Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachówTargi turystycznePogodaGrupy dyskusyjne
Relacje z podróży
Relacje z podróży
Polska
Europa
Azja
Afryka
Ameryka Północna
Ameryka Południowa
Australia i Oceania
Antarktyka
Podróże dookoła świata
Relacje z podróży z dziećmi
Relacje z rejsów
Wyprawy nurkowe
Wyprawy w góry, trekking
Wyprawy rowerowe
ISLANDIA 2007
Autor: Paweł Orłowski   
niedziela, 28 październik 2007
To nie może być spontaniczne. Taki warunek padł dawno temu z ust jednego z nas na słowo Islandia. W przeciwieństwie do hiszpańskich plaż, wyjazd na wyspę trzeba sobie poukładać - logistycznie i psychicznie. Skandynawskie doświadczenia sprzed jakiegoś czasu podnieciły naszą ciekawość i chęć przeżycia czegoś, co w naszym ówczesnym mniemaniu długo zapadnie w naszej pamięci. Udało się. Sprawdziło się.

iceland2007.jpg


Przygotowania zajęły parę miesięcy – zbieranie materiałów informacyjnych, zdjęciowych, walka o wystarczająco długi urlop i męka pozyskiwania biletów na prom. Wyjeżdżaliśmy w połowie lipca, – gdy na Islandii aura jest najbardziej sprzyjająca, – ale co za sobą ciągnie największe nasilenie ruchu turystycznego i to w najwyższych cenach. Prom Norrona- jedyny na wyspę ognia i lodu - pływa pod banderą Symril-Line z faroe_icelands.jpgsiedzibą na Wyspach Owczych. Wydostać ze stałego lądu można się z Dani – z małego portu Hanstholm – oraz z norweskiego Bergen. Dla mieszkańca Europy środkowej dużo mniejszym obciążeniem logistycznym i finansowym jest podróżowanie z Hanstholm – z braku wolnych miejsc my musieliśmy popłynąć z tego drugiego.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – Norrona – w wyniku polityki turystycznej Wysp Owczych w zależności od przebywanej trasy wysadza swoich pasażerów na dwa dni w stolicy tego kraju – w Torshavn. Jest to wydarzenie cykliczne – dla tych, którzy do Seydisfjordur( Islandia) płyną z Danii, oraz w drodze powrotnej z tego samego miasta płyną w stronę Bergen. Nam udało się zorganizować trasę odwrotną, – Bergen-Seydisjordur-Hanstholm, przez co uniknęliśmy postoju na pięknych Wyspach Owczych, – ale również bardzo czasochłonnego.

Cała podróż trwa aż parę dni. Aby dotrzeć do Bergen leżącego na środkowym wybrzeżu Norwegii musieliśmy przejechać z Wrocławia ponad 1500km wraz z przeprawą promową ze Świnoujścia do Ystad w Szwecji. Ale po drodze nie mogliśmy się nudzić. Odwiedziliśmy Oslo, tamtejszy park rozrywki, a wyżej jedną z czołowych norweskich atrakcji – Preikestolen – skałę żelazko. Stoi ona w pięknym fiordzie Lysafjorden – a jej krawędź spada pionowo w dół na 600m – nie będąc opatrzoną żadnymi zabezpieczeniami. Duże podmuchy wiatru wzmagają atmosferę niebezpieczeństwa i panującego tam strachu.

bergen.jpgPonieważ Bergen już w poprzednim roku znalazło się na trasie naszej wyprawy – tym razem ograniczyliśmy się jedynie do spaceru nocnego po mieście oraz ostatnich sprawunków przed główną wyprawą, Dnia 17 lipca o godzinie 17 wypłynęliśmy w stronę celu naszej podróży.

Norrona to duży prom, z zapleczem restauracyjno, rekreacyjnym. Przez 2 dni, jakie trzeba spędzić na jego pokładzie można spać, pić, korzystać z restauracji, basenu czy kina. Najprzyjemniejsze jednak jest chyba przebywanie na świeżym powietrzu, bycie smaganym chłodnym atlantyckim wiatrem. Co ciekawe większość załogi tego statku to Polacy, którzy korzystając z dobrodziejstw jednostki samowystarczalnej mogą zaoszczędzić wszystko, co zarobią na swojej pracy.

img_0634.jpg19. lipca po południu dopływamy do brzegów Islandii…Surowym wysokim klifem wbijamy się w wyspę do małej miejscowości portowej Seydisjordur. Pierwsze wrażenia – brak drzew, oprócz tych miejskich, niskich i sztucznie sadzonych-, ale co na tej skale może rosnąć? Może niezbyt malowniczo-ale specyficznie przemysłowo. Pomimo bardzo małej ilości mieszkańców –wyraźnie widać poruszenie – jest tak raz w tygodniu-za każdym razem, gdy przypływa prom z Europy i przywozi turystów. Masę turystów. Nagle pracę mają drogowcy, ekipy sprzątające, głównie celnicy, – bo rygor w tym temacie jest bardzo dotkliwie odczuwany praktycznie przez wszystkich. Żadnych produktów surowych, a co poza tym to tylko do maksymalnej ilości 3kg na głowę. Nie analizując aż tak bardzo, dlaczego, może z nieuwagi celnika-ale nam udało się te nakazy lekko nagiąć, – dlatego na pobyt na wyspie mamy sporą ilość polskiej, taniej w porównaniu z tutejszą żywności.

Pierwsze chwile w kraju sag spędzamy w konwoju setki aut pełnych żądnych wydawania pieniędzy Europejczyków i nie tylko. Radość Islandczyków jest kompletnie zrozumiała. Turystyka tu to obok rybołówstwa, główne źródło przychodów.

Grymas zachwytu na widok natury, która według zasięgniętych informacji miała nas porażać-na początku nie jest widoczny, ale im bardziej oddalamy się od siedlisk ludzkich tym bardziej staje się on wyraźny. I oto nasz pierwszy postój urządzamy sobie na …księżycu. Nie ma tu po prostu nic. Skała, piach i to i tak w lekko rudawych odcieniach. Niska temperatura i silny wiatr nie czynią tego terenu gościnnym - ale mimo to nabieramy pewności, że będzie to niezapomniane przeżycie.

img_0703.jpgJeszcze tego samego dnia docieramy do wodospadu Dettifoss, – gdy człowiek ma do czynienia z tego typu zjawiskami natury jak Szklarka czy wodogrzmoty Mickiewicza – ten cud natury, w pełni zasługuje na takie określenie. Rozpychający się w potężnym kanionie sprawia wrażenie apokaliptycznej zagłady spuszczając z wysokiego urwiska tony błotnistej wody. Nie przeszkadza to turystom moczyć w niej nóg nad samą przepaścią.


Dalej w najbardziej oddalonym na północ punkcie tego regionu – Nupskatla – z pasją udajemy się na nadbrzeżne klify oglądać ptaki. Głuptaki i maskonury były tym, co przede wszystkim chcieliśmy podziwiać na wyspie, dlatego nie zastanawiamy się, gdy z mapy wynikało, że miejsce to jest bardzo oddalone od zaplanowanej trasy. Podnieceni opuszczamy to miejsce – z wrażeniami długiego spaceru brzegiem morza i obserwacji setek mew i maskonurów, – mimo, że zasiadujących na daleko oddalonych od brzegu skałach – nieświadomi jeszcze, czym zostaniemy w dalszej wyprawie wynagrodzeni.

Pierwszy nocleg urządzamy sobie w kanionie Asbyrgii. Charakterystyczna forma skalna przypominająca gigantyczną końską podkowę powstała w wyniku apokaliptycznej erupcji wulkanu. Wywołała ona ogromny potok rzeczny jokulhlaup, który wyżłobił wąwóz, – chociaż Islandczycy wierzą, że to sprawka mitycznego konia, Odyna, lądującego od czasu do czasu na ziemi pozostawiając ślady swojej obecności.

krafla1.jpgMyvatn i przełęcz Krafla – kolejne atrakcje naszej trasy – są naszym zdaniem najbardziej charakterystyczne dla tego kraju. Jest to centralny punkt aktywnego wulkanicznie obszaru pól lawowych, źródeł geotermalnych i kraterów. Myvatn to jezioro z kilkudziesięcioma wysepkami- w większości pseudokraterami utworzonymi przez eksplozje gazu wywołane przez zetknięcie płynnej lawy z wodami jeziora. Wulkan Krafla –, na którego zboczu wybudowano elektrownię geotermalną, mimo że oznakowany tabliczkami informującymi o przebywaniu w tym obszarze na własne ryzyko jest jednym z najczęściej odwiedzanych na Islandii miejsc. Najróżniejsze bulgoczące, plumkające, parujące, plujące, tryskające mazidła - białe, szare, niebieskawe, błotniste, wodniste, okraszone wybitnie siarkowym smrodem zgniłych jaj – na początku powodują odrazę, która szybko przeradza się w wielką frajdę. Spacer po rzece zastygłej lawy, parującej i nieustannie ciepłej przynosi nam nie tylko niecodziennych wrażeń i widoków, ale licznych pamiątek w postaci kawałków przetopionych skał.

detifoss.jpgPo drodze do Akureyri – drugiego, co do wielkości miasta na Islandii - zatrzymujemy się przy bardzo przyjemnym wodospadzie Godafoss - miejscu gdzie Islandczycy pozbyli się swych bożków przyjmując chrześcijaństwo. Ze względu na późną porę decydujemy się przenocować kilkadziesiąt km przed miastem.



Noclegowanie na Islandii w przeciwieństwie do np. krajów Skandynawskich nie jest takie proste i przyjemne. Otwartego,niezamieszkałego terenu jest tu mnóstwo, jednak geologiczne uwarunkowania uniemożliwiają w większości przypadków rozbicie się zupełnie prywatnie. Zachęceni muzeum domków darniowych w Laufas nad brzegiem fiordu Eyjafjordur, znajdujemy jednak kawałek porośniętego mchem zbocza, na którym organizujemy nocleg z widokiem. Najczęściej jednak korzystać musimy – jak i większość islandzkich turystów z gościny kempingów- mniej lub bardziej wyposażonych w podstawowe wygody.

akureyri.jpgAkureyri, sprawia wrażenie stojącego na wodzie. Spore miasto, niska zabudowa, żadna atrakcja, – ale można tu zatankować, zrobić zakupy i zaopatrzyć się w mapy i ulotki w wyposażonym centrum turystycznym.

Zakupy powszechnie sprawujemy w sklepach Bonus – tania marka opatrzona znakiem różowej świni, – mimo, że dla Islandczyków jest odpowiednikiem polskiego Lidla –jest nad wyraz zaopatrzona we wszelkie potrzebne produkty – banany za 4zl za kg, dżemy truskawkowe, malinowe i rabarbarowe, czy Skyr – ser homogenizowany lub jogurt, oraz chleb czy słodycze wymagane podczas wielogodzinnych tras samochodowych.
pict0170.jpg
Islandia zawsze nam się kojarzyła oprócz lawy i wulkanów z gorącymi źródłami. To tego nasze ciała chyba pragnęły najbardziej po zejściu z Norrony na ląd. O ile w obszarze Krafli gdzie takowe źródła można było znaleźć, – ale tylko za opłatą w luksusowym kompleksie basenowym lub w ciemnej jaskini z wybijającą, prawie wrzącą zielonkawą wodą – to w Reykjadiskur, w północno zachodniej części kraju – miejscu gdzie kończy się droga –znaleźliśmy to zupełnie za darmo i to, w jakim krajobrazie. Na styku wysokich zielonych, sielankowych zboczy gór i oceanu – dwa źródełka z gorącą wodą sprawiają, że chce się tu zabawić już do końca wyprawy. Na to jednak pozwolić sobie nie możemy, czeka na nas jeszcze wiele atrakcji. Np. słynna islandzka pocztówkowa skała w okolicy laguny Hop– „drzwi i okno” – brodzący w wodzie troll czy bawół – w zależności od wierzenia czy wyobraźni obserwatorów. Albo niespodziewany widok kilometrowej czarnej plaży wypełnionej fokami. Zwierzęta te są tak samo płochliwe jak ciekawskie – przez to bardzo pocieszne, ale też angażujące czasowo – kolejny bardzo późny i dziki nocleg,na przydrożnym skrawku łąki, przy silnym wietrze i dotkliwym chłodzie- miał nam być już wkrótce wynagrodzony. pict0271.jpg
















pict0159.jpgPo zaliczeniu Norkapu - najdalej wysuniętego na północ punktu w Europie – czas na najdalej wysunięty punkt zachodni. Znajduje się on na terenie Fiordów Zachodnich -na półwyspie, który sprawia wrażenie jakby miał się oderwać od całej wyspy- jego potężna masa połączona jest w całą wyspą wąskim przesmykiem. Ze stolicą w Reykjanes nie jest tak spektakularny jak cała wyspa, ale zaobserwować tu można typowe Islandzkie siedliska ludzkie i bardziej spokojny, przyjazny krajobraz. Długa podróż kiepskimi drogami zniechęciła, mała latarenka na końcu drogi też, natomiast na końcu Europy zobaczyliśmy to, czego nie udało się nam zobaczyć na początku wyprawy – maskonury na wyciągnięciu ręki! Design tych ptaków jest niesamowity. Czerwono pomarańczowe kacze łapy u stworzeń wielkości gołębia, oraz czerwony szeroki dziób z charakterystyczną pomarańczową trąbką – sprawia,że pufiny (maskonury) to chyba najbardziej optymistyczna rzecz na Islandii. Przesiadują w bardzo licznych koloniach – w swoich norach wykopanych przy urwiskach skalnych. Nie udało nam się żadnego złapać, – mimo, że towarzyskie, niestroniące od ludzi - są bardzo ostrożne, ale bardzo fotogeniczne i lubiące się fotografować.

flatey2.jpgDrogi na Islandii są różne. Główna obwodnicowa trasa jest asfaltowana – reszta – w zależności od poziomu atrakcyjności miejsca. Często drogi odchodzące od głównej, – mimo, że z początkiem dobrze wyglądają w miarę zagłębiania się w teren stają się polnymi ścieżkami lub szutrowymi szlakami zoranymi przez taśmowe ubijarki śniegu. Taką właśnie trasę przebyliśmy udając się na zachodni kraniec Starego kontynentu, – dlatego, nie chcąc go powtarzać zdecydowaliśmy się trasę wodną. Prom z półwyspu z przystankiem na wysepce Flatey do Stykkisholmur nie tylko bardzo skraca drogę, ale też pozwala zaobserwować typowe regionalne zwyczaje. Promem przewożone są kontenery zaopatrujące w żywność i inne produkty ludność na półwyspie zachodnich fiordów oraz mieszkańców Flatey – małej mieściny założonej na wyspie wielkości wrocławskiej wyspy słodowej. Prom przypływa na półwysep Snaefellsnes, na którego końcu znajdziemy mały-ale bardzo malowniczy lodowiec Snaefellsjokull. U jego podnóża znaleźliśmy małą jaskinię o niewiarygodnej akustyce, gdzie powtarzać dwa razy nie trzeba – a na samej górze stok śnieżny z wynajmem skuterów - 6500 ISK (ok. 300zł)za godzinę oraz niezapomniane interior6.jpgwidoki na zatokę. O tym miejscu krążą również plotki o magicznej energii, która czyni z niego miejsce spotkań UFO. Coś z tą energią rzeczywiście jest, – czego najwyraźniej doświadczył tu sam Hitchcock – Napotykamy dziwnie niepokojące nisko latające ptaki. Początkowo wzbudzające głębokie zainteresowanie, wręcz zachwyt – po chwili jednak staje się to trochę zatrważające, gdy raz po raz czujemy trzepot ich skrzydeł na swoich głowach.


W drodze do Reykjaviku wcieliliśmy się w grotołazów udając się w głąb jaskiń lawowych. Nie ma, co, ale poranna miętówka na polu zastygłej lawy oraz przemierzanie kilometrów w ciemnych jej wnętrzach wzmaga wyobraźnię i myśli egzystencjalne. Do rzeczywistości wróciliśmy szybko po wizycie w basenowych gorących źródłach w Borgarnes - a popołudniem byliśmy już na przedmieściach stolicy, gdzie podczas obiadu na łonie natury spotkaliśmy mieszkańca Gdańska – wieloletniego pracownika pobliskiej ubojni.

img_1314.jpgReykjavik- najmniejsza stolica europejska i zarazem najbardziej wysunięta na północ. W mieście i w jego okolicach mieszka 200 000 ludzi, co stanowi 2/3 ludności Islandii. W wolnym tłumaczeniu to "Zatoka spowita oparami". Niestety nie udało nam się takiego zjawiska doświadczyć, ale w porównaniu z całym otaczającym krajobrazem lawowym - miasto jest niezwykle ciekawym objawieniem. Jego ścisłe centrum skupia się na obszarze ok. 4 km2. Niewielki port, charakterystyczna zabudowa, wśród której wyróżnia się kościół Hallgrimskirkja oraz Perlan i słynna stalowa łódź, tworzą atmosferę tego miejsca. Gdzieniegdzie można usłyszeć rodaków- zwłaszcza na kempingu, – ale narodowościowo gromady spotykanych ludzi są bardzo przetasowane. Narodowym produktem Islandii są swetry i inne atrybuty z naturalnej owczej wełny, co w stolicy jest bardzo zauważalne – zarówno w prawie każdym sklepie centrum, jak i na samych mieszkańcach.

blue_lagoon.jpg






Kawałek na zachód od miasta w stronę narodowego portu lotniczego w Keflaviku znajdujemy Błękitną Lagunę – niemalże skarb narodowy. Co prawda woda nie jest tam pierwsze jakości – a dopiero wynikiem procesu energetycznego pobliskiej elektrociepłowni, – ale i tak bogata głównie w krzem, ściąga turystów z całego kraju i nie tylko. Rozległe kąpielisko o zielonkawo błękitnej wodzie – temperaturze dochodzącej do kilkudziesięciu stopni, oraz błotnistej mazi pod stopami koloru białego, czym ludzie wykładają sobie twarz by być piękniejszymi. Może to i bardzo komercyjne, ale ma coś w sobie, co nie pozwala stamtąd wyjść. Chwila drzemki na krzemowym brzegu przypominającym porcelanę,w połowie zanurzonym w ciepłej wodzie, w połowie smaganym chłodnym wiatrem oraz w całości okraszanym siarkowodorową parą wydobywającą się z pobliskiego krateru – to coś, czego nie chce się zapomnieć, a tylko powtórzyć. Do tego sauny, gejzery, oraz drogeria wypełniona potwornie drogimi kosmetykami wyprodukowanymi rzekomo na tutejszej wodzie. Słowem dobra rzecz.

pingvellir.jpg







Popularności laguny dorównuje również obszar Złotego kręgu – terenu w bliskiej okolicy stolicy gdzie skupia się kilka najbardziej interesujących atrakcji Islandii. Przede wszystkim Park Narodowy Pingvellir – miejsce najważniejszych wydarzeń w dziejach kraju – tu Islandczycy decydowali o przejściu kraju na chrześcijaństwo, tutaj odbywały się obrady Althingu, – czyli sejmu, gdy ustanowiono pierwszą w Europie rzeczpospolitą. Oczywiście dla większości międzynarodowych turystów aspekt ten nie jest tak istotny jak dla rodowitych mieszkańców – dla tych jest jeszcze dodatkowa atrakcja - dokładnie w tym miejscu ścierają się płyty litosfery – Europejska i Amerykańska, a obrady wyżej wymienionego sejmu odbywały się w naturalnym amfiteatrze – jednej z wielu w szeregu, powstałych w wyniku tego szczelin.

geysir.jpg







Następną ikoną Wyspy Ognia i Lodu jest słynny na cały świat gejzer Geysir –,od którego wywodzi się popularna nazwa tego zjawiska natury. W okresie swojej świetności, – czyli jeszcze kilkadziesiąt lat temu wystrzeliwał wrzącą wodę na wysokość 60m., teraz już przekazuje pałeczkę młodszemu gejzerowi Strokkur, – który co parę minut daje pokaz swoich możliwości – może nie aż tak okazale, ale za to często i niekiedy bardzo efektownie. Cały teren otaczający jest aktywny geotermalnie, wszystko paruje i wygląda bardzo księżycowo.W okolicy jest jeszcze, Gullfoss – jeden z najbardziej okazałych i chyba najpiękniejszy wodospad na wyspie.
gullfoss2.jpg










Wszystkie przewodniki, informatory i znaki drogowe na Islandii głoszą zakaz wjazdu samochodom bez napędu na 4 koła na drogi typu F - oznaczone jako górskie-czyli wszystkie kierujące w głąb interioru. Są jednak dwa miejsca we wnętrzu wyspy gdzie musieliśmy być. Doświadczeni już rzekomymi górskimi drogami zdecydowaliśmy się na te wyprawę. Problemem takich przepraw może nie są nagłe różnice wysokościowe, ale głównie jakoś dróg i materiał, z którego się składają. Albo pylaste, albo kamienne i poorane głębokimi muldami nie pozwalają się nudzić – wręcz przeciwnie. Poza wstrząśnieniem całego organizmu, i to strasznie rozciągniętym w czasie, bo prędkość na takich powierzchniach drastycznie spada – to niesamowite czarne krajobrazy pustynne i lodowcowe oraz przeprawy przez brody niesamowicie urozmaicają trasę.

hveravellir.jpg






Pierwszym celem na trasie jest Hveravellir. Oaza na kamiennej pustyni. Już z daleka opary gorącej wody na horyzoncie czarnego pyłu bardzo poprawiają depresyjny nastrój. W ‘osadzie’ znajdują się 3 domki – schronisko, magazyn z toaletą dla turystów oraz chatka dla vipów. W schronisku skorzystać można z kuchni i pokojowej temperatury, – ale jak się później dowiedzieliśmy po wcześniejszym zameldowaniu się i najchętniej rezerwacji. Do tego w wygórowanych jak na oferowany standard cenach. Obsługa niezbyt przyjemna, – ale w przeciwieństwie do znajdującego się rozlewiska gorącej wody i mimo że sztucznie uklepanego – to bardzo przyjemnego jacuzzi, już z naturalną geotermalną wodą. Do tego parujące i plujące wodą skalne stożki, ziemia pokryta wytrącającym się z oparów krzemem i siarką w postaci szklistej biało żółtawej powłoki, oraz bujna zieleń trawiasta i półnadzy zażywający kąpieli turyści nieprzejmujący się bliską zeru temperaturą. interior2.jpg









Hveravellir znajduje się w połowie przeprawy przez interior z południowej części wyspy na północną – z powodzeniem można zacząć wyprawę od początku – jednak ograniczony czas zmusza do powrotu, – ale też poznawania kolejnych ciekawostek. Jak na przykład Landmannalaugar. Klimat podobny do wcześniejszego mieimg_1956.jpgjsca -,ale jeszcze bardziej zaskakujący w skali. Zza stosunkowo wysokich czarnych gór wyłaniają się równie wysokie, ale kolorowe - w odcieniach rudawych i zielonych od porastających je mchów – oraz perełka – soczyście zielona dolina porośnięta tysiącem żółtych kwiatów i białych wełniaków, a przez jej środek przepływająca gorąca rzeka. Do tego malowniczy kemping z setką kolorowych namiotów, niezwykle komponującymi się z krajobrazem, oraz schronisko, do którego wjechać można tylko pokonując dwie rzeki – lub pieszo przez system drewnianych kładek. A tam wieczorna gorąca kąpiel w atmosferze alkoholowej schadzki innych turystów, zapach chłodnego powietrza, oraz wszechobecna lawa. Jak sen.

img_1968.jpg
Po powrocie na obrzeża wyspy po noclegu na boisku szkolnym w Hella, czeka na nas wodospad Skogafoss. Te południowe są zdecydowanie ładniejsze…bardziej przyjazne, sielankowe. Wielka zielona łąka urasta do może niedużej, ale eleganckiej zielonej góry, z której spada równie dostojna prosta ściana wody. Można do niej podejść – jest na wyciągnięcie ręki, – ale przemoczonej. Silnie zraszana woda dosięga na wiele metrów ku dużej uciesze dzieci.




vik.jpgW większości plaże na wyspie są czarne – to nic innego jak materiał wulkaniczny, popioły – przetransportowane przez rzeki lodowcowe – mniejszy materiał odkładał się w postaci piasku – wszechobecnego na wyspie, oszlifowane większe skały stały się otoczakami -,jak na plaży Vik. Plaża ta – na samym krańcu południowego wybrzeża, znajduje się na liście 10 najpiękniejszych na świecie plaż i jest wśród nich jedyną nietropikalną. Bez wątpienia słusznie. I to nawet nie przy słonecznej pogodzie – a lśniąca w deszczu, kruczo czarna, ze smugami deszczu, sterczącymi w tle poszarpanymi skałami przypominającymi palce, olbrzymimi bałwanami, bo Atlantyk napiera tu na ląd z wyjątkową siłą. Słońce, które za chwilę osuszyło i jaskrawo oświetliło brzegi – pozwoliło na szybką sesję z gniazdującymi tam maskonurami, ale na pewno osłabiło wrażenie niesamowitości tego miejsca.

interior3.jpg










img_2109.jpgIslandia oprócz wulkanów to oczywiście lodowce. W Parku Narodowym Skaftafell znajdziemy nie tylko największy na Islandii, ale i w całej Europie- Vatnajokull. O miąższości sięgającej nawet 1000m oraz powierzchni 8,5tys km2. U jego stóp rozpościera się sięgająca niespełna kilometr w głąb morza plaża, powstała w wyniku gigantycznej powodzi po wybuchu pobliskiego wulkanu w 1996 r. Lód wydziera się tutaj zza każdej góry, tworząc malownicze tereny, dzięki temu jest tu chyba największy islandzki kemping. Park Narodowy poszczycić się również może nielicznymi terenami w kraju, na których rośnie wyższa niż trawiasta roślinność. Anegdota, bowiem głosi, że jeśli zgubisz się w islandzkim lesie – po prostu wystarczy wstać. Otulony zielenią jest kolejny wodospad – tym razem wyjątkowy Svartifoss – ukształtowany wśród skał bazaltowych. Bo obu stronach kaskady wiszą skalne sześciokątne, naturalnie wyciosane słupy przypominające organy. Za wąską płaską stróżką można swobodnie stanąć i poczuć się jak po drugiej stronie lustra…Imponujące formacje skalne tworzą rzeczywiście magiczny klimat.

pict0179.jpgEfektem topnienia takiej masy lodu są logicznie jeziora lodowcowe – tutejsze Jokulsarlon jest o tyle specyficzne, że wiecznie pełne jest gór lodowych, – wśród których można się znaleźć, ponieważ bardzo intensywnie rozwija się tu biznes rejsów amfibiami. Podczas takiego podpłynąć można pod krawędź jęzora, wyłowić bryłkę krystalicznego lodu i oczywiście przeżyć niezwykłą malownicza przejażdżkę.


Od lodowca Vatnajokull niedaleko już do wschodniego wybrzeża, z którego rozpoczęliśmy naszą wyprawę. Teoretycznie przykry moment zataczania koła, na szczęście jeszcze nas nie zmartwił, – bowiem z zapasem 2 dodatkowych dni zdecydowaliśmy wrócić do miejsca ciekawego, przyjemnego, a co ważniejsze jeszcze nie do końca przez nas zbadanego. Po takim tempie podróży należy się też chwila odpoczynku. Wróciliśmy nad jezioro Myvatn – do pseudokraterów, do pól siarkowych, do błota, do siarkowodoru.

myvatn2.jpg







Odwiedziliśmy elektrociepłownię, którą wcześniej podziwialiśmy tylko z zewnątrz oraz lokalną błękitną lagunę – kompleks basenowo saunowy gdzie jednocześnie można się wyparzyć w niemal wrzącej wodzie oraz wyziębić przy dotkliwie niesprzyjającej wietrznej i deszczowej pogodzie.

Najbardziej poznaje się kraj czy społeczeństwo tego kraju podczas jakiegokolwiek bardziej bezpośredniego kontaktu z danym otoczeniem. Ta chwila zawieszenia pozwoliła na zbadanie pobliskiego miasteczka Reykjahlid – niedużego, żyjącego głównie z turystyki. Gdzie w paru chatkach miejscowa ludność sprzedaje tworzone przez siebie souveniry. Gdzie mały kościółek żyje nawet nie legendą a faktem ocalenia przed falą napierającej lawy podczas jednej z erupcji wulkanicznej, – kiedy to potok płynnej skały rozdzielił się na dwoje i otoczył kaplicę zastygając na zawsze. Drogi tutaj prowadzą poprzez pola lawowe wyraźnie rysujące bąble i fale a w tle wyrasta ogromny krater przypominający ten z wyobrażeń o tego typu tworach natury – w kształcie stożka i przypominający olbrzymi stadion piłkarski. Przy jeziorze kwitnie bujnie roślinność, mnożą się owady, gniazdują liczne ptaki wodne. Obszar ten sprawuje funkcję zielonej oazy dla całej wyspy, najbardziej sprzyjającej człowiekowi, najchętniej odwiedzanej przez Islandczyków.

img_2264.jpgNiezależnie od tego jak przyjemna jest końcówka wyprawy – zawsze powoduje jednakowy skutek. Powrót do rzeczywistości. Jako turyści na Islandie mamy dodatkowy komfort długiego procesu tego powrotu – przed wejściem na prom zbaczamy na nawiedzoną szosę. Według średniowiecznych podań droga ta była przedmiotem egzorcyzmów przeciwko duchowi Naddi. Do dziś na rzeczywiście trudnej drodze między wysokimi urwiskami skalnymi a śladami obsunięć ziemi stoi krzyż z ciągle odnawianą inskrypcją „Ty, który mijasz to miejsce w pośpiechu, oddaj cześć wizerunkowi Chrystusa”. Na końcu drogi ku zaskoczeniu żyje i to dość dostatnie miasteczko, w którym chyba najbardziej interesujący jest mały – typowy dla architektury tego kraju domek darniowy – porośnięty długą falującą na wietrze trawą.

Powrót na stały ląd Europy długi, – ale wynagrodzony kabiną w przeciwieństwie do rejsu w drugą stronę, kiedy to noclegowaliśmy w kuszetach – za to wyjściu na ląd w Dani w Hanstholm towarzyszył duży uśmiech na naszych twarzach. Wysokie drzewa, pola uprawne, przede wszystkim dużo ludzi oraz zwierzęta! Może to wynika z przyzwyczajenia, zakorzenienia w kulturze naszej części kontynentu - ale dla mieszkańców środkowej Europy, – któremu towarzyszy zmienność pór roku, cała gama zjawisk atmosferycznych, kolorów, zapachów, flory i fauny – Islandia – nieważne jak piękna, niesamowita, wyjątkowa – będzie epizodem. Oby jednak często powtarzanym.

robert/norbert/pawelo.

iceland2007.jpg
ISLANDIA2007-galeria
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2009 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;