Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Odkrywanie Majorki
Autor: Anna Bałdyga   
1.jpg



Po ubiegłorocznych wakacjach spędzonych na Rodos utwierdziliśmy się w przekonaniu, że wyspy Morza Śródziemnego to jest właśnie to, co tygryski lubią najbardziej…i tym razem jako cel podróży obraliśmy Majorkę, największą wyspę archipelagu Balearów... Hiszpania? – świetnie, tam jeszcze nie byliśmy; najwyższy czas. Mężowi było w zasadzie wszystko jedno, koleżance, która wybierała się razem z nami, też – byle było ciepłe morze, palmy, piękne krajobrazy i wspaniała pogoda. Po lekturze przewodnika i informacji z internetu doszłam do wniosku, że mogę niepokoić się jedynie o aurę, która podobno pod koniec września bywa tam „zmienna’’.

Zachwyca nas już widok wyspy z okna samolotu…te postrzępione brzegi, góry na przemian z równinami porośniętymi bujną roślinnością…i ten niezwykły, czerwony kolor ziemi. Po wyjściu z terminalu przekonujemy się, że nie musimy się też martwić o pogodę (przynajmniej w dniu przylotu); wita nas słońce i prawdziwie letnia temperatura. Po półgodzinnej jeździe autokarem docieramy do Paguery, miejscowości położonej na południowym wybrzeżu Majorki, jakieś 30 km na zachód od Palmy – stolicy wyspy. Hotel Tora, w którym się zatrzymujemy, wygląda tak, jak na zdjęciach z katalogu biura podróży (Traveltime) – niewielki, czysty, położony w spokojnym miejscu – jak na razie, żadnych niespodzianek 2.jpg„in minus”. Rozpakowujemy bagaże i, mimo, że mamy za sobą noc spędzoną w podróży (musieliśmy wyjechać o 3 rano, aby dotrzeć na czas do Warszawy i na lotnisko), wychodzimy na rekonesans…szkoda czasu na sen. Spacerujemy uliczkami Paguery i coraz bardziej nam się tu podoba; hotel mieści się w bocznej uliczce ale jednocześnie bardzo blisko turystycznego centrum miasteczka – długaśnego, ładnego bulwaru ciągnącego się wzdłuż morza. Schodzimy na plażę, by przywitać się z morzem…nie decydujemy się jednak tego dnia na kąpiel; nasze żołądki dają znać o sobie i szybko lądujemy w jednej z przybulwarowych knajpek, gdzie rozkoszujemy się paellą z owocami morza i niebiańskim smakiem lodowatej sangrii z owocami. Cóż za rozkosz w ten gorący dzień… Teraz rozumiemy już, dlaczego serwują ją w litrowych dzbankach; jest tak słabiutka, że nie zamroczyłaby nawet niemowlaka. Ot, taki pyszny kompocik… Potem jeszcze spacer brzegiem morza, kąpiel w hotelowym basenie, kolacja i stosunkowo wczesne pójście spać kończy ten długi dzień.

Dzień drugi:

3.jpgBudzimy się nad ranem i – o dziwo – słyszymy odgłosy burzy...i to jakiej! Czyżby czarny scenariusz „zmiennej” pogody miał się sprawdzić? Na szczęście burza odchodzi w siną dal…gdy idziemy na śniadanie, wita nas wyglądające zza chmur słońce i temperatura zapowiadająca upalny dzień. Nie decydujemy się tego dnia na żadną z zaplanowanych wcześniej wycieczek; postanawiamy zwiedzić okolice. A jest gdzie pospacerować – miasteczko jest otoczone malowniczymi wzgórzami porośniętymi piniowymi lasami; warto wdrapać się jak najwyżej, ponieważ roztaczają się stamtąd piękne widoki na Paguerę i morze. Następnie podążamy za strzałkami z napisem „Cala Fornells” i odkrywamy prześliczną turkusową zatoczkę otoczoną skałami…jedną z wielu, z których Majorka, wyspa o niezwykle zróżnicowanej linii brzegowej, słynie. Dla nas jednak jest ona pierwsza i najśliczniejsza. Wracamy w kierunku bulwaru, mijając po drodze osiedle uroczych domeczków przylepionych do otaczających zatokę wzgórz…potem jakiś obiadek, kąpiel w morzu i tak powoli kończy się drugi dzień. Po kolacji popijamy na hotelowym tarasie sangrię (jakżeby inaczej) i zastanawiamy się nad trasą jutrzejszej wycieczki…wszak przyjechaliśmy tu tylko na tydzień; dość więc już tego nieróbstwa!

Dzień trzeci:


4.jpgOd razu po śniadanku udajemy się do zlokalizowanej poprzedniego dnia wypożyczalni Avis i wyjeżdżamy stamtąd nowiutkim renault modusem, kierując się na zachód do Port d’Andratax a następnie zahaczamy o uroczą malutką osadę Sant Elm, najbardziej na zachód wysunięta miejscowością na wyspie. Spacerujemy po wąskich uliczkach a potem długo podziwiamy położoną dosłownie o rzut beretem od brzegu wysepkę Sa Dragonera, otoczoną rojem wszelkiego rodzaju łódek i kutrów. Mieści się na niej rezerwat dzikiej przyrody. Czas jechać dalej, pakujemy się więc do samochodu i wyruszamy wzdłuż północno/zachodniego brzegu wyspy w stronę Valdemossy. Droga pnie się coraz wyżej i staje się coraz bardziej kręta…jedziemy przecież przez północne pasmo Serra de Tramuntana. Widoki wprost nie do opisania: te góry nad samym morzem! ta soczysta zieleń! ta niesamowita barwa morza kilkadziesiąt metrów poniżej! Ja i koleżanka zgodnie popiskujemy z zachwytu…mąż, biedactwo, musi skupić się na prowadzeniu samochodu. Żeby mu to wynagrodzić, zatrzymujemy się przy każdym miradorze (punkcie widokowym), żeby i on mógł się nacieszyć tym pięknem. Najdłuższy postój robimy nieopodal miasteczka Banyalbufar, niezwykle malowniczo położonego na terasach z czasów mauretańskich; od takiego widoku nie sposób oderwać oczu. Czas jednak płynie nieubłagalnie, więc opuszczamy nadmorski szlak i kierujemy się w głąb wyspy, w stronę Valdemossy. Zjeżdżamy coraz niżej i niżej i wreszcie naszym oczom ukazuje się skupisko domków zagubionych w kotlinie górskiej i wieża słynnego klasztoru Kartuzów, goszczącego swojego czasu Fryderyka Chopina i George Sand. Spacerujemy po wąskich uliczkach wśród kamiennych domków tonących w kwiatach…zaskakuje nas raptem przelotny deszcz, więc korzystamy z tej przymusowej przerwy w zwiedzaniu, by zjeść obiad, na koniec jeszcze zdjęcie przy pomniku naszego słynnego rodaka (myśmy tu byli!). Wsiadamy do samochodu i jedziemy w kierunku kolejnej górskiej wioski Deia. Przylepiona do zbocza góry osada niemal odbiera nam mowę z wrażenia (iście pocztówkowy widok). Niestety robi się coraz później, więc z żalem udajemy się w drogę powrotną do Paguery. Chcąc zaoszczędzić 4 euro, omijamy płatny tunel na drodze z Soller…i chwilę później gorzko tego żałujemy, bo wjeżdżamy w wyjątkowo pokręcone serpentyny, gdzie nie da się jechać szybciej, niż jakieś 40 km/h. Na szczęście późniejsza jazda do Palmy i dalej autostradą do Paguery to już czysta przyjemność…gdybyż w Polsce były takie drogi!

Dzień czwarty:


5.jpgTym razem jedziemy na przeciwległe, północno/wschodnie wybrzeże wyspy. Cel: Cap de Formentor. Już widok z samolotu tego długiego, wąskiego półwyspu zrobił na nas wrażenie. Co prawda ostrzegano nas, że droga (szczególnie na końcowym etapie) może być uciążliwa z powodu korków, ale co tam…nigdzie się w końcu nie spieszymy. Objeżdżamy Palmę obwodnicą i mkniemy dalej autostradą (ach, te drogi!) w stronę Alcudii. Tam robimy postój i spacerujemy po ślicznym starym mieście otoczonym średniowiecznymi murami obronnymi (zupełnie jak Rodos). Potem szybka jazda wzdłuż Zatoki Alcudia i droga zaczyna piąć się coraz wyżej i wyżej…wjeżdżamy w dzikie i trudno dostępne góry. Uwielbiam jeździć takimi malowniczymi serpentynami, ale ta trasa przerasta nawet moje oczekiwania. Z jednej strony wąziutkiej szosy pionowe ściany skalne, z drugiej strony – przepaść…a miejscami nie ma nawet choćby symbolicznych barierek! Powoli wjeżdżamy coraz wyżej i wyżej…aż wreszcie naszym oczom ukazuje się gigantyczny korek. Niestety nie da się tu zawrócić, więc posuwamy się dalej w ślimaczym tempie, aż wreszcie po niemal godzinie docieramy na sam szczyt. Widok stamtąd wynagradza nam wszelkie niedogodności – jak okiem sięgnąć, tylko dzikie i wyniosłe górskie szczyty i morze…kilkadziesiąt a może nawet kilkaset metrów pod nami. Droga powrotna to już pestka...staczamy się w dół, spoglądając z wyższością na tkwiące w korku samochody. Myśmy tam JUŻ byli! Po drodze robimy jeszcze krótką przerwę, by nacieszyć oczy widokiem schowanej hen w dole wśród skał turkusowej zatoczki Cala Figuera a następnie zatrzymujemy się przy punkcie widokowym Mirador El Mal Pas – widać stamtąd strome urwisko, morze, malutką wysepkę Es Colomer oraz piracką basztę na szczycie góry – Talaia d’Albercutx.

6.jpgWyjeżdżamy na chwilę z gór, kierując się w stronę Pollency i zahaczając jeszcze po drodze o kolejną uroczą zatoczkę – Cala Sant Vicenc. Jednak męża (a i nas też) bardziej od widoku morza interesuje zgromadzona przy prowadzącej na plażę ulicy kolekcja fantastycznych starych samochodów. Nie zatrzymujemy się w Pollency, bo straciliśmy w korku sporo czasu, a czeka nas jeszcze mocno pokręcona droga do Soller biegnąca przez północne pasmo Serra de Tramuntana. Góry przez które jechaliśmy poprzedniego dnia, były soczyście zielone, te natomiast urzekają nas swoją surowością…niewiele zieleni a do tego jeszcze z l lekka się chmurzy, co razem tworzy majestatyczny, nieco mroczny klimat. Bajka po prostu…jaka szkoda, że wąska górska trasa uniemożliwia zatrzymywanie się i cykanie zdjęć. Udaje nam się to dopiero przy przepięknym górskim jeziorze Embalse de Gorg Blau a następnie przy punkcie widokowym Mirador ses Barques, z którego roztacza się wspaniała panorama na Port de Soller. Robi się coraz później, więc jedziemy dalej, zatrzymując się w górskiej wiosce Fornalutx. Cukiereczek po prostu…chyba najpiękniejsza miejscowość, jaką widziałam na Majorce. Te domeczki wykładane żółtym piaskowcem, te wąziutkie uliczki z licznymi schodkami, ukwiecone ganeczki i balkony…a wszystko jakby o numer mniejsze i przez to tak zachwycające. Z żalem rezygnujemy z wizyty w położonej nieopodal wiosce Biniaraix i udajemy się w drogę powrotną – tym razem, nauczeni wczorajszym doświadczeniem, wybieramy płatny tunel i szybko docieramy do Paguery.

Dzień piąty:

Po wczorajszym rajdzie po górach czas na zmianę klimatu…a i mąż, który robi tu za jedynego kierowcę, buntuje się i życzy sobie mniej wyczerpującej trasy. Udajemy się więc na południe, kilkanaście km za Palmą zjeżdżamy z autostrady i po wydostaniu się z ostatniej z licznych tu nadmorskich miejscowości naszym oczom ukazuje się zupełnie inny krajobraz: niekończące się równiny, porośnięte niską roślinnością…i ani śladu cywilizacji. Z rzadka tylko mija nas jakiś samochód. W przewodniku wyczytałam, że właśnie w tej części wyspy morze jest najbardziej turkusowe a plaże najpiękniejsze…odwiedzamy więc kilka z licznych tu zatoczek: Cala Pi, Cala Santanyi (w której woda ma aż nieprawdopodobny kolor…jak płyn do mycia szyb! niech się schowają Karaiby!), Cala Figuera – zatoczka i romantyczny, ukryty wśród lasów piniowych porcik o tej samej nazwie. Nigdzie się dziś nie spieszymy, więc zasiadamy tu na tarasie jednej z nadmorskich kawiarenek i rozkoszujemy się widokiem portu, zajadając lody. To niesamowite, że na Majorce, odwiedzanej podobno co roku przez 8 mln. turystów, można znaleźć jeszcze tak spokojne, odludne okolice – chyba wrócę kiedyś w to właśnie miejsce jako bogata (?) emerytka.

Wjeżdżamy w głąb lądu, odwiedzając po drodze Capocorp Vell – najlepiej zachowaną talajotycką osadę na wyspie. Jesteśmy z lekka rozczarowani, bo widzimy jedynie jakieś bliżej nieokreślone kamienne konstrukcje (spodziewaliśmy się chyba drugich Pompejów)…ale wiek osady robi wrażenie: 1400 r. p.n.e. ! Kierujemy się dalej w stronę Portocolom, delektując się po drodze niezwykłym, czerwonym kolorem ziemi i sennymi miasteczkami w kolorze ochry…wszystko, nawet murki przy drodze, jest tu wyłożone żółtym piaskowcem. Krótka wizyta w starym porcie Portocolom, gdzie podziwiamy dobrze zachowane kolorowe domki rybackie – i powrót do Paguery przez Felanitx i Palmę.

Dzień szósty:

7.jpgWypadałoby zwiedzić wreszcie Palmę, stolicę wyspy; wsiadamy więc do autobusu i po jakiejś półgodzinie wysiadamy nieopodal słynnej katedry La Seu…wyniosłej, położonej nad samym morzem potężnej budowli. Oglądamy katedrę i przylegający do niej Odkrywanie Majorkipałac Palau d’Almudaina…następnie zapuszczamy się w plątaninę wąziutkich, biegnących we wszystkich możliwych kierunkach uliczek Starego Miasta, w której kompletnie się gubimy, pomimo uważnego studiowania mapy. Udaje nam się zlokalizować i odwiedzić Banys Arabs – łaźnie arabskie z X wieku. Po wędrówce przez malownicze place, których tu wiele (Placa Cort – Ratuszowy, Placa Major) docieramy na Placa d’Espanya –węzeł komunikacyjny Palmy. Dobrze, że udało się nam zlokalizować to miejsce, ponieważ już mamy plany na jutrzejszy dzień… Wracamy do punktu wyjściowego, katedry, spacerujemy piękną nadmorską promenadą, podziwiając port i miliony zakotwiczonych w nim jachtów. Nie decydujemy się jednak na wyprawę do górującego nad miastem zamku Castell de Bellver…mimo, iż Palma to urocze miasto, to jednak jesteśmy już nieco znużeni wielkomiejskim gwarem…na urlopie wolimy raczej uciekać od dużych miast, podziwiać morze, wspaniałe krajobrazy i zagubione wśród gór romantyczne miasteczka. Wracamy do Paguery zastanawiając się, czy uda się nam zrealizować plan kolejnej wyprawy.

Dzień siódmy:

Znowu jedziemy do Palmy; tym razem jednak wysiadamy na Placa d’Espanya. Mieści się tam dworzec kolejowy, z którego odjeżdża pociąg do Soller. Przed kasami wije się długa kolejka, jednak mimo naszych wcześniejszych obaw, posuwa się szybko i sprawnie, bez problemu kupujemy bilety i idziemy na dworzec, gdzie stoi już nasze zabytkowe (pochodzące z 1912 roku!) cudo. Teraz już rozumiem, dlaczego znajomi jednogłośnie przekonywali mnie, że TYM pociągiem muszę pojechać…jest absolutnie uroczy, przypomina mi pociągi z oglądanych w dzieciństwie westernów. Opuszczamy Palmę i przemierzamy przepiękną Dolinę Soller z licznymi sadami pomarańczowymi…jak uroczo musi tu być zimą, w porze zbiorów! Po niespełna godzinie jazdy przez 10 górskich tuneli docieramy na piękny, secesyjny dworzec w Soller, gdzie przesiadamy się do drugiego zabytkowego pojazdu: tramwaju z otwartymi wagonami. Po niespiesznej jeździe przez Soller docieramy do odległego o 5 km Port de Soller i stamtąd wyruszamy statkiem do Sa Calobra, podziwiając po drodze skaliste, niedostępne wybrzeże północnej Majorki. Wreszcie naszym oczom ukazuje się niezwykły widok...malutka plaża otoczona przez dwie potężne strome ściany skalne. To zatoczka Cala de Sa Calobra i jednocześnie wylot wąwozu Torrent de Pareis – celu naszej wyprawy. Wchodzimy tam przez tunel wykuty w skale. Widoki nie do opisania…te strome skały ( w niektórych miejscach osiągające podobno nawet do 600 m wysokości). Zapuszczamy się coraz dalej w głąb wąwozu…aż wreszcie jesteśmy w nim niemal sami, nie licząc paru innych turystów, którzy, podobnie jak my, w milczeniu ( żeby nie zakłócać panującej tu niezwykłej ciszy) kontemplują piękno tego miejsca. Tu jest niesamowicie...wyniosłe skały tuż nad naszymi głowami wprost mnie przytłaczają; czuję się jak bohaterka „Pikniku pod Wiszącą Skałą” Weira. Dochodzimy tak daleko, jak się da…i udajemy się w drogę powrotną, mając świadomość, że to jedno z najpiękniejszych miejsc, które widzieliśmy na wyspie. Wracamy statkiem, potem tramwajem i w ostatniej chwili udaje nam się wskoczyć do pociągu…jest jednak zapełniony do ostatniego miejsca, więc chcąc nie chcąc, zajmujemy miejsca na zewnątrz, na schodkach. Pociąg nabiera prędkości, trzęsie nas niemiłosiernie, w tunelach hałas zatyka nam uszy…ale ta forma podróży jest rewelacyjna; polecam!

Zaczyna się już ściemniać, gdy docieramy do Palmy…udaje nam się wrócić do Paguery „za pięć dziewiąta” i załapać na kolację. Jesteśmy jednak tak głodni, że zgarniamy na talerze wszystkie resztki, jakie jeszcze zostały w bufecie…nie patrząc, co właściwie jemy. Potem, chociaż zmęczeni, długo siedzimy nad morzem, popijając sangrię i obserwując przelatujące samoloty…to już prawie koniec, niestety…

Dzień ósmy:

Rano wita nas, o dziwo, kiepska pogoda; jest pochmurno i chłodnawo…i tak już zostaje do końca dnia. Może to i lepiej, bo to już nasz ostatni dzień na Majorce. Wyjeżdżamy z hotelu o 18-tej, przez okno autokaru po raz ostatni podziwiam TE widoki, mąż, jakby nieco wstydliwie, wyznaje w pewnym momencie: A wiesz? Żal mi jakoś wyjeżdżać. I to mówi on, który nie jest ( w przeciwieństwie do mnie) fanatykiem takich wyjazdów! Przejeżdżamy przez Palmę, oglądając pięknie oświetloną o tej porze katedrę i docieramy na lotnisko. A tam niespodzianka in minus: z powodu awarii wylot samolotu opóźnia się o jakieś 5 godzin. Hm…wysiadywanie w nocy na lotnisku w Palmie nie jest szczególną atrakcją, ale, o dziwo, nikt jakoś specjalnie nie narzeka i nie wszczyna awantur. W sumie lepiej stracić trochę czasu ale dolecieć do kraju w jednym kawałku.

Lądujemy w Warszawie około 6 rano…na szczęście pogoda jest zupełnie przyjemna, co łagodzi nieco szok klimatyczny. Wracamy do domu, pijemy przywiezione z Majorki winko, puszczamy sobie płytkę z hiszpańskimi gitarowymi rytmami i próbujemy uporządkować na gorąco nasze wrażenia z wyjazdu.

To przepiękna wyspa, mająca każdemu coś do zaoferowania. Wielbiciele nocnego życia znajdą to mnogość rozrywek, plażowicze – około 180 zatoczek (chociaż te najpiękniejsze bywają trudno dostępne) i morze o niezwykłej, turkusowej barwie (szczególnie na południowym wschodzie wyspy). Poszukujący zabytków z pewnością będą zachwyceni Palmą, uroczym starym miastem w Alcudii czy klasztorem w Valdemossie... Na miłośników pięknych krajobrazów czekają natomiast góry nad samym morzem (przepiękne Serra de Tramuntana), urocze górskie miasteczka i wioski z wąziutkimi uliczkami i balkonami tonącymi w kwiatach i czerwone równiny na południowym wschodzie wyspy. A wyprawę zabytkowym pociągiem do Soller i rejs do Sa Calobry po prostu TRZEBA odbyć, będąc na Majorce. Raziła nas nieco jedynie wszechobecna komercja...nawet w nadmorskich knajpkach zamiast gorących hiszpańskich rytmów byliśmy zmuszeni słuchać niemieckich przyśpiewek rodem z Oktoberfest. Ale cóż...takie są prawa rynku, Niemcy stanowią z pewnością większą część ok. 8 mln turystów corocznie odwiedzających wyspę. Zadziwiające jest jednak, że nie trzeba szukać szczególnie długo, by uciec od tego turystycznego zgiełku, znaleźć przepiękne, pustawe plaże i senne miasteczka, gdzie życie toczy się swoim własnym rytmem. Polecam każdemu...a i ja sama z pewnością zawitam jeszcze do Hiszpanii, bo urzekły mnie te śródziemnomorskie klimaty.

Anna Bałdyga
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;