Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Maile wysłane podczas pobytu Chile-Argentyna 2006
Autor: Włodzimierz Mozol   
Maile wysłane podczas pobytu Chile-Argentyna 2006

2006-11-23


Witam Wszystkich !

No i wreszcie dotarłem, ale ile mnie to kosztowało zdrowia to chyba tylko mogę to sam ocenić. Ale od początku. Odpowiem na to nagminnie pojawiające się pytanie, jak odkrywam tak niezbadane tereny ? Odpowiadam i podkreślam, podkreślam i odpowiadam, kupuję jedynie bilet lotniczy w takie miejsce gdzie zawsze chciałem być, nie rezerwuję noclegów, ślepo nie wertuję internetu, kupuję i jadę, jadę w ciemno, wiem że jak sobie poradziłem w takich egzotycznych krajach jakich do tej pory, to i poradzę sobie i w tym przypadku, to cała filozofia mojego sukcesu, polecam, każdego na to stać!
Dobrze, a wracając do Punta Arenas, Patagonia, Chile, teraz siedzę sobie przed wybitą klawiaturą w kafejce internetowej w hostelu, trochę kroją za dostęp 600$ (będę używal znaku $, tak jak tutaj się używa, a oznacza to Chilean Pesso, kurs wymiany to 1 US$ = 500 Chilean $, więc jak nie zaznaczę inaczej $ oznacza Pesso Chilijskie) za godzinę, pokój nadzwyczaj skromny, chociaż jednoosobowy, a łóżko typu "matrimoniales", niemniej wc i natrysk są wspólne. Doba to 7000$, cóz da się przeżyć, specjalnie nie szukałem, byl to 3 hostel, do którego wszedłem, pierwszy był "ocupado", drugi za 10000$ za analogiczny pokój, a ten był trzeci. Nie chcialo mi sie szukac, jestem zmeczony, spedzilem prawie 2 doby w podrozy, by dotrzec na koniec swiata. Coz, Al Fin del Mundo, to prawda, dalej nie ma juz nic, jestem na samym skrawku Ameryki Poludniowej, rzuk kamieniem od przyladka Horn )zwany rowniez Przyladkiem Burz)i nad samoa ciesnina Magellana, ciesnina niczego sobie szeroka, jednak duzych jednostek tedy nie wpuszczaja, plyna przez Horn. Pogoda jest fajna, taka wiosna (chociaz powinno byc lato na tej polkuli), jedyny mankament to wiatr wieje zewszad, aczkolwiek nie jest przenikliwy, to dokuczliwy. Kurtka lub windstoper bardzo sie przydaja, byleby nie za cieple, jest ok 14 st C, wiec jako tako. Turystow jest sporo, przewazaja goscie z USA, w wieku powiedzmy slusznym, jest tez sporo gosci z Japonii, Izraela, UK, Niemiec, Holandii i Francji. Polakow nie spotkalem.
Wracajac do podrozy, do Berlina dotarlem polaczeniem liniowym z firmy Interglobus z dworca w Szczecinie, polecam, przejazdy komfortowe i konkurencyjne cenowo. Dalej, coz hiszpanska Iberia, mysle, ze to najgorsze linie lotnicze w Europie. Ktos sie krzywi, mysloc o Aeroflocie ? Nie, Aeroflot jest OK, lecialem z nimi to Delhi i Kathmandu, pomimo ze uzywaja wlasnych samolotow, sa one komfortowe i bezpieczne, to juz nie te czasy ...
Ale wracajac do Iberii, na Teglu podstawili nowa maszyne, kilkutygodniowy Airbus A319, mysle fajnie nowka, z "nowa koncepcja siedzien", ten drugi atut dla Iberii, byl zasadniczy, bo jeszcze nikt nie lata w Europie z takimi siedzeniami, dla mnie natomiast byl totalna porazka, jeszcze w zadnym, ale to zadnym samolocie rejsowym nie widzialem tak niewygodnych siedzen, istne loze madejowe, przypomina siedzenie z tylu w maluchu, istny koszmar, niech sobie wsadza te nowa koncepcje ... gleboko, ja wiecej A319 z Iberii nie latam ! Dobrze nie ma co narzekac, przelot Tegel- Madryt to tylko niecale 3 godziny, ktory jakos przetrzymalem. Dalej Barajas, coz lotniso jest duzo, by nie powiedziec bardzo duze, dotarcie z terminala przylotu 4S do odlotu 4, zajelo mi prawie 30 minut, ruchome chodniki, kolejka miedzyterminalowa, czau malo, wiec musialem sie spieszyc. I tu kolejna niespodzianka, na tablicy informacyjnej byl odlot ze stanowiska R14, na ktore dotarlem jak juz pisalem po praie 30 minutach, a tam sie okazuje ... ze leca dwa samoloty do Santiago de Chile, jeden linii LAN Chile, drubi Iberii, z tym ze Iberii ze stanowiska U61, przebiezka, bo czsu bylo juz malo miedzu R14, a U61 zajmuje mniej wiecej 15 minut. Jednak najdziwniejszym jest fakt, ze oba samoloty startuja o tej samej godzinie i w tym samym kierunku, wiec pomylek bylo cale mnowstwo, dlatego nasz samolot odleciel prawie 30 mniut pozniej. Prawie 14 godzin lotu, mozna zwariowac, tym bardziej ze staff Iberii wydziela wszystko, nawet wode do picia o ktora nie sposob sie doprosic. na drugi raz lecialbym z LAN Chile, tam jest normalnie, pijesz ile chesz, a trzeba wiedziec, ze powietrze w samolocie wysusza, bo ma znikoma wilgotnosc. Jakos dotarlem do Santiago, a tma kolejne schody, dwa samoloty przylecialy o tej samej porze, prawie 1000 osob do odprawy, ja mam tylko 40 minut na tranzyt do Pto. Arenas, ale musze wystac w kojelce do odprawy paszportowej. Powiem tyle, ledwie, ledwie sie zalapalem, odlot byl o 11:15, na odpraie ´domestic´znalazlem sie o 10:55, po prostu rzutem na tasme, ufff !
Dalej prawie 5 godzin lotu do Punta Arenas, nie mialem gotowki lokalnej, a na tutejszym lotnisku nie ma wymiany, cale szczescie, ze byl bankomat, moglem oplacic bus do centrum, ufff po raz drugi. Dalej juz wiecie. Jutro jade na wycieczke do pingwinow Magellana, pozniej do Pto. Natales i Torres del Pine - najslynnijszy punkt Patagonii. Pozniej Calafate i lodowce i spadam do Argentyny, postaram sie relacjonowac jak zechcecie, jak ktos nie chce otrzymywac tych relacji, to prosze o e-mail i juz nie bede zasmiecal sprzynk.

Pozdrawiam i Hasta Maniana

2006-11-25

Wirtam ponownie,

Dzisiaj caly dzien spedzilem na fakultatywnych wycieczkach, caly to znaczy od 09:00 do 21:00, ale o tym za chwile, najpierw kilka uwag o tym kraju i miescie, ktore juz jako tako poznalem. Coz, Chile jest najdrozszym krajem ameryki lacinskiej, do czasu krachu gospodarczego ten prym wiodla Argentyna, ktora teraz jest nawet 30% tansza, jak to wypadki chodza po gospodarkach ...
Jest tu drogo, ale bez przesady, z pewnoscia drozej niz w Polsce, ale tez z pewnoscia teniej niz w takich krajach jak Niemcy, Francja czy Wlochy, cos tak "between". Najbardziej budzet nadwyrezaja wycieczki, sa po prostu drogie, by nie powiedziec bardzo drogie i w tej materii Chile nie ustepuje ani Wlochom, ani Francji ani nawet Wielkiej Brytanii. Ale wracajac do samego kraju, robi bardzo pozytywne wrazenie, jest tu bardzo czysto, domy sa male ale za to bardzo schludne i nowoczesne, zdziwienie moze budzic fakt, ze sa rowniez bardzo delikatne i absolutnie niedostosowane (tak mysle) do tutejszych warunkow klimatycznych, maja bardzo cienkie sciany, a okna sa z pojedynczymi szybami. Samo miasto Punta Arenas bardziej przypomina jakies male miasteczko w Niemczech niz tutaj na skraju swiata w Ameryce Poludniowej, jest tu bardzo europejsko, wiec latwo sie odnalezc. Klimat, coz maja tutaj niespecjalny, w zimie 0 st. C, latem do 15 st. C, wiec ani zimo, ani cieplo, tylko ten wiatr, ktory nieustannie dmie jest bardzo uciazliwy i sprawia wrazenie chlodu. Miasto przypomina szachownice z ulicami przecinajacymi sie pod kontem prostym, jest stosunkowo mlode zalozone w 1848 roku, jest nawet pare budynkow z tamtego okresu. Punktem centralnym jest plac bujnie obsadzony drzewami, w ktorego centralnym punkcie znajduje sie pomnik Hernando Magellaná. Zreszta tutaj wszystko lub prawie wszystko ma powiazania z Magellanem. Ciesnina Magelana, prowincja Magellanas, itd. Punta Arenas jest stolica regionu Patagonia, ktory dzieli sie na dwie prowincje, wspomniana przeze mnie wczesniej Magellanas i Antartica Chillenas. Wokol centralnego placu znajduja sie agencje rzadowe, jakis budynek wojskowy i ekskluzywne sklepy, ktore niestety o tej porze gdy pisze ten list sa juz pozamykane. Maja tu tez swoj wlasny browar, ponoc zalozony w 1896 roku, powo nazywa sie "Cerveza Austral", zreszta tak samo jak Magellanes tutaj rowniez wszystko mam w nazwie Austral, zabardzo nie wiem co to znaczy bo nie znam laciny, moze ktos sie poswieci i znajdzie tlumaczenie ? Cerveza Austral, niewiele ma wspolnego z piwem, procz nazwy i z pewnoscia nie znalazloby uznania gdzieindziej na swiecie. To tyle wstepem. Dzisiaj ramo pojechalem na wycieczke po okolicy t.j. Pto. Hombres, czyli miejscu powstania pierwszej kolonii pod koniec XVI wieku oraz fortu obronnego z drugiej polowy XIX wieku (calkiem niezle zachowany) i parku narodowego z rezerwatem drzew limby, chyba tak to by sie nazywalo w naszym jezyku, ktory tworzy olbrzymie torfowiska. Poza tym ladny punkt widokowy na "Al fin del continente", czyli wzgorze ktore jest koncem kontynentu (dalej juz sa tylko wyspy). Po poludniu pojechalem ogladac kolonie Pingwinow Magellana, jakies 60km od Pta. Arenas, nad samym Pacyfikiem, chyba tak gdzies na wysokosci "konca kontynentu", mala kolonia 10.000 tego gatunku ptakow, wokolo w promieniu 40km nie ma juz drzew tylko trawa pokryta porostami, hektary, setki hektarow tundry i ten wiatr, tym razem nieznosnie zimny gnany znad Antarktydy, stwara uczycie makabrycznego chlodu. Same ptaki przechadaja sie po tym terenie, maja nory i tam obecnie wysjaduja jaja. Niestety nie mozna wyjsc poza bariery, jak tlumaczyl przewodnik, ze wzgledu na to, ze w okresie legowym zwierzeta te sa dosc agresywne, szczegolnie jak ktos podglada je z bliska w norze. Obie wycieczki kosztowaly mnie prawie 60 US$, jak widac niemalo. Jutro spadam do Pto. Natales, bilet juz kupilem, autobus jest o 8:30, na miejscu bede przed 13:00, musze poszukac jakiegos hostalu w sensownej cenie, moze byc to trudne bo o ile Pta. Arenas to miasteczko 150 tysieczne, to Pto. Natales jest blisko dziesiec razy mniejsze. Juz sie dowiedzialem od poznanej pary Brazylijczykow, ze tylko za sam wstep do parku narodowego Torres del Paine trzeba zaplacic 30 US$, musze tez dolaczyc sie do wycieczki bo zarzad parku nie wpuszcza "individuales", tak wiec tutaj raczej tez nie zejde ponizej 60-80 US$ za caldodniowa wycieczke. Dalej, to znaczy za kilka dni jade do El Calafate, zobaczyc jedyny lodowiec, ktory dziennie przemierza prawie dwadziescia metrow, ale to juz w Argentynie. Co bede robil procz Calafate w Argentynie tego jeszcze nie wiem, jest taniej wiec moze skocze do Buenos Aires, ale to strasznie daleko z tad, nie mozna zapominac, ze jestem na koncu swiata, albo pojade co bardzie prawdopodobne do miejscowoasci Usuhaia, czyli ostatniej najbardziej wysunietej na poludnie zamieszkalej przez czlowieka miejscowosci na swiecie. Z tamtad sa rejsy promami wycieczkowymi na Antarktyde, ale z pewnoscia bardzo drogie, wiec nie wiem czy bedzie mnie na to stac.
Teyle na dzisiaj,

Pozdrowka dla wszystkich,

2006-11-26

Witam,

Tak jak pisalem wczoraj, dzisiaj przed 13:00 przyjechalem do Pto. Natales. Pta. Arenas mozna lubic lub nie, jak powiedzial moj wczorajszy znajomy z Brazylii, Pta. Arenas jest ladne "more or less". Ciekawe stwierdzenie, bede musial je wprowadzic do wlasnego slownika. Pta. Arenas na mnie nie zrobilo rewelacyjnego wrazenia, ot takie prowincjonalne miasteczko o amicjach stolicy regionu, ani ladne ani brzydkie, po prostu nijakie. Jednak mozna spojrzec na to z innej strony, w XIX wieku przybyla tu spora grupa imigrantow z krajow bylej Jugoslawii, zalozyli po drugiej stronie ciesniny Magellana, doslownie vis a vis Pta. Arenas wlasne miasteczko, nazwali je Porvenir, co ponoc po kastylijsku znaczy Przyszlosc. Prom z Pta. Arenas do Porvenir odchodzi dwa razy dziennie, nie jest to specjalna odleglosc, bo wystarczy pokonac jedynie ciesnine i juz jestesmy na Ziemi Ognistej, ale nie o tym. Przyszlosc nowym osadnikom jakos nie do konca sie zrealizowala, powstalo nowe miasteczko, ktore w porownaniu z Pta. Arenas to totalny niewypal. Wyglada jak osada i to watpliwej urody, dlatego mowie "more or less" Pta. Arenas jest do zaakceptowania. Podroz do Pto. Natales zatloczonym autobusem bardzo przypominajacym znane mi z Nepalu, jednak znacznie sprawniejszym technicznie zajmuje 3,5 godziny. Przez caly czas jedzie sie przez niekonczace sie stepy z trawami i porostami, bez drzew na ktorych wypasa sie owce i krowy. zadnych miasteczek, wsi i osad, tylko, pole,pole i pole. Zupelnie odmiennie wyglada Pto. Natales, male, fajne, sympatyczne, nastawione glownie na turystow przybywajacych tu by zobaczyc "Torres del Pine". Niezliczona ilosc agencji turystycznych, praktycznie oferujacych to samo, kantory wymiany walut, restauracje, kafejki internetowe, supermarkety i co moze przedwczesnie sprawialo mi klopot, przewaga podazy nad popytem w ilosci miejsc noclegowych. Ze znalezieniem noclegu nie ma najmniejszego klopotu, juz po zatrzymaniu autobusu, wciskaja ulotki, gdzie i dlaczego w takim hostalu nocleg bedzie najlepszy. Ja wynajalem sobie hospodaje, kurcze nie pamietam nazwy jakas taka popaprana, grunt, ze wiem jak trafic (zreszta trudno sie w tym miasteczku zgubic). Cena noclegu w pokoju jednoosobowym (bardzo skromny, w przeciwienstwie do Pta. Arenas nie mam juz lozka typu "matrimoniales" i bar jest jakiegokolwiek wieszaka na scianie czy szafy) to 5000$, pokoj jest bardzo czysty i w cene noclegu wliczone jest sniadanie. Niestety nie przyjdzie mi skorzystac ze sniadan, bo wydawane sa od 8:00, a ja mam jutro wycieczke calodniowa do Torres del Pine o 7:15, natomiast w poniedzialek wyjezdzam do El Calefate przed 8:00 rano, ale nic na to nie moge poradzic. W zasadzie moglbym tu zostac pare dni, jest tu taka fajna luzna atmosfera, ale uwierzcie nie ma tu zupelnie co robic procz zwiedzania, taa w zasadzie moglbym sie tak jak inni turysci snuc z konta w kont, chodzac po tych paru ulicach, siedziec w parku na Plaza de Armas lub w ciasnym pokoju czytac ksiazke, wybralem Calafate, czy dobrze czy zle okaze sie w poniedzialek po poludniu, jak tam juz dojade. Tutaj koszty wycieczek spadly o 50% w porownaniu z Pta. Arenas, nic dziwnego nie trzeba noclegu i transportu, jednak sam koszt wycieczki nie jest porazajacy. Powalaja oplaty dodatkowe (czytaj: podatki), takie jak wstep do parku narodowego i wstepy do glownych atrakcji. Sumarycznie suma tych oplat wynosi 19.000$ czyli 38 US$, drugie tyle to koszt wycieczki do parku Torres del Paine. Coz jak tu juz jestem musze to zobaczyc, zartuje, ja tu po to przeciez przyjechalem :)
Nie wiem co tu jeszcze dzisiaj robic, jestem po obiadokolacji, wiec chyba posiedze sobie w parku, jest sloneczna pogoda i nie wieje tak parszywie jak w Pta. Arenas. Krotka uwaga n/t posilkow. Generalnie jadam (zreszta inni podobnie) dwa razy dziennie, sniadania i obiadokolacje, to ostatnie ok. 17.00 - 18.00. Ze sniadaniami jest roznie, glownie jest to drozdzowka (pan dulce) i kawa, obie ameryki preferuja ten rodzaj sniadan, znam to z Meksyku. Obiadokolacja natomiast moze byc droga i tania. Droga to jak bierzemy dania z karty, w tym wypoadku mozemy wydac znacznie wiecej niz 20 US$ na glowe. Tania, to "medu del dia", zwana tutaj "menu del casa", jest to danie dnia, na ktore nie mamy wplywu, a jest serwowane po promoceyjej cenie. Zestaw "menu del dia" skladajacy sie z zupy, drugiego i napoju, kosztuje 3000$ (mozna zamowic tez bez napoju wtedy bedzie o 1000$ taniej). Dzisiaj mialem fajne menu, ale wczoraj trafilem jak sliwka w kompot - na baranine, niestety nie z baranka tylko starego barana, nie dosc ze pachnialo to inaczej, to jeszcze bylo twarde jak podeszwa i co by nie mowic niezjadliwe, wiec wczoraj niestety obszedlem sie smakiem, ale nie zepsulo mi to humoru na koniec dnia. Wspominalem pingwiny i zlosc mi minela ...
To tyle na dzisiaj,

Pozdrawiam,

2006-11-27

Buenvenido a Argentina,

Patagonia to dziwny obszar. Z jednej strony zamieszkiwany przez indian, ktorzy niestety nie pozostawili w spadku zadnych imponujacych dokonan, takich jak piramdy Majow, czy swiatynie Inkow, z drugiej strony stosunkowo niedawno zasiedlony, bo w drugiej polowie XIX wieku, wiec prozno by szukac zabytkow kolonialnych. Pozostaje zatem przyroda, piekna przyroda, niezmacona dzialaniem czlowieka, gdzyz tereny te do dnia dzisiejszego sa bardzo malo zaludnione i nieskalane przemyslem.
Wczoraj jak wiecie bylem na wycieczce w Torres del Paine, co w tlumaczeniu znaczy Swiete Wieze. Jednym slowem powiem, ze warto bylo tylko dla tych widokow tutaj przyjechac, po prostu bajka. Wymyslilem nawet haslo reklamowe "Torres del Paine jest fajne". Monotonne rowniny Patagonii porosniete z rzadka kepkami roslinnosci przewijaja sie przez cala droge z Pto. Natales, zadnych domow, zadnego sladu czlowieka, tylko od czasu do czasu tu i owdzie widac pasace sie owce i krowy. Droga do parku narodowego zajmuje ponad dwie godziny w jedna strone, jest utwardzona, niemniej bez nawierzchni, tak ze kazdy przejezdajacy samochod generuje tumany kurzu. Wjezdzajac do parku z tych rownin wybija pasmo gor Kordyliera Paine z kilkoma szczytami pokrytymi sniegiem, w dole zas sliczne lazurowe jeziora m.innymi Pahoe oraz biale jezioro Grey. Prozno by szukac tu drzew, to park krajobrazowy rownin Patagonii, nad jezioro Grey od strony polnocnej zsuwa sie lodowiec, bryly lodu, przypominajace gory lodowe dryfuja po tafli, no i ten kolor sa ... turkusowe ..., wynika to z duzej zawartosci wapnia, a przechodzace przez lod slonce daj ten tak niesamowity widok. Nie ma rozy bez kolcow jak mowia, niestety jaest tu chlodno, a wrecz huraganowy wiatr nad jeziorami poteguje uczucie zimna, niemniej absolutnie to nie przeszkadza w podziwianiu tego cuda natury. Mozna spotkac swobodnie biegajace stada guanaco (to taka mniejsza odmiana lamy), szare lisy i zajace. Lisy sa do tego cwane i nauczyly sie podchodzic do autobusow w nadziei, ze ktos da im cos do jedzenia. Szkoda, ze przyjechalem tutaj sam, gdyby ktos do mnie dolaczyl, moglibysmy wybrac sie na treking po parku, caly szlak mozna obejsc w piec dni. Do dyspozycji piechurow, sa doskonale kempingi ulokowane wokol calego szlaku. Absolutnie nie odbiegaja tym 5-cio gwiazdkowym znanym z Lazurowego Wybrzeza czy Hiszpanii. Przy kazdym rozbitym namiocie do dyspozycji jest zadaszona altana z miejscami do siedzenia oraz betonowy grill do pichcenia, a niejeden pozazdroscilby lazienek i toalet. Niestety jest tez pewien mankament, CONAF czyli zarzadca parku nie przewidzial, ze maszerujacy turysci beda chcieli cos samemu upichcic i nie przygotowal punktow zaopatrzenia z zywnoscia, gdzie mozna by cos kupic do jedenia. Owszem na kazdym kempingu jest ekskluzywna restauracja z kelnerami w bialych kitlach, ale jak nie wniesiesz prowniantu ze soba to nigdzie go nie kupisz na miejscu. Dla osoby postronnej wyglada to jak treking, ale w smokingu. Po powrocie uregulowalem naleznosc za hostel i dzisiaj rano wyruszylem do Calafate. Autobus do tej miejscowosci w Argentynie jedzie ponad piec godzin, droga jest dobra, chociaz na pewnych odcinkach przewaza jedynie nawierzchnia bita. Jak zwykle krajobrazy ksiezycowe, bezkresne pola, bez zwierzat i ludzi. El Calafate, to nazwa miejscowosci w Argentynie, stad wszyscy wyruszaja nad lodowiec Perito Moreno, miejscowosc jest bardzo turystyczna, to znaczy czesc polnocna od dworca autobusowego jest przeznaczona dla turystow, sa tu kawiarnie, sklepy i roznego rodzaju biura i agencje. Na poludniu od dworca, natomiast jest czesc dla mieszkancow miasta. Miasteczko nie jest male, wielkoscia tak pomiedzy Pta. Arenas, a Pto. Natales, mysle, ze tak z 30-40 tysiecy mieszkancow. Niestety nie jest prawda by Argentyna byla tansza niz Chile, jest tak samo droga, pocieszm sie faktem, ze kilka lat temu musialo byc tu horendalnie drogo, teraz kurs Peso Argentynskiego jest taki sam jak Polsiej Zlotowki 1$=1PLN, wiec bardzo latwo sie liczy (przed kryzysem argentynskim  w 2001 roku kurs wynosil 1$=1US$). Wynajalem sobie bardzo porzadny hostel, z wlasna lazienka, sniadaniem wliczonym w cene i telewizorem (nie wiem po co ale jak jest to niech bedzie), cena pokoju 50$, wiec ujdzie, jak za takie warunki, wreszcie dostalem reczniki i nie musze juz korzystac z wlasnego. Nie poznalem, jeszcze miasta, bo niedawno przyjechalem, stwierdzam jedynie, ze dostep do netu jest tu drozszy niz w Chile i to prawie dwukrotnie (sic!). Nie jest tu tez latwo zjesc, w dzielnicy turystycznej nie ma "menu del dia", sa tylko dania z karty. Coz bede musial cos wykombinowac. Zaszalalem, na zblizajace sie w najblizszych dniach moje urdziny, poszedlem do biura Aero Argentina i kupilem przelot na trasie Calafate-Buenos Aires-Usuhaia (w kazda strone samolot leci ok. 4 godzin), coz niezbyt tanio bo 1570$, niemniej drugi raz juz tutaj chyba nie wroce, a warto by zobaczyc oba miejsca, autobusem niestety nie dojade nawet gdybym jechal na okraglo przez dwa tygodnie ktore mi tu pozostaly. Do Buenos lece 1-go grudnia, do Usuhai 5-go grudnia.
Postaram sie odezwac wkrotce, jutro lub pojutrze jade na lodowiec, to bede mial o czym pisac. O dziwo komorki w Argentynie i Chile dzialaja (niestety tylko w miastach), wiec mozna slac SMSy.

Pozdrawiam,

2006-11-28

Hola,

Dziekuje Adam za sprostowanie, Austral znaczy Poludniowy, no i to juz wszystko tlumaczy. Argentyna mi pasi. Tak, ten kraj jest duzo sympatyczniejszy od sasiedniego Chile. Zywnosc jest tu zdecydowanie tansza (w porownaniu z Chile), niestety w kwestii innych cen jest tu niekoniecznie taniej. Jedzenie, napoje kupowane zarowno w supermarketach jak i restauracjach, sa tansze, nawet o 30%, porownywalne jest to z cenami w naszym kraju. I tak np. wysmienity stek argentynski (chyba kazdy o takim slyszal) to wydatek ok. 25$, czyli 25 zl. Akurat ten przyklad to ewenement, bo w Polsce za takie pieniadze czegos takiego z pewnoscia nie zjemy. Generalnie moj portfel ma juz troche lepszy humor. Atmosfera Borowki jest przesympatyczna. Dlaczego Borowki ? Dlatego, ze po hiszpansku calafate to wlasnie borowka. Jest tu cale multum turystow z roznych stron swiata, prym wiada Niemcy, nastepnie obywatele Izraela, Francuzi, Holendrzy, jednak nie spotkalem ani jednego Polaka. Mile, niezbyt drogie restauracyjki, kilka supermarketow i bardzo sympatyczna señora, wlascicielka mojego pensjonatu. Tutaj w przeciwienstwie do Chile mozna spotkac prawie wylacznie backpakerow, niezliczone agencje turystyczne usytuowane przy uliczkach dzielnicy turystycznej, przescigaja sie w organizowaniu trekow i innych ekstremalnych rozrywek(jak np. wspinaczki). Dzisiaj bylem na chyba najslynniejszym lodowcu swiata - Perito Moreno, tym razem kupilem jedynie bilet powrotny na autobus do parku narodowego, zrobilem tak, gdyz skonsultowalem to ze spotkanymi Francuzami z wycieczki do Torres del Paine. Istotnie kupienie wycieczki w biurze podrozy na te atrakcje to wyrzucenie pieniedzy w bloto. Autobus jedzie troche ponad godzine i zatrzymuje sie przed samym wejsciem na tarasy widokowe. Przejscie tarasami i podziwianie lodowca zajmuje niewiele ponad kwadrans, oczywiscie mozna i dluzej jak ktos chce. Mozna zejsc z punku widokowego nad jeziorem i za 38$ wykupic godzinny rejs statkiem wokol lodowca (co zreszta uczynilem) i juz ostatnia atrakcja pozostaje tzw. "minitreking", jest to przejscie szlakiem wsrod skal i wzgorz nad jeziorem do miejsca startu. Calosc dobrze zaplanowana zajmuje nie wiecej niz 3 godziny, takze musialem jeszcze czekac na powrot autokaru. Lodowiec Perito Moreno robi niesamowite wrazenie, postaram sie przeslac zdjecia po powrocie, ale nie wiem czy oddadza chociaz ulamek jego piekna. Jutro jade pod Mt. Fitz Roy, niestety nie wybieram sie na szczyt, chociaz jest to mozliwe i wiele ludzi to robi. Treking na szczyt zajmuje ok 12 godzin, wiec trzeba sie liczyc z noclegiem w tamtejszym hostalu. Oczywiscie jakbym nie byl sam to bym sie wdrapal, ale nie bede sie powtarzal. Ostatnio jestam na diecie kanapkowej, ciegle w rozjazdach i na wycieczkach, ale juz sobie obiecalem, ze jak troche sie zwolni, a zwolni sie jak bede w Buenos Aires kupie sobie wymarzony stek, ktory chodzi za mna juz na sam dzwiek nazwy tego kraju.
To tyle z dzisiaj,

Pozdrowka,

2006-11-29

Buenas dias a Calafate,

Sprawy sie troche skomplikowaly. Wczoraj iweczorem dowiedzialem sie, ze sciaga grupa z Kanady i wynajeli caly hotel. To troche duzo powiedziane caly to raptem 6 pokoi z lazienkami. Niemniej musialem sie dzisiaj wyprowadzic. Caly ranek do godziny 10:00 spedzilem na poszukiwaniu jakiegos zakwaterowania, trzeba wiedziec, ze tutaj w hostelach doba hotelowa konczy sie o 10:00, a zaczyna o 12:00, wiec czasu nie mialem zbyt duzo. Nie wiem, co sie stalo, ale jest tu jakis koszmarny najazd turystow, wszystko zajete, zdesperowany bylem nawet do tego stopnia, ze gotowy bylem na lozko we wspolnej sali, ale tutaj tez kicha, po prostu, przez najblizsze 2 dni nie ma co marzyc o wolnych miejscach. Oczywiscie nie probowalem w hotelu Kempinski, tam chyba bym dostal jakis pokoj, he he ... Po wielu trudach znalazlem zakwaterowanie na skraju miasta, hostel typu B&B, niestety dosc drogi, bo 95$ (czyli ok. 32 US$) za noc, ale co mam zrobic ? Jest jeszcze przed 12:00 wiec tulam sie z plecakiem po miescie i czekam az pozwola mi sie wprowadzic. Cale szczescie udalo mi sie oddac bilet do Chalten, tym razem nici z Fitz Roy. Patrzac jednak na to z drugiej strony, troche mnie przeraza mysl o tysiacach turystow chodzacych szlakami w tym rejonie, zadepcza te gore jak nic. Patagonia nie jest tak dzika jak Himalaje w ktorych bylem w zeszlym roku, tutaj treking to przygoda, tam to wyzwanie. Osobiscie blizsze mi sa Himalaje, nie ma takiego oblezenia, a przyroda jest mimo wszystko chyba bardziej dzika. Spotkac tutaj mozna roznego rodzaju ludzi jak i roznego rodzaju pojazdy. Wczoraj napatoczylem sie na taki wehikul, ze az strzelilem fotke, zreszta byl tez adres WWW, wiec mozecie obejrzec to cos sami na http://www.globalexpeditionvehicles.com
W Argentynie benzyna jest smiesznie tania, nie jestem pewien czy maja wlasne pola naftowe, ale cena litra to tylko 1.26$, czyli prawie trzy razy taniej niz w Polsce. Mozna smialo jezdzic po calym kraju za grosze, a kraj to olbrzymi :) W Chile natomiast jest odwrotnie, benzyna kosztuje tyle samo co w Europie. Podejrzewam, ze rownie tani jest tez gaz, gdyz o budownictwie energooszczednym nie ma mowy. Generalnie budowa domu to wylewka fundamentowa, na ktorej wznosi sie azurowa konstrukcje z desek do ktorych przybija sie sciany z plyt OSB. Nastepnie plyty sa malowane, wstawiane okna i voila - dom gotowy. Poniewaz praktycznie caly rok jest tutaj zimno, wszedzie instalowane sa grzejniki, ktore pracuja pelna para, to nic, ze 80% ciepla ucieka przez sciany, wiec tak jak pisalem raczej nie maja chyba problemow z drozejacym gazem.
W piatek lece do Buenos Aires, Calafate oddalone jest od Buenos o 3000 km, mysle, ze jest tam cieplo lub moze nawet upalnie, nie jestem raczej przygotowany na taka pogode. W srode w przyszlym tygodniu wylatuje do Usuhaia, to ponad 4000 km z Buenos, na Ziemi Ognistej bedzie zimno i to chyba nawet zimniej niz w Patagonii, a na takie warunki jak najbardziej jestem gotowy.
Moje plany na dzisiaj niestety legly w gruzach, chyba posiadze w pokoju i poczytam ksiazke, bo chodzenia po tych paru juz dobrze znanych uliczkach mam dosyc.

Pozdrowka,

2006-12-01

Buenvenido a Buenos Aires,

Wlasnie niedawno dotarlem do hoelu w Buenos Aires i zaczynam opisywac. Ostatnie dwa dni nie nalezaly do najlepszych, mam nadzieje ze teraz wszystko wyjdzie juz na prosta. Ogolnie El Calafate to wiocha, ktora na przelomie ostatnich lat zyskala miano kurortu turystycznego i argentynskiej stolicy trekingu. Az trudno sobie wyobrazic, ze jeszcze 10 lat temu mieszkalo tam zaledwie 3000 osob, szczegolnie szybki rozwoj miasteczka nastapil po krachu walutowym i obecnie zamieszkuje go prawie 40.000 obywateli, a liczba ta z miesiaca na miesiac rosnie. Nie zmienia to faktu, ze to takie polskie Zakopane, a glowna i w zasadzie jedyna ulica to dokladnie "Krupowki". Zarowno tak jak w Polsce tak i w Argentynie w szczycie sezonu, nie mozna powiedziec, ze Zakopane jest tanie. Sprawdza sie to doskonale rowniez na kontynencie poludniowoamerykanskim, a El Calafate jest tego doskonalym przykladem. Spotkalem fajnego goscia, moj sasiad z sasiedniego pokoju, mieszka w Bariloche, a pracuje na wyjazdach dla swojej firmy po calym kraju, a mijajacy tydzien spedzil wlasnie w El Calafate. Porozmawialismy sobie o gospodarkach naszych krajow, co jest podobne, a co rozne, o zwyczajach i wogole, na zakonczenie stwierdzil, ze jak pojedziesz do Buenos to odpoczniesz od tego zdzierstwa. Tak jak w kazdym kraju na swiecie tak i tutaj sprawdza sie zasada, ze latwiej sie z lotniska wydostac, niz na nie dostac. Gdy przylatuje samolot do El Calafate, to podstawiany jest autobus, ktory dowozi ludzi do centrum miasta za 15$, niestety w druga strone zasada ta juz nie dziala, to znaczy nie ma regularnej komunikacji na lotnisko i trzeba wynajac taksowke za 40$, nota bene kierowca sie nie przemecza, bo przejazd trwa ok. 20 minut. Lotnisko polozone jest tak mniej wiecej w srodku niczego, do miasta jest jakies 15km, najblizej zas do jesiora Lago Argentina (jak wynika z informacji jest 7-mio krotnie wieksze niz najwieksze jezioro wEuropie) jednak tez nie za blisko, ale przede wszystkim w srodku stepu, ktory Oni tu nazywaja "Argentynian desert". Przelot do Buenos Aires trwa ok 4 godzin z miedzylondowaniem w jakiejs miejscowosci na T, niestety nie zapamietalem nazwy. Lotnisko krajowe, bo na to przylecial samolot, polozone jest prawie w centrum miasta, naprawde robi wrazenie, chociaz obsluguje jedynie polaczenia wewnetrzne, to mysle, z jest przynajmniej dwukrotnie wieksze od Warszawskiego Okecia, strach pomyslec o Buenos Aires International (EZE), z ktorego mam odlot w przyszlm tygodniu. Zarowno w Chile jak i Argentynie na kazdym kroku, gdzie pozyskac mozna turystow, ustawione sa rzadowe punkty informacji turystycznej, to zanczy portach lotniczych, dworcach autobusowych, czy na glownych placach w centrach miast, bardzo mi sie ten pomysl spodobal. Udajac sie do takiego punktu, panienka bezplatnie telefonuje do autoryzowanych hoteli, czy hostali i dokonuje rezerwacji. Jedyna rzecz, jaka trzeba jej podac, to maksymalna kwota za nocleg, standard pokoju i ilosc dni pobytu. Tak, tez bylo i w tym przypadku. Osobiscie jednak chcialem hotel w dzielnicy "San Telmo", a dostalem w samiuskim downtown. Dlaczgo w San Telmo ? A bo wlasnie w tej dzielnicy powstalo tango i dzielnica ma ten klimat tych do dzisiaj. Niestety, wyszlo inaczej, ale nie przeszkadza mi to zupelnie, zaraz przed moim hotelem znajduje sie przystaniek metra, wiec rano podjade pozwiedzac San Telmo. Temperatura w Buenos Aires to 30 st. C, troche cieplo, a ja nie mam letnich ciuchow, jednak cos wymysle spoko. Hotel jest calkowicie przyzwoity, to juz nie hostel, a hotel, cale szczescie dostalem pokoj na ostatnim pietrze, bo halas na ulicach jest niesamowity, a szczegolnie w samym centrym. Hotel znajduje sie kilkadziesiat metrow od Plaza de Congreso w jedna strone i kilkadziesiat metrow od Plaza de Mayo w druga. Nie mozna sobie wyobrazic bardziej centralnej lokalizacji, to cos takiego jak pomiedzy w Warszawie hotelem Forum (o sorki obecnie to Novotel), a dworcem centralnym. Z tym ze nie zapominajmy, ze Warszawa ma dwa miliony mieszkancow, a Buenos Aires ponad czternascie. Z lotniska jedzie sie Avenida de 9 Julio, ktora stanowi glowna arterie komunikacyjna stolicy, taka autostarada po szesc pasow ruchu w kazda strone. Architektura miasta najbardziej przypomina mi Madryt, jednak nie do konca, bo przy Plaza de Congreso stoi budynek parlamentu, ktory jest jakby zywcem sciagniety z budynku kongresu w Waszyngtonie, a otaczajace obszerny plac zielni, do ktorego przylega parlament budynki sa jak kropka w kropke budynkami, ktore otaczaja Central Park w Nowym Jorku. Z tego co czytalem, Buenos Aires nazywane jest Paryzem Poludnia, wiec zapewne wkradnie sie tez i francuski akcent. Nie wiem, dopiero przyjechalem, jest 19:00 i nie chce mi siejuz dzisiaj zwiedzaac, zaczne od jutra, mam 3 dni. I jeszcze jdeno, przezylem kolejny szok (pozytywny), jak tu jest tanio, dobry obiad mozna zjesc prawie za polow tego co w El Calafate, a przeciez to stolica i el cntro. Poniewaz wiekszosc rdzennych mieszkancow Argentyny to Europejczycy i to glownie Wlosci. Dlatego, kroluje tu kuchnia wloska, pizza, lasagne, ravioli, itd. Na drugim miejscu jest ich rodzima kuchnia z milanesa de res (kotlet z wolowiny smazony), milanesa de pollo (kotlet z kurczaka smazony) czy bief de lomo (grilowany stek z wolowiny). Wybieram sie dzisiaj na stek z pokazami tanga w lokalu pod hotelem, pokaz jest gratis przy zamowieniu, a ceny bardzo przystepne.
Bede w kontakcie, bo internet tu jest wszedzie i dziala szybko, a nie tak jak w El Calafate.

Pozdrawiam,

2006-12-02

Witam,

Zaczne od zlej wiadomosci. Zdjec z mojego wyjazdu nie bedzie. Dlczego ? Dlalego, ze wlasnie ukradli mi aparat fotograficzny. Nie szkoda mi tyle apratu, co zdjec, mialem ich ponad 200, z Pta. Arenas, Pto. Natales, Torres del Paine, Glaciar Perito Moreno, El Calafate i Buenos Aires. No, ale sie stlo i sie nie odstnie. Jak ? Po prostu poszedlem zobaczyc, najslynniejszy stadion pilkarski w Argentynie, a mianowicie Boca Juniors w dzielnicy Boca. Fakt, dzielnica to aturystyczna i niewielu turystow sie tm zapuszcza, slyszalem pogloski, ze "boskie" Buenos wcale nie jest tkie boskie i tk jak kazde duze miasto tego kontynentu cechuje sie wzmozona przestepczoscia, jednk nie brlem tego do siebie, w koncu bylem w Limie, a Lima to skrawek piekla w porownaniu z Buenos Aires. W kazdym razie w okolicy stdionu podszedl do mnie jakis gosc i gestykulujac o cos pytal, nie bardzo wiedzialem o co mu chodzi. W trakcie gdy rownie gesto jak on gestykulowalem by uzyskac cien porozumienia, z tylu podbiegl jego kompan i odcial mi aparat fotograficzny, ktory mialem przewieszony przez ramie w futerle. Oczywiscie probowalem ich gonic, ale gdzie tam, bez szans pozostlem w tyle. Obecni tam tubylcy nie wyrazili kszty zdziwienia, rowniez nie uzyskalem pomocy z ich strony. I to cal historia. Powinienem sie cieszyc, ze to tylko aparat, bo przy sobie mialem wszystko, paszport, karty kredytowe i cale pienidze. Jak w kazdym miescie w Buenos Aires sa dzielnice bezpieczne i niebezpieczne. Aby to ocenic, wystarczy spojrzec na zbudownia, El Boca, to podupadajace rudery, nie to co centrum Monserrat czy San Telmo, tam jest na prawde bezpiecznie. Z drugiej strony zobaczyc ten stdion to gratka, tak jak Santiago Bernabeu w Madrycie. Nowego aparatu raczej kupowal nie bede, elektronika jest tu prawie dwa razy drozsza niz w Polsce, poza tym kwestia gwarancji. Niestety, musicie zadowolic sie moja pisanina. Zwiedzilem centrum i San Telmo, centrum jest jak kazde centrum wielkiego miasta, bardzo przypomina mi Nowy Jork, natomiast San Telmo jest inne, to taki maly Paryz, z niezliczonymi antykwariatami, galeriami sztuki, kawiarniami i tutejsza lub naplywowa bohema, ktora na chodnikach stara sie sprzedac wlasne rekodziela w nadziei, ze ktos doceni ich wartosc. Miasto zyje noca, a w dzien jest senne, moze to rowniez kwestia tempertury, dzisiaj jest sporo ponad 30 st. C. Po zmroku ozywaja kafejki, restauracje, niekiedy mozna spotkac takie z wlasnymi show, przewaznie jest to Tango lub cos bardziej hiszpanskiego. To miasto ma dziwny urok, to taka gmatwanina kultury wloskiej i hiszpanskiej. Wloskiej ze wzgledu na zwyczaje, kuchnie, itp, hiszpanskiej ze wzgledu na temperament i pozne godziny zycia. Rowniez jezyk nie jest taki sam jak w reszcie kontynentu, chociaz na pierwszy rzut oka jest to czysty kastylijski, to nie jest to calkowita prawda. W tej prowincji (nie wiem moze tez i w calej Argentynie), nie uzywaja slowa "Tu", co znaczy "Ty", zamiast niego uzywaja slowa "Vos", co znaczy "Wy", przykladowo, gdy spotykamy znajomego pytamy, "Co u Was slychac ?". Takie slownictwo kojarzy mi sie z epoka Gierka, tam tez mowiono przez "Wy", przynjmniej na oficjalnych uroczystosciach. Druga istotna zmiana w jezyku, to ze nie ma wogole slowa "Wy", wystepuje jedynie slowo "Usted", co znaczy "Panstwo", przykladowo spotykamy wlasnych rodzicow i pytamy " Co u Panstwa slychac ?".
Chetnie, bym poznal Wasze, komentarze, bo ostatnio nie otrzymuje zadnej korespondencji, nie wiem, czy to wina skrzynki pocztowej, czy pisze te maile prosto do kosza.

Serdecznie pozdrawiam,

2006-12-04

Dziekuje za podtrzymanie na duchu. Uwierz, ta kradziez byla dobrze zorganizowana i napewno gdybym nie byl sam to by wogole nie miala miejsca, a tak po prostu pech nie inaczej.
Co do Igazu, to istotnie moglbym sie tam wybrac z Buenos, niemniej dostac sie tam mozna tylko samolotem przy tak krotkim czasie jaki przeznaczylem na polnoc kraju. Ja przyjechalem tu zobaczyc Patagonie i Ziemie Ognista i to jest moj cel nadrzedny, zreszta sa to tak samo odlegle cele dla Argentynczykow, taniej jest im pojechac na Karaiby niz do Usuhai. Ceny w Paragwaju nie sa takie powalajace, to mit, chociaz jak na tutejsze warunki jest to bardzo tanio, ale jak na nasze krajowe, kupujac w promocjach, wychodzi na to samo. Tutaj elektronika jest makabrycznie droba, bo maja zaporowe cla, nie wiem przed czym sie bronia, bo sami nic nie produkuja, ale dla Waszej informacji, jest to mniej wiecej dwa razy drozej niz w Polsce.

Pozdrawiam,

2006-12-05

Witam,

Dziekuje za slowa pocieszajace od tych ktorych dostalem i opieprzajace od innych za lekkomyslnosc. Siedzialaem prawie godzine i skleilem calkiem niezly e-mail, ale przy wysylaniu sie skasowal, "session timeout", nie lubie takich niespodzianek i musze zaczynac wszystko na nowo, nie przejmuje sie zbytnio bo mam sporo czasu lecz tym razem zrobie copiar-pagar na wypadek takiej samej niespodzianki.
Miasto sie obudzilo po weekendowej przerwie, jest duzy ruch, tlok na ulicach i okrutny swat spalin. Przyszedlem odpoczac od tego zgielku do kafejki, jest chlodno, chociaz nie maja klimatyzacji. Wracajac do mojej przygody z aparatem. Na prawde nie sposob bylem jej uniknac, kradziez byla dobrze zaplanowana, bylem sam i to w raczej niechetnie odwiedzanym miejscu, chociaz stadion Boca Jrs., przynajmniej z mojego punktu widzenia jest atrakcyjny. Ktos mi napisal, ze trzeba bylo schowac aparat pod kurtka, ludzie tu jest ponad 30 stopni wiec o jakiej kurtce mowimy ? Wczorajszy dzien spedzilem na dalszej eksploracji miasta, smialo moge dopisac dzielnice San Nicolas i Retiro do bezpiecznych, niektorzy mowia ze rowniez Palermo nalezy do takich, nie wiem , nie bylem zbyt daleko, musialbym jechac metrem.
W niedziele ruch zamiera, jest maloludzi na ulicach, odpoczywaja, miasto robi sie spokojne.Skorzystalem z zaproszenia zawartego w krotki opisie poszczegolnych dzielnic, ktory dostalem razem z mapa w informacji turystycznej na krajowym terminalu lotniczym. Napisane tam bylo, ze szczegolnie polecaja odwiedzic "pchli market" w niedziele w dzielnicy San Telmo. Caly ten kiermasz rozpoczyna sie od poznych godzin przedpoludniowych i trwa do zmroku. Juz od samych brzegow dzielnicy, uliczni sprzedawcy wykladaja swe towary na kocach wzdloz brzegu ulicy, sprzedaja tam wszelkiej masci wyroby rekodzielnicze od recznie robionych kolczykow, po naczynia do mate. Mozna tez zrobic sobie zdjecia z tancerzami Tango w strojach z tej epoki. Generalnie tandeta, przpominajaca mi sklepiki z pamiatkami nad morzem. Idac w glab dzielnicy, uliczne koce ustepuja miejsca rozstawiamym tylko w niedziele kramom, wyzsza jakosc i wyzsze ceny, zmienia sie rowniez asortyment, wyroby rekodzielnicze ustepuja miejsca antykom. Powiedzmy w cudzyslowiu antyki, sprzedaje sie tam to co dla niektorych moze sie wydawac archiwalne, wartosciowe, jednak dla wiekszosci nie stanowi zadnej konkretnej wartosci. Mozna tam kupic czyjes, prywatne zdjecia z lat 50tym XX wieku, stare tabliczki z nazwami ulic, naczynia, duze wziecie maja butelki po mleku (obecnie mleko mozna kupic tylko w folii lub kartonie) czy stare syfony. Mysle, ze sprowadzajac tutaj nasze butelki po mleku czy smietanie z konca lat 80tych, zrobilbym istna furore. Beneralnie Blicht i Kicz, oba wyrazy pisane duzymi literami. Wracajac przechodzilem przez glowne centrum miasta jest to skrzyzowanie przy Plaza del la Republika z olbrzymim bialym obeliskiem, aleja ciagnie sie w dol dzielnicy San Nicolas, jest szeroka, bajecznie kolorowa, z niezliczona liczba sklepow, sprzedajacych glownie plyty muzyczne, ciuchy, elektronike. Co pare metrow jest olbrzymi afisz uczepiony do fasady budynku, reklamujacy aktualnie wystawiane przedstawienie lub musical. Pierwsze wrazenie jest jednoznaczne, jestesmy na Brodwayu w NYC, takie same sklepy, bilboardy, jednak kastylijskie napisy zrywaja to zludzenie, chociaz zapewniam jest ono pelne.
Miasto jak juz wczesniej pisalem w architekturze Art Deco, z nielicznymi drapaczami chmur jest mieszanina architektury ze wschodniego wybrzeza USA i kultury Europy. Buenos Aires ozywa wieczorami, gdy otwierane sa knajpy, organizowane koncerty i przedstawienia i bawi sie, zyje do pozna, pozna w nocy ... To hiszpanska nuta tego miasta, wloska nuta jest kuchnia. Pizza, Lasagne, Pasta, Ravioli, wloskie lody, itp., to mozna spotkac na kazdym rogu, a knajpek specjalizujacych sie w tej kuchni jest wrecz niezliczona ilosc. Zdecydowanie mniej jest restauracji specjalizujacych sie w daniach kuchni argentynskiej. Istnieja tez calodobowe bary, gdzie za niewielkie pieniazki mozna przekasic hamburgera i popic piwem,przewaznie na stojaco przy barze. Ja zasmakowalem w jeszcze jednej odmianie restauracji, jakze w Buenos Aires popularnych, sa to buffeterie, czyli restauracje specjalizujace sie w szwedzkich stolach. Otwierane sa dwa razy dzienie, w porze lunchu i kolacji (obiad). Serwowane dania sa tam wysmienite i nie powstydzilby sie ich zadna renomowana restauracjia ani w Argentynie, ani Europie, a asortyment przeogromny. Jednak bezwzglednie niestety nalezy ograniczyc pozadanie, ktore niesie wzrok, gdyz moze skonczyc sie to ostra niestrawnoscia !
Czy Buenos Aires jest drogie, coz, to zalezy jak na to spojrzec, zywiac sie w normalnych restauracjach, podrozujac metrem, nie wydamy wiecej niz 50$ dziennie, czyli mniej niz 20 US$, drugie tyle nalezy przeznaczyc na hotel. Mozna oczywiscie drozej, spiac w Sheratonie i jedzac kawior z bielugi, wtedy napewno wydamy wiecej.
Jutro spadam do Usuhaia na Ziemi Ognistej, przelot mam tym razem z lotniska EZEIZA czyli miedzynarodowego, jest to 35 km od centrum miasta, wyjechac musze ok 06:00 rano, by zdazyc na czas, moze byc to trudne, gdyz ta pora to tutaj srodek nocy nawet w dzien powszedni.

Pozdrawiam,

2006-12-06


Buenvenidos a Ushuaia,

Nie moge sie zalogowac do serwera poczty epf.pl, chyba cos im tam padlo, dlatego wysylam to z innego konta, ktorego uzywam jedynie sporadycznie, nie mam tutaj wszystkich adresow e-mailowych, wiec ta poczta dotrze tylko do nielicznych.
A wiec, dotarlem juz na miejsce. Przejazd na lotnikso EZEIZA w Buenos trwa ok. 40 minut z centrum, taksowka kosztuje ok 50$, calkowicie do zaakceptowania, zwazywszy na odleglosc. Lotnisko miedzynarodowe jest dosc duze, odswiezone w 2000 roku, niemniej jest po prostu brzydkie, musieli
chyba poskapic na architekta i dekoratora wnetrz. Pomimo dumnie brzmiacej nazwy "miedzynarodowe", prozno by szukac sklepow wolnoclowych. Kilka punktow informacyjnych, bazy taksowek i pare automatow z napojami. Przypomina raczej olbrzymia hale dworca, niz terminal samolotowy. Przelot trwa mniej wiecej 4 godziny nonstop, tym razem lecialem liniami Austral, niestety jezeli brac pod uwage catering, to odpadaja w przedbiegach w porownaniu z Aelorlieas Argentinas ( www.aerolineas.com ).
Przez cala droge podali jeden rogalic crosant, kawe i szklaneczke coli. Na podobnej trasie z El Calafate dostalismy cieply i zimny posilek i napoje bez ograniczen, z tym ze to byly Aerolineas Argentinas, a nie Austral. Miasto Ushuaia, miasto to chyba zbyt duzo powiedziane, przypomina mi to miasteczko z takiego serialu, ktory byl emitowany kilka lat temu, niestety tytulu nie pamietam. O mlodym lekarzu, ktory odbywa staz w malym miasteczku na Alasce, w kazdym razie miasteczka sa prawie identyczne. Ten sam zabudowy, wokolo gory z osniezonymi szczytami, niby sie cos dzieje, ale jest tylko z pozoru. Miasteczko na koncu swiata, z tym ze w przypadku Ushuaia, jest to jak najbardziej prawdziwe. Jest to najdalej wysuniete na poludnie, zaludnione miejsce na Ziemi, dalej nie ma juz nic, sa tylko lody Antarktydy. Coz, pewna niemila niespodzianka, byl powtorny szok cenowy, ktory przezylem. Po pozytywnych doswiadczeniach z Buenos, tu przychodzi rozczarowanie, wszystko jest prawie o 50% drozsze, nie mowiac o bazie hotelowej, gdzie ceny przebijaja nawet te z Europy Zachodniej. Raczej niemozliwym jest znalezienie hotelu ponizej 500$ za dobe, jest za to spora baza hotelowa ofeujace pokoje za ponad 1500$ ! Widocznie zdaja sobie sprawe, ze jak juz ktos przyjechal na Koniec swiata, to nie bedzie zylowal. Pokoje typu "dormitory" w hostalach zaczynaja sie od 30$ w salach 8 i wiecej lozkowych. Ja jak zwykle uparlem sie na jedynke, z tym ze nie nalegalem na lazienke prywatna. Pani z informacji turystycznej na lotnisku poswiecila mi na prawde sporo czasu i w koncu znalazla jedynke w hospedaje za rozsadna cene 50$ ze sniadaniem. Pokoj jest duzy i sympatyczny, czysty, coz bez telewizora. Na pozor brak telewizora raczej nie przeszkadza, jednak w Buenos docenilem tutejsza kablowke, ponad 80 kanalow, w tym prawie 10 filmowych, a wiekszosc z tych kanalow filmowych byla w wersji oryginalnej z napisami w jezyku hiszpanski. Wczoraz odrobilem troche zaleglosci siedzac w hotelu w Buenos, obejrzalem kilka filmow, ktore przegapilem w naszych kinach, a w naszych kablowkach jeszcze sie nie pojawily (np. Taxi2). Coz, zakwaterowanie mam troche poza scislym centrum, jednak przez to jest cicho, na plus to ze w poblzu jest duzy supermarket. Coz tu robic, napewno wybiore do parku narodowego na przejazd tutejsza atrakcja, czyli "Pociagiem na Koniec Swiata", kto nie wybiera sie w te
strony moze to zrobic wirtualnie na www.trendelfindelmundo.com.ar Oczywiscie pochodze tez po parku, jest pare fajnych szlakow, dostalem specjalna broszure na ten temat w informacji turystycznej. W poniedzialek zjezdzam juz do Punta Arenas, autobus odchodzi niestety o 05:30 rano i jedzie ponad 12 godzin. To bedzie juz chyba moja ostatnia atrakcja.Przeszedlem, juz miasto, to znaczy te jedna glowna ulice, bo poza nia praktycznie nie ma nic wiecej interesujacego. Chcialem tez cos zjesc, ale wszystkie z trzech restauracji na krzyz sa pozamykane do 20:00, musze czekac lub kupie sobie cos na wynos w supermarkecie, ogolnie jak nie bede chodzil po parku narodowym Tierra del Fuego to chyba zanudze sie tutaj na smierc.

Pozdrowka,

2006-12-06

Witam,

Zmow wybita klawiatura, zreszta tutaj to normalna rzecz, procz jednej kafejki w Pta. Arenas zawsze sa wybite klawiatury i ciezo jest pisac. Dzisiaj zasadniczo, pierwszy dzien w nowym miasteczku, przedwczesnie balem sie ze nie bedzie tutaj co robic, bo wlasnie tutaj dopiero jest co zwiedzac. Dzisiaj caly dzien spedzilem na szlaku w Parku Narodowym "Tierra del Fuego",z Ushuai zawsze co rano odjezdzaja minibusy na glowne szlaki w parku, jak i tez lodowiec Martial. Przejscie jednym szlakiem zajmuje srednio 4-5 godzin i na koniec dnia wraca sie ta sama linia minibusowa do miasteczka. Jedynym mankamentem jest fakt, ze kazdego dnia pobierana jest oplata za wstep do parku i transport minibusowy, sumarycznie ok. 50$.Dzisiaj przeszedlem najdluzszy szlak, super widoki, swieze powietrze, trasa niezbyt ciezka, generalnie dopiero teraz zaczalem wypoczywac. Pozostaly mi jeszcze 2 trasy i oczywiscie sam lodowiec i treking wokol niego, wiec bede mial co robic do konca pobytu. Specjalnie nie przejmuje sie tutejszymi cenami, rano pakuje kanapki i napoje i spadam na caly dzien do parku. Wracam wieczorem i nie narzekam na brak rozrywek podczas dnia. Dzisiaj spedzilem caly dzien z gosciem z Korei Pld., fajny, zwolnil sie z pracy by zwiedzic ten kontynent, podrozuje juz 2 miesiac, a zaczal od Meksyku i jedzie w dol. Teraz juz nie ma gdzie zabardzo zjechac, bo osiagnelismy juz sam koniec. Nota bene dostalem dzisiaj pieczatke w paszporcie, wbila mi straz parku, jako potwierdzenie (oczywiscie jak ktos nie chce pieczatki to nie musi jest wstawiac w paszport) ze bylem na Koncu Swiata, tak bo faktycznie bylem dzisiaj na Koncu Swiata, jest tam punk widokowy i dalek juz tylko "restricted area", czyli rezerwat biosfery. Z tad juz jest tylko kilkaset kilometrow do brzegow Antarktydy. Niezaludnione wyspy i styk Oceanu Atlantyckiegi i Spokojnego. Cisza, spokoj i kompletnie dzikie tereny. Po prostu bajka. Nie mam aparatu, wiec strzelam fotki z komorki, nie bedzie to jakosc jakiej oczekuiwalem, ale lepsze to niz nic. Dostaje e-maile, z informacjami ze pisze za duzo o cenach, ja po prostu staram sie przyblizyc rzeczywistosc, gdyby ktos wybieral sie w te regiony, nie chce aby ktos tu przyjechal i dostal czkawki z wrazenia, nie chce kultywowac przekonania z ktorym sie absolutnie nie zgadzam, ze Ameryka Poludniowa, to kraje 3-ciego Swiata. Tutaj maja lepsze drogi i standard zycia niz my, smialo moge napisac, ze to wlasnie Polska jest krajem 3-ciego Swiata, a nie Argentyna !
Troche sobie pogadlismy z goscie z Korei, On tez podobnie do mnie zwiedza swiat. Mamy podobny dorobek, z tym, ze On przemierzyl jeszcze Chiny, namawial mnie na te destynacje, jest tanio, goscinnie, przyzwoity standard i na prawde jest co zobaczyc. Jedynym mankamentem jest brak znajomosci wsrod Chinczykow zarownie w mowie jak i pismie, mnie to bynajmniej nie przeraza :) Jednoglosnie zas doszlismy do wniosku, ze Varanasi (Indie), to miasto jest tak absurdalne, ze nie moze juz byc chyba wiekszego wyzwania niz odkrywanie jego zabytkow. Dla Kima (coz musi to popularne imie w Korei) jest tu drogo, a Chile jest dla niego stanowczo za drogie i spedzil tam jedynie kilka dni. Zgadalismy sie o Torres del Pine, On tez posiwiecil na ten ewenement natury tylko jeden dzien, powod ? Za drogo, powiedzial, ze jest tam na tyle drogo, ze ani Koreanczykow ani Japonczykow nie stac na dluzsze zwiedzanie, a dla nich jak ogolnie wiadomo, praktycznie nigdzie nie jest zbyt drogo. On rowniez chcial pochodzic po szlakach Torres del Pine, z tym, ze chcial wynajmowac pokoje w licznych hotelach w parku. Niestety przeroslo to nawet Jego, ceny jednosobowego pokoju w hotelu w parku zaczynaja sie od 500 US$ za noc , do tego kazdy posilek w restauracji za przynajmniej 50 US$. Pozostaja kempingi, ale z tego co mowil i one sa makabrycznie drogie, to wyjasnia fakt ze te co widzialem swiecily pustkami. Wiec nie myslcie, ze w UK czy na Hawajach jest drogo, zwiedzanie Chile to dopiero uszczuplenie portfela. nastepnie zgadalismy sie o tym, ze ukradli mi aparat fotograficzny. Jego tez okradli, ale ... peruwianscy celnicy. Jak to mozliwe ? Przekraczal granice Peru-Bolivia. Celicy peruwianscy pod pretekstem czy nie przemyca narkotykow, przeszukali jego bagaz i w koncu kazali mu pokazac portfel. Sprawdzili przy nim zawartosc, przeliczyli pieniadze i oddali. Pozniej okazalo sie, ze w trakcie przeliczania, ktos skubnal 200 US$, no ale nie zlapal za reke. Mial pecha, tak jak ja.
Coz koncze na dzisiaj, ide pod prysznic, moze cos jeszcze zjem na miescie i jutro kolejny szlak.
Do uslyszenia jutro, pojutrze ...

Pozdrawiam,

2006-12-08

Czesc,

By przejsc wszystkie trasy w Parku Narodowym Ziemi Ognistej (Parque Nacional Tierra del Fuego) potrzeba pelnych trzech dni, poswiecilem te dni na ogladanie Konca Swiata i warto, powiadam warto tutaj przyjechac. Pomimo szczytu sezonu, niewielu gosci decyduje sie na taka eskapad jak ja, mysle ze oszczedzaja czas na inne atrakcje, moze sa tylko przejazdem w Ushuaia lub moze dla prestizu, ze bylem na Koncu Swiata. Ja przeszedlem caly park i jestem bardzo zadowolony, pogoda mi dopisywala przez te ostatnie 3 dni, bylo sloneczie i w miare ciplo mniej wiecej 12 st. C. Przeszedlem rowniez szlak Guanako, ktory tutaj okreslany jest jako "ciezki", jednak chyba to troche przesadzone, "sredni" to bardziej adekwatne slowo. Wyobrazcie sobie, ze przez ponad 6 godzin wedrowki nie spotkalem zywego ducha, tylko ja i przyroda, po prostu cool ! Dzisiaj chcialem sie wybrac na lodowiec, zreszta tak sie sklada, ze rowniez dzisiaj mam urodziny. Niestety pogoda sie skiepscila, tak to jest tu na antypodach, gory skryly sie we mgle, zaczal padac desz ze sniegiem i ogolnie jest parszywie. Moze jutro sie poprawi to wtedy pojade, poki co musze przeczekac ten dzien, przeczekac to dobre slowo, gdyz zupelnie nie ma co robic w tym miasteczku. Dzisiaj rowniez kupilem bilet do Punta Arenas na poniedialek. Oczywiscie nie obylo sie bez klopotow. Najbardziej nieprzewidywalna instytucja w tym kraju sa banki, otwarte sa tylko w dni powszednie i tylko 4 godziny dziennie, sa to jedyne 4 godziny w ktorych mozna wymienic gotowke, oczywiscie sa rowniez bankomaty, ale z gotowka jest spory problem. Poza w/w utrudnieniem banki czesto maja rowniez dni wolne (jak to ma miejsce dzisiaj) i po prostu sa zamkniete na cztery spusty. Generalnie nie wiem jak w takich warunkach moze dzialac gospodarka, pomijajac te utrudnienia, ktore dotykaja glownie turystow, banki sa slabe i oferuja jedynie podstawowe uslugi. Przypomina mi to okres transpofmacji ustrojowej w naszym kraju i jak dzialaly banki na poczatku lat 90tych, tak jak w tamtych czasach w Polsce tak obecnie tutaj otrzymanie kredytu graniczy z cudem. Nie bede juz dalej narzekal, powiem tyle, ze US$ jest waluta ogolnie akceptowalna w Argentynie, przy platnosciach tracimy tylko 1% w porownaniu z wymiana gotowki w banku. Tak wiec zaplacilem dolarami za bilet i otrzymalem troche peso reszy, wiec mi ulzylo. Autobus wyjezdza w poniedzialek o 8:00 rano, ok. 20:00 tego samego dnia powinienem dotrzec do Punta Arenas. Czeka mnie rowniez przeprawa promowa przez Ciesnine Magellana, bo przeciez Ziemia Ognista jest wyspa.
Przez ponad 2 tygodnie pobytu, nie spotkalem ani jednego Polaka/Polki, widocznie sa to kierunki jednak obce dla rodakow, coz przykre ...
I to tyle na dzisiaj.

Pozdrowka,

2006-12-10

Czesc,

To juz moje ostatnie godziny w Ushuaia. Czeka mnie meczaca podroz prawie 700km i 12 godzin jazdy autobusem linii Pacheco do Pta. Arenas. Jednak nie mysle teraz o tym. Pokrotce, wczorajszy (tak jak i dzisiejszy dzien) okazal sie bardzo udany, sloneczny, a niebo bezchmurne. Cieplo, nawet 12 st. C, dlatego wybralem sie na lodowiec Martial. Przejaz busikiem z centrum miasta trwa kilka minut do stacji wyciagu krzeselkowego. Tam po oplaceniu 25$ wiezdza sie na szczet wzgorza, niestety to nie koniec, dalej trzeba pokonac roznice prawie 700 metrow by wdrapac sie na lodowiec. Podejscie jest trudne i tabliczki z napisami ostrzegaja, ze trzeba sie do tego solidnie przygotowac, glownie trzeba miec dobre buty, przez ponad godzine trzeba wspinac sie po stoku, stromo, ponad 70 stopni nachylenia, a pod nogami osuwajace sie kamienie. Nie bardzo jest nawet jak przystanac, bo sciezka prowadzi pionowo w gore i trzeba uwazac by nie odpasc ze szlaku (w sensie doslownym). Na koncu drogi jest punkt widokowy na olbrzymim glazie, ktory spychany jest przez lodowiec. Z tej wysokosci jest przepiekna panorama na polozona w dole Ushuaie, wydaje sie taka malutka. Przy dobrej pogodzie rowniez widac z tad Cabo de Hornos (Przyladek Horn). Niestety na tej niespecjalnej wysokosci (1000 m. n.p.m.) jest juz dosc zimno i temperatura spada o dobrych kilka kresek. Droga powrotna jest trudniejsza, bo strasznie ciezko schodzi sie po takim nachyleniu. Ushuaia fajnym miasteczkiem jest, ale juz zwiedzilem wszystkie atrakcje i dzisiejszy dzien spedze na bumelowaniu, lub jak kto woli odpoczynku. Dzisiaj spotkalem dwoch Polakow w kafejce internetowej, umowilismy sie na dzisiejszy wieczor na piwo, to troche pogadamy w ojczystym jezyku. Nie sa to jednak turysci, wlasnie wracaja z 1,5 rocznego pobytu na stacji badawczej na Antarktydzie, a w Ushuaia sa tylko dlatego, ze jest to jedyny punkt wypadowy na ten lodowy kontynent i wszystkie ekipy, wlasnie startuja i wracaja do tego miasta. Antarktyda nie jest tak strasznie odleglym ladem jakby mozna przypuszczac, pomimo, ze jest stad prawie 1000km, mozna wybrac sie na wycieczke, ktora zarezerwowac mozna w licznych biurach podrozy na miejscu. Coz,ceny sa powalajace, 7 dniowy rejs statkiem, to wydatek ponad 4000 US$, jednak jest to jedynie drobny ulamek ceny jaka zaplacimy za taka przygode w Europie czy Stanach Zjednoczonych. Turystow jest sporo, ale z tego co mi wiadomo, raczej nikt tam nie jezdzi. Nie spotkalem tylko Brytyjczykow. Pomimo, ze Argentynczycy to bardzo sympatyczni ludzie, to chyba tylko do Brytyjczykow nie palaja sympatia. Dlaczego ? Chodzi o Falklandy/Malwiny, polozone kilkaset kilometrow na polnoc od Ushuaia (zreszta wszystko jest polozone na polnoc ode mnie). Argentyna pomimo przegranej bitwy o te wyspy w latach 80tych XX wieku, nigdy sie z tym nie pogodzila. W kazdym miescie sa ulice lub place o wdziecznie brzmiacej nazwie "Islas Malvinas Argentinas". Przegladalem tutaj sporo map i atlasow i zawsze, podkreslam zawsze opis byl nastepujacy "Islas Malvinas (Arg.)". Mysle, ze kwestia tych wysp jeszcze powroci, a obecna sytuacja to raczej rozejm niz pokoj.
To tyle na dzisiaj, odezwe sie juz z Pta. Arenas.

Pozdrowka,

2006-12-12

Czesc,

Wlasnie dotarlem do Punta Arenas, prawie 700km, a drogi sa nieciekawe na Tierra del Fuego, glownie utwardzane bez nawierzchni, wiec autobus jechal raczej powoli. Strasznie potluczone sa tutaj przejscia graniczne, najpierw jeden kraj, kontrola paszportow, pieczatki, itp, itd, pozniej 10-20km droga i przejscie drugiego kraju i taka sama procedura, strasznie skomplikowane i czasochlonne. Droga raczej nieciekawa pampa, pampa i jeszcze raz pampa, od czasu do czasu jakies drobne stadka owiec i znow pampa, pampa i pampa. Najciekawsza okazala sie przeprawa przez Ciesnine Magellana, pomijajac fakt ze promem strasznie bujalo, to prawie przez cala droge towarzyszylo nam stadko bialo-czarnych delfinow, ktore wyskakujac nad wode scigaly sie ze statkiem, calkiem sympatyczne urozmaicenie. Autobus pelny byl wylacznie turystow (procz kierowcy), Niemcy, USA, Australia, Holandia, Kanada, Izrael, Francja, UK, Irlandia, Wlochy, Hiszpania i tylko jednen Polak czyli ja, to tez takie sympatyczne urozmaicenie tego towarzystwa.
Ale, ale zapomnialem o najwazniejszym, o wczorajszym spotkaniu z Leszkiem i Przemkiem ze stacji na Antarktydzie. Strasznie fajni sa Ci goscie z Arctowskiego. Zaprzyjaznilem sie na dobre, nie skonczylo sie na jednym piwie wieczorem w knajpie. Poszlismy do sklepu i kupilismy bardziej tradycyjny trunek dla Polakow, a nastepnie siedzielismy prawie do polnocy u Nich w hotelu. Trzeba wiedziec, ze w Argentynie nie ma akcyzy na alkohol, wiec jest tam wrecz smiesznie tanio, np. 1 litr Smirnoff to 14$ (czyli niecale 5 US$). Uslyszalem tyle o Antarktydzie, ze musze tam pojechac i basta. Stacja Arctowskiego polozona jest w poblizu stacji innych panstw, zaloga nie jest stala i podlega wymianie na czas ekspedycji z reguly od 12 do 18 miesiecy. Wybudowana zostala w 1976 roku i od tego czasu nie wiele zostalo zmodernizowane, chociaz wszystko jest sprawne i na biezaco konserwowane. Glowny budynek mieszkalny to tzw. "samolot", gdyż zrobiony jest na planie samolotu, jest tam 14 pokoi, sa rowniez tzw. "domki letnie" na zewnatrz, w których mieszka sie podczas cieplejszych dni i w lecie. Glownymi sasiadami polskiej stacji sa Brazylijczycy, USA (stacja letnia), Chile i Argentyna. Na Antarktydzie nie uzywa sie kluczy, wiecz mozna wejsc do kazdej ze stacji ot tak. Dowiedzailem sie ze okreslenie dystansu na tym kontynencie jest bardzo trudne, bo jest nieskazitelnie czyste srodowisko oraz brak odnosnikow (bialo na bialym), powoduje, ze obiekt ktory wydaje się w zasiegu reki w rzeczywistosci moze znajdowac sie wiele kilometrow dalej oraz tego ze wrzuciwszy do wody zwykly sznurek z haczykiem zawsze wyciagniemy spora rybe. Maja tam tylko jeden telefon satelitarny, nie ma telewizji, internetu, a gazety docieraja z 3-4 miesiecznym opoznieniem, jak dobije jakis statek wycieczkowy. Wtedy jak mowili zaczyna sie horror, turysci wypadaja na brzeg (musza przejsc po specjalnych matach dezynfekcyjnych aby zachowac niezmienione strodowisko kontynentu) i robia zdjecia, typu: polarnik je, polarnik sznuruje buta, itp. Prawdziwym horrorem sa jednak wiatry huraganowe, w lecie trwające kilka/kilkanascie godzin, zima nawet tygodnie. Wiatr wiejacy z predkoscia 200km/h powoduje ze wszystkie budynki sie trzesa jakby mialy sie rozleciec lada moment, ryk przypomina odgłos startujacego odrzutowaca, a wyjscie na zewnatrz grozi smiercia. Tak sie sklada ze Leszek i Przemek to szef i zastepca XXX ekspedycji, ktorzy wlasnie wracaja do kraju. Mowili mi, ze gdyby wiedzieli wczesniej to by mi zalatwili transport na stacje. Troche sie zdziwilem, bo wycieczkowce ( np. M.S. Nordkapp http://www.kreuzfahrt-hafen.de/kreuzfahrt/hurtigruten-kreuzfahrten/ms-nordkapp/ms-nordkapp.php ) ktore wyplywaja z Ushuaia, za transport w jedna strone skasowaly by mnie conajmniej 2000 US$, ale jak sie okazuje mozna taniej, bo za darmo. Jak ? Cóż potrzebne sa znajomosci, tak sie sklada, ze Chile i Argentyna procz stacji badawczych na Antarktydzie maja rowniez stacje wojskowe. Frachtowce wojskowe z zaopatrzeniem plyna tam kilka razy w miesiacu badz w Ushuaia, badz z Punta Arenas. Leszek, szef polskiej ekspedycji zna kapitanow jednostek Chile i Argentyny tam plywajacych i istnieje mozliwosc doplyniecia tam za friko okretem wojennym. Musze to jeszcze wybadac, moze uda sie w przyszlym roku, to by bylo cos :)))
Coz, znow w Chile i czas szykowac sie do powrotu, 14-tego bardzo poznym wieczorem bede juz w kraju, wiec jutro chyba ostatni e-mail.

Pozdrawiam,

2006-12-13

Czesc,

Tym razem jak wynika z tematu e-maila, to juz ostatni e-mail z Tierra Austral, pora sie zbierac do domu, nie powiem nawet przywyklem do tutejszej kuchni, hostali i w ogole, ale w domu chyba najlepiej. Juz zupelnie zapomnialem, ze w Pta. Arenas tak okropnie wieje, jak mocniej zawieje to trzeba sie nawet czegos przytrzymac by nie odleciec, taki to ubaw maja tutaj z wiatrami od ciesniny. Pogoda jest bardzo ladna (gdyby nie ten wiatr) i swieci piekne slonko. Az nie chce sie wyjezdzac. Dzisiaj wybralem sie do Zona Franca, to taki tutejszy ewenement, czyli strefa wolnoclowa w porcie. Spacer piechota z centrum miasta zajmuje ok 30 minut. Nie bardzo wiem jak to dziala, istotnie towary sprzedaja bez IVA, czyli tutejszego podatku VAT, ktory tutaj wynosi 18%. Jest cale multum sklepow z alkoholem, fajkami i elektronika, perfumami, a przy wejsciu do portu jest brama, co ciekawe kazdy moze wjechac samochodem czy wejsc piechota i kupowac w strefie wolnoclowej. Nikt nie sprawdza dokumentow, ani czy wnosi sie zakupione towary na terytorium Chile. Jednym słowem bardzo to dziwna strefa wolnocłowa. Odkupiłem sobie aparat fotograficzny, za Samsung S600, 6MPix, polskie menu, 3xzoom optyczny i 10x cyfrowy, zaplacilem 184,- US$ (bez karty pamieci). Nie wiem czy to duzo, czy malo na warunki krajowe, jednak mysle, ze raczej mniej niz w Media Markt, a przynajmniej chcialbym miec taka nadzieje. Punta Arenas znam juz jak wlasna kieszen, poruszam sie jak po wlasnym miescie i powiem szczerze, ze zawsze placi sie tzw. "frycowe" po przyjezdzie, trzeba tylko czas przystosowania zblizyc do niezbednego minimum, poki nie rozpracuje sie tutejszych warunkow, pozniej przewaznie wychodzimy na prosta, teraz wydaje ok 30 US$ dziennie z zakwaterowaniem i wyzywieniem w restauracjach, czyli ciut wiecej tyle co w Argentynie, a kraj to zdecydowanie droższy. Zapewne usłyszę pytanie, który kraj jest bardziej ciekawy Chile czy Argentyna? Zastanawiałem się już nad tym i moge smialo odpowiedziec, ze moim zdaniem jest to Argentyna. Chile jest znacznie bardziej europejskie, Argentyna natomiast jest amerykanska, jednak w pozytywnym sensie tego znaczenia, kuchnia wloska lub lokalna, tania benzyna, bezkresne przestrzenie i kazdy obywatel ma powiazania rodzinne w Europie. To wlasnie Argentyna. Chile jest bardziej zamkniete, to taka Szwajcaria Ameryki Poludniowej, ludzie tez sa bardziej cisi. No i zycie nocne, ktorego w Chile prawie nie uswiadczysz, a w Argentynie to podstawa bytu. Czy warto przyjechac ? Bezwzglednie warto ! A Patagonia to po prostu bajka, wiec szykujcie plecaki, kupujcie bilety i bon vijahe !
Chętnie odpowiem na wszystkie pytania po powrocie, do usłyszena z kraju.

Pozdrówka,

EL FIN
Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;