Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Pamiętnik Piaskiem Pisany
Autor: Jolanta Gaj   
9.07.05 – sobota - godz. 21.00

1.jpgPojutrze o tej porze będę już w Menaville. Pojutrze, o 9 rano wylatuję z Okęcia do Hurghady. Na stole w jadalni leży sterta ciuchów z których wybiorę ¼. Wiem, że będzie gorąco, ale też muszę mieć coś ciepłego na czas lotu i przejazdów autokarami (klima). Jak zwykle zabieram małe turystyczne żelazko, proszek do prania i płyn do płukania.

To już mój kolejny lot do Egiptu i drugi do ukochanego hotelu Menaville w Safadze. Dokładnie 2 miesiące od powrotu z Safagi – 25 czerwca zadzwoniłam do Ecco Holiday. Ulżyło.... Jadę.... Ahoj przygodo!

11.07.05 – poniedziałek

Po 4,5 godzinnym locie, ok. 14.00 lądujemy w HRG. Czekamy na bagaże . Rozglądam się i widzę na 2.jpgścianie napis: „Hallo again”. Uśmiecham się do moich myśli „wiedzą, że większość turystów wraca”. Uśmiech znika kiedy celnik rozbebesza moją walizkę, ale wraca po wyjściu przed budynek lotniska. Bez problemu odnajduję autokar, który zawiezie nas do Safagi. Oddaję bagaże i znowu rozglądam się, głęboko oddycham gorącym pustynnym powietrzem – „Wróciłam do domu”.

Ruszamy, kolejny już raz zachwycam się krajobrazami pustyni i szmaragdowego Morza Czerwonego. W recepcji jestem pierwsza. Kiedy wypełniam formularz meldunkowy podchodzi młodzieniec, odpycha mnie plecakiem i żąda pokami, które wylegują się na tarasie i na „dzień dobry” zjadają paczkę kabanosów wieprzowych przywiezionych z Polski.

Ok. 18.00

Rozpakowałam bagaże, zrobiłam zdjęcie pierwszemu z wielu kolejnych łabądkowi i idę połazić po plaży. Po drodze mijam młodzieńca z recepcji taszczącego bagaże do kolejnego pokoju i jego zrezygnowaną kobietę.

19.30

Na kolacji oczywiście spotykam starych znajomych. Aminę, Zyzo, Momo, Hendę. Nie ma Kimo – pojechał na urlop. Jest oczywiście Alla „pierwszy po Bogu” w Mena, który jak zwykle wita się z gośćmi. Witam się z kelnerami i kucharzami. To nieprawdopodobne, że w tłumie tysięcy osób poznają tych, którzy już byli i cieszą się z ich powrotu.

14.07.05 – czwartek 5.00 – pobudka.
6.15
– docieram przed recepcję. Na ulicy stoi już kilka autokarów. Wiem, że dużo osób wyjeżdża dzisiaj na wycieczkę do Luksoru. Ja oczywiście nie dopytałam Andrzeja kto po mnie przyjedzie. Kiedy stoję jak parasol zastanawiając się co zrobić, na dziedziniec wjeżdża mały autokar firmy „Blue Sky”. Młody Egipcjanin pyta mnie czy jadę do Luksoru.

- Nie – odpowiadam
- A dokąd?
- Do Asuanu, statkiem.
- Stąd?

Patrzę na niego i już wiem, że plotę bzdury, ale czego można spodziewać się od człowieka, który spał może 3 godziny? Prosi o voucher. Ecco Holiday! – wsiadamy! Moja czerwona walizka z doczepioną na Okęciu metką „heavy 26” ląduje na dachu autokaru. Wsiadam. W środku jest grupa lekko zaspanych, przesympatycznych, wesołych Holendrów.

3.jpgPlanowałam wyspać się w drodze do Luksoru, ale Shady – transferman - dba abym nie zmrużyła oka. Zastanawiam się również, czy moje kabanosy i salami wepchnięte do walizki, która teraz opala się na dachu, będą chodziły same, czy może to ja włożę je do lodówki.

Shady odstawia nas na statek kompanii Sun Rise „Nile Saray”. W recepcji zgarnia mnie ciemnoskóry młodzieniec i prowadzi piętro wyżej. Siadamy przy pięknym drewnianym stole, kelner przynosi ciepły sok cytrynowy. Kupuję wszystkie wycieczki o których mówi Ahmed (poza Doliną królów i Karnakiem gdzie już byłam) i tę najważniejszą! Do ABU SIMBEL!!!!

UFF .... zaczynam kolejną przygodę.... spełniam moje marzenia.... Port gdzie stoi nasz statek jest na przedmieściu Luksoru. Nie mam ochoty na jazdę taxi do centrum. Rezygnuję z kolacji i idę spać „z kurami”. 15.07.05 – piątek 5.30. Miotam się między dzwoniącymi budzikami, telefonem i łazienką.

O 6.15 Jestem na najwyższym tarasie statku, robię pierwsze zdjęcia wschodu słońca w LXR, widzę jak na parking podjeżdżają autokary, idę na śniadanie. Okazuje się, że przydzielono mi miejsce przy stole z Amerykanami z Filadelfii. Barbara, John, Rebeka i Brian – trochę sztywni, ale mili.

7.00 – schodzimy ze statku. Na parkingu wsiadamy do busa. Ruszamy. Pytam Ahmeda gdzie reszta grupy. Okazuje się, że każde biuro podróży zapewnia swoim turystom pilota i transport. Ponieważ tylko ja jestem z Ecco Holiday to Ahmed jest tylko dla mnie i mam oddzielny transport. Jestem zaskoczona – mam indywidualne zwiedzanie!!!! Jedziemy do Doliny Królowych. Po drodze (znowu) zdjęcie przy Kolosach Memnona. Następnie Medinet Habu – Świątynia Ramzesa III i ok. 10.00 jesteśmy na statku. Przy recepcji wita nas załoga częstując ciepłym sokiem cytrynowym i podając ciepłe, małe, wilgotne ręczniczki.

13.00 – Odbijamy (wreszcie!).


4.jpgOk. 17.0 – jesteśmy w Esna. Czekamy na wpłynięcie do śluzy. Do naszego i innych statków podpływają na małych łódeczkach handlarze oferujący towary – głównie ręczniki. Zaczyna się targowanie po czym Egipcjanie rzucają towar wysoko w górę na taras statku, a turyści zawinięte w foliowe torebki pieniądze. Załoga statku podaje tace z jedzeniem obsłudze śluzy . Na ulicy widzę stado kóz, które nie zważając na samochody wolnym krokiem zmierzają w stronę kanału. Mijamy śluzę i sennie płyniemy dalej.

Czuje się jak postać z kryminału Agathy Christie „Śmierć na Nilu”. Ponieważ ciężko wytrzymać na najwyższym basenowym tarasie, siedzę niżej, na zadaszonym i przez lornetkę podglądam życie mieszkańców miasta i małych, biednych wiosek. Robię mnóstwo zdjęć niesamowitych krajobrazów. Wjeje gorący, przyjemny wiatr. Uczę Ahmeda polskich zwrotów, a on mnie arabskich.

16.07.05 – sobota

6.00 – jak zwykle pobudka. Gdyby ktokolwiek powiedział mi, że na urlopie będę wstawała o tej porze – wyśmiałabym. A tu proszę, zanim Ahmed kontrolnie zadzwoni – ja już jestem w łazience! W nocy dopłynęliśmy do Edfu. Jak zwykle wychodzę na najwyższy taras. Jest jakoś inaczej. Nie wiem o co chodzi, ale czuję inny klimat miasta.

7.00 – Jedziemy do świątyni Horusa. Tym razem Ahmed upycha nas do autokaru z niemieckimi turystami. Przed świątynią „parking” dorożek. Idziemy dalej. W jakimś przewodniku przeczytałam że: „kompleks świątynny w Karnaku bije na głowę wszystkie zabytki Egiptu z wyjątkiem piramid w Gizie...” Owszem, może, ale ja zaniemiałam. Przestałam gadać z Ahmedem i z „okrągłymi” oczami, z niedowierzaniem słuchałam i patrzyłam na nieprawdopodobne ruiny świątyni. Jest to jedna z najlepiej zachowanych egipskich świątyń. I tylko wyobrażam sobie, że bywała tu Kleopatra! Tu dopiero czuje się prawdziwy stary Egipt.

Do portu wracamy autokarem z inną grupą. Trochę mnie to dziwi, ale wiem, że rozsądniej dołączyć 2 osoby do dużej grupy, niż załatwiać oddzielny transport. Jednak dlaczego tak się stało domyślę się dopiero w Safadze.

Zachwycam się miastem, to już inny Egipt. Na ulicach mnóstwo wypucowanych dorożek. Mężczyźni prawie wyłącznie w galabijach. Kobiety w tradycyjnych strojach. Młode dziewczyny – różnie. Jest ciszej i czyściej Tu czuje się prawdziwy Egipt. Ci ludzie tu się urodzili i tu żyją. Jest inaczej niż w HRG i LXR.

5.jpgOk. 12.00 – odpływamy do Kom Ombo. Jeszcze nie wiem, że dopiero tam zaniemówię. Ok. 17.00 - Nie wierzę w to co widzę. To nie może być prawdziwe, to nie może mieć kilka tysięcy lat. Świątynia Sobka i Horusa usytuowana jest na wzgórzu na brzegu Nilu, gdzie w gorących promieniach słońca wygrzewały się krokodyle. Tym razem nie musimy korzystać z transportu. Ze statku wchodzimy prawie bezpośrednio do świątyni.

Ahmed opowiada o świątyni, bogach, faraonach, a ja co chwila przerywam mu, bo zauważam coś pięknego, co chcę zapamiętać moim nowym cyfrowym canonkiem ponieważ wiem, że jak zwykle wyjdziemy inną bramą i już nie będę miała szansy na super fotki. Przy bramie, pod małym daszkiem siedzi policjant w białym mundurze – modli się, w dłoniach trzyma miniaturę koranu. Na statku jak zwykle czekają na nas z ciepłym sokiem cytrynowym i wilgotnymi, ciepłymi ręczniczkami. Wieczorem mamy „Galabija Night”. Chyba kupię w naszym sklepiku kieckę. 24.00 – Dobrze zrobiłam – wszyscy turyści i piloci byli w strojach ludowych. Było dużo konkursów i dużo śmiechu. Stoimy z Ahmedem na najwyższym tarasie naszego Nile Saray. Ja w granatowej, a on białej sukience. Wpływamy do Asuanu. Nie mogę uwierzyć, ze dotarłam aż tutaj, że zobaczę Wielką Tamę, pierwszą kataraktę i pojadę jeszcze dalej na południe - do Abu Simbel.

17.07.05 – niedziela

6.00 – dzwonię do Ahmeda i pytam czy zamawiał budzenie (to on zawsze sprawdza telefonicznie czy wstałam). 7.30 – Schodzimy ze statku. W porcie czeka na nas (znowu własny) transport. Tym razem jest to biały, wypolerowany Lanos. Jedziemy zobaczyć Wielką Tamę i jezioro Nassera. 8.00 – Stoję na Wielkiej Tamie i łzy kręcą się w oczach. To co widzę znowu przerasta moje wyobrażenia. Podobnie czułam się kiedy zobaczyłam grób Jana i Cecylii na Białorusi. Jednak teraz to coś zupełnie innego.

6.jpgWiedziałam, że jest to piękne miejsce, ale nie wiedziałam, nie przypuszczałam, że aż tak niesamowite! Mogę tu stać i stać i stać.... Ahmed pogania mnie – mamy jeszcze dużo do zwiedzania. Płyniemy na wyspę File. Wielka Świątynia Izydy - kolejny szok, brak słów, łzy. Ahmed pokazuje mi numery na kamiennych blokach. Służba Starożytności i UNESCO opracowały plan ratowania zabytków przed zalaniem wodą jeziora Nasera. W latach 1966-69 cały kompleks został rozmontowany, podzielony na 45 000 bloków, odrestaurowany i następnie zmontowany ponownie na wyspie Agilkia, którą wszyscy nazywają File. To zaczarowana wyspa, zaczarowane miejsce. Tym razem mówię do Ahmeda żeby sam wracał na statek – ja zostaję! To trzeba zobaczyć, nie da się opowiedzieć, opisać. Przy autokarach rozśmiesza mnie grupa niemieckich turystów ubranych w pomarańczowe kapoki - wybierająca się na wyspę.

Na własne życzenie i za własne pieniądze wlazłam do feluki! Płyniemy spokojnie na Wyspę Roślin. W drodze powrotnej zrywa się wiatr. Łódka płynie bokiem, ja siedzę na dnie z zamkniętymi oczami, z któregoś statku dochodzą dźwięki piosenki z "Titanica”, a panowie mają zabawę. Wreszcie dopływamy do brzegu. Skaczę jak gazela przez kolejne łódki. Przed nami jeszcze „niedokończony obelisk”, I katarakta i wizyta w meczecie. Ok. 16.30 – Siadam na piasku i staram się zapamiętać na zawsze to co widzę. Mam równocześnie nadzieję, że nie widzę tego po raz ostatni....., że jeszcze tu wrócę. Jeśli ktoś widział I kataraktę na Nilu w blasku zmierzających w stronę zachodu słonecznych promieni Boga Amona Re rozumie o czym mówię.

7.jpgW meczecie Ahmed cierpliwie, spokojnie wyjaśnia mi tajniki jego religii. Jestem naprawdę pod wrażeniem. Amerykańcy wysiedli (wracają samolotem do Kairu) więc zapraszam Ahmeda do mojego stołu. Ahmed mówi coś o grupie Polaków, którzy jutro dołączają do nas i martwi się, że już teraz będę miała swoich kolegów z Polski i skończą się nasze angielsko-polsko-arabskie pogaduszki.

18.07.05 – poniedziałek

3.00 – pobudka. W recepcji dostajemy suchy prowiant. Ziewając lezę za Ahmedem po nabrzeżu. Na widok tłumu zaspanych, z białymi poduszkami pod pachami turystów wyglądających jak stado ubezwłasnowolnionych duchów dostaję ataku śmiechu i budzę się. Jedziemy do Abu Simbel!

Kolejne moje marzenie – zobaczyć Wielką Świątynię Słońca Ramzesa II i jego najulubieńszej żony Nefertari. Warto spędzić pół dnia w autokarze aby TO zobaczyć! A ja teraz będę marzyła aby znaleźć się w tym miejscu o świcie 22 lutego lub 22 października. To dni urodzin i koronacji Ramzesa. „Przez którekolwiek z tylnych drzwi i poprzeczny przedsionek dochodzi się do centralnego sanktuarium – cztery posągi, niegdyś pokryte złotem (obecnie okaleczone), oczekują na dotknięcie promieni słonecznych o świcie 22 lutego i 22 października. Urodziny Ramzesa były 21 lutego, a jego koronacja 21 października, ale przeniesienie świątyni przesunęło te słoneczne wydarzenia o jeden dzień. (Przewodnik Pascala „Egipt”)”.

8.jpgZnowu zaskakuje mnie widok szkarłatnego jeziora Nassera. Znowu, jak na File myślę o tym, ze gdyby nie UNESCO, nie mielibyśmy możliwości zobaczenia tych nieprawdopodobnych zabytków. Znowu łzy – nigdy w najśmielszych marzeniach nie sądziłam, że TU dotrę. Już wiem, że straciłam wiele lat życia. Już wiem, że muszę dużo zmienić, że nie mogę żyć tak jak żyłam przez ostatnie 15 lat!. Wracamy na statek. Ahmed spieszy się odebrać grupę Polaków, którzy dołączają do nas na rejs 4 dniowy. Ja wreszcie mam czas na opalanie.

Ok. 15.00 – Znowu stoję w lekkiej przewiewnej sukience na zadaszonym tarasie statku. Odpływamy. Z żalem myślę, że to już z górki. Jeśli miałabym do wyboru miasto w którym chciałabym zamieszkać – byłby to Asuan! Niestety, tego marzenia nie mogę sobie sama spełnić! Nie wierzę, że tu jestem i nie wierzę, że już odpływam, że tak naprawdę to już prawie koniec spełniania marzeń. Nagle słyszę miły głos – Dzień dobry – odwracam się i widzę Andrzeja – naszego rezydenta z Menaville. Witamy się jak starzy, dobrzy znajomi mimo iż poznaliśmy się 1,5 tygodnia temu i widzieliśmy może 3 razy. W czasie dalszej podróży Ahmed, Andrzej i Polacy będą zwiedzali to co ja już widziałam. Ja poddam się sennej atmosferze statku przerywanej szkolnym dzwonkiem, który zapędza nas na posiłki.Wieczory będziemy spędzali razem: my z Andrzejem „grzesząc” czyli pijąc piwo i Ahmed, który nie może zrozumieć, że egipskie piwo Stella to dla nas oranżada.

19.07.05 – wieczór

Wpływamy do Luksoru. Koniec bajkowej podróży, ale do Safagi wyjeżdżamy dopiero pojutrze. Dzisiaj dołącza do nas Amir – pilot – przeskakuje przez barierki naszych statków – jest z grupą Anglików na statku tej samej kompanii. Jest wesoło – nadajemy sobie imiona – Ahmed po długich pertraktacjach zgadza się na Grzesia, Amir zostaje Ludwikiem, Andrzej wybrał sobie sam imię: Karim, a ja dostaje imię Samira (zmienię je później na czyjąś prośbę).

Po godzinie hałasowania na statku, wychodzimy do pobliskiej (jedynej, ale b. przyzwoitej knajpki) na disco. Oczywiście siadamy przy stoliku na zewnątrz gdzie moje stopy zapadają się w dywanowym miękkim trawniku. Jest ok. 23.00, a dookoła jest sporo Egipcjan – kobiet, mężczyzn i bawiących się małych dzieci. Panowie mają ochotę na shisę, ja na piwo. Niestety dosiada się do nas szef Ahmeda i Amira i zabawa kończy się na pogaduchach przy herbacie z hibiskusa.

20.07.05 - środa

Znowu pobudka o świcie, znowu robię zdjęcia kolejnego wschodu słońca i kawał Ahmedowi, czyli dzwonię do jego kajuty z pytaniem czy zamawiał budzenie. Ahmed nie w humorze. W nocy dostał wiadomość, że zachorowała jego mama. Jednak uśmiecha się zadowolony, że mimo iż już byłam w kompleksie świątynnym w Karnaku, jadę z nimi. Oczywiście znowu latam „na wszystko” czyli 7 razy dookoła świętego Skarabeusza.

Nie wiem dlaczego, ale nie lubię Karnaku. Jest za duży, przytłaczający. Najlepiej oglądać go z lotu ptaka. Za kioskiem z książkami i pamiątkami odkrywam dwie tablice z planami wschodniego i zachodniego brzegu Nilu z okresu świetności przed kilkoma tysiącami lat. Chciałabym kupić takie same i zabrać do Polski, ale pomarzyć, pomarzyć.... Jest bardzo gorąco, wbrew pozorom goręcej niż w Asuanie. Turystów niewielu. Ahmed pogania nas – jedziemy do zaczarowanego miejsca – Świątyni Amona w Luksorze, która jest połączona z kompleksem w Karnaku ponad dwukilometrową aleją sfinksów. Budowana od czasów Hatszepsut do okresu rzymskiego, przez wiele lat była zasypana piaskiem i śmieciami.

„Pomimo elementów dodanych przez późniejszych faraonów i przebudowania sanktuarium za czasów Aleksandra Wielkiego, świątynia zachowała spójność niemal urągającą gigantyzmowi Karnaku. Kiedy żołnierze francuscy ujrzeli ją po raz pierwszy w 1799 roku, spontanicznie zaprezentowali broń (Przewodnik Pascala „Egipt”)”. Jak zwykle latam jak poparzona z aparatem, chciałabym zapamiętać wszystko, ale i tak nie da się. Pozostaje mi tylko zmusić Ahmeda do wspólnego zdjęcia. Andrzej – Karim robi fotkę, ja się śmieję, a Ahmed stoi jakby kij połknął. Chyba nie codziennie obca kobieta trzyma go za rękę! Ale jak mogłabym nie mieć wspólnej fotografii?

Ok. 17.00 moi nowi przesympatyczni znajomi czyli Małgosia z dzieciakami: Magdą i Michałem oraz ja i Karim jedziemy na targowisko w Lxr. Jej mąż Franek odmówił. Ja jak zwykle potrzebuję pilnie bankomatu, Małgosia chce kupić pamiątki. Włóczymy się po zatłoczonych uliczkach. Trafiamy do sympatycznego sklepiku „Bryndza, mydło i powidło”. Dwóch młodych chłopaków - sprzedawców zaczyna się z nami przekomarzać. Ja wybieram camele dla „moich” dzieciaków w Polsce i dla mojej młodej przyjaciółki Karoliny. Jeden z chłopaków proponuje Karimowi siłowanie się na ręce. (dlaczego? zgadnijcie!).
Walczą dwa razy i Andrzej – Karim wygrywa! Wychodzimy zadowoleni ze sklepiku. „Nasz” taksówkarz czeka już w umówionym miejscu, wracamy na statek, a we mnie coraz bardziej narasta smutek, że to końcówka snu, że każda bajka ma swój koniec.

21.07.05 – czwartek

6.00 – pobudka, kończę pakowanie, wychodzę na najwyższy taras. Na sąsiednich statkach baseny i leżaki udekorowane są już łabądkami z ręczników, na naszym odkurzacze zakłócają ostatnie przytulne, senne chwile. Ale co tam, za chwilę my wychodzimy, za nami „wyjdą” na nogach bagażowych nasze bagaże, a za może trzy godziny wejdą na ten i inne statki turyści nieświadomi tego co ich czeka. Bajeczne zabytki, super piloci, fajna zabawa na statku, baseny i jaccuzi, kelnerzy zapędzający nas szkolnym dzwonkiem na posiłki, miła załoga, przesympatyczni pokojowi, którzy mimo iż bakszysz jest wliczony w cenę podróży prześcigają się w produkowaniu łabądków, krokodyli, nietoperków itp.

Rozglądam się. Na parking wjeżdżają autokary, które rozwiozą wesołe zakolegowane towarzystwo do właściwych hoteli lub na lotnisko. Tak jak nie mogłam uwierzyć, że biorę czynny udział w tej „bajce”, tak teraz nie chcę uwierzyć, że mimo iż wracam do mojego Raju na Ziemi czyli hotelu Menaville w Safadze, to jest to koniec rejsu. Za krótko, zbyt szybko. Cóż, autokar nr 5, konwój. Nagrywam trochę obrazków naszej ukochanej pustymi dla Marty i Romka – oni też zachwycili się w kwietniu tymi niesamowitymi krajobrazami gór piaskowych i pustyni.

Ok. 12.00 meldujemy się w recepcji. Andrzej jedzie dalej do HRG, a nas wita Asia. Górę bagażu zostawiam w zacienionej alejce. Dochodzę do wniosku, że mój „podręczny” waży więcej niż ten „heavy 26”. Co ja tam mogę mieć ? Małgosia z Frankiem i dzieciakami zabierają klucz do swojego pokoju. Umawiamy się na „opalanie”. Ja dostaję super pokój 857. Jeden z najpiękniejszych widoków. Kwiaty, szafirowe morze, cisza. Nie dla tych, którzy nie lubią mieć daleko do restauranta. Ja w Menaville proszę o pokój jak najdalej. Uwielbiam iść na śniadanie plażą i oglądać piaskowe kulki wyplute w nocy i nad ranem na plaży przez kraby. To tak jak u nas mrozem na szybach, tam - piaskiem malowane.
W Menaville jest dużo Egipcjan - wakacje. Trochę to dziwny widok na plaży kiedy kobiety wchodzą do wody w sukienkach i chustkach. Młode Egipcjanki ubrane w „kostiumy” czyli obcisłe bluzeczki, leginsy i krótkie spódniczki.

23.07.05 - sobota

ok. 9.00 – moja służbowa komórka zaczyna co chwila odbierać idiotyczne (dla mnie) sms-y. Zastanawiam się czy wszyscy moi znajomi i koledzy z pracy dobrze się czują. Nawet Michał, kolega mojego syna pyta, czy wszystko w porządku. Zwariowali! Ok. 12.30 idę do mojego super pokoju. Jak zwykle włączam „1” czyli arabską TV. Nie wierzę w to co widzę, nic nie rozumiem. Przełączam się na BBC. Wciąż patrzę jak na sen wariata. Paranoja! Znowu zamach, tym razem w Sharmie. Zginęło wielu ludzi. Hurtem wysyłam wiadomość do wszystkich, że jestem cała i zdrowa. Późny wieczór – w Shisha barze - Alla mówi, że nie spał od chwili kiedy w nocy dowiedział się o zamachach, a ja, że nie mogę uwierzyć, że coś takiego się stało.

24.07.05 – niedziela

17.00 – Ja, Małgosia, Franek, dzieciaki Magda i Michał, oraz Beata z mężem i synkiem jedziemy do HRG. Ha! Nie boimy się! Co kogo czeka to choćby zamknął się we własnym domu, to i tak go dopadnie. A na „bazarze” jesteśmy jedynymi turystami. Uliczki świecą pustkami. Wjazdy zagrodzone płotkami. Sklepikarze przygnębieni. Stary Egipcjanin jedzie na osiołku. Smutno tu jakoś. Sprzedawca w sklepie gdzie są ustalone ceny pozwala nam targować się. Wychodzimy zadowoleni, ale też ze świadomością, że wytargowana cena za wszystko co razem kupiliśmy jest jak najbardziej właściwa dla właściciela.

25.07.05 – poniedziałek

12.00 – macham na pożegnanie Małgosi, Frankowi i Dzieciakom. Wracam na gorącą, słoną, piękna plażę. Wieczór – poluję moim canonkiem na kraby i w czasie kolacji zakolegowuję się z Egipcjankami i Egipcjanami spędzającymi wakacyjne urlopy w Mena.

26.07.05 – wtorek


Mam nowe koleżanki Egipcjanki. Trochę to śmiesznie wygląda kiedy one moczą się w kieckach, a ja „pływam” na poduszeczce , którą zostawili mi Małgosia i Franek. Wieczór – rozcięłam sobie mały palec – leciałam oddać buty Egipcjaninowi, który brał udział w konkursie na Mistera Turnusu – wygrał!

27.07.05 - środa

Znowu zrywam się o dziwnej jak na urlop godzinie. Płynę z VIP- ami. Tym razem zanurkuję głębinowo. ........A na pewno nie! Przestraszyłam się opowieści o oddychaniu przez rurkę powietrzem z butli. Ewa – moja nowa koleżanka namawia mnie na nurkowanie powierzchniowe. Idę... idę... idę.... To właśnie dzięki Ewie mam własne płetwy, maskę i rurkę!!!!

To dzięki niej dowiedziałam się, że pływam, bez problemu oddycham przez to dziwne urządzenie. Dzięki niej widziałam rafy i nieprawdopodobne taaaaakie ryby, ale ona jest stomatologiem i ma „dar” przekonywania! Teraz już wiem, że dam radę zanurkować głębinowo oczywiście z jednym z chłopaków z Polskiego Centrum Nurkowego w HRG V.I.P.

31.07.05- niedziela


Jutro wyjeżdżamy. Pytałam Asię, czy na pewno nie ma wiadomości, że Ecco znowu zostawia mnie na następne tygodnie, ale niestety nie. Mój kolejny pobyt w Egipcie, w Menaville dobiegł końca. Brak słów, brak myśli. I znowu nauczyłam się czegoś nowego – zaczęłam snurkować! Mam własne płetwy, maskę i rurkę! A jeszcze pół roku temu odmawiałam zamoczenia nóg powyżej kostek.! Wygrałam w bingo shisę i znowu „robiłam za hurysę” na wieczorku folklorystycznym.

Jadąc tu miałam nadzieję, ze tym razem Egiptu wystarczy mi przynajmniej na rok. Jak zwykle pomyliłam się – przepadłam na zawsze! Spełniłam swoje marzenie – zobaczyłam jezioro Nassera, I kataraktę na najdłuższej na świecie rzece Nilu. Mój Egipt to inni ludzie, ciepli, uśmiechnięci, gościnni. Wystarczy nauczyć się kilku zwrotów po arabsku, a nieba uchylą. Życie płynie tu wolniej. Starożytność miesza się z rzeczywistością. Biedne miasta i wioski zderzają się z przepychem hoteli- pałaców.

Dużo naczytałam się na różnych forach o złych biurach podróży, o zepsutym urlopie. Ja kolejny raz zaufałam Ecco Holiday i nie żałuję. Jeszcze nigdy nie widziałam takiej organizacji. Wiem, że Ecco współpracuje z egipskim biurem Blue Sky. Byłam jak paczka nadana w Polsce, która przeleciała, przepłynęła i przejechała kilka tysięcy kilometrów, aby bezpiecznie wrócić do Warszawy (choć wolałaby zgubić się gdzieś na egipskiej ziemi). Ahmed Khodary ”mój” własny pilot dbał nawet o bakszysz,. Czułam się jak dama, która nie musi się o nic martwić. Razem z Andrzejem-Karimem staraliśmy się, aby Ahmed czuł się z nami dobrze. Kiedy Amerykanie z którymi siedziałam przy stole na Nile Saray wysiedli w Asuanie, zaprosiłam Ahmeda do wspólnych posiłków i tak już zostało. Ahmed... kultura , dobre wychowanie, super przewodnik.

Dopiero tu w Menaville zrozumiałam co się stało w Kom Ombo. Dlaczego z grupą Polaków, którzy dołączyli do nas w Asuanie pojechał do świątyni Horusa dorożką, a mnie wsadził do obcego autokaru. Oczywiście to bardzo proste! Jak wyglądalibyśmy we dwoje w tej pięknej dorożce! W Abu Simbel oddałam Ahmedowi mój przewodnik Pascala i obiecałam wysłać książki do nauki j. polskiego. W Egipcie czuję się świetnie, nie przeszkadza mi upał. Kiedy dzisiaj po wyjściu z morza i spłukaniu soli biegłam spod plażowego prysznica do swojego legowiska – gorący piasek parzył moje stopy, a ja trzęsłam się z zimna! To dobry znak – mogę tu mieszkać!.

1.08.05 - poniedziałek

Budzę się o 6.20 (przyzwyczajenie po zwiedzaniu). Wychodzę na balkon. Na pożegnanie słońce robi mi niespodziankę – takiego wschodu jeszcze nie widziałam! Ostatni spacer brzegiem morza na śniadanie. Później latam po ogrodach Menaville robiąc zdjęcia. 12.00 – oddaję Asi balsamy z wysokim filtrem i inne rzeczy, których nie mam po co zabierać do Polski. Wsiadamy do autokaru, który zawiezie nas na lotnisko. Tym razem nie zgubiłam kolczyka, ale wiem, że i tak tu wrócę ponieważ zostawiłam dużo innych rzeczy, a przede wszystkim SERCE!

12.08.05 – piątek

Wysłałam Ahmedowi książki do nauki j. Polskiego, słowniki, polską prasę w j. angielskim – chce się uczyć niech się dowie więcej o Polsce. W Warszawie zimno choć świeci słońce. Siedzę w polarze, ciepłych skarpetkach i marzę o Egipcie. Marzę o widoku niebiesko szafirowego Morza Czerwonego, złocistych plażach, uśmiechu i prostym życiu. Marzę o kraju w którym zimą jest cieplej niż u nas latem.

Dziękuję wspaniałym ludziom: Aminie, Zyzo, Hendzie, Momo, Kimo i Allemu oraz Asi i Andrzejowi z Ecco Holiday za fantastyczne wakacje. Całusy dla Małgosi, Franka, Magdy, Michała i Ewy z dzieciakami – było mi bardzo miło spędzać z Wami czas. Specjalne pozdrowienia dla chłopaków z Polskiego Centrum Nurkowego V.I.P w Hrg. – jak zwykle było bardzo super i nie jest to tylko moje zdanie. Dziękuję Martusi, która użyczyła mi tytuł swojego pamiętnika. A specjale podziękowania dla Biura Podróży Ecco Holiday, które nieprawdopodobnie profesjonalnie spełniło moje marzenia !

See you Egypt my Jagamil !


Jolanta Gaj
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;