Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
DOMINIKANA - Gdzie zaczyna się raj
Autor: Katarzyna Kacprzak   
1.jpg


Polska nie ma bezpośrednich połączeń z Dominikaną, korzystaliśmy więc z usług niemieckiego biura FTI, będącego jednym z największych touroperatorów w Niemczech. Najbliższym miastem, z którego mogliśmy wyjechać był Berlin.

Niektóre niemieckie biura (w tym FTI) oferują w cenie pakietu również dojazd do lotniska pociągiem lub innym środkiem transportu publicznego na terenie Niemiec. Nie ma wtedy znaczenia odległość. W naszym przypadku byłoby to ok.100 km dzielących polsko-niemiecką granicę od Berlina. Mimo to zdecydowaliśmy się na jazdę samochodem, ponieważ po powrocie zamierzaliśmy spędzić jeszcze kilka dni w Berlinie.

Wyjechaliśmy dzień wcześniej i przenocowaliśmy w jednym z najtańszych, (jeśli nie najtańszym) hotelu w pobliżu obwodnicy Berlina. Aktualna cena noclegu (styczeń 2001) w Formule 1 w Brandenburger Park to 41 DM za 2-osobowy pokój z umywalką i telewizorem. Maksymalna cena pozostałych hoteli w tej sieci w innych niemieckich miastach wynosi 59 DM.

Po przyjeździe do hotelu zostawiliśmy rzeczy w pokoju i pojechaliśmy zlokalizować lotnisko, które znajduje się niecałe 20 minut jazdy od hotelu. Na lotnisku (Schönefeld) dowiedzieliśmy się wszystkich istotnych szczegółów i zlokalizowaliśmy parking, na którym następnego dnia pozostawiliśmy samochód. Cena parkingu przed halą odlotów to wydatek rzędu 69 DM za 2 tygodnie. Tuz obok znajduje się kryty parking piętrowy, na którym zostawić można auto za 100 DM (za 2 tygodnie). My, ze względu na niepewną listopadową pogodę, wybraliśmy tę drugą opcję.

16 listopada 2000


Kiedy wstajemy, jest jeszcze zupełnie ciemno. Na lotnisku musimy być standardowo 2 godziny przed wylotem. Wydawać by się mogło, ze jest to wystarczający czas, aby załapać się na jakieś wygodne miejsca w samolocie. Choć do odprawy zgłaszamy się zaledwie 15 minut po jej rozpoczęciu, o miejscach przy oknie możemy zapomnieć.
Na pocieszenie kupujemy jednorazowy wodoszczelny aparat do zdjęć podwodnych i trochę śpiący oczekujemy na samolot podziwiając przez okno piękny wschód słońca.
Dziesięć godzin lotu wydaje się ciągnąć w nieskończoność. Jedyną zaletą odległości jest zmiana czasu. Po przylocie na Dominikanę należy cofnąć zegarki w lecie o 6, w zimie o 5 godzin.
Po dotarciu w okolice lotniska w Puerto Plata musimy kołować nad nim przez dodatkowe 20 minut z powodu burzy i zbyt dużego ruchu na pasie startowym.
Wyjście z mocno klimatyzowanego samolotu okazuje się „lekkim” szokiem. Natychmiast czujemy różnicę temperatury i bardzo wysoką wilgotność powietrza, a nasze ręce w ciągu dosłownie ułamka sekundy stają się mokre jak po wyjęciu spod kranu.
Na szczęście już po chwili znów znajdujemy się w klimatyzowanym budynku, gdzie czeka nas odprawa.
Polacy nie potrzebują wizy, ale na lotnisku trzeba wykupić rodzaj karty turystycznej za 10 UDS, która upoważnia do pobytu na wyspie. Kartę trzeba koniecznie zachować, ponieważ potrzebna będzie przy wylocie. Jeśli się ją zgubi, trzeba będzie zapłacić kilkadziesiąt dolarów. Ponadto obowiązuje dodatkowa opłata 10 USD przy wyjeździe. Jednak nie dotyczy to wszystkich pasażerów. Okazuje się, że my płacić nie musimy. Niektórzy przewoźnicy mają podpisane umowy z rządem dominikańskim, dzięki czemu ich pasażerowie nie są zobowiązani do uiszczania dodatkowych opłat. Tak było w przypadku Air Brittania.
Po wypełnieniu wszystkich rubryk w karcie podążamy do wyjścia, gdzie szybko udaje nam się odnaleźć jednego z rezydentów naszego biura.

16.11.2000, 14:00 LOTNISKO W PUERTO PLATA

Przed budynkiem lotniska panuje niesamowite zamieszanie i przepycha się mnóstwo ludzi, zupełnie jak na jakimś ogromnym bazarze. Tłoczno, głośno i straszliwie duszno. Dziesiątki bagażowych pragnących zarobić na napiwkach. Już po chwili docieramy do autokaru, kierowca niosąc nasze torby, uprzedza: ”I expect tips”.-„Nie mamy pesos”- odpowiadam - Nie szkodzi, mogą być dolary, marki, co tylko macie”.

Hotel-Punta Goleta Beach Resort należący do sieci Barcello znajduje się 30 km od Puerto Plata. Jadąc autokarem mijamy po drodze miedzy innymi miejscowość Sosua. Pierwsze dominikańskie widoki wydają się być nieco przytłaczające. Przez okna autokaru obserwujemy straszną biedę, która drastycznie kontrastuje z przepychem hoteli. W Sosua mijamy również przechodzący główną ulicą korowód pogrzebowy - nie wiem, czemu, ale uwieczniony w naszym filmie, jako pierwsza scena na dodatek. Nieźle się zapowiada ;)

W hotelu zostajemy „zaobrączkowani” pomarańczowymi bransoletkami z plastiku pozwalającymi na korzystanie z wszelkich dobrodziejstw all inclusive. Ponieważ jest już popołudnie (ok.16.00) trafia się tylko kawa i ciasto (kawa bardzo dobra, z ciepłym mlekiem, a ciasto trochę za słodkie).
O 18:00 ( to już 24:00 w Polsce!) zasiadamy do kolacji w prawdziwie wielkim stylu. Później będziemy żałować wyboru hotelu all inclusive, bo nasza waga przez kilka następnych lat nie powróci już do dawnego stanu, ale w końcu jesteśmy na wakacjach, nikt się tym teraz nie będzie przejmował.
Zjeść można tyle, ile się zmieści - sałatki, sery, kilka rodzajów mięs i ryb. Całość uprzyjemnia bardzo gustowne młode wino. Po raz pierwszy udaje mi się zjeść posiłek składający się z 3 dań, podczas którego nie odczuwam żadnego przejedzenia. Wręcz przeciwnie- towarzyszy mi miłe uczucie sytości. Świeże owoce dopełniają dzieła.

Jest 19:27. Najwyższa pora na ... sen. W końcu jeszcze wczoraj o tej porze byłby już następny dzień!

17.11.2000 JESTESMY NA KARAIBACH!

Zmiana czasu robi swoje. Przed 5 rano obudził mnie śpiew ptaków, czy raczej hałas jaki wydawały przez ponad godzinę. Całą noc padało. A po wschodzie słońca...
Pogoda jak drut. Temperatura na oko (bo termometru brak) to jakieś 25 °C.

Prawdziwą przyjemnością, której nigdy nie zapomnę, są dominikańskie śniadania. Rzecz jasna, tylko te w hotelach, bo nie wyobrażam sobie Dominikańczyka zajadającego się takimi specjałami. Dzisiejsze śniadanie trwa „zaledwie” 45 minut a nie rzadko w następne dni przeciąga się do godziny. Dopiero tu dostrzegłam, czym różni się delektowanie posiłkiem od tego co w pośpiechu w ciągu liczonych z zegarkiem w ręku 5 minut jadam w domu.

O 9:00 jedziemy na spotkanie informacyjne do Tropical Garden. Spotkanie prowadzi Wiktor-Rosjanin pracujący jako rezydent dla FTI. Mówi trochę łamaną polszczyzną z wyraźnymi tendencjami do zmieniania wszystkiego na rosyjski, przez co trudno go czasem zrozumieć. Poza tym mówi tez nieźle po niemiecku, angielsku, hiszpańsku i trochę po czesku. Tropical Garden to faktycznie prawdziwy, wielki tropikalny ogród. Sam hotel zaś składa się z kilkudziesięciu domków, między którymi płynie szarawy strumyk, vel kanałek. Kolor wody może niezbyt zachęcający, ale za to pływają w niej ogromne stada ryb. Jest nawet kilka żółwi. W ogrodzie rośnie przynajmniej kilkanaście gatunków palm, kaktusy, bambus i inne cuda natury, których nazw niestety nie znam.
Na pocieszenie odkrywam po południu, że w naszym ogrodzie, (choć nie zaprojektowanym z takim rozmachem, to też naprawdę ładnym) zamiast wszechobecnych w Polsce wróbli latają...kolibry. Naprawdę są bardzo małe, niektóre niewiele większe od motyli i piją nektar z kwiatów rosnących na drzewach.
Dokładnie w południe, czyli wtedy, kiedy nie powinno się tego robić, idziemy na plażę. Słońce nieprawdopodobnie gorące i trudno oswoić się z myślą, ze to druga połowa listopada. Kąpiel w oceanie zostawiamy na następne dni – jest czerwona flaga z powodu zbyt wielkich fal.

Po południu postanawiamy wybrać się do Cabarete w celu wymiany pieniędzy i zlokalizowania jakiejś internetowej kafejki. Idziemy piechotą i jest to niestety duży błąd. Średnio co minutę zatrzymują się przy nas samochody, taksówki, motory - a ich nadzwyczaj kierowcy proponują podwiezienie. Naturalnie nie za darmo. „Uczynni” kierowcy są jednak tylko „bułką z masłem” przy pewnej kobiecie, która zaczepia mnie na głównej ulicy Cabarete. Proponuje zrobić mi na głowie coś, co jest tu dość popularne, głównie wśród turystek, (ale również Dominikanek), czyli warkoczyki zakończone małymi kolorowymi paciorkami. Warkoczyki te można robić, na co najmniej kilkadziesiąt sposobów. Istnieją nawet specjalne katalogi fryzur. Nie jest ważne czy ma się długie, czy krótkie włosy, ponieważ w każdej chwili można je dosztukować syntetycznymi włosami w przeróżnych kolorach. Zawsze znajdzie się kolor identyczny (lub prawie identyczny) z włosami ich właścicielki. Zauważyłam, że nawet panowie-o zgrozo-też nie stronią tu od takich pamiątek.
Spotkanie z panią oferującą swoje fryzjerskie usługi jest dla mnie chyba najnieprzyjemniejszym doświadczeniem na Dominikanie. Kobieta dosłownie łapie mnie na ulicy i wyrywając kosmyk włosów, które miałam spięte spinką, zaczyna po prostu zaplatać mi warkoczyka, nie pytając mnie wcale o zdanie. W tym samym momencie podbiega druga, starsza kobieta z plastikowym albumem - katalogiem zdjęć z przykładowymi fryzurami, zachwalając jednocześnie zdolności manualne swojej młodszej koleżanki, zapewne pracownicy.
Kiedy pytam o cenę, starsza nie chce mi powiedzieć. Odpowiadam, że przejdziemy się trochę po Cabarete i może wrócimy. Ona na to, że wtedy powie mi, ile mam zapłacić. Jednocześnie zaczyna coś mówić po hiszpańsku do młodszej i po chwili obydwie krzyczą na siebie donośnym głosem. Postanawiam dyskretnie się wycofać. Starsza uznaje to za wielka obrazę, zaczyna krzyczeć to na młodszą, to na mnie, w końcu uderza młodszą, a potem popycha mnie.
Zszokowani tym zachowaniem odchodzimy kilka metrów. Tymczasem młodsza, pomimo zakazu, biegnie za nami jeszcze kilka metrów i z uporem maniaka namawia mnie na zmianę fryzury. Jakiekolwiek negowanie z mojej strony nie daje pożądanych rezultatów. Po chwili znowu podbiega do nas starsza z katalogiem i wszystko prawdopodobnie zaczęłoby się od początku, gdyby Krzysiek nie krzyknął do niej stanowczo 2 niecenzuralnych nieco słów, które zadziałały jednak jak magiczne zaklęcie, bo w końcu od nas odeszły.
Chyba nie zniosłabym kolejnego spotkania z nimi lub im podobnymi dlatego do hotelu postanawiamy wrócić plażą.
Kraby, które często można spotkać wieczorem na plaży, mieszkają w małych wykopanych przez siebie dziurkach. Biegają bardzo szybko, tak, że ma się wrażenie, jakby leciały nad powierzchnią piasku.

A na kolacje...pieczony prosiak!

18 – 19.11. 2000 SŁODKIE LENISTWO


Kolejne 2 dni spędzamy na plaży rozkoszując się do woli najwspanialszymi walorami Dominikany - słońcem, oceanem i ...jedzeniem. Niestety, z fatalnymi skutkami, jeśli chodzi o słońce. Moja skóra, w każdym calu, wola o pomstę do nieba!

Jaszczurki są wszędzie. Dziwie się, ze jeszcze nie wchodzą nam do pokoju. Za to zamiast nich mamy od 2 dni bardzo miłego gościa. Jest nim czarny kot, który co rano (5:00-6:00 !) przychodzi pod drzwi naszego balkonu. Miauczy tak głośno i skutecznie, że trzeba mu otworzyć. Wchodzi wtedy do środka, czując się przy tym jak u siebie, i po porannej toalecie trwającej do 45 minut, kładzie się w pobliżu mojego łóżka i śpi. Tak długo, dopóki nie wyprosimy go wychodząc na śniadanie.

20.11.2000 – JASKINIE KOŁO CABARETE

Dziś pierwsza dawka dominikańskiej przyrody.
W 6 (właściwie 8, licząc dwójkę małych dzieci naszych sąsiadów) osób wynajmujemy taksówkę, która z hotelu zawozi nas do wspaniałego miejsca położonego zaledwie 1 km na południe od Cabarete. Jaskinie, które się tam znajdują, należą do parku narodowego El Choco.
Po drodze, która odbija z głównej szosy i prowadzi do jaskiń, spotykamy się z prawdziwym ubóstwem mieszkających tam ludzi. Ich domy to jakby lepianki, tyle, że nie z gliny. Materiałem budulcowym najczęściej używanym jest oczywiście drewno palm oraz ich liście służące do krycia dachu lub uszczelniania konstrukcji. Przestrzeń dookoła domów pozostawia wiele do życzenia. Nikt nie myśli tam o sprzątaniu, chyba, ze jest to naprawdę niezbędne. Dzieci chodzą na bosaka, czasem nago, a razem z nimi psy i kury. Dookoła pasą się chude, bardzo małe konie i osły. To prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy, którego bardziej spodziewałabym się w krajach afrykańskich niż na Karaibach.
Po kilku minutach jazdy po piaszczysto błotnistych wertepach docieramy na miejsce. Wszelkich niezbędnych i ciekawych informacji udziela nam przemiły Kanadyjczyk pracujący w parku od kilku lat. Prawdziwą przyjemnością jest rozmowa z kimś kto posługuje się normalnym angielskim, bez potrzeby domyślania się, co chciał lub próbował nam powiedzieć (tak na ogół kończą się rozmowy z rodowitymi mieszkańcami Dominikany). Kanadyjczyk wręcza nam w latarki i przyjmuje po 195 pesos (14 USD) za wejście.
Po chwili zjawia się miejscowy przewodnik Pedro, który przez następne 2 godziny oprowadzać nas będzie po parku ścieżką dydaktyczną.
Zwiedzamy 4 jaskinie, ale podobno jest ich tu więcej. Większość z nich poszczycić się może wspaniałymi stalaktytami i stalagmitami. Są tu również jaskinie obrzędów Boo Doo (które od Voo Doo różnią się tym, że są „dobrymi” czarami nie mającymi na nic wpływu), jest także jaskinia Indian z dużą ilością przedmiotów i narzędzi, jakich najprawdopodobniej używali. A wszystkie jaskinie liczą sobie ponad 5 milionów lat.
W przedostatniej jaskini, do której trzeba zejść omszałymi schodkami 25 metrów pod ziemię, znajduje się spore jeziorko, głębokie na 3 metry, ze stałą temperaturą 23C. Prawdziwą atrakcją jest możliwość orzeźwiającej kąpieli. Bez zastanawiania się skaczę pierwsza z zamkniętymi oczami. Wrażenie nie do opisania i z całą pewnością nie do zapomnienia.

Najciekawsze jest jednak obejrzenie w warunkach naturalnych tych wszystkich owoców, które znamy tylko z półek w supermarketach. Pedro po kolei pokazuje nam poszczególne gatunki drzew opowiadając szczegółowo, do czego używane są, poza zwykłą konsumpcją, ich owoce lub liście. Oglądamy więc mango, drzewo chlebowe, awokado, pospolite banany, ananasy, cytryny i całą masę innych bliżej niezidentyfikowanych gatunków. Zabawnym „odkryciem” okazuje się pospolita gwiazda betlejemska, którą tak dobrze znamy z małych doniczek w okresie przedświątecznym. Dominikańska poisencja w warunkach naturalnych jest drzewem osiągającym 3-5 metrów, zielonym w dolnych partiach, wiecznie czerwonym u góry. Jest to dość kontrastujący to widok w tropiku, zważając na to, że nam - Europejczykom kojarzy się wyłącznie z Bożym Narodzeniem, a więc i śniegiem. Przy panujących tu temperaturach myślenie o śniegu wydaje się czymś całkowicie nierealnym.
Pokonując fragment dżungli widzimy też długie liany, których soki używane są przy leczeniu chorób oczu oraz ogromne kaktusy i całkiem małe, jak się okazuje, ananasy. Każdy, komu wydaje się, że te słodkie owoce rosną na wysokich drzewach, jest w błędzie. Dojrzewają bowiem na sięgających zaledwie 60-80 cm krzakach o ostro zakończonych długich, przypominających trochę szable liściach.
Dowiadujemy się również, jak wielkie znaczenie ma na Dominikanie medycyna naturalna. Ponad 80 % mieszkańców wyspy nie stać na wizytę u prawdziwego lekarza a co dopiero na leczenie nowoczesnymi metodami. Dlatego tez niezliczona ilość gatunków roślin i ziół służy z powodzeniem jako lekarstwa. Tak było zawsze i tak chyba pozostanie pomimo wkraczającej do miast cywilizacji.

PUERTO PLATA


Za 600 pesos, do spółki z naszymi sąsiadami z Łodzi wynajmujemy taksówkę do Puerto Plata. Sylwia i Marek jadą ze swoimi synkami - 2 letnim Mikołajem i 4 letnim Markiem juniorem. Obydwaj chłopcy to prawdziwe „żywe srebra”. Kierowca to młody chłopak, góra 25 letni Jose, który za wspomniane wcześniej 600 pesos nie tylko zawozi nas do oddalonego od Cabarete o prawie 30 km miasta i przywozi do hotelu, ale również obwozi po najciekawszych miejscach Puerto Plata, do których raczej sami byśmy nie trafili.

Pierwszym punktem programu, który zaplanował nam kierowca, jest stuletnia fabryka słynnego na całej Dominikanie rumu Brutal. Nie ponosząc żadnych opłat za wstęp możemy dowoli przechadzać się po antresoli, oglądając sobie przy tym dokładnie całą produkcję, robiąc zdjęcia i filmując cały proces powstawania tego boskiego napoju. Zaraz po wyjściu zostajemy poczęstowani cudownie zmrożonym cytrynowym rumem, co powoduje (z pewnością zamierzoną przez sprzedawców) chęć zakupienia 2 butelek. Jest to, jak się potem okazuje, prawdopodobnie najtańszy rum, jaki kupiliśmy - każdy inny sklep nakłada dość wysokie marże. Taka sama butelka w Santo Domingo kosztuje dokładnie 2 razy tyle.
Po fabryce rumu jedziemy do fortu znajdującego się w parku nad samym morzem. Fort Św. Filipa to kamienna forteca z 16 wieku zbudowana, jak wszystkie forty w czasach Kolumba, jako ochrona przed atakami Francuzów i Anglików, nazywanych w tamtych czasach „piratami”. W nieco późniejszych czasach forteca służyła jako więzienie polityczne a dziś już tylko jako muzeum militarne, częściowo oddające ducha przeszłości. Część kamiennej konstrukcji pokrywa warstwa wszechobecnej na całej wyspie rafy koralowej, będącej całkiem pożytecznym budulcem.

Niestety i tutaj na każdym kroku kręcą się żądni choćby najmniejszego zarobku tubylcy. Chcą sprzedać wszystko, do czego można przykleić cenę - od tandetnych pamiątek po czerwone kwiatki zerwane przed chwilą z najbliższego krzaka. Dopada nas grubas ze śmiesznie ubranym osłem. Napastuje nas o 10 pesos za zrobione ukradkiem zdjęcie. Sposobów na wyciągniecie pieniędzy od turystów jest wiele. I prawie każdy skuteczny.

Podobnie wygląda kupowanie pamiątek w sklepach. José wiezie nas do jakiegoś „centrum handlowego”, które w praktyce okazuje się średniej wielkości sklepikiem. Jego jedyną zaletą jest nastawiona na mrożenie klimatyzacja. W miejscu tym znajduje się praktycznie wszystko to, co w każdym innym sklepie z pamiątkami, czyli straszna, odpustowa tandeta. Kiczowate olejne obrazki, figurki i maski bliżej niezidentyfikowanych stworzeń - wszystkie za cenę 3-krotnie wyższą od rzeczywistej. Targowanie się przynosi naturalnie swoje efekty i pomaga, ale nie jest zasadą. Tutaj sprzedawca wcale nie jest dumny, jak jego kolega z Egiptu czy Tunezji, kiedy klient próbuje zbić cenę do 1/3 wartości. Czasem się zgodzi, czasem nie. Nie wiadomo, gdzie znajduje się granica licytacji. Można odejść z kwitkiem. Nie kupisz ty, kupi następny.

Kolejnym etapem programu jest osławione przez internet i bilboardy w całej okolicy Muzeum Bursztynu, gdzie znajdują się nawet okazy z Bałtyku. Bilet kosztuje 50 pesos i jest to nieco wygórowana cena, za którą możemy za to przez kilka minut przebywać w mocno klimatyzowanych pomieszczeniach. Oprócz nas nie ma żywej duszy, możemy więc do woli, pomimo zakazu, fotografować i filmować :-)

Ostatnim punktem wycieczki do Puerto Plata okazuje się być osławiona przez wszystkie pocztówki i foldery góra Isabelle de Torres. Bilet na kolejkę kosztuje 100 pesos w 2 strony i natychmiast po odejściu od kasy znajduje się grupka panów w różnym wieku, pragnących „sprzedać” nam swoje usługi przewodnickie. Rozbieżność usłyszanych cen jest znaczna a przecież tak naprawdę w ogóle nie potrzebujemy przewodnika. Niestety, jeden z nich upatrzył sobie naszą czwórkę i nie odstępuje nas już na krok.

Po kilkunastu minutach oczekiwania na kolejkę, która wyglądem do złudzenia przypomina słynne wagoniki na Kasprowy, wspinamy się 800 m n.p.m. Po drodze delektujemy się wspaniałymi widokami, jakie roztaczają się w dole. Pod nami ciągnie się wiecznie zielony dywan lasu tropikalnego z plantacjami bananów i co najmniej kilkunastoma innymi gatunkami palm w różnych odcieniach zieleni. Na wolnych przestrzeniach między drzewami pasą się krowy i konie, które na wyspie są nieodłącznym elementem krajobrazu.

Kiedy docieramy na szczyt, wita nas „szara rzeczywistość” spowodowana nagromadzeniem się chmur , które przemieszczają się na szczęście na tyle szybko, ze już po kilku minutach odkrywamy, co kryje szczyt. Jest to wielka figura Chrystusa, dokładnie taka sama, jaka stoi w Rio de Janeiro i Lizbonie, trochę tylko mniejsza. To już trzecia, o jakiej słyszałam i druga, którą widziałam. Poza figurą warto zafundować sobie spacer po ogromnym ogrodzie botanicznym znajdującym się na południowym stoku. Właściwie ogród botaniczny to pojecie względne. Jest to po prostu zwyczajny las tropikalny. Jego zwiedzanie zajmuje nam około 2 godzin. Na północnym zboczu znajduje się strome urwisko, z którym kilka lat temu zderzył się niewielki samolot pasażerski kursujący miedzy wyspami.

22 /11/2000 SANTO DOMINGO

2.jpgWracając z Puerto Plata umówiliśmy się z José na dzisiejszą wycieczkę do Santo Domingo - stolicy Dominikany, która często nazywana jest pierwszym miastem Nowego Świata.
Choć wcześniejszy wyjazd jest w naszym przypadku wskazany ze względu na odległość, postanawiamy zjeść jeszcze szybkie śniadanie i o 7:30 spotykamy się przy samochodzie. Jedziemy w 6 osób ( 3 pary-my, Beata z Adamem z Koszalina i Małgosia ze Zbyszkiem z Sochaczewa).Dwa bardzo mile małżeństwa, „trochę” od nas starsze, bo z 15 letnim stażem. Już do końca wyjazdu spędzamy wspólnie prawie każdy wieczór.

Jazda zajmuje ok. 2,5 godziny i jest naprawdę interesującym doświadczeniem. Sama w sobie ciekawa jest trasa, którą jedziemy, a zwłaszcza jej „dzikie” fragmenty.

Jadąc na zachód od Cabarete przejeżdżamy wzdłuż rzeki Izabela, w której kobiety robią właśnie pranie, a niewiele dalej jakiś mężczyzna przeprowadza przez wodę 2 osły. Niekończące się łąki w dziesiątkach odcienie zieleni dopełniają obrazu w tle. I taką chyba zapamiętam Dominikanę: zieloną, z ciągnącymi się wśród masywu Cordiliera Septentrional soczystymi łąkami porośniętymi od czasu do czasu palmami. Na łąkach często pasą się krowy i konie. Dookoła tylko góry, łąki, palmy, trawa. A wszystko w tylu odcieniach zieleni, że trudno to sobie wyobrazić, że tyle w ogóle istnieje.

Na taki widok można patrzeć godzinami. Nie dziwie się, ze Dominikańczycy są tacy spokojni i opanowani, niczym się nie przejmują, w niczym nie dostrzegają problemów – jeśli prawdą jest, że kolor zielony uspakaja, mamy tu absolutne potwierdzenie tej teorii.
Pomiędzy tymi swoistymi preriami, które często ciągną się kilometrami, co jakiś czas wyłaniają się małe lub większe miasteczka i wioski.
Większość drogi prowadzi przez wspomniane góry Cordiliera Septentional. Niektóre jej fragmenty są naprawdę trudne dla niewprawionego kierowcy. Momentami ubogi asfalt przechodzi w wyboistą drogę szutrową lub piaszczystą, by po kilku kilometrach znów wić się kamienno-asfaltową nawierzchnią pełną niezliczonych dziur i nierówności.
Przez część drogi towarzyszy nam deszcz, którego nikt się nie spodziewał. José zapewnia nas jednak, że gdy dojedziemy na miejsce, deszczu już nie będzie. I ma rację (przynajmniej częściowo).
Miasta, które mijamy po drodze to m.in.: Moca, La Vega i Bonao. Sensacja! Mniej więcej w połowie drogi, na wysokości La Vega marna szosa zamienia się w autostradę! (to fragment jedynej w kraju autostrady Santiago - Santo Domingo).Teoretycznie nawet przypomina ona autostrady europejskie. W praktyce obowiązują tu jednak te same przepisy co na drogach lokalnych, czyli ŻADNE. Każdy jedzie tak, jak chce, z prędkością dowolną, wyprzedzając na przemian z lewej lub z prawej strony, na ciągle migających światłach awaryjnych. Kierowcy używają klaksonu bez powodu, a wieczorem...jeżdżą w ogóle bez świateł !
W drodze powrotnej postanawiam zapytać José:
Dlaczego jeździcie po ciemku bez świateł?
On na to:
Jeśli zdasz egzamin 20 na 20, to znaczy, ze masz bardzo dobry wzrok i nie potrzebujesz świateł.
Ale przecież chodzi o to, żeby kierowcy widzieli się wzajemnie i pieszych! – ripostuję.
Jeśli masz wzrok „twenty-twenty” to widzisz wszystko- uśmiecha się José.
Tak, tak – myślę - szczególnie, jeśli używacie tych soków z lian, o których mówił Pedro. A może widzicie też w podczerwieni?
Docierając do Santo Domingo zbliżamy się jednocześnie od „prawdziwej” cywilizacji. Na przedmieściach pojawiają się pierwsze sklepy, wśród nich supermarkety, warsztaty samochodowe, cała masa wulkanizatorów i sklepów z oponami. Na mojej twarzy pojawia się uśmiech, kiedy dostrzegam znajome logo Carrefour’a - naprawdę jesteśmy w dużym mieście! Kolejnym na to dowodem są narastające korki na wszystkich większych i mniejszych arteriach. Utkwiwszy w jednym z nich, dostrzegamy ulicznych handlarzy krążących między stojącymi samochodami. Sprzedają absolutnie wszystko: od owoców (banany, pomarańcze, papaje) i pasków do spodni (supermodne, oczywiście wszystkie „oryginalne” Levisa i C. Kleina), przez wycieraczki samochodowe, po pokrowce na komórki. Wracając z pracy, po zaliczeniu kilku takich skrzyżowań można załatwić całe zakupy nie wysiadając z samochodu.
Jadąc uroczą promenadą (Avenida George Washington) ciągnącą się wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego przemieszczamy się w kierunku ZONA COLONIAL, czyli strefy kolonialnej (dominikański odpowiednik naszych starówek).
Po drodze mijamy szereg 5-gwiazdkowych hoteli z kasynami. Na jednym z hotelowych parkingów obok drogich limuzyn stoi...helikopter. Hotele tuż po zmroku zaczynają tętnić życiem, w kasynach do wczesnych godzin rannych turyści amerykańscy wygrywają i przegrywają ogromne sumy. Podobno atmosfera prawie jak w Las Vegas, może nie jest tylko tak kolorowo.

Parkujemy samochód w podziemnym płatnym garażu na Calle Arzobispo Merino, nieopodal strefy kolonialnej. Po kilku minutach spacerku tą bardzo ładną ulicą docieramy na główny plac Zona Colonial, gdzie znajduje się najsłynniejsza katedra w mieście - Santa Maria la Menor. Katedra, jak wszystko w Santo Domingo, była oczywiście pierwszą w Nowym Świecie. Głównym budulcem zbudowanej w 1521 roku katedry jest rafa koralowa, a jej konstrukcja zawiera całą masę typowych elementów gotyckich. Portal zdobiony jest figurami świętych oraz pierwszych mieszkańców wyspy, m.in. samego Kolumba.
Zanim wejdziemy do katedry spotykają nas pewne trudności związane z nieodpowiednimi strojami, przez które strażnik nie chce nas wpuścić do środka. Ale już po chwili znajduje się „wybawca”, który za 20 pesos od osoby otwiera swoja przenośną szafę używanych ubrań, chcąc nam je wypożyczyć. Ubrania są okropne i niewiadomego pochodzenia, ale w końcu dajemy się namówić. Właściciel przenośnej szafy znajdującej się w kilku plastikowych workach dla każdego z nas znajduje odpowiedni ciuch pasujący krojem, rozmiarem i kolorem do danej osoby. Obsługa na poziomie Marks & Spencer!
Jednak 20 pesos to nie jedyna opłata, jaką musimy uiścić za zwiedzanie tej osobliwej katedry. Przy wejściu strażnik, który wygląda jak policjant, inkasuje od naszej szóstki kolejne pieniądze. Po kilkuminutowych pertraktacjach ustalamy sumę 130 pesos (z upustem 10 pesos-„po znajomości”). Zauważam potem, że dla każdej grupy wymyśla inna kwotę. W zamian za niecałe 50$ (symbol peso jest prawie taki sam jak dolara) możemy teraz dowoli rozkoszować się pięknem Santa Maria la Menor (MB Morskiej, lub jak kto woli Marii od Morskiej Toni), która, choć istotnie jest urokliwa, nie należy wcale do najpiękniejszych, jakie w życiu widziałam.
W prawej nawie natrafiamy na kaplicę poświęconą naszemu największemu Rodakowi -Janowi Pawłowi II. Jedną ze ścian zdobi ogromny obraz przedstawiający wizytę papieża w asyście biskupów i innych duchownych w tymże kościele w roku 1974.Obraz jest naprawdę ładny i człowiekowi robi się nagle jakoś miło na duszy, kiedy przebywa w takim miejscu. Po sfotografowaniu co ciekawszych zakątków kościoła opuszczamy przyjemny panujący tam chłód i udajemy się na „patelnię” placu przed katedrą. Cienia tam jak na lekarstwo i dopiero teraz czuć prawdziwy dominikański upał, który na plaży odczuwany był mimo wszystko jako znacznie przyjemniejszy.
Wchodzimy na chwilę do mini - fabryki cygar. Słowo fabryka wydaje się znacznie przesadzone, ale tu każdy, nawet najmniejszy sklep z cygarami ma swoją „cigar factory” –choćby tylko (lub głownie) dla turystów. Robię sobie zdjęcie z panem „skręcaczem” cygar, który wcale nie produkuje ich na udach młodej dziewicy tylko na zwykłym stole pełnym połamanych liści tytoniu. Zaskakujące, że nikt nie każe mi zapłacić za to zdjęcie, ani nawet na siłę nie wciska cygar. Sprzedawczyni przez chwilę próbuje nas namówić na zakupy, ale odpowiadam grzecznie, że wrócimy później. Nie wiem, czy uwierzyła, ale przynajmniej była miła. W tym osobliwym sklepie stoi choinka, na której zamiast bombek wiszą...cygara z czerwonymi wstążeczkami. Coraz częściej dostrzegamy obecność zbliżającego się Bożego Narodzenia.

Spacerując wąskimi zacienionymi uliczkami Zona Colonial, m.in. słynną Las Damas mijamy Panteo Nacional, przed którego wejściem stoi bez ruchu strażnik. Panteon jest XVIII -wieczną budowlą z popularnego na całych Karaibach budulca, jakim jest rafa koralowa. Spoczywają tu znane historyczne postacie, m.in. Generał Pedro Santana - pięciokrotny prezydent Republiki. Po chwili docieramy do Alcazar de Colon. Różne są historie tego budynku. Ale najpowszechniej opowiadana głosi, że w domu tym mieszkał z rodziną syn Krzysztofa Kolumba – Diego. Alcazar (zamek) to wspaniała 2 piętrowa renesansowa budowla z wyraźnymi wpływami mauretańskimi i częstymi nawiązaniami do portugalskiego izabelińskiego gotyku. Świadczą o tym przepięknie zdobione łuki na całej długości fasady. W środku znajduje się dziś muzeum ze znakomitą kolekcją unikalnych, stylowych mebli. Niestety nie wchodzimy już do środka, bo za wejście znów trzeba zapłacić jakąś horrendalną sumę.
Kolejną godzinę spędzamy na indywidualnym wałęsaniu się po ulicach w poszukiwaniu cienia. Odwiedzamy kilka sklepów „ze wszystkim i niczym”, gdzie ostatecznie kupuję tylko wodę, bo umieram z pragnienia. Ceny w Santo Domingo są średnio 3 razy wyższe niż w Cabarete. Za to zupełnie za darmo mam wreszcie okazję spróbować osławionej już we wcześniejszych opowiadaniach dominikańskiej ”viagry”, czyli MAMMA JUANY. Ciut za mocna, jak na ten upał, choć przyznaję, dobra, szczególnie z lodem odzyskanym z kupionej przed chwilą pepsi. Mamma Juana to rozdaj miejscowej nalewki zrobionej ze specjalnych korzeni. Korzenie wyglądające jak wysuszone wióry układa się na spodzie butelki, czasem wypełniając ją prawie całą i zalewa kolejno w odpowiednich proporcjach: miodem, słodkim czerwonym winem i rumem. Całość zostawia się na 3 miesiące. Smak ma naprawdę ciekawy, ale i całkiem mocny. Mamma Juana stosowana jest wśród mieszkańców Dominikany w rożnych sytuacjach, ale na pewno nie jako viagra. Służy na bóle głowy, żołądka, przydatna jest po obfitym posiłku lub po prostu jako ekwiwalent kieliszeczka wina.

Upał sięga w mieście 40°C. Trudno oddychać, a dodatkowo powoli zaczynają się zbierać chmury. Czyżby deszcz?
Wracamy do samochodu i przejeżdżając przez naprawdę ogromny most (Puente Ramon Marias Mella) wiszący nad rzeką Ozima, udajemy się w kierunku kolejnego giganta-latarni morskiej Krzysztofa Kolumba. Jest to ogromna betonowa konstrukcja na planie krzyża, która szczególnie efektownie wygląda po zmroku, podświetlona niezliczoną ilością kolorowych świateł strzeliście bijących w górę, do gwiazd. Popularny Columbus House to mauzoleum poświęcone Kolumbowi w hołdzie za cały Złoty Wiek Odkryć Geograficznych, szczególnie upamiętniający pięćsetną rocznicę tego wydarzenia. Jest jednym z trzech miejsc, gdzie oficjalnie spoczywa Kolumb. Jednym z trzech, bo poza Santo Domingo prawa do jego grobu roszczą sobie jeszcze Hiszpania (Sewilla) i Kuba. I w każdym Odkrywca spoczywa „na pewno”.
Nie wchodzimy do środka (w każdym razie część z nas), bo znowu trzeba słono płacić. Może to już nawet nie kwestia pieniędzy, budowla jest tak ogromna, że sama myśl o jej zwiedzaniu przekracza nasze możliwości i przegrywa ze zmęczeniem. Beacie i Małgosi w jakiś sposób udaje się wejść bez biletu. Czekamy na nie cierpliwie przed wejściem na betonowych schodach popijając ciepłą od upału wodę.
Coraz większe i ciemniejsze chmury wiszą nad naszymi głowami i ulewa jest już tylko kwestią czasu.
Wracają dziewczyny, więc wyruszamy do kolejnego celu, jakim jest AQUARIO NACIONAL, które, muszę przyznać, chciałam szczególnie zobaczyć. Niestety i ono, tak jak chyba całe Santo Domingo, trochę mnie rozczarowało. Docieramy w strugach ulewnego deszczu, José nie może podjechać już bliżej, więc decydujemy się na desperacki bieg do kasy. Z bilecikiem za „jedyne” 50 $ (oczywiście dla turystów ta najdroższa wersja) wchodzimy do środka, mokrzy na wylot, ale komu to przeszkadza? Wyschniemy w 5 minut.
Akwarium jest całkiem spore. Zauważam szybko, że w większości zbiorników woda jest trochę mętna. Mam wrażenie, że w Berlinie podobało mi się jakoś bardziej.
Jednak niezaprzeczalną atrakcją akwarium jest 25 metrowy tunel ze szkła, w którym pływają rekiny i inne wielkie ryby. Wrażenie naprawdę ciekawe, szczególnie, kiedy 2 rekiny kładą się na szkle nad moją głową i tak przyklejone jak glonojady, odpoczywają sobie przez kilkanaście minut. Można je niemal dotknąć, bo są na wyciągniecie ręki -dzieli nas jednak kilkunastocentymetrowa warstwa szkła.

Po Akwarium udajemy się w jeszcze jedno miejsce - do słynnego parku TRES OJOS DE AQUA - w tłumaczeniu ładniej brzmi po angielsku (Three Eyes of Water) niż po polsku (zwanego czasem Los Tres Ojos). Jest to rezerwat, w którym znajdują się 3 wodospady otoczone pięknym ogrodem. Niestety nie dowiemy się już, jak wyglądają w rzeczywistości, ponieważ deszcz, który dopadł nas w drodze do Akwarium, wciąż pada, więc kiedy dojeżdżamy na miejsce i zapowiada się, że nie przestanie padać, decydujemy, że zwiedzanie parku w strugach deszczu nie ma sensu.
Postanawiamy zatem wracać do domu hotelu bo dochodzi już 17:00. Prosimy jeszcze José, żeby zatrzymał się na godzinę w Carrefourze, gdzie zamierzamy kupić trochę tańszych suwenirów. Dalej leje, chyba nawet coraz mocniej. Przemoknięci do suchej nitki wchodzimy do mocno klimatyzowanego marketu. Mam wrażenie, że przy tej temperaturze rozchorujemy się za kilka minut. Czuję, jakbym była w lodówce.
Kupuję kilka „pamiątek spożywczych”, m.in. kawę, mleko kokosowe w puszce, jeszcze jedną butelkę rumu i płytę z muzyką merengue dla taty (Ruby Perez- dominikańska gwiazda tego gatunku).
Zakupy w dominikańskim Carrefourze to dość osobliwe doświadczenie, ponieważ w pewnym momencie uświadamiam sobie, że jesteśmy jedynymi białymi ludźmi w całym sklepie. Sama kwestia porozumienia się z pracownikami sklepu to równie ciekawa sprawa. Potrzeba dogadania się wynikła z chęci zakupu wspomnianej płyty. Usłyszałam ją przypadkowo w dziale ze sprzętem muzycznym i postanowiłam zapytać o tytuł. Niestety, żadna z 3 zapytanych osób nie zna angielskiego. Proszą więc, żebym poczekała i jeden z pracowników biegnie poszukać „tego, który zna”. Po chwili zjawia się miły młody pan, który informuje mnie, że gra Ruby Perez i wskazuje płytę na półce. Pytam go, czy piosenkarz jest sławny. A on na to; „Oczywiście! Jest bardzo sławny!” W ten sposób dominikańska sława ląduje w moim koszyku za „jedyne” 190 $.
Na koniec kupujemy sobie jeszcze dominikańską Pizzę Hut na wynos, bo po całym dniu jesteśmy naprawdę głodni.
W drodze powrotnej przez jeszcze ponad godzinę pada, robi się ciemno, a oni dalej jadą bez świateł...
Kiedy docieramy do hotelu , okazuje się, że tu padało przez cały dzień, więc w sumie nam się udało, bo wszędzie tam, gdzie zwiedzaliśmy, świeciło słońce, a deszcz padał tylko na trasie (no i podczas zwiedzania akwarium).
Za 150 USD od całej szóstki José zawiózł nas do Santo Domingo, zaprowadził lub zawiózł do najważniejszych miejsc i był na każde nasze zawołanie. Nie mam pojęcia, co można robić w Santo Domingo przez 2 dni (za 100 USD od osoby) bo taką opcję sprzedawała większość biur turystycznych, m.in. nasze FTI. Być może jeden dzień spędza się od rana do nocy w tamtejszych kasynach?
Nam w ciągu 6-godzinnego pobytu w mieście udało się zobaczyć zdecydowaną większość miejsc godnych odwiedzenia (w tym jedna godzina w akwarium i jedna w Carrefourze). Myślę, że cała ta wycieczka, jak i większość innych, jest mocno przereklamowana, a kolorowe foldery i przewodniki pokazują tylko to, co naprawdę najładniejsze. Nie pokazują prawdziwych slumsów, które widzieliśmy przejeżdżając przez miasto, nie pokazują biedy, jaka tam panuje pomimo, iż jest to w końcu pierwsza stolica Nowego Świata...
W sumie na jedną osobę wypadło po 25 USD. Najtańsza opcja jednodniowej wycieczki oferowanej przez L-Tour (miejscowe, najtańsze, jakie widzieliśmy, biuro) to 29 USD. Zaoszczędziliśmy wiec zaledwie 4 USD! Ale za to w tak kameralnym gronie spędziliśmy naprawdę miły dzień.

24.11 SAMANA

Słońce dopiero co wstało, a my już na nogach. Pod hotelem czeka już na nas 8 osobowy van a w nim Sylvio, młody chłopak polecony nam przez znajomą, wraz z przemiłym, jak się wkrótce okaże kierowcą, Remo. Śniadanie jemy w jednym z najurokliwszych miejsc, jakie widziałam na Dominikanie. Jest godzina 7:00 a my po niecałej godzinie jazdy docieramy do drewnianej restauracji (?) otoczonej wypielęgnowanym ogrodem. Jest po prostu przepiękny. Soczyście zielony trawnik wygląda jak miękki dywan, dookoła jakby wystawa wspaniałych bajecznie kolorowych odmian storczyków innych tropikalnych kwiatów. Z tyłu, za okrągłym domkiem, w którym znajduje się maleńka restauracja, pośród bardzo wysokich palm kokosowych znajduje się mała sadzawka a w niej wśród różowych grążeli pływają złote karasie. Miejsce to jest na swój sposób bardzo szczególne i śniadanie w takim otoczeniu smakuje wybornie. Spędzamy tu niecałą godzinę i z żalem wyruszamy w dalszą drogę. Za chwilę znajdziemy się w miejscu o wiele piękniejszym niż kolorowy ogród z bajki.
Zatrzymujemy się na małym nieoznaczonym parkingu i nic nie wskazuje na to, aby miejsce to miało jakikolwiek szczególny charakter. Remo i Sylvio proszą abyśmy poszli za nimi kilkanaście metrów. Tak też czynimy i… dech zapiera w piersiach! Stoimy na szczycie kilkudziesięciometrowej skarpy nad samym brzegiem oceanu. Jest to prawdopodobnie najpiękniejsze miejsce, jakie dotąd w życiu widziałam. Wielkie fale rozbijają się z hukiem o skały, turkusowo szmaragdowa woda pięknie komponuje się z soczystą zielenią drzew i trawy rosnącej w górnych partiach skarpy. Można tu stać w nieskończoność….
Po kilku minutach wsiadamy jednak do vana i udajemy się w dalszą drogę. Razem z nami jedzie jeszcze 6 pasażerów. Choć każda z 3 par pochodzi z innego kraju, wszyscy mieszkają w Niemczech takim językiem posługuje się cała nasza wycieczka. Jest małżeństwo Polaków od kilkunastu lat mieszkające w Hanowerze, są Czesi i Słowacy, również na stałe rezydujący w Niemczech i my, jedyni „odszczepieńcy”. W dalszej części dnia bardzo się wszyscy zaprzyjaźnimy.
W miarę przejechanych kilometrów krajobraz zmienia się z rozległych pól ryżowych w osobliwą aleję palmową, która przechodzi w końcu w regularne plantacje kokosów. „Kokosowa autostrada” biegnie wzdłuż oceanu i wygląda na kolejne bajeczne miejsce. Tu właśnie ma miejsce nasz następny przystanek. Zwiedzamy tzw. tradycyjną dominikańską chatę wykonaną z drewna palm, pokrytą naturalnie palmowymi liśćmi i pomalowaną charakterystyczną zielono-seledynową farbą. Chata składa się w zasadzie z jednego pomieszczenia, w którym znajduje się niewielki stół i kiwające się krzesła, na ścianie wisi stary kalendarz, w rogu niewielka kuchenka gazowa, kilka kubków i sztućce. Myślę, że tak naprawdę nikt tu nie mieszka, choć wcale nie wątpię, że tak właśnie wyglądają dominikańskie domostwa. Dookoła domu biegają maleńkie kurczaki, które swoim piskiem robią wiele zamieszania. Wychodzimy na zewnątrz, wprost na plażę, gdzie po chwili gospodarze częstują nas mlekiem kokosowym z uprzednio rozbitego kokosa, który naturalnie spadł z drzewa niewiele wcześniej.
Po kilkunastominutowej przerwie udajemy się już bezpośrednio w kierunku naszego celu, Półwyspu Samana. Mijamy po drodze liczne drewniano– tekturowe wioski ciągnące się wzdłuż „kokosowej autostrady”, która w rzeczywistości jest szeroka na tyle, aby wyminęły się bez obaw 2 jadące z naprzeciwka autobusy.
Jeszcze jeden przystanek, ostatni przed docelowym. Tuż przed miastem Samana czeka nas miły przerywnik na jeszcze jednej skarpie, tym razem już może nieco mniej okazałej, ale tym razem z widokiem na granatowe Morze Karaibskie. Ponoć tu właśnie w marcu przypływają na gody wieloryby. Wielka szkoda, że to nie marzec…
Remo woła nas do samochodu, ale wcale nie po to, żeby już jechać. Otwiera bagażnik, z którego wyjmuje turystyczną lodówkę, a z niej… rum Brugal i colę ! A raczej pepsi, bo niestety tylko pepsi króluje właśnie na Dominikanie.. A więc celem przerwy okazała się szklaneczka cuba libre. Czy to nie wspaniałe ?
W dobrych nastrojach mijamy Samarę, w której Sylvio pokazuje nam przez okno długi most łączący ląd z 2 prywatnymi wyspami, które kupił kiedyś jakiś bogacz. Docieramy do miejsca, w którym wsiadamy do motorowej łodzi. Już po kilku minutach docieramy do raju. Cayo Levantado zwane popularnie wyspą Bacardi zawdzięcza tę nazwę reklamie rumu, którą kręcono tu kilka lat wcześniej. Wyspa jest nieduża, spokojnie można ją obejść dookoła spacerem. Poza plażami z cudownie białym piaskiem wyspa porośnięta jest niezliczoną ilością palm kokosowych – w miejscu tym należałoby raczej nakręcić reklamę Bounty.

Przy plaży każdy z nas dostaje powitalnego drinka – do wyboru w ... kokosie albo ananasie. Drink kokosowy to popularne coco-loco, rum z dużą ilością naturalnego mleka kokosowego i słodkiego mleka (kokosowego) z puszki. Drink ananasowy to oczywiście słynna pina colada.

Jest pora lunchu, zaraz po drinkach, które można uzupełniać stojącym na stole rumem, porządnie już głodni pochłaniamy rybę z ryżem i udajemy się prosto na plażę. Przed nami kilka godzin absolutnego, totalnego, wspaniałego lenistwa. Możemy dowoli zażywać gorącego karaibskiego słońca, oglądać przez maskę podwodny świat pełen kolorowych rybek, zbierać muszelki, podziwiać nurkujące jak pociski w wodzie pelikany i utwierdzać się w przekonaniu, że życie czasem potrafi być naprawdę piękne, a dla chwil takich, jak te, warto żyć, choćby czasem trzeba było czekać długo na coś, co trwa tak krótko…

Postanawiamy również „zwiedzić” wyspę i udajemy się na krótki spacer. Późnym popołudniem dobiega końca nasza sielanka. Wracamy do łodzi, która zabiera nas do Sylvia i Remo. W drodze powrotnej zatrzymujemy się przy (prawdopodobnie) hotelu, gdzie znajduje się basen. Nie byłoby w nim nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że basen jest w istocie słodkowodnym, bardzo zimnym jeziorkiem ograniczonym z jednej strony skałą, z drugiej przypominającym faktycznie prawdziwy basen. Po skale spływa małymi kaskadami lodowata woda. Wygląda na to, że gdzieś na górze znajduje się źródło tego osobliwego basenu. Postanawiam skorzystać z możliwości kąpieli, ponieważ po całym dniu spędzonym w słonej wodzie czuję się jak po liftingu ściągającym skórę. Przepływam 2 długości basenu i czuje się wystarczająco orzeźwiona na dalszą podróż. Jeszcze tylko jeden mały drink z magicznej lodówki w bagażniku i możemy jechać.

Zanim dojechaliśmy do Cabarete, takich przystanków mamy jeszcze kilka. Kiedy skończyła się zawartość lodówki, Remo zatrzymywał się kilkakrotnie przy ulicznych sklepach, gdzie zaopatrywaliśmy się w lokalne piwo, które trzeba na Dominikanie pić na sposób amerykański – w papierowej torebce. Te przystanki wspominać będziemy na pewno jeszcze długo, bo przerodziły się w pewnym momencie w wielką fiestę. W jednym ze sklepów Remo inicjuje w rytm płynącej z radia muzyki merengue mały konkurs tańca. Wszyscy bawimy się jak małe dzieci, ale czy nie po to właśnie tu jesteśmy ? W cudownych nastrojach wracamy do hotelu na spóźnioną kolację. Szkoda, że dzień już się skończył…

Katarzyna Kacprzak

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;