Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Zobaczyć Kair
Autor: Katarzyna Kacprzak   
1_1.jpgKair to dziwne miasto, pełne kontrastów, ale również wspaniałej atmosfery. Wiele osób, które przyjeżdżają tam tylko na jeden dzień, mocno zniechęca i odraża. To prawda-jest brudny, głośny, zatłoczony. Ale dzięki Bogu to nie wszystko, co może pokazać. Moje 2 dni oczywiście też są niczym, bo umówmy się, w tak krótkim czasie nie da się zobaczyć nic. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego to miejsce jest takie fascynujące, może dlatego, że kilkutysiącletnia kultura, której tak naprawdę nie rozumiemy, przeplata się ze wszystkimi dobrami świata doczesnego, tak zupełnie innego od tego, co znamy. Najbardziej nie mogę odżałować, że tak naprawdę dopiero po powrocie dowiaduję się coraz to ciekawszych rzeczy o miejscach, w których mnie nie było, coś mi się widzi, że jeszcze kiedyś się tam wybiorę. Tymczasem chcę wam przekazać to, co w tak krótkim czasie udało mi się zobaczyć i czego z pewnością nie zapomnę.

18.06.2003 środa

Pobudka w środku nocy, czyli o 2:00. Teoretycznie o 2:40 autokar ma nas zabrać spod biura Ohod Tours znajdującego się niedaleko naszego hotelu, dokładnie naprzeciwko Hor Palace. Odbieramy z recepcji pudełka ze śniadaniem i pędzimy na miejsce zbiórki. Z naszego hotelu jedziemy tylko my. W recepcji jest co prawda kilka osób, ale jadą chyba z rezydentem. Przed biurem Tigera czekamy nieprzytomni kilkanaście minut zastanawiając się, czy autobus na pewno po nas przyjedzie. W końcu oddychamy z ulgą- jest, zatrzymuje się pod Hor Palce po drugiej stronie ulicy. Idziemy w jego kierunku, z autobusu wysiada jakiś mężczyzna, pyta, czy my to my, wszystko się zgadza i nagle zza autokaru wybiega jakiś typ, który po chwili zaczyna tłuc „naszego” pięściami. Podbiega drugi, próbuje go odciągnąć, ale po chwili trwa już prawdziwa bójka. Nie wiem już kto jest przeciwko komu, wiem tylko, że jest ich kilku i tłuką naszego kierowcę. Przerażeni wsiadamy do autokaru. Bijatyka trwa jeszcze chwilę i kończy się równie nagle, jak się zaczęła.

Zbieramy ludzi z kolejnych hoteli. Mamy już spore opóźnienie, bo autokar zatrzymuje się jeszcze na kilka minut pod budynkiem policji turystycznej, gdzie prawdopodobnie zgłoszono całe zajście. Zanim dotrzemy do formującego się na przedmieściach Hurgady konwoju, dowiadujemy się, że musimy zmienić autokar, bo w naszym zepsuła się klimatyzacja, i że na miejscu zbiórki czeka już na nas nowy. To prawda. Przesiadamy się sprawnie i około 4:00 konwój w końcu odjeżdża. Jest jeszcze ciemno. Do wschodu słońca większość turystów śpi. A może raczej spać próbuje, bo pomimo, iż każdy ma w posiadaniu 2 miejsca, nie jest zbyt wygodnie.

Słońce wschodzi z morza czerwoną kulą. Jedziemy bardzo monotonną trasą – po prawej morze, po lewej pustynia co jakiś czas zmieniająca się w góry. Krajobraz księżycowy. Krzyś nie czuje się dobrze, pechowo właśnie na wycieczkę dopadła go „zemsta faraona”. Po jakimś czasie zatrzymujemy się na pierwszą i jedyną przerwę. Kawa, herbata, toaleta, śniadanie z hotelowych pudełek. Między 5:00 a 6:00 panuje miła temperatura, prawdopodobnie 20-kilka stopni.

Po 20 minutach wyruszamy w dalszą drogę. Krajobraz powoli się zmienia, ale bywa, że na pustyni, która jeszcze przez jakiś czas nam towarzyszy, dostrzegam kilka wraków czołgów.

PRZEDMIEŚCIA

W końcu koło 10:00 dojeżdżamy na przedmieścia Kairu. Najpierw obowiązkowy policyjny punkt kontrolny, jakich w trasie widzieliśmy co najmniej kilka. Wszystko to podobno dla naszego bezpieczeństwa. Można by pomyśleć, że znajdujemy się w państwie policyjnym, umundurowani, uzbrojeni strażnicy i policjanci są na każdym kroku. Tak jest od przewrotu ekstremistów islamskich i zamachu terrorystycznego w Luksorze w 1997 roku, kiedy przed świątynią Hatszepsut terroryści rozstrzelali kilkadziesiąt osób, w tym 58 zagranicznych turystów. Ale teraz jest zupełnie inaczej. Na pierwszy rzut oka ta ciągła obecność uzbrojonych policjantów może powodować uczucie strachu. Po krótkim czasie łatwo się jednak do niej przyzwyczaić i poczuć naprawdę bezpiecznie. Takie właśnie uczucie towarzyszyło mi do końca naszego pobytu w Egipcie.

Jedziemy obwodnicą, której Warszawa może Kairowi tylko pozazdrościć. Wzdłuż 4 pasmowej autostrady ciągnie się dziwne osiedle czerwonych, niedokończonych domów. Po powrocie do Polski dowiaduję się od znajomego mieszkającego w Kairze, że te budynki stoją tam w zasadzie nielegalnie, budowane są bez żadnego planu zagospodarowania terenu, właściciele nie mają pozwolenia na budowę. Domy są niedokończone, na ogół 2-3 piętrowe lub wyższe. Wystające z dachów druty świadczą o tym, że kolejne piętra czekają na ożenek najstarszego syna, potem kolejnego itd. Wtedy ojciec dobudowuje kolejne piętra.

Powoli wyłaniają się dostrzegalnego już z daleka smogu wysokie wieżowce, może nawet 20-piętrowe, wyglądające na gigantyczne slumsy. Domy są leciwe, „obklejone” starymi klimatyzatorami, w niektórych oknach brak szyb, z innych zwisa pranie. Dookoła jeden wielki śmietnik.

Kair wart jest ponad wszystko bacznej obserwacji, ponieważ to 12 milionowe miasto, w którym mieszkać mogłaby 1/3 mieszkańców całej Polski, jest jedyne w swoim rodzaju. Chce się je chłonąć w każdym calu, żeby nie umknął żaden szczegół. Ale obserwacja Kairu do łatwych nie należy. Trzeba mieć bardzo podzielną uwagę i stalowe nerwy. Jadąc przez miasto niejednokrotnie miałam serce w gardle. Styl jazdy oraz zasady panujące na ulicy, a raczej całkowity ich brak, są dla Europejczyka prawdziwą próbą nerwów. Jazdy Kairczyków nie da się porównać z niczym. Na ulicach, a w szczególności na skrzyżowaniach, panuje gigantyczny chaos. Światła, które nota-bene zauważyłam zaledwie na kilku skrzyżowaniach, w praktyce nie obowiązują. Pasy, znaki, kodeks drogowy, czy włączone światła lub używanie kierunkowskazów można włożyć między bajki. To tylko zbędne elementy sztuki poruszania się po mieście. Do tego dochodzi nieodłączny ryk klaksonów. W całym Egipcie obowiązuje swoisty kod porozumiewania się tą drogą, praktycznie zastępujący wszystkie przepisy. Każdy klakson oznacza co innego, jeden-powitanie, dwa-uważaj, trzy-zjeżdżaj itd.

Do tego wszystkiego należy jeszcze dodać 2 elementy, które złożą się na całość obrazu. Jednym z nich są chodzące po ulicach osły, muły i konie, a Gizie również wielbłądy. Drugim – wszechobecni mieszkańcy miasta, przechodzący przez ulicę w absolutnie przypadkowym, losowo lub też celowo wybranym miejscu.

MUZEUM EGIPSKIE

Przebijając się przez ten barwny i fascynujący na swój sposób zgiełk (a podobno dziś nie ma korków!) dojeżdżamy do Muzeum Egipskiego. Przed czerwonym budynkiem ze złotą bramą czeka na nas przewodnik – Arab mówiący po polsku. Niby bez problemu można go zrozumieć, ale trochę śmieszny ten jego polski – mieszanka z rosyjskim wzbogacona o dość osobliwy akcent na pierwszą sylabę w każdym dłuższym słowie.

Przed wejściem trzeba zapłacić 10 LE za każdy wniesiony aparat i 100 LE za kamerę. Znając te ceny wcześniej, zostawiamy ją celowo w autokarze a do środka wnosimy 2 aparaty. Nie opłaca się kombinować – sprawdzają dość dokładnie każdą torbę, wracają każdego, kto chce wnieść nieopłacony aparat, nawet gdyby był zepsuty lub bez obiektywu. Zdjęć można robić do woli, ale bez flesza. Dlatego wcześniej przezornie zaopatruję się w film ISO 800.

Zwiedzanie z przewodnikiem w ciągu 2 godzin to pomyłka. Sam przewodnik zaznacza, że gdyby przy każdym eksponacie zatrzymał się na 30 sekund, musielibyśmy spędzić w muzeum 9 miesięcy. Zwiedzamy z nim zatem dolne piętro, oczywiście bardzo wyrywkowo, a i tak zajmuje nam to ponad godzinę. Na górę daje nam już wolną rękę, ale mamy już tylko 45 minut. Najważniejsze to zlokalizować salę ze skarbami Tutenhammona.

W ciemnym, klimatyzowanym pomieszczeniu spędzamy dłuższą chwilę. Słynna, zrobiona z ponad 11 kg złota maska faraona przykuwa uwagę i naprawdę trudno ominąć ją obojętnie. Równie fascynująca wydaje mi się biżuteria zgromadzona częściowo w tej samej, częściowo w sąsiedniej sali. Mamy ochotę na salę z mumiami, ale trzeba za nią zapłacić dodatkowo 40 LE, o czym wcześniej nas nie informowano. Brak czasu i żołądkowe kłopoty Krzysia ostatecznie decydują za nas.

„INSTYTUT” PAPIRUSU

Po wizycie w muzeum jedziemy do Gizy, gdzie niedaleko piramid znajduje się jeden z licznych, tzw instytutów papirusu. Spędzamy tam około pół godziny. Przewodnik pokazuje nam, w jaki sposób powstają malowane papirusy i jak wytwarzano je w starożytności. Zasadniczo chodzi jednak wyłącznie o komercyjny charakter tej wizyty. Mało kto decyduje się na zakup, ceny odstraszają.

Następnie w położonej już bardzo blisko piramid restauracji jemy wczesny lunch (podobnie jak bilet wstępu do muzeum, wliczony w cenę wycieczki). Tradycyjny stół szwedzki, tradycyjnie bez smaku.

PIRAMIDY


Po lunchu uderzamy w kierunku piramid, które Giza wchłania sukcesywnie ze wszystkich niemal stron. Trudno sobie wyobrazić, że piramidy, które na sprytnie zrobionych zdjęciach z folderów czy pocztówek znajdują się na środku pustyni, w rzeczywistości wtapiają się w niszczące je miasto. Na piramidy mamy 45 minut. Zdecydowanie wystarcza, bo upał zaczyna się robić nie do zniesienia. Fotografujemy skrupulatnie każdą z piramid i spacerkiem okrążamy piramidę Cheopsa. O dziwo, liczni Arabowie na koniach i wielbłądach oferujący przejażdżki lub pamiątkowe zdjęcia po horrendalnych cenach nie są aż tak bardzo nachalni.
Następne 5 minut spędzamy na tarasie z widokiem na wszystkie piramidy i Gizę w tle. Zdjęcia w tempie Japończyków i szybciutko : „yalla, yalla” – do autokaru, który zwozi nas do mieszkającego pod piramidami Sfinksa. Wejście na teren jego posiadłości kosztuje kolejne 10 LE, ale bilet mamy w cenie wycieczki. U Sfinksa spędzamy kolejne 10 minut no i generalnie obowiązek turysty w Egipcie mamy spełniony. Przyznaję, że odczuwam pewien rodzaj rozczarowania tym miejscem.

Piramidy faktycznie są ogromne, trudno sobie wyobrazić, że widać je wyraźnie z samolotu lecącego na wysokości 10 000 m. Ale to prawda. Ich ogrom przytłacza. Przy nich czuję się bardzo maleńka. To, co budzi moje mieszane uczucia, to obraz piramid, jaki miałam w głowie przed przyjazdem – nie przedstawiające pełnej rzeczywistości zdjęcia z programów na Discovery, pokazujące piramidy wśród piasku, pozbawione komercji, miejsce, gdzie prowadzi się badania naukowe. W pewnym sensie wiedziałam, że jest inaczej, że miasto wdziera się co roku coraz bliżej, że kilka tysięcy lat po prostu musi zostawić jakieś swoje piętno. Rozczarował mnie kontrast wielkich kamieni z ogromną ilością betonu dookoła.

PERFUMY

Teraz pozostaje jeszcze jeden „obowiązkowy” punkt każdej wycieczki, czyli „fabryka perfum”. Jest to przestronny sklep pełen szkła i luster oraz esencji będących wonnymi olejkami, całkowicie naturalnymi, jak powiadają wszyscy sklepikarze.

Ponieważ nasz przewodnik nie radzi sobie jeszcze z przygotowaną mową na temat perfum, wykorzystuje moją znajomość angielskiego i godzę się zostać tłumaczką. Przedstawiciel sklepu opowiada w dość nudny sposób o asortymencie, zaletach oraz kosmicznych cenach swoich towarów. Jak zawodowa symultaniczna tłumaczka przekazuję naszej grupie wszystkie te informacje i pomimo upału, odnajduję w tej czynności pewien rodzaj zabawy. Pozwalam sobie czasem na prywatne wstawki o jakości towaru i wysokości cen. Cala grupa się śmieje, właściciel pyta dlaczego, a ja robię głupią minę i proszę, żeby opowiadał dalej, w środku nie mogę się jednak powstrzymać od śmiechu. Suma sumarum nikt nic nie kupił. Kończymy darmową szklaneczkę carcade i opuszczamy sklep. W zasadzie jest to oficjalny koniec dnia pierwszego. Jednodniowi wycieczkowicze wracają do Hurgadady.

HOTEL

Tymczasem okazuje się, że na nocleg zostajemy tylko my i angielskie małżeństwo – Anette i Paul. Mieli być jeszcze jacyś Niemcy, ale nękani przez cały dzień „zemstą faraona” nie marzą o niczym innym jak o powrocie do hotelu w Hurgadzie. Mimo to układ 2 na 2 wydaje się być całkiem sensowny. Byłoby znacznie gorzej, gdyby okazało się, że zostajemy sami.

Autokar zawozi nas do hotelu „Middle East”, gdzie żegnamy się z resztą grupy. Hotel znajduje się w Gizie, jakieś 10 minut samochodem od piramid. Do 4brakuje mu co najmniej z 1,5. Hotel nie jest duży, choć w sumie ma 5 pięter. W gościnne progi wprowadza nas niemiecko i angielskojęzyczny przewodnik, który zajmował się dziś resztą grupy, kiedy my mieliśmy swojego polskiego przewodnika. Jest 17:45, o 18:30 umawia się z nami na tarasie 5 piętra, gdzie znajduje się restauracja. Właściwie to już dach. Mamy więc czas na prysznic, o którym marzyłam mniej więcej od momentu wejścia do nie klimatyzowanego muzeum, oraz na przebranie się. Odkrywamy zatem uroki naszego pokoju.

Jest to rodzaj apartamentu zaczynającego się salonem połączonym z kuchnią a właściwie w pełni wyposażonym aneksem. Umeblowanie wskazywałoby na dłuższy charakter pobytu. Za salonem znajduje się łazienka z wanną, następnie mały korytarz a w nim następna łazienka. Apartament kończy się sypialnią z dużą szafą i telewizorem. Niestety same arabskie stacje. I wydawać by się mogło, że wszystko jest w jak największym porządku, nawet czysto, nie widać śladów jakiegokolwiek robactwa, jest może ciut mało przytulnie, ale... coś jest nie tak.

W pokoju jest dość głośno, klimatyzacja pracuje na najwyższych obrotach, świeci się światło. Właśnie! Jest dopiero 18:00, a jakoś nie widać światła dziennego. Nie ma okien, czy co? Są 2 okna, ale bardzo szczelnie zasłonięte grubą wiśniową kotarą. Już rozumiem.. Po odsłonięciu kotary moim oczom ukazuje się czerwono pomarańczowy szyb od windy lub kwadratowa studnia o wymiarach 10 na 10m, na której dnie właśnie się znajdujemy. Jesteśmy na samym dnie, choć, przypominam, nasz pokój mieści się na 1 piętrze. Poza koszmarnym uczuciem znajdowania się na dnie szybu vel studni elementem wzbogacającym widok z okna jest góra śmieci, która w owej dziurze zalega. Nie ma co się rozczulać, nikt nie mówił, że będzie przytulnie, mimo wszystko sądzę, że nie trafiliśmy najgorzej. Czyściutkie hotele bez takich widoków znajdują się 500 km stąd, w Hurgadzie.

O 18:30 meldujemy się z Anglikami na dachu, gdzie po chwili kluczenia, odkrywamy, dość dziwną powiedzmy, restaurację. Słońce schowało się już za wyższymi blokami otaczającymi hotel, nawet tu nie opuszcza nas ryczący dźwięk wszechobecnych klaksonów. Welcome to Cairo! Anglicy mają nawet własny taras, ale dzięki temu cały zgiełk ulicy jest również u nich w pokoju. Nie wiadomo, co gorsze...

Spotykamy przewodnika, który po kolacji przedstawia nam propozycję spędzenia wieczoru. W zasadzie mamy 3 opcje, z czego jedna (zostanie w hotelu) odpada w przedbiegach. Drugą jest wybranie się na laserowy show przy piramidach za 15 USD od osoby, dodatkowo płatna również możliwość fotografowania. Wygrywa trzecia opcja. Kosztuje również 15 USD, ale za tą cenę czeka nas wieczór pełen atrakcji. Niezapomniany, wspaniały wieczór w Kairze…

CAIRO BY NIGHT

O zmroku udajemy się samochodem pod piramidy. Nie idziemy jednak na płatne miejsca w amfiteatrze, lecz do kawiarni znajdującej się dokładnie naprzeciwko Sfinksa, po drugiej stronie ulicy na małym skwerku. Niewielka, dwupiętrowa kawiarenka posiada na dachu taras i to właśnie stamtąd oglądać będziemy show. Piramidy i Sfinksa widać doskonale. Zamawiamy więc miętową herbatę aby ukoić nasze żołądki. W ten sposób słynne światło i dźwięk oglądamy praktycznie za darmo, nie licząc herbaty po 5 LE. Prawdę mówiąc show jest dość kiczowaty i mocno przereklamowany. Warto wpaść tu za darmo, żeby zrobić kilka fotek, 15 USD za wstęp to mocno wygórowana cena.

Około 21:30 po zakończeniu spektaklu wsiadamy do busa i zaczynamy wieczorny, trwający około godziny rajd po mieście. Kierowca wozi nas najdziwniejszymi ulicami, od najbiedniejszych slumsów po bogate pasaże handlowe w centrum. Mijamy liczne meczety, z których muezini nawołują do wieczornej modlitwy. Ich śpiew miesza się z niekończącym się trąbieniem klaksonów. Wydaje się, że to miasto nigdy nie śpi – i jest to w istocie prawda.

Handlowe ulice pełne kolorowych sklepów ze stałymi cenami, niemalże co drugi z nich to obuwniczy. Ceny podobno mają wysokie. Nasz przewodnik mówi, że zaopatruje się raczej na bazarach. Dochodzi 23:30 a ulice wciąż pełne ludzi. W zasadzie dopiero teraz zaczyna się życie. Sklepy choć w teorii otwarte do 22:00, wciąż są otwarte i pełne klientów. Na każdym skrzyżowaniu ktoś próbuje wcisnąć/sprzedać cokolwiek podróżnym w pojazdach – zegarki, chusteczki, naszyjniki z kwiatów jaśminu. Prawie wciskają ręce z towarem do samochodu. Szczególnie ujmuje mnie widok starszej kobiety, może 80-letniej i chorej, jak sądzę, która krąży między trąbiącymi autami z naręczem jaśminowych naszyjników. Później żałuję, że nie kupiłam choćby jednego. Kilka funtów dla niej byłoby górą złota, a naszyjnik zawsze można było ususzyć na pamiątkę…

Po przeszło godzinie krążenia po kairskich ulicach docieramy nad brzeg Nilu, gdzie za chwilę rozpocznie się najprzyjemniejsza część wieczoru. Z busa przesiadamy się do feluki – łódki żaglowej bez silnika, którą przez kolejną godzinę pływać będziemy po rzece. Jest to naprawdę niesamowite przeżycie i prawdziwy relaks po wyczerpującym i dłuższym niż za zwyczaj dniu. Podziwiamy podświetlone na zielono i biało meczety nad brzegiem oraz 5hotele pnące się nad wodą w górę do nieba.

Szczególnie fascynuje mnie okrągły, 20-30 piętrowy hotel Sheraton El Gezirah, który znajduje się na wyspie pomiędzy dwoma odnogami Nilu. Bardzo chciałabym przenocować tam choćby jedną noc, najlepiej na ostatnim piętrze i podziwiać panoramę tego niesamowitego miasta. Pytam przewodnika, ile może kosztować nocleg w takim hotelu, powiada, że koło 100 USD. Wydaje mi się to ceną zbyt niską, więc po powrocie do domu sprawdzam w Internecie i oczom nie wierzę – pokoje już od 70 USD.

Od wody odbija się lekki chłodek, na pokładzie tylko 6 osób (z przewodnikiem i sternikiem), łódeczka cichutko jak po maśle sunie po rzece, w tle słychać śpiewy i nawoływania do modlitwy z meczetów, jakieś arabskie kawałki z mijających nas statków, całe miasto świeci od iluminacji - wszystkie hotele nad brzegiem, w tle meczety i domy, mosty i sklepy. Po prostu rewelacja !!!!

Nasz przewodnik przechodzi sam siebie. Opowiada nam o mieście już 3 godzinę i widać, że wcale nie ma dosyć. Z wykształcenia archeolog, posiada tak ogromną wiedzę, którą chce nam chyba przekazać w całości. Moja głowa zaczyna parować od nadmiaru informacji.

Koło północy kończymy nasz błogi rejs i wracamy do hotelu. Mijamy ulicę, na której znajduje się większość ambasad i przeprawiając się przez największy w Kairze Most 6 Października, kierujemy się do Gizy. Nocny Kair jest naprawdę fascynujący. Ledwo żywi padamy na łóżko. Przed nami krótka noc i kolejny długi dzień w Kairze.

19.06.2003 czwartek

MECZET ALABASTROWY


2_1.jpgO 8:00 budzi nas przeraźliwy dźwięk dzwonka telefonu. O 9:00 spotykamy Anette i Paula na śniadaniu w tej samej restauracji na ostatnim piętrze, gdzie wczoraj jedliśmy kolację. O 9:30 czeka na nas w recepcji nasz przewodnik. Pokoje musimy opuścić, ale w hotelowym schowku wolno nam zostawić nasze nieliczne bagaże. Zabieramy więc tylko to, co niezbędne i z tym samym, co poprzedniego dnia kierowcą ruszamy przez miasto do głównego celu dzisiejszego poranka – Meczetu Mohammeda Ali zwanego Alabastrowym. Razem z innymi budowlami islamskimi w otoczeniu grubego muru na wzgórzu tworzy kairską Cytadelę.

Przebijamy się ulicami islamskiego Kairu mając jednocześnie wrażenie, że to dzielnica samych meczetów. Są dosłownie wszędzie. Docieramy na wzgórze, kierowca będzie tu na nas czekał, a my po zakupieniu biletów (20 LE) wchodzimy na teren Cytadeli. Jest tu naprawdę pięknie. Dookoła rosną pojedyncze palmy, ogrom meczetu powala. Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie znajdę się w jego wnętrzu. Przed wejściem trzeba zdjąć buty i w razie potrzeby zakryć nieodpowiednie ubranie zieloną szatą do samej ziemi. Buty zabiera się do środka i opiera o ściany tak, aby podeszwą nie dotykały podłogi. Nic nieczystego nie może jej zabrudzić.

Dziś Meczet Alabastrowy to głównie atrakcja turystyczna. Choć widzi się od czasu do czasu pojedyncze modlące się osoby, nie ma tu już w zasadzie zbiorowych modłów. Jego piękno jest zachwycające. Może dlatego, że po raz pierwszy w życiu stoję w meczecie. Jestem przekonana, że w całym świecie islamskim znajdują się budowle znacznie bogatsze i piękniejsze, ale jak na pierwsze odwiedziny jestem w pełni zadowolona.

Siadamy na podłodze na czerwonym dywanie w pobliżu islamskiego ołtarza, miejsca, skąd czyta się Koran. Prawdopodobnie spędzamy tu zaledwie około pół godziny, ale wydaje mi się, jakby czas nie miał końca. Nasz przewodnik zaczyna opowieść, na którą czekałam cały wczorajszy dzień. Opowiada historię zbudowanego w 1830 roku (1246 w kalendarzu islamskim) meczetu. Następnie zagłębia się w 5 doktrynach - filarach islamu. Ta część interesuje mnie najbardziej. Przewodnik posiada niesamowitą wiedzę, którą potrafi przekazać w bardzo ciekawy sposób. Poprzedniego dnia spytałam go na łodzi, czy mogłabym nagrać na video opowieść o islamie dla brata zafascynowanego orientalnym światem. Zgadza się bez najmniejszego problemu.

Czas wydaje się ciągnąc bez końca, w omdlewającej ręce trzymam kamerę, nie mam statywu. Jest bardzo gorąco, jednak grube, pokryte alabastrem mury dają uczucie przyjemnego chłodu. Mimo to ręka staje się coraz bardziej słaba. Kiedy kończy swoją opowieść, moja głowa znów paruje od natłoku informacji. Dostajemy kilkanaście minut na zwiedzenie wnętrza świątyni. Z szacunkiem oraz ogromnym zaciekawieniem spaceruję w podcieniach, zaglądam w każdy kąt, przypatruję się grobowi-mauzoleum Mohammeda Ali. Nieznośny upał chłodzą wpadające przez otwarte na dziedziniec drzwi powiewy wiatru. Efektem jest również pobrzękiwanie kawałków kryształu z wielkiego abażuru. Te małe szklane fragmenty dźwięczą niczym małe dzwony rurowe.

Wychodzimy na dziedziniec, oglądamy arkady, „studnię” będącą miejscem ablucji, czyli rytualnego obmywania się muzułmanów przed wejściem do meczetu na każda modlitwę. Zaglądamy też w miejsce będące czymś na kształt tarasu widokowego, skąd widać jak na dłoni zupełnie szary, spowity w smogu Kair. Upewniwszy się, że wiemy już absolutnie wszystko, co wiedzieć chcieliśmy i zobaczyliśmy wszystko, na co mieliśmy ochotę, przewodnik zabiera nas do samochodu.

Czeka nas kolejny, tym razem komercyjny punkt programu, sklep ze złotem, gdzie, jak się od nas oczywiście oczekuje, dokonać powinniśmy jakiegoś zakupu. Nie jest to oczywiście żaden przymus, nikt ze sklepu nas nie wyrzuci, jeśli wyjdziemy z pustymi rękami, ale wiadomo, o co chodzi. Działa to dokładnie na tych samych zasadach, co wizyty w sklepie z papirusem czy alabastrem. Ceny złota w zasadzie zupełnie przystępne, więc ostatecznie decyduję się na małą złotą pamiątkę z tego wielkiego kontrastowego miasta. Jest nią maleńki skarabeusz z 18-karatowego złota, który, jak zapewnia mnie sprzedawczyni (to pierwsza i ostatnia chyba kobieta za sklepową ladą, jaką widzę w Egipcie), posiada specjalny certyfikat instytucji rządowej, której podlega sklep. Zostajemy ugoszczeni orzeźwiającą carcade.

KAIR KOPTYJSKI

Kolejną godzinę spędzamy na lunchu w przyjemnej piętrowej restauracji dla turystów. Jest dodatkowo płatny (25 LE), ale w miarę smaczny. Po posiłku udajemy się do dzielnicy koptyjskiej, gdzie poznam zupełnie odmienny smak Kairu. Większość kościołów znajduje się na tym właśnie, ogrodzonym obszarze, do którego, niczym do getta, wjeżdżamy przez tradycyjny policyjny check-point.

Naprzeciwko kościoła Św. Jerzego znajduje się stacja metra. Tutejsze metro funkcjonuje doskonale. Jest bardzo czyste i dobrze utrzymane. Wagony są nowe, stacje bardzo dobrze strzeżone przez ochronę. Sześć linii w 3 kolorach bez problemu mknie pod ziemią co najmniej 3 razy szybciej niż samochody ulicami przewożąc każdego dnia ponad milion pasażerów. Bilet kosztuje zaledwie 0,75 LE. Cztery linie łączą w prosty sposób Kair i Gizę. Funkcjonuje również kolejka naziemna, ale ta nie jest już tak czysta i szybka.
Na początku udajemy się do tzw. „Wiszącego Kościoła” El-Mu-Allaga. Kościół zawdzięcza swoją nazwę lokalizacji, niemal w powietrzu na ruinach babilońskiej fortecy (od 14 do 18 m nad ziemią). Pochodzi prawdopodobnie z VII wieku. Wewnątrz panuje przyjemny półmrok. Architektura bizantyjska miesza się z wszystkimi typowymi zdobieniami sztuki islamskiej. Na swój sposób świątynia wygląda bardzo….grecko. Przez maleńkie szparki ażurowych okien pod sufitem do środka przedzierają się smugi światła. W powietrzu unosi się kurz. Wygląda to bajecznie i tajemniczo. W kościele tym można robić zdjęcia.
Wychodząc przed główne drzwi słyszę nawoływania muezina do jednej z 5 modlitw w pobliskim meczecie. Nawet ten na pierwszy rzut oka a raczej ucha szczegół pozwala odczuć, że w istocie stara koptyjska dzielnica stanowi swoiste getto pośród niezliczonych kairskich meczetów.

Następnie udajemy się do kościoła Św. Sergiusza. To właśnie w jego podziemiach ukrywała się podczas egipskiej tułaczki Święta Rodzina. Jest to najstarszy kościół chrześcijański w całym Egipcie. Aby do niego dotrzeć, należy zagłębić się nieco w labiryncie wąskich uliczek, żywcem wyjętych z jakiegoś filmu o czasach pierwszych chrześcijan. Mijając kolejne zakręty tej swoistej mozaiki docieramy do najstarszej egipskiej synagogi Ben Ezra, której pochodzenie datuje się zależnie od źródła na VI-IX w ne. Przewodnik podał nam datę 1115 roku. Jak nam powiedział, w całym Egipcie jest zaledwie 20 synagog, w których modli się 200-300 żydów. To niesamowite, że jednego dnia goszczę w 2 świątyniach całkowicie innych wyznań, na dodatek w obydwu jestem po raz pierwszy.

KHAN-EL-KHALILI

Wczesnym popołudniem odjeżdżamy z chrześcijańskiego „getta” i udajemy się w stronę Khan-el-Khalili, bodaj największego i najbardziej znanego kairskiego bazaru. Khan to po turecku właśnie bazar. Turecka nazwa pochodzi zaś z czasów panowania ottomańskiego. W 1382 roku islamskim założył go emir El Khalili.

Zanim jednak docieramy do bazaru, zatrzymujemy się na chwilę przy Mieście Umarłych. To wielki cmentarz, na którym dziś znaleźć można więcej żywych, niż umarłych. Bezdomni, złodzieje, przestępcy, ludzie, którzy w trzęsieniach ziemi lub pożarach stracili wszystko – istna „śmietanka” kairska. Miejsce jest tak niebezpieczne, że podobno nie zagląda tam nawet policja. Ryzykowne zatem wydaje się być zwiedzanie tego miejsca, zwłaszcza na własną rękę.

Ulicą Al-Azhar dojeżdżamy na porośnięty palmami plac El-Husseina. Stoją tu między innymi meczet Al.-Azhar, meczet El-Husseina oraz najstarszy kairski uniwersytet Azhar.

Przewodnik pyta nas, ile czasu potrzebujemy, on zaczeka na nas w jednej z kawiarni znajdujących się przy placu. Ich cały rząd przylega do jednej ze ścian okalających bazar. Ponieważ z góry zakładamy, że zakupy w tym miejscu zajmują turyście co najmniej kilka godzin, a tyle czasu już nie mamy, prosimy tylko o godzinę. Chcemy się tylko rozejrzeć i zrobić kilka zdjęć. Jestem nieco przerażona perspektywą spaceru pośród ciasnych uliczek pełnych sklepów i kramów. Moje obawy wydają się być całkowicie nieuzasadnione. Bazar faktycznie jest wielki, ale raczej dość bezpieczny.

3.jpgPrawdziwa orientalna mieszanka kolorów, zapachów, dźwięków, zatłoczonych uliczek, naprędce rozstawionych kramów, śpiewu muezinów i krzyku handlarzy. Kiedy wpadnie się w ten wir, trzeba uważać, aby nie dać się ponieść atmosferze tego miejsca. W przeciwnym razie o zgubienie się nietrudno.

Uliczki wbrew pozorom ułożone są z głową tworząc symetryczną siatkę podzieloną symbolicznie na sektory, gdzie dostać można praktycznie wszystko. Od klasycznych pamiątek dla turystów w postaci papirusów, bazaltowych i alabastrowych figurek, fajek wodnych, przez orientalne przyprawy, kawę, herbatę, hibiskus zalegające przed sklepami w wielkich workach i sprzedawane na wagę, po antyki (wątpliwego pochodzenia, ponieważ handel antykami, a tym bardziej ich wywóz jest prawnie zabroniony), biżuterię, ubrania, galabije, stroje do tańca brzucha, dywany, buty, galanterię. Są także produkty spożywcze – małe białe płaskie placki pita, oliwki, precle, owoce, żywe kury. Funkcjonują też ruchome mini barki przemieszczające się wraz z ich właścicielami wzdłuż wąskich zatłoczonych uliczek. Bóg jeden raczy wiedzieć, co znajduje się w plastikowych naczyniach. Wygląda na gotowe do spożycia posiłki – zupy, dania mięsne, desery. Ale z czego i w jaki sposób zostało to przygotowane – lepiej nie wiedzieć.

Mijamy rozpadające się zakłady fryzjerskie mieszczące się w pomieszczeniach niewiele szerszych niż ich drzwi, bez prądu i bieżącej wody. Sklepy z kolorowymi chustami oraz wielkimi belami materiału na stroje dla muzułmańskich kobiet. Docieramy do jakiejś główniejszej ulicy, po której jeżdżą samochody, więc po chwili wracamy w kocioł orientalnego handlu.

To, co najbardziej zaskoczyło mnie w ciągu tej magicznej na swój sposób godziny, to fakt, że żaden ze sprzedawców nie był specjalnie natarczywy. Szybko rozgryźliśmy ten mechanizm, Jeśli nie patrzysz na dane stoisko dłużej niż 3 sekundy i nie okazujesz zbytniego zainteresowania jakimś towarem, z całą pewnością nie grozi opisywane przez niektórych przerażonych tym miejscem turystów wciąganie za rękę na siłę do sklepów. Wręcz przeciwnie, sprzedawcy uśmiechają się, zapraszają, ale jeśli nie skorzystamy, pozdrowią, znów się uśmiechną i tak w kółko.

Dziś żałuję, że nie zrobiłam tam więcej zdjęć. Ale wtedy zwyczajnie się bałam. Sama nie wiem czego – że ktoś wyrwie mi z ręki aparat? Że nie pozwoli się sfotografować? Przepadło…

Po godzinie spotykamy się z przewodnikiem w umówionej kawiarni. Zamawiamy coś do picia, to jedyne pieniądze, jakie tu zostawimy. Dostaję sorbet zwany przez kelnera tęczowym z powodu kilku kolorowych warstw owoców- bananów, truskawek, kiwi. Nie da się tego pić, za gęste, ale dobre, bo zimne. I polecane przez kelnera. Prowadzimy z przewodnikiem miłą rozmowę, zdając sobie sprawę, że dobiega końca nasza przygoda w Kairze. Dostajemy wizytówkę, dziękujemy za wszystko. Częstuje nas zakupioną na bazarze pitą, ale po lunchu wciąż czujemy się pełni. Nagle przewodnik wyjmuje niewielką czarną książeczkę – to Koran! Oryginalny, arabski-dla mnie, na urodziny! Ten człowiek jest niesamowity. Kilka godzin wcześniej mówiłam mu, że chciałabym kupić Koran bratu. W którymś momencie musiałam też widocznie wspomnieć coś o zbliżających się urodzinach, które obchodzić miałam właśnie w Egipcie. Przed wejściem na bazar spytałam go, czy gdyby miał czas i ochotę, mógłby rozejrzeć się za Koranem. Jemu jako muzułmaninowi byłoby znacznie łatwiej niż białej kobiecie w nieprzyzwoitej bluzce bez ramion. Pieniądze oczywiście miałam zwrócić. Okazało się, że kupił bez problemu (ja nawet nie wiedziałabym, gdzie szukać), ale nie chciał żadnych pieniędzy.

Po skończonym napoju lądujemy w samochodzie. Przewodnik pojedzie z nami jeszcze tylko kawałek, wysadzamy go na jednym z pobliskich skrzyżowań. Razem z Anglikami ustalamy szybko napiwek, na jaki niewątpliwie zasługuje. Dajemy po 20 LE od pary, w końcu to tylko bakszysz, zapłatę za wycieczkę pobrał wczoraj.

Zostajemy sami z kierowcą, który zna ledwo kilka angielskich słów, ale jest naprawdę miły. Jadąc wskazuje różne miejsca tłumacząc mieszaniną angielskiego z arabskim, co to za obiekty. Mijamy Pharaonic Village, jeszcze raz Miasto Umarłych i mostem 6 października mkniemy do Gizy. Szczęśliwie docieramy do naszego hotelu. Kierowca również dostaje bakszysz i na tym kończy się nasza znajomość.

Do przyjazdu autokaru mamy jeszcze godzinę. Jest 17:00 a my całkowicie padnięci. Pytamy z Anette o łazienkę, jest na ostatnim piętrze. Postanawiamy się nieco odświeżyć, choć w samej wysoko zawieszonej umywalce nie jest to łatwe. Mimo wszystko przez moment czuję się lepiej. Kolejne minuty w oczekiwaniu na spóźniający się autokar upływają w hotelowym hallu na rozmowach i wymianie adresów. To naprawdę miłe małżeństwo, choć sporo od nas starsze. W końcu zjawia się pilot wycieczki i zabiera nas z hotelu. Jedziemy innym autokarem, którego minusem jest to, że dostaliśmy ostatnie 4 miejsca. Z tego, co widzę, większość jedzie w takich samych warunkach. Siedzenia są za to wielkim plusem. Znacznie wygodniejsze, większe i lepiej się rozkładające. Okazuje się, że w drodze powrotnej autokary tak naprawdę nie jadą już w konwoju. Nie ma policji (poza jednym cywilnym w naszym autokarze), autokary jadą w grupkach po kilka, ale z konwojem ma to niewiele wspólnego.

Po raz kolejny i ostatni już mijamy dzielnicę nielegalnych domów z czerwonej cegły. Mkniemy kairską obwodnicą i po kilkunastu minutach jesteśmy już za miastem. Jeszcze tylko szybki postój na stacji benzynowej i pędzimy do Hurgady. Piękny zachód słońca nad pustynią. Nie mam siły. Ostatnie zdjęcie. Umieram. Zasypiam. Jeszcze jeden postój mniej więcej w połowie drogi. Wychodzę rozprostować kości. Wieje silny, gorący wiatr. Prawdziwa ulga. Wsiadamy do wyziębionego autokaru. Ruszamy. Jestem nieprzytomna. Zamykam oczy. Obrazy jak klatki filmu przewijają się jedna po drugiej. Jak ja to wszystko spamiętam, jak spiszę. Jak to możliwe, że w ciągu 2 dni wydarzyło się tak wiele? Nie słyszę własnych myśli. Zasypiam. Budzę się na przedmieściach Hurgady. W końcu dojeżdżamy do naszego hotelu. Dochodzi północ. Wchodzę do pokoju, prysznic. sen o Kairze.

Katarzyna Kacprzak
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;