Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Nepal
Autor: Włodzimierz Mozol   
Zobacz też:
29.10.2005

Już zapomniałem jak mogą być niewygodne nepalskie autobusy i jakie maja tu paskudne drogi, w końcu ostatni raz byłem tutaj dwa lata temu, ale od początku. Dzisiaj rano musiałem wstać przed 6.00, bo o tej porze mieli się zjawić na portierni mój osobisty przewodnik i tragarz. Tak jak się umówili tak tez się punktualnie stawili, poprzedniego dnia miałem spotkanie z tym przewodnikiem w firmie, na wypadek, abym był pewien kto przyszedł. Podoba mi się takie profesjonalne podejście właścicieli agencji. Kathmandu ma tak rozbudowana bazę hotelowa, ze nawet w największym szczycie sezonu zawsze wolne miejsca się znajdą i to na każdą kieszeń. Konkurencja w agencjach trekingowych, jest chyba jeszcze większa, więc naprawdę nie warto niczego wcześniej rezerwować oprócz biletu powrotnego na samolot. Podróż autobusem turystycznym z Kathmandu do Pokhary trwa ponad 8 godzin, tak mniej więcej w połowie drogi jest zaplanowany postój na lunch.

Wyżywienie na treku mam w cenie eskapady, 3 razy dziennie, trudno że to przeważnie daal bhat i woda lub herbata na popitkę, ale nie płynę na te konieczne wydatki, trochę dziwnie się czuje, bo Nepalczycy nie jedzą śniadań, oni rano pija herbatę z mlekiem, daal bhat w południe i daal bhat na wieczór, dziwnie się czuje, ja jem śniadanie a oni popijają herbatę, myślę ze przywyknę, oni nie reagują, bo są już do tego przyzwyczajeni. Na całej trasie jest cale multum wojskowych posterunków kontrolnych, z tym że w przeciwieństwie do autobusów zwykłych, autobusów turystycznych przeważnie nie kontroluja tak drobiazgowo. Pokhara nie wiele się zmieniła od mojego ostatniego pobytu, jest jednak znacznie więcej turystów i to w różnym wieku od ludzi z małymi dziećmi w nosidełkach na plecy, do 80-cio letnich staruszków w butach trekingowych. Jest tez więcej otwartych sklepów niż podczas monsunu. Odczuwalny jest także fakt przewagi podaży nad popytem w pokojach hotelowych. Hotel w którym się zatrzymaliśmy nazywa się Yeti, jest bardzo czysty, a pokoje dość komfortowe, z szerokim łóżkiem i oddzielną czystą łazienką, jestem zaskoczony, oczekiwałem niższego standardu za te cenę treku. Przewodnik i tragarz mają wspólny pokój. Za 2 godziny mam kolację, ciekawy jestem kiedy rzygnę daalem, jeszcze jednak mi smakuje. Rano wyruszamy do miejsca startu treku (tam się kończy bita droga) wynajętą taksówką. Od jutra zakwaterowanie będzie już tylko w tee house'ach, czyli mini schroniskach prowadzonych przez tubylców, ale pokoje maja być na podobnym standardzie co obecnie z tym, ze zamiast żarówek wieczorem będą świecić świeczki, ciekawie, nastrojowo i ekologicznie, już się nie mogę doczekać, by poczuć te klimaty. Jeszcze nie widziałem gór, przyjechaliśmy po południu, klimat Pokhary jest wilgotny i ciepły (dzisiaj jest 28 st. C przy wilgotności 100%), wiec kilka godzin po wschodzie słońca powietrze się nagrzewa i całość przykrywają mleczne chmury, trzeba wstać rano po wschodzie słońca, wtedy jak mówi przewodnik widok znad jeziora Fewa na masyw Annapurny, Dhaulagiri i Fish Tail, każdego zwali z nóg, wiec już jutro, nie mogę się doczekać ...

30.10.2005

Dzisiaj dzień zaczął się pechowo już od samego świtu. Wstałem przed siódmą rano, aby pójść nad jezioro Fewa podziwiać panoramę masywów Annapurny i Dhaulagiri,. Rozczarowałem się strasznie, znów odległe chmury przykrywały widok. Jakiż to pech, jestem w tym samym miejscu już drugi raz i nadal nie zobaczyłem tego po co tu przyjechałem. Parę minut po 8.00, po śniadaniu, na którym tym razem również wypiłem tylko mleczną herbatę, ruszyliśmy taksówką do Nayapool. Trzeba wiedzieć, że taksówki w Nepalu to przeważnie miniaturowe Suzuki Maruti, więc był spory problem, by upchać mój plecak do bagażnika, na szczęście lub może nieszczęście jakoś się to udało. Po niecałej godzinie dojechaliśmy na miejsce. Przy wysiadaniu i wyjmowaniu plecaków z tego miniaturowego autka okazało się, że została zmiażdżona zawartość jednej z kieszeni plecaka, w której trzymałem kosmetyki. Główny problem, był taki, że żel pod prysznic wylał się całkowicie, zalał całą kosmetyczkę i zawartość kieszeni. Czym prędzej opróżniłem wszystko, niemniej kleiło się strasznie i trzeba to było opłukać. Skorzystałem z przydrożnego ujęcia wody, usilnie starałem się spłukać upaprane elementy, ale zamiast czystości robiła się coraz większa piana. W końcu dałem za wygraną, ktoś jeszcze podał gazety by to powycierać, ale się jeszcze gorzej rozmazywało. Pomyślałem, „kurcze jaki pech”, spakowałem wszystko jak się da i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Po kilkunastu minutach zatrzymaliśmy się na lunch, podczas oczekiwania, na podanie klasycznego dania daal bhat, ponownie wszystko wyjąłem i powycierałem suchą szmatką, a następnie wystawiłem na prażące tego dnia słońce. Po kilkunastu minutach wszystko było już suche, niestety jak spadnie deszcz jub dostanie się znowu wilgoć , ponownie będzie wielka piana. Dla nie wtajemniczonych, główną i narodową potrawą Nepalu jest daal bhat, składa się z bhat czyli ryżu i daalu, którym jest zupa z soczewicy. Na niżej położonych terenach danie to urozmaica się dodatkowo, marynowanym szpinakiem, odrobiną ziemniaków smażonych w sosie curry oraz świeżymi warzywami jak cebula, marchew czy czosnek. Obowiązkowo do daal bhat podaje się również świeże lub suszone papryczki chili.
Szlek wiedzie kamienistą ścieżką niezbyt stromo pod górę. Po tej samej drodze poruszają się tragarze zaopatrujący przydrożne wioski, jak i zwierzęta juczne, głównie osły na których przewozi się większe ładunki. Trzeba uważać, by nie wdepnąć wiadomo w co, bo cała droga jest ufajdana wiadomo czym. Definicja wioski jest tu odmienna niż w naszych stronach. Wioska to zaledwie parę domów przy głównym trakcie i/lub jakiś sklepik z artykułami podstawowego zaopatrzenia, w tym głownie na potrzeby turystów. Miejscowa ludniość zamieszkująca wioskę to zaledwie i maksymalnie kilka/kilkanaście rodzin. Praktycznie też w każdej wiosce na szlaku znajdują się pensjonaty, nadzwyczaj skromnie urządzone o warunkach porównywalnych z naszymi schroniskami w górach. Początek szlku nie jest trudny, najbardziej doskwiera jednak upał. Klimat subtropikalny nizin Nepalu, powoduje że człowiek zalewa się potem, jednak nie z wysiłku, co przez tę nieznośną temperaturę i wilgotność. Po dwóch godzinach takiego marszu przechodziliśmy przez kolejną już wioskę. Wzdłuż drogi siedziało kilku wyrostków, zawołali mojego przewodnika , a ja pomyślałem, cóż znajomi wieśniacy. Staliśmy w miejscu dobre kilka minut, a On ciągle z nimi rozmawiał, w końcu zniecierpliwiony pytam kiedy ruszamy dalej ? Na to krótka odpowiedź, nie możemy, bo Ci goście to partyzanci maoistowscy i muszę uiści powiedzmy „dobrowolną” dotację dla Komunistycznej Partii Nepalu za możliwość kontynuacji przygody. Nie powiem trochę się ździwiłem, tutaj tak blisko Pokhary. Jak się dowiedziałem w Ghorepani stacjonują Ich oddzialy pod bronią. Ile ? 1200,- NRs, dostanę jednak pokwitowanie. Które upoważnia mnie do ukończenia trekku, gdybym mnie jeszcze po drodze spotkał inne patrole, to mam okazać glejt i to wystarczy, więcej nie płacę. Sporo to forsy jak na tutejsze warunki, ale co robić, przecież nie wrócę, a inaczej dalej nie puszczą. Oplaciłem, kwit dostałem, niecodzienna to pamiątka z Nepalu, niekażdy może się taką pochwalić, niestety dość kosztowna.

Ruszyliśmy w dalszą drogę, przed 15-tą byliśmy w wiosce Hile, tutaj mamy nocleg przed kolejnym zdecydowanie trudniejszym etapem do Ghorepani. Guest house „Mamata”, jest niezwykle sympatyczny, pokoje spartańsko urządzone, lecz czyste. Prysznic z gorącą wodą i toaleta są wspólne, lecz nie przeszkadza mi to absolutnie, gdyż gości jest jak na lekarstwo. Przed wejściem do pensjonatu zapadający w psychikę napis: „Jutro czeka Cię wspinaczka do Ghorepani, ponad 5 godzin, ale nie myśl o jutrze”. jakby mojego dzisiejszego pecha było za mało, to nim ulokowałem się w pokoju, lunął rzęsisty deszcz, ciągle jeszcze pada, tak wiem to przecież góry i pogoda jest nieprzewidywalna, ale jutro musi być lepiej, tak sobie powtarzam, jutro musi się wszystko odwrócić, ma być dobrze. Na pocieszenie jutro są też urodziny mojego przewodnika, myślę że będzie dobra zabawa, byleby tylko nie mieć zbyt dużego kaca przed dalszą drogą. Jest taka cisza, brak samochodów, spalin, zgiełku, teraz dopiero zacząłem odpoczywać!

31.10.2005

Wczorajszy dzień zdecydowanie nie należał do najlepszych, na domiar złego przed zmierzchem ściągnęła spora grupa Japończyków z tragarzami i wynajęli pozostałe pokoje w moim pensjonacie. Zasadniczo nie powinienem mieć powodów do narzekań, jednak ściany przedzielające pokoje zrobione były z na tyle cienkiej dykty, że było słychać spadającą zapałkę w sąsiedztwie. Mieszkające obok Panie zachowywały się nadzwyczaj głośnno do godziny 23-ciej, a trzeba wiedzieć, że w takiej wiosce jak Hile zupełnie nie ma co robić po zmroku i ludzie, zasadniczo turyści chodzą spać o 19-tej wieczorem. Noc jest bardzo zimna, przez tę nieznośną wilgotność, temperatura oscyluje powyżej 3 st. C, ale to tak jak u nas zimą, nad morzem chłód jest większy niż przy siarczystych mrozach w górach.

Dzisiaj wstałem o 6.00, nepalska herbata, gorący rosół i w drogę. Ten etak trekku należy do najtrudniejszych. Należy pokonać różnicę 1500 m, pomiędzy Hile, a Ghorepani. To mniej wiecej tak jakby ktoś wspiął się na Śnieżkę z Kołobrzegu. Droga w nieskończoność pnie się pionowo w górę. Starałem się iść jednostajnie, powoli, jednak panujący na niższych wysokościach klimat powodował, że zalewałem się potem jak szczur, łyk wody, kolejny, nowa butelka, itd. ...

Po przekroczeniu wysokości 2200 m. n.p.m., i wejściu do lasów rododendronowych, cień i wysokość spowodowały, że temperatura znacznie spadła, droga już nie była tak niesamowicie męcząca, a bliskość celu dodawała sił. Po 6 godzinach marszu, a w zasadzie katorgi dotarliśmy do Ghorepani. O moich ciuchach nawet nie wspomnę, bo cała woda, którą wypiłem z powrotem wróciła na odzież. Mieszkamy w guest house „Sikhar”, co mniej więcej znaczy „Wysoki Szczyt” na wysokości 2800 m. n.p.m.. Wioska ma swój nieodparty urok, gdyż prawie wszystkie dachy pomalowane są na niebiesko. Pokoje są wręcz doskonałe, nie to co w Hile, no i toalety „europejskie”, nie kucane. Gorący prysznic, co za rozkosz, po tym ciężkim dniu. Jesteśmy tak daleko od cywilizacji, a takie uciechy nie są tu obce, nie należy zapominać że cala ciepła woda pochodzi prawie wyłącznie z kolektorów słonecznych, a te urządzenia ktoś tu musiał wnieść ... Pełny relaks, całe zmęczenie mi ustąpiło, przypomina mi się spotkany turysta z Japonii, powiedziałem mu, że ta wspinaczka jest prawie ponad mije siły, On an to, „Nie przejmuj się Annapurna za to zapłaci:”, mam pewność, nie tyle nadzieję, ze miał całkowita rację!

Dzisiaj wieczorem obchodzimy urodziny mojego przewodnika, oj będzie bal, przydałby się jakiś prezent, cóż zupełnie nie jestem na to przygotowany, ale przecież mam lornetkę, tak dostanie lornetkę! Moi towarzysze doli i niedoli, bardzo ich lubię. Przewodnik C.B., to skrót od powiedzmy niewymawialnych przez Europejczyków imion ma, a właśnie kończy 35 lat, skończył licencjat na Uniwersytecie w Kathmandu na kierunku „ekonomia zarządzania”, ale w tutejszej gospodarce nie ma zapotrzebowania na tego rodzaju specjalistów i od z górą 10 lat pracuje jako przewodnik w agencji trekingowej. Z kolei Netra, mój, tragarz, nie przyznał się do wieku, ale oceniam Go na mniej więcej 60 lat, cóż całe życie pracuje na wsi. Teraz ma przerwę w kultywacji roli, a ponieważ jego sąsiadem jest Suman, czyli właściciel agencji z której kupiłem obecną eskapadę, poprosił o wsparcie i czy mógłby dorobić. Dodatkowo jest to Jego pierwszy wypad w rodzime góry, do tej pory najdłuższą podróż jaką przebył to wyprawa do Kathmandu.
Nie wiem co można robić tutaj wieczorem, chociaż wioska nieporównywalnie większa od Hile, to zarówno tam jak i tu nie ma żadnych atrakcji. Czyżby lulu o 20.00 ?

01.11.2005

Imprezka skończyła się o 20:30, no i przed 21:00 położyłem się wczoraj spać. Nie musze chyba pisać, ze to ja byłem fundatorem trunków, chociaż to nie moje urodziny ... Dyskutowaliśmy, przy kominku zrobionym ze starej stalowej beczki. chodzą do niej również rurki z zimą wodą, stąd gorąca woda pod prysznicem niezależnie od warunków pogodowych. Pensjonat świeci pustkami, prócz mnie, jest jeden Czech i Francuzka, a po południu zastąpiła ich para z Izraela, ale w zeszłym miesiącu było ponoć wszystko zajęte. Wczoraj ok. 20-tej mieliśmy wizytę partyzantów maoistowskich, sprawdzali kwity opłaty, kto nie miał wiadomo musiał uiścić dotację.

Dzisiaj ramo pobudka przed 5-tą rano, musimy zdążyć na punkt widokowy Poon Hill przed wschodem słońca. Nie wiem co Oni dodają do swoich trunków, mam na myśli lokalny rum, którego przecież niewiele wypiliśmy, ale rano głowę miałem kwadratową. Na dodatek trzeba sporo doginać pod górę, bo Poon Hill położone jest na wysokości 3270 m. n.p.m. Nadzwyczaj ciężko mi szła wspinaczka, łykałem co chwila wodę, jednak głównie na kaca, niestety spociłem się też strasznie, bo 500 m różnicę poziomów musieliśmy pokonać w niespełna godzinę. Drogę oświetlaliśmy latarkami, na przyszłość kupię sobie „czołówkę”, bo latarka ręczna praktycznie w żadnej sytuacji nie zdaje egzaminu. Zimno doskwiera nawet przy dwóch założonych polarach. Na punkt widokowy dotarliśmy prawie ze świtem, a tak zapomniałem, na szlaku obowiązkowa kontrola „Maoistów’ i weryfikacja opłaty. Widok z Poon Hill o świcie powali na kolana każdego, tak spektakularnej panoramy, prawdopodobnie nie ma w całych Himalajach. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. Dla mnie osobiście, Dhaulagiri, jest tą górą, która zostawi w mojej świadomości skazę na zawsze. Pomimo, że szczyt ten jest dość daleko bezsprzecznie, ta góra uczy szacunki i pokory. Zimno na szczycie wzgórza jest makabryczne, ktoś na ławce do siedzenia pokrytej grubą warstwą szrony napisał palcem „tu byłem”. Nie na długo to tu zostanie, za parę godzin, zrobi się ciepło i szron stopnieje. Ludzie są poubierani, jakby szli na sam szczyt Annapurny I, ja jedynie w polarze, staram się nie mówić bo z ust bucha kłębiasta para podczas każdego słowa. Na szczycie miejscowi ustawili stragan, opatulony sprzedawca, nalewa z wielkich termosów kubki z gorącą herbatą lub czekoladą. Drogo prawie 1 $, ale nie trzeba narzekać. Przecież ktoś to musiał tutaj wnieść. Przed 9-tą byliśmy z powrotem w pensjonacie. Lekkie śniadanie, herbata i po kacu ani śladu ! Zrobiło się już ciepło, wywiesiłem przepocone polary, aby wyschły na słońcu. Dzisiaj już mamy zaplanowany odpoczynek, czyli przerwę w wspinaczce. Dwa dni temu zaczął się jakiś duży festiwal hinduski. Na dzisiaj przewidziane są występy, uroczystości, tańce i śpiewy. Dlatego czas wolny zamierzam poświecić na zapoznanie się z miejscową kulturą, jednak to dopiero po południu, teraz laba ....

02.11.2005

Noc była nadzwyczaj zimna. Specjalnie zdjąłem mój zegarek casio protrek, aby nie zakłamywał pomiaru ciepłem mojej ręki. Nad ranem temperatura w pokoju oscylowała w granicach 0 st. C, a rano przed wyjściem w trasę w zamkniętych pomieszczeniach nie przekraczała 4 st. C. Nie mogłem się zbyt ciepło ubrać, bo znów czekała nas wspinaczka stromo pod górę, z drugiej jednak strony przejmujący chłód i tu i ówdzie zalegający szron, wymusił na mnie ubranie lekkiej kurtki na podkoszulek z długim rękawem. Wyruszyliśmy przed 8-mą rano, po skromnym śniadaniu składającym się z omleta i nepalskiej herbaty. Ścieżka przez prawie 50 minut pnie się stromo w górę, by docelowo osiągnąć szczyt wzgórza. Nie będę pisał, że wyplułem prawie płuca, jednak osiągnęliśmy szczyt w zamierzonym czasie. Porośnięty głównie trawami i krzewami wierzchołek leży prawie na identycznej wysokości co Poon Hill, czyli mniej więcej. 3200 m. n.p.m. Roztacza się stąd wręcz niesamowity widok. Idąc granią, po prawej stronie mamy panoramę porośniętych lasami wzgórz, natomiast po lewej stronie roztacza się bezkresna panorama na masywy Annapurny i Dhaulagiri.

Po kilkudziesięciu metrach ścieżka schodzi w dół i rozpoczyna się przemarsz przez nieprzebraną dżunglę. Prawie cała droga do Ghandruk prowadzi przez dżunglę, praktycznie do końca szlak pnie się to w górę to w dół , niesamowite widoki tutejszej flory i od czasu do czasu stada „białych” małp oraz innych osobników górskiej fauny. Po niespełna 8 godzinach dotarliśmy na miejsce. Hotel w miarę przyzwoity, chociaż poniżej standardu tego w Ghorepani. Miejscowość Ghandruk leży na wysokości niespełna 2000 m. n.p.m. Nie jest to jednak jakaś kolejna wieś, tylko małe miasteczko. Miasteczko odcięte od świata, bo całe zaopatrzenie wnoszą tu tragarze i zwierzęta juczne. Mamy tu jednak elektryczność oraz telewizję z kilkoma kanałami. Ponieważ tutaj ma swoją siedzibę ACAP (Annapurna Conservation Area Project) jest też szczególnie ekologiczne. I końcowa uwaga na dzisiejszy dzień. Musze przyznać, że szlak jest czysty, nie ma papierów, niedopałków, opakowań plastikowych, wygląda wręcz dziewiczo, brawo, tak trzymać !

03.11.2005

Wczoraj nie jadłem kolacji, byłem zbyt zmęczony, tylko kilka filiżanek nepalskiej herbaty i obowiązkowa roxi, chyba tak się to pisze, którym mnie zawsze częstuje przewodnik. Roxi to nepalskie piwo, a przynajmniej tak Oni to nazywają. Jest to jaakaś pochodna fermentacji ryżu o zawartości alkoholu w granicach 5-7%. Napój bezbarwny o smaku naszego rozcieńczonego bimbru.
Chyba się trochę przeforsowałem, wszystko mnie boli, szczególnie kręgosłup i wysiadają mi kolana. Zresztą problem kolan mam wspólny z tragarzami, Oni też bardzo często zapadaą na tę przypadłość. Całe szczęście mam kijek trekingowy, niestety uszkodzili mi go na lotnisku w Delhi, sam się nad tym zastanawiałem jak to możliwe, przecież zrobiony jest z solidnego aluminium. Udało mi się jednak poskładać całość do kupy i znów sprawuje się dobrze, chociaż amortyzator pozostaje uszkodzony. Dzięki niemu odciążam trochę stawy kolanowe, szczególnie przy stromych podejściach.

Dzisiaj ramo wstałem po 6-tej, prawie na wschód słońca. Hotel Budha, położony jest tak, że z tarasu rozpościera się zapierająca dech w piersiach panorama na Annapurnę South oraz Machhapuchhre. Wschód słońca nad górami to niesamowity widok, nie jestem pewien czy zrobione przeze mnie zdjęcia to oddadzą. Później śniadanie i oczywiście obowiązkowa herbata z mlekiem. Wyruszyliśmy przed 8.00, kolejny postój to Jhinu. Marsz zajmuje około 4 godzin, ponad połowę drogi schodzi się w dół, by przekroczyć rzekę. Druga połowa to jak zwykle strome podejście. Jhinu leży na wysokości 1600 m. n.p.m., nisko i upał zaczyna tutaj doskwierać. Wokół słychać gwar licznych zabaw, w końcu mamy dzisiaj ostatni dzień festiwalu. Po lunchu czeka nas upragniona atrakcja, czyli położone opodal ciepłe źródła. Może jakoś te kąpiele wpłyną na moje bóle kręgosłupa, mam taką nadzieję. Jedyną przeszkodą jest podejście do źródeł, znów trzeba schodzić w dół do rzeki, a w drodze powrotnej ponad 30 minut wdrapywać się do hotelu, cóż trudno, taki to urok Himalajów ...

Może jeszcze kilka uwag o wioskach. Jedynym środkiem transportu są tutaj tragarze. Pomimo, że mamy już XXI wiek, wioski w dalszym ciągu pozostają odcięte od świata. W tych niżej położonych mamy elektryczność i lepsze zaopatrzenie. Jednak w żadnej wiosce nie ma telefonu, telefony komórkowe nie działają, pozostaje telefonia satelitarna, ale przyznam szczerze, że jest to tylko w teorii, bo telefonów satelitarnych nigdzie się nie uświadczy. Na większych wysokościach, nocami jest bardzo zimno, oczywiście pokoje nie są ogrzewane, wymarzony komfort snu zapewnia ciepły śpiwór. Od tej temperatury szwankuje mi sprzęt elektroniczny, między innymi nadzwyczaj szybko rozładowują się baterie. Nie wiem jak w takich wioskach jest ze służbą medyczną, myślę że taki zbytek tutaj nie występuje, więc nie życzę nikomu chorować, bo nawet nie ma jak wezwać pomocy.
Ściemniło się , dzisiaj też nie jadłem kolacji, tylko duży dzbanek herbaty z mlekiem. Na tej wysokości to w zupełności wystarcza, zważywszy na moje zapasy tłuszczu. Wysiadła mi elektryczna maszynka do golenia, po prostu akumulatory po nocy padły, cóż zapuszczam brodę, C.B. mówi że wyglądam lepiej jak się nie golę.

Ciepłe źródła to istny raj, zupełnie nie przeszkadza, że w drodze powrotnej dogina się 30 minut pionowo pod górę. Trzy sadzawki zrobione z oszlifowanych kamieni wypełnia woda wydobywająca się ze szczelin. Woda ma temperaturę 38 st. C i rozluźnia wszystkie mięśnie w których zadomowił się kwas mlekowy. Zdecydowałem, że w drodze powrotnej zatrzymamy się tutaj ponownie. W związku z tym musiałem przedłużyć trekking o dodatkowy dzień, kosztowało mnie to jedynie lub może aż 25 $ w gotówce, oczywiście w tej kwocie zawarte jest również i moje zakwaterowanie i wyżywienie, czyli „wszystko w cenie”.

04.11.2005

Dzisiaj mija dokładnie tydzień jak wyruszyliśmy z Kathmandu. Czas tak szybko płynie, ze nawet tego nie zauważyłem. Ciekaw jestem co w kraju, jak „moherowa” koalicja, nie mam żadnej łączności i nie wiem co się tam dzieje. Rano jak zwykle po skromnym śniadaniu przed 7.00 ruszyliśmy w drogę, przed nami odległy cel – miejscowość Sinuwa, a dokładnie Górna Sinuwa.
Zdążyłem się już przyzwyczaić, że nie ma w tym kraju trasy spokojnej, zawsze musi być spory wysiłek by osiągnąć cel. Nie wiem czy to zasługa ciepłych źródeł i wczorajszej kąpieli, ale wszelkie bóle przeszły mi jak ręką odjął i czuję się rześki. Początkowo trasa pnie się wręcz makabrycznie w górę, trzeba pokonać różnicą wzniesień pomiędzy Jhinu (1600 m n.p.m.), a Chhomrung (2100 m n.p.m.). Przez prawie półtorej godziny ścieżka wije się prawie pionowo, postępujemy powoli po ułożonym z kamieni szkalu. Po osiągnięciu szczytu wzgórza na którym leży Chhomrung, szlak ostro schodzi w dół, do rzeki na której zawieszony jest chybotliwy most. Po przekroczeniu mostu, kolejna ostra wspinaczka. I tak po prawie 4 godzinach dotarliśmy do celu, ostatniej wioski na trasie. Są tu nieliczne zabudowania i kilka pensjonatów. Sinuwa położona jest na wysokości 2350 m. n.p.m. i chłód za dnia jest tu wyczuwalny. W nocy zapewne będzie już dość zimno. Pensjonaty wraz ze wzrostem wysokości robią się coraz skromniejsze, niemniej zawsze do dyspozycji gości jest łóżko, materac, pościel i poduszka. W przypadku, gdyby ktoś jednak zapomniał śpiwora, obsługa bez problemu użyczy nieodpłatnie kołder.

Prawdopodobnie od jutra miejscowości będu już nastawione wyłącznie na turystów. Jest to całkowicie zrozumiałe, dalsza trasa jeszcze nie istniała 50 lat temu, zapoczątkował ją M. Herzog, legendarny Francuz, który jako pierwszy człowiek zdobył 8-mio tysięcznik, czyli Annapurne I, niestety przypłacił to trwałym kalectwem. Prawdopodobnie z tą miejscowością kończy się również komfort ciepłej bieżącej wody, gdyż słońce nie nagrzewa już wystarczająco kolektorów słonecznych, lub kolektory zbyt szybko oddają ciepło, w każdym razie już ich nie instalują.. Zawsze jednak można zamówić wiadro z ciepłą wodą, spartańsko, bo spartańsko, ale da się utrzymać higienę. Wydaje się, że zbyt szybko skończyliśmy dzisiejszy dzień, chociaż z drugiej strony lepiej oglądać wszystko powoli. Do A.B.C. pozostało nam 2 dni drogi, na górze jak opowiadał wczoraj spotkany Włoch leży masa śniegu, a nocą temperatura spada poniżej –10 st. C. Będę musiał chyba poprosić o dodatkowe koce, bo mój śpiwór nie jest przystosowany do tak ekstremalnych temperatur.

Widziałem dzisiaj niesamowitą scenę. Na polach, a zasadniczo tarasach, uprawia się warzywa, jednak tu i ówdzie rosną krzewy marihuany, nie powiem całkiej sporej wielkości, przekraczające niekiedy nawet 2 metry. Widziałem jak dzieci przygotowują haszysz. Do dnia dzisiejszego nie zdawałem sobie sprawy, że haszysz produkowany jest z krzewów marihuany... Procedura wygląda mniej więcej tak. Gromadka małoletnich dzieciaków, przechyla drzewko, bo oczywiście jest ono za wysokie i naciera sobie obie dłonie o dojrzale kwiatostany. Po pewnym czasie tworzy się czarna skorupa, która powstała z wydzielin kwiatostanów. Następnie rodzice za pomocą noża lub innego ostrego narzędzia, zdrapują to co „uzbierała” latorośl podczas dnia z ich dłoni. Tak przygotowaną maź formuje się w laski i suszy. Finalny produkt przypomina znany u nas lak. Nie wiem, nie próbowałem, ale ponoć „towar” z tego regionu uznawany jest za najlepszy na świecie ...

05.11.2005

Wczoraj poznałem fajnych ludzi, parę z Niemiec i Holendra. Zatrzymali się w tym samym pensjonacie, więc sobie trochę pogawędziliśmy do późna. Wieczór zapowiadał się sympatycznie, lecz tuż przed zachodem słońca, ściągnęła grupa ponad 20 osób. Koreańczycy, tragarze i sidhar (przewodnik tragarzy). Zachowywali się głośno do późna w nocy. Wcześniej jednak sobie trochę popili i niektórym zebrało się na zaczepki słowne do moich nowych znajomych, dlatego zakończyliśmy dyskusję i poszliśmy spać parę minut po 20-tej. Koreańczycy szaleli prawie do północy, ponieważ wiedzieliśmy, że rano zmierzają do Deurali, dlatego postanowiliśmy, że zatrzymamy się w miejscowości Himalaya położonej wcześniej o 2 godziny drogi. Pierwszy byłem gotowy do wymarszu, dlatego dostałem zadanie by zarezerwować pokoje zaraz po dotarciu na miejsce dla znajomej trójki. Droga z Sinuwa do Himalaya prowadzi przez następujące miejscowości: Bamboo (2100 m. n.p.m.), Dovan (2600 m. n.p.m.) i wreszcie Himalaya (2900 m. n.p.m.). Według mojego przewodnika droga nie należała do trudnych, bo praktycznie jest płaska. cieszyłem się przedwcześnie, droga rzeczywiście była płaska, ale na sposób nepalski. To znaczy kilka minut ostro pod górę, później stromo w dół, wypadkowa to oczywiście linia pozioma, jednak tylko na mapie.

Aby było jeszcze weselej, ścieżkę z jednej strony otacza wzgórze, z drugiej kilkudziesięciometrowa przepaść. Dołem płynie rzeka Modi Khola. Trzeba być ostrożnym, bo wypływające pośród szczelin strumyki i liczne potoki zasilające Modi, powodują, ze kamienie na szlaku są często śliskie, chwila nieuwagi i można zapukać do bram Sw. Piotra. Od Bamboo szlak staje się trochę bardziej bezpieczny, niestety również bardziej siłowy, teraz już bez przerwy pnie się nieustannie w górę. Po niecałych 5 godzinach dotarliśmy wreszcie do Himalaya. Przytłaczające wrażenie, dwa pensjonaty, każdy może z góra 10 pokojami, restauracja i to już koniec, to całą Himalaya. C.B. poszedł dowiedzieć się o miejsca, wrócił po niespełna minucie. Wszystko zajęte, idzie kolejna duża grupa z Chhomrung. Nie będziemy spać w szopie, bo tak jak w każdych górach na świecie, miejsce do spania znaleźć się musi, zdecydowaliśmy, idziemy dalej, do ostatniej przez Machhapuchhre Base Camp miejscowości Deurali. Tam są cztery pensjonaty i to że jeden zajmą Koreańczycy, nie powinno przeszkodzić nam z znalezieniu jakiegoś noclegu. Po prawie 2 godzinach dotarliśmy do celu. Ponieważ już się trochę rozćwiczyłem, trasy robimy znacznie szybciej niż zorganizowane grupy.

Zjawiliśmy się znacznie wcześniej niż inni i dostaliśmy schludne pokoje. Deurali położone jest na wysokości 3231 m. np.m., otoczone niesamowitymi czterotysięcznikami, z topniejących w słońcu lodowców, spływają strumienie dając początek rzece Modi Khola. Jestem zdziwiony, po tygodniu przebywania na wysokości ponad 2000 metrów, mó organizm już się zaklimatyzował. Szpik produkuje więcej czerwonych krwinek i absolutnie nie odczuwam tutejszej wysokości. Ciekaw jestem czy znajomi Niemcy i Holender dotrą dzisiaj do Deurali, czy może jednak zatrzymają się na nocleg w Himalaya, to ostatnie jest o tyle prawdopodobne, że o ile zaplanowane wycieczki nie dotrą na czas, wolne miejsca z pewnością się znajdą. Przeczuwam, że noc będzie bardzo zimna, aż boję się bać.

06.11.2005

Annapurna Base Camp zdobyty ! Jednak zacznę od początku. Wczoraj przed zmierzchem zjawili się znajomi Niemcy i Holender, oczywiście nie było wolnych pokoi w miejscowości Himalaya, dlatego tak samo jak my poszli dalej. Po zachodzie słońca zjedliśmy kolację, tym razem już normalny daal bhat, za zimno, by nie dostarczać organizmowi dodatkowych kalorii. Na koniec dnia czekała mnie jak zwykle obowiązkowa partyjka szachów z C.B., lubię tę grę, ale bez przesady, przewodnik katuje mnie co wieczór i zawsze cieszy się że będzie miał sposobność pograć z kimś, kto tak jak On ma pojęcie (chociaż mierne) o szachach. Przed snem poprosiłem obsługę o dodatkowy koc. Wlazłem do śpiwora i przykryłem się dodatkową kołdrą. Wszystkie posiadane przeze mnie urządzenia elektroniczne, jak i same baterie umieściłem wewnątrz śpiwora, aby rano nie było żadnych niespodzianek. W planach na dzisiejszy dzień mieliśmy Machhapuchhre Base Camp, zwany potocznie M.B.C. położony na wysokości 3700 m. n.p.m.

Wspinaczka nie okazała się taka trudna, jak wstępnie ostrzegał C.B., byś może jest to wyzwanie dla osób, które odczuwają chorobę wysokościową, jednak u mnie nie zauważyłem żadnych objawów. Początkowo droga wiedzie wzdłuż rzeki Modi Khola, by po mniej więcej 20 minutach przejść w umiarkowanie strome podejście. Po mniej więcej 90 minutach dotarliśmy do M.B.C. To właśnie stąd ruszyła jedyna jak do tej pory brytyjska wyprawa na Machhapuchhre w połowie lat 50-tych XX wieku. Machhapuchhre w języku Nepalczyków, znaczy Rybi Ogon, to ze względu na podobieństwo szczytu do ogona ryby. Góra ta jest uważana za świętą zarówno dla wyznawców Hinduizmu jak i Buddyzmu, dlatego po niepowodzeniu wyprawy, rząd Nepalu zakazał późniejszych wspinaczek na ten bez mała siedmiotysięcznik. Pozostaje on do dnia dzisiejszego niezdobyty. Na miejscu okazało się, że wolnych pokoi brak, bo idzie jakaś duża grupa. Trochę to dziwne, bo w M.B.C. jest 5 pensjonatów, myślę, że problem tkwił w tym, że dla mnie samego, nie opłacało się im wynajmować pokoju dwuosobowego jako jedynki, a jedynek nie ma.

Ponieważ nie byliśmy zbyt zmęczeni, doszliśmy do wniosku, że idziemy dalej, do końca, do punktu, który był naszym celem czyli Annapurna Base Camp. Droga dość łagodnie posuwa się w górę, nielicznie dotąd zalegający śnieg, powoli przybiera. Mimo iż jak pisałem nie mam choroby wysokościowej, to powyżej 3800 m. n.p.m. idzie się nadzwyczaj ciężko. Ścieżka ma szerokość stopy, na poboczach leżą zwały śniegu, początkowo do wysokości kolan, a po przekroczeniu 4000 m. n.p.m. jest go już po pas. Scieżka jest wychodzona i nie ma na niej śniegu, tylko ta szerokość i zalegające błoto. Jest wręcz niemożliwym, by nią idąc nie ocierać ubłoconego obuwia o nogawki spodni, dlatego wszyscy, którzy docierają do A.B.C. mają niemiłosiernie umorusane błotem spodnie po kolana. Próbowałem iść poboczem, po śniegu, jednak śnieg jest na tyle świeży, że po każdym stąpnięciu zapadałem się po kolana. Z drugiej strony zupełnie nie wiadomo, co się znajduje pod spodem, wiec łatwo można się zranić, zdecydowanie lepiej, choć trudniej iść ścieżką. Po 2 godzinach wspinaczki w rozrzedzonym powietrzu dotarliśmy do obozu bazy. Teraz już wiem dlaczego to miejsce nazywają Annapurna Sanctuary, to rzeczywiście sanktuarium masywu Annapurny. Ze wszystkich stron te kilka chatek otoczone jest przytłaczającej wielkości szczytami. A.B.C. leży na wysokości 4200 m. n.p.m., zwały śniegu dochodzą do dachów parterowych zabudowań, dopiero z tąd mogłem dostrzec wierzchołek Annapurny I (8091 m. n.p.m.). Pozostałe szczyty jak Annapurna South, Annapurna II i III, Gangapurna i Machhapuchhre otaczają obóz ze wszystkich stron, ma się wrażenie że są tak blisko, na wyciągnięcie ręki ... Na tej wysokości słońce operuje niesamowicie, pojedyncze nawet profesjonalne okulary przeciwsłoneczne z trudem wystarczają.

Kilkadziesiąt metrów od bazy, jest buddyjska kapliczka poświecona rosyjskiemu himalaiście, który zginął w 1997 roku kilkaset metrów dalej przysypany przez lawinę. Ciała nigdy nie odnaleziono. Wybrałem się do kapliczki już samodzielnie, bo z tego wzgórza jest nieskazitelna panorama na bazę. Po odejściu od zgiełku zabudowań, zamiast ciszy, zewsząd słyszy się jednostajny pomruk i trzaski. To topniejące w słońcu lodowce, czytałem o tym fakcie, ale dopiero teraz byłem w stanie usłyszeć ten fenomen osobiście.

07.08.11.2005

Wczoraj byłem zbyt zmęczony, aby chwycić za pióro. W ciągu 8 godzin zeszliśmy do miejscowości Sinuwa, czyli jednego dnia zrobiliśmy to co poprzednio zajęło nam dwa. Może się wydawać, że schodzenie nie jest już tak męczące, ale nic bardziej mylnego. Nie można zapominać, że trzeba uważać na każdy krok, gdyż ułożone lub przypadkowo porozrzucane kamienie, płynące ścieżką strumyki i chybotliwe kamienne schody to istne wyzwanie. Podziwiam tragarzy, poruszają się praktycznie biegiem, skacząc z kamienia na kamień i często w samych klapkach. Ja musze badać grunt nim postawię na nim nogę, zajmuje to trochę czasu, więc poruszmy się zdecydowanie wolniej od tubylców.

Noc w A.B.C. była bardzo zimna, zważywszy na to, że ekstremalna temperatura dla mojego śpiwora do tylko –8 st. C, przed snem poprosiłem obsługę o dwie dodatkowe kołdry, pomimo, że na zewnątrz temperatura oscylowała wokół –12 st. C, a w pokoju niewiele więcej, spało mi się nadzwyczaj dobrze. Rano po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę powrotną. Przed południem jest zimno i temperatura nie przekracza –5 st. C, wszystkie poprzedniego dnia roztopione w słońcu miejsca skuł lód. Było niesamowicie ślisko, nawet ścieżka, poprzedniego dnia błotnista, teraz przypominała ślizgawkę. Netra mój tragaż, co chwila łapał „zające”, ja też nie ustrzegłem się przed kilkoma. Na domiar złego dostał również zapalenia spojówek po wczorajszym etapie marszu i teraz łzawią mu oczy i niewiele widzi. W połowie zejścia do M.B.C. spotkaliśmy znajomych Niemców, Holender niestety zapadł na chorobę wysokościową i kuruje się w jednym z pensjonatów w M.B.C. Ponieważ jest to chyba ostatnie nasze spotkanie na tym szlaku, dlatego na prędce wymieniliśmy się adresami e-mail i ruszyliśmy każdy w swoją stronę. Całość trasy znosiłem dość dobrze, jednak kryzys przyszedł po 6 godzinach w miejscowości Bamboo. Położona niżej o prawie 300 metrów niż Sinuwa, jest kolejnym punktem makabrycznej wspinaczki. Po 16.00 dotarliśmy wreszcie na miejsce. Zaczynało się powoli ściemniać, udaliśmy się na kolację, gdzie w gwarnym, choć bez przesady towarzystwie Nepalczyków, Francuzów i Japończyków przesiedzieliśmy do 20-tej. Dzisiejszy dzień zaplanowałem wcześniej jako dodatkowy dzień relaksu w ciepłych źródłach. To nic, że trasa Sinuwa – Jhinu zajęła nam prawie 4 godziny, to nic, że połowa trasy to ostra wspinaczka do Chhomrung, to nic że jeszcze nie zregenerowałem sił po dniu wczorajszym, to niż że w drodze powrotnej ze źródeł jest znów cholernie pod górę. Po lunchu schodzimy, wymoczę zbolałe mięśnie przed dalszą drogą, zregeneruję siły.

09.11.2005

Jhinu jest tą wioską, gdzie elektryczność nie jest już obca mieszkańcom, ale wczoraj przy kolacji wysiadł generator, więc spędziliśmy cały wieczór przy latarkach. W Jhinu noce nie są już tak przejmująco chłodne jak w wyższych partiach gór, dlatego w samym śpiworze spało się wyśmienicie. Nota bene tego dnia i nocy byliśmy jedynymi gośćmi w guest housie, a właściciel Gurung, były żołnierz Armii Indii okazał się nadzwyczaj sympatyczny. Jak zwykle rano wyruszyliśmy w dalszą drogę. Trasę 8 godzinną pokonalismy w niespełna 6.5 godziny i to z przerwą na lunch ! Generalnie droga przebiega „z górki”, chociaż na paru odcinkach trzeba nieźle doginać. Krajobrazy są zupełnie odmienne, dominuje rolnictwo, a daal bhat smakuje znacznie lepiej ze świeżymi warzywami. Zupełnie zapomniałem jak nieznośny jest upał na mniejszych wysokościach, praktycznie wszystko nadaje się do prania. Za 2 dni dotrzemy do Pokhary, to oddam całą już stertę brudów do pralni. Przed 15.00 dotarliśmy do miejsca przeznaczenia, czyli miejscowości Birethati. Dopiero jak przekroczyłem próg pensjonatu, dotarło do mnie, że wszystko się tutaj zaczęło. To właśnie w tym miejscu przed kilkunastu dniami suszyłem na słońcu utatłaną w żelu zawartość kieszeni plecaka. Wróciliśmy do punktu wyjścia, czas minął nieubłaganie szybko. Jutro już ostatnia spora atrakcja, punkt widokowy na Sarangkot. Następnego dnia powrót do Pokhary, a finalnie w sobotę kończy się przygoda i z powrotem do Kathmandu.

10.11.2005

Zapomniałem dzisiaj na noc schować koszulki i skarpet, które wywiesilem na dworze, aby przeschły po wczorajszym marszu. Niestety w nocy spadł deszcz i rano ciuchy miałem jeszcze bardziej mokre niż przed rozwieszeniem, spakowałem więc tak jak jest i ruszyliśmy w niedługą jz drogę do Nayapool. Po niespełna 30 minutach byliśmy na miejscu. Musimy poczekać na autobus, a ponieważ to punkt centralny wszystkich rozpoczynających się treków w rejonie Annapurny, więc nie ma z tym praktycznie żadnego problemu.

Zapakowaliśmy się do autobusu jadącego do Pokhary, sąsiad zostawił mi niewiele miejsca na nogi, zastawiając wolne miejsce koszem z ładunkiem. Wysiedliśmy w bliżej nieokreślonej wiosce, po mniej więcej 20-30 minutach jazdy, wystarczająco krótko, bo nogi nie zdążyły mi jeszcze ścierpnąć. Do Sarangkot prowadzi szeroka droga, którą od czasu do czasu przejedzie jakiś autobus, czy motocykl. Nie będę mówił o stanie nawierzchni, tragiczna to i tak komplement. Po 2 godzinach monotonnego marszu dotarliśmy do Sarangkot.

Jest to punk widokowy na całe pasmo Annapurny, miasto Pokhara i jezioro Fewa. Pomimo późnej godziny, pogoda jest dobra i doskonale widać ośnieżone szczyty. Niestety nad doliną unosi się coś w rodzaju mgły i zdjęcia zarówno gór jak i miasta wychodzą niewyraźne. Znajdujemy się ponad 600 metrów powyżej miasta, dlatego to wzgórze wybrali sobie paralotniarze. Kilka, a czasami nawet kilkanaście niby spadochronów unosi się bez przerwy w powietrzu. Z pensjonatu mam doskonały widok, gdyż położony jest prawie na samym szczycie wzgórza. Jutro schodzimy do Pokhary, jak zapewnia C.B., zajmie nam to mniej więcej godzinę. Później zarządzę czas wolny, mam tyle do zrobienia, oddać pranie, bankomat i wreszcie po 2 tygodniach pora na odczytanie e-maili zalegających skrzynkę.

11.11.2005


Ludzie tutaj, to znaczy goście, jacyś tacy drętwi, od razu widać różnicę, że to nie prawdziwi turyści, których miałem przyjemność spotykać w górach, tylko wczasowicze, którzy wybrali się krótki pobyt na tym położonym opodal Pokhary wzgórzu. Zejście do miasta zajęło nam dokładnie godzinę. Niekończące się, poukładane z kamieni schody, ciągle tylko w dół i w dół. Zrozumiałe Sarangkot położony jest na wysokości 1592 m. n.p.m., a Pokhara tylko 911 m. n.p.m. Nie zdążyłem się zmęczyć, a już byliśmy w mieście. Sezon w pełni, wynajęliśmy ostatnie pokoje w hotelu Yeti. C.B. i Netra poszli zadzwonić do szefa, że jutro wracamy, ja natomiast szybko pognałem pod prysznic. Nie kąpałem się od Jhinu, to znaczy ciepłych źródeł i zaczynałem zważywszy na panującą tutaj temperaturę pachnieć inaczej.

Przygotowałem pranie, sporo się tego uzbierało po 14 dnaich i oddałem na recepcji. W hotelu taka usługa jest droższa niż w mieście, bo liczą od sztuki, ale i tak są to śmieszne grosze. W międzyczasie wrócili moi towarzysze podróży. Okazało się, że Netra wraca jeszcze dzisiaj, jednak nie do Kathmandu, tylko do swojej wioski. Odprowadziliśmy Go na dworzec autobusowy , tym razem ja byłem przewodnikiem po ulicach Pokhary, cóż jest to też pewna nobilitacja. Miał spore szczęście, złapał autobus do punktu przesiadkowego, stamtąd ma jeszcze cały dzień drogi, chociaż odległość to niespełna 100 km. Wracając wstąpiliśmy do kafejki internetowej w mieście, nie lubię przepłacać, bo w dzielnicy turystycznej Lakeside za surfowanie płaci się kilkakrotnie drożej, przy porównywalnym standardzie usług. Zrobiła się 19.00 i pora spać. Zapomnialem dodać, że tym razem szczęście mi dopisało i znad jeziora Fewa mogłem podziwiać panoramę na te najwyższe na ziemi góry.

12.11.2005

Po śniadaniu odebrałem pranie, naprawdę należność to grosze, a ubrania czyste, poukładane i wyprasowane. Droga powrotna do Kathmandu zajęła nam prawie 8 godzin, głównie przez blokady i wojskowe punkty kontrolne, na których traciliśmy najwięcej czasu. Reasumując, poznałem jak wyglądają prawdziwe Himalaje, jakich fajnych gości można spotkać w schroniskach, jacy fajni ludzie to Nepalczycy. Zdobyłem tez to po co tu przyjechałem, a mianowicie Annapurna Base Camp. Przeżyłem upały w tropikach i siarczyste mrozy w górach, wypluwałem płuca przy ekstremalnych podejściach i nadwerężyłem stawy kolanowe przy kilkugodzinnych zejściach. Jednym słowem, po prostu BAJKA!, starałem się prowadzić dziennik i na bieżąco zapisywać te niekończące się przygody, wrażenia, rozczarowania i radości. Po powrocie przepisze to wszystko i jak ktoś będzie chciał chętnie udostępnię. Zrobiłem prawie 400 zdjęć, a niektóre myślę, że spokojnie nadawałyby się do National Geographic. Te góry są niesamowite i co ciekawe nadal dziewicze, pewnie wrócę tu za rok ...

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;