
mln TL (pelny bilet 12 mln TL). Zwiedzamy miasto. Dobrze, ze zabralismy latarki. Buszujemy w podziemiach bez jakiegokolwiek schematu. Kilka razy podpinamy sie pod grupy z przewodnikami. Zwiedzanie i spacerowanie w podziemiach zajelo nam zaledwie 1,5 godziny. Podsumowujac wedlug mnie Derinkuyu jest mocno przereklamowane. Wracamy do Göreme, ale nieco inna droga. Robimy zakupy w Ortahisar. Ceny mocno turystyczne. Obiad na campingu i basen. Stwierdzamy, ze jest to pierwszy camping poza Istambulem, na którym panuje jakis ruch. Pojawiaja sie przerózni ludzie. Mlodziez i staruszkowie. Ludzie w nowych Mercedesach czy Volkswagenach a z drugiej w kilkunastoletnich gruchotach. Sa Turcy, Anglicy, Niemcy, Austriacy, Holendrzy, Belgowie, Wlosi.

18.07.2002 - czwartek km 5843 - 6109 (266 km) - Göreme – Konya


Rano zwijamy sie. Uiszczamy oplate za trzy doby campingowania – 30 mln TL (nieco ponad $ 18). Jedziemy przez nieciekawe tereny Anatolii. W Konyi nie ma campingu, o którym mówi Pascal. Próbujemy znalezc jakis przewodnikowy hotel. Miasto jest dosc duze i w jego starej czesci ruch jest jednokierunkowy. Nie mozemy trafic na hotel. Panuje nieznosny upal. W starej czesci miasta przy
bazarze lapie nas naganiacz. Jestesmy tak wykonczeni, ze decydujemy sie na skorzystanie z jego uslug. Szymon oglada hotel i twierdzi, ze nie ma zapachów typu Hotel Azja w Karsie i ze jest prysznic i telewizor w pokoju. Podjezdzamy, bo stargowalismy cene, chociaz dosc kiepsko, bo z 18 mln TL jedynie na 13 mln TL (okolo $ 8). Hotel to straszna rudera i znajduje sie okolo 20 metrów od meczetu
Aziziye Camii i zwie sie Aziziye Otel. Chlopak z obslugi hotelowej prosi abym odjechal z ulicy, bo zakaz parkowania jest bezwzglednie egzekwowany. Wsiada ze mna do samochodu i pilotuje mnie do pobliskiego (150 m) podziemnego parkingu. Parkuje, biore kwit i wracam z chlopakiem do hotelu. Bardzo chcialby pogadac, ale zna tylko niemiecki. W Niemczech pracowal kilka lat jako pielegniarz. Mówi, ze hotel jest bardzo skromny, bo nastawiony jest na niebogatych pielgrzymów. Konya to bowiem taka turecka Czestochowa. Bierzemy prysznic i udajemy sie do miasta. Bazar jest ogromny, ale niestety duzo chinszczyzny a ceny tureckich precjozów dosc wysokie. Nasz naganiacz próbuje zaprowadzic nas do kilku sklepów w okolicy bazaru, ale jestesmy twardzi i prawie nic nie kupujemy. Pieszo zwiedzamy miasto docierajac do wzgórza Aladyna i meczetu Alaettin Camii. Jestesmy z Szymonem z powodu upalu w krótkich spodenkach, wiec próbujemy odziac sie w „sluzbowe” szarawary. Anna jest odziana poprawnie. Jakiez jest nasze zdziwienie, kiedy obsluga i straznicy zezwalaja nam z usmiechem na wejscie w krótkich gatkach!!! (w ponoc najbardziej konserwatywnym miescie w Turcji!!!). Meczet z poczatku XIII wieku jest wart obejrzenia, zwlaszcza marmurowe kolumny (pochodzace „tradycyjnie” z budowli rzymskich) i plaskie drewniane stropy sprawiaja dziwne wrazenie. Obsluga wskazuje nam droge na dziedziniec z dwoma wielkimi seldzuckimi grobowcami. Mozna tez podziwiac obecnie nie uzywane wejscie po pólnocnej stronie meczetu. Konczymy zwiedzanie. Obsluga zegna nas z usmiechem. Prawdopodobnie rzadko odwiedzaja meczet obcokrajowcy. Darujemy sobie zwiedzanie muzeum Mevlany. Ogladamy jedynie budowle z zewnatrz. W okolicy bazaru zjadamy dosc zacny dwudaniowy obiad w knajpie gdzie jedza miejscowi (13 mln TL). Szymon w butiku ogromnego domu handlowego kupuje dosc fajne spodnie. Targujemy sie ostro. Niestety idzie kiepsko i z 30 mln TL schodzimy jedynie na 25 mln TL. Namierzamy turecka fajke wodna. Gosc chce podobnie jak inni 25 mln TL, potem 20mln TL. Szymon próbuje swoich zdolnosci negocjacyjno-handlowych. Po  20 minutach schodzi do 12 mln. Sklepikarz rozpacza twierdzac, ze dal wiosna za takie fajki po 13 mln TL. Szymon jest jednak twardy i fajka zostala zakupiona za 12 mln TL. Szymon kupil jeszcze jakies drobiazgi. W rejonie bazaru mnóstwo
sklepów z dywanami i odzieza skórzana. Ciekawe ceny. Niestety nie znamy sie na tych rzeczach. Na bazarze góry owoców i bardzo niskie ceny [arbuz – 75 000 TL/kg !!!!! ( $ 0,046), pomarancze 600 000 – 700 000 TL/kg, winogrona 1000 000 TL/kg (wieczorem 750 000 TL), brzoskwinie – 700 000 TL/kg, pomidory 150 000 TL/kg, ziemniaki 150 000 TL/kg]. Póznym popoludniem robimy zakupy w ADESE (ogólnokrajowa siec srednich supermarketów gdzie dosc czesto robilismy zakupy artykulów spozywczych). Ceny takie sobie. Wieczorem odbieram samochód z podziemnego parkingu. Za prawie osiem godzin parkowania.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;