Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Elbrus
Autor: Agnieszka Kiela   
Dzień 1 (18 sierpnia 2005): wylot z Polski

2.jpg

Wczesnym popołudniem wylecieliśmy do Rosji i po niespełna dwóch godzinach lotu znaleźliśmy się w Moskwie. Już w drodze do hotelu okazało się, że wszystkie nasze wyobrażenia na temat tego miasta nie dorastały do rzeczywistości - monumentalizm i gigantomania na dużą skalę widoczne były na każdym kroku, do tego te wschodnie świecidełka i bazarowe przesadzone dekoracje - jednym słowem, ze stolicą europejską Moskwa się nie kojarzy, za dużo w niej festynu.

Z lotniska jest kawałek drogi do centrum, więc zanim dotarliśmy do hotelu i następnie do pokoju, zrobiło się ciemno. Hotel Rassija położony jest (a właściwie był) idealnie w ścisłym centrum, więc wybraliśmy się na wyższe piętro, by podziwiać widoki na Plac Czerwony i na rzekę Moskwę i porobić zdjęcia.

Zachęceni tym, co zobaczyliśmy i trochę głodni, udaliśmy się na spacer po okolicy. Zjedliśmy gigantycznego moskiewskiego hotdoga i dotarliśmy na Plac Czerwony, gdzie życie towarzyskie kwitło w najlepsze. Wszystko było pięknie podświetlone, do tego księżyc wyglądał malowniczo zza chmur i pięknie się komponował z resztą krajobrazu. Na Placu Czerwonym było mnóstwo turystów - robili zdjęcia i przechadzali się - ruch jak w ciągu dnia! My też trochę popstrykaliśmy, a następnie wróciliśmy do naszego gigantycznego hotelu i poszliśmy spać.

Dzień 2 (19 sierpnia 2005): Moskwa

Cały dzień zwiedzaliśmy Moskwę, aczkolwiek bardzo powierzchownie, bo nie starczyło czasu ani na odwiedzenie żadnych muzeów Kremla, ani na wybranie się gdzieś dalej, np. do Carskiego Sioła. Wybraliśmy się za to na wycieczkę, która polegała początkowo na rejsie po rzece Moskwie i podziwianiu budowli na obu jej brzegach - po drodze był śmieszny gigantyczny pomnik Piotra Wielkiego, który początkowo był Kolumbem i miał powędrować do Ameryki, ale go nie chcieli, więc Rosjanie zmienili mu głowę i obecnie jest Piotrem - zmyślny naród ;-)

Poza tym pięknie prezentowały się rozliczne budowle Kremla, sobór, w którym zamykano niepożądane żony carów, liczne w Moskwie 'pałace kultury', czyli słynne siedem sióstr - rozmach z jakim zbudowano to miasto, jego wielopasmowe drogi, autostrady jest doprawdy imponujący.

Następnie ruszyliśmy na zwiedzanie metra moskiewskiego, słynącego na cały świat z cudawianek przeróżnych. I zupełnie nas nie rozczarowało, było tam co podziwiać: począwszy od sierpa i młota, poprzez niesamowite 'pałacowe' sklepienia, kryształowe żyrandole, mozaiki na suficie (przeważnie o interesującej socjalistycznej tematyce typu kobiety na traktory), witraże na ścianach, rzeźby żołnierzy, aż do wzniosłych malowideł naściennych o dzielnych budowniczych metra i patetycznych obrazów z towarzyszem Leninem. Rzeczywiście, Rosjanom udało się dokonać niesamowitej rzeczy - metro zbudowali z ogromnym, niespotykanym chyba nigdzie indziej na świecie rozmachem, z niezwykłą dbałością o wystrój i pietyzmem wykończenia - duch towarzysza Lenina musi się chyba gdzieś po nim błąkać i cieszyć, że pod ziemią przetrwało coś, co dla ludzi miało być obietnicą lepszego życia w nowej rzeczywistości i powszechnego dobrobytu.

Po południu chcieliśmy jeszcze obejrzeć niektóre wystawy na Kremlu, ale było już za późno - nie wpuszczali, więc przeszliśmy się tylko dookoła jego murów, korzystając ze słoneczka, które właśnie wyszło i troszkę nas rozgrzało - kiepski klimat mają w tej Moskwie, takie zimne lato.

Dzień 3 (20 sierpnia 2005): Terskoł

Rano znowu odbyliśmy wycieczkę przez pół hotelu w celu spożycia śniadania - odległości w hotelu Rassija są doprawdy imponujące - do skrzydła z restauracją idzie się 15 minut! W samej restauracji też ciekawie - ogromne okrągłe stoły, przy których siada się z różnymi nieznanymi sobie bliżej ludźmi, bo innych miejsc nie przewidziano - trzeba się integrować, a co!

Po śniadaniu udaliśmy się na lotnisko lokalne, gdzie kazali nam płacić za bagaż podręczny - ponieważ nie mieliśmy nadbagażu tak po prostu, więc zważyli razem z bagażem głównym podręczny i już było wystarczająco dużo kilogramów, żeby nam naliczyć opłatę za nadbagaż. Co za naród!

Polecieliśmy do Mineralnych Wód, a stamtąd dalej pojechaliśmy busem pod Elbrus. Samolot był dosyć leciwy, wywołał więc lekki przestrach u naszego kolegi Amerykanina i Australijczyka. Poza nimi w grupie jest para Norwegów i sześć sztuk Brazylijczyków (w tym dwoje Japończyków mieszkających w Brazylii). Przewodniczką jest Ukrainka Oksana, ale z tej wykazującej prorosyjskie sympatie części Ukrainy, więc ogólnie towarzystwo dosyć interesujące.

Po czterech godzinach jazdy busem dotarliśmy do naszego lodge'u - no, może nie był to jakiś hotel na wypasie, tylko raczej schronisko w budowie, ale w sumie ok. - dostaliśmy dwójki z łazienką, jest ciepło, obsługa w miarę miła, jedzenia dużo. Po drodze mijaliśmy liczne pola kapusty i w związku z tym na kolację dostaliśmy kapustę i mieliśmy ją potem często jeszcze spożywać przy wszelkich możliwych okazjach. Kierowniczką sali było niesamowite zjawisko - panna o wschodniej urodzie ubrana jak na bal w połyskującą cekinami długą zieloną suknię z tiulem - widać chciała zrobić oszałamiające wrażenie na przyjezdnych i nawet jej się to udało!

Po kolacji wybraliśmy się jeszcze na mały rekonesans okolic hotelu, ale za dużo to tam nie było do oglądania - trochę małych barów lokalnych serwujących głównie wódkę, pobojowisko i plac budowy przed samym hotelem, stacja kolejki trochę dalej - szybko więc ten spacer zakończyliśmy, bo jedyną opcją na spędzenie wieczoru było upicie się z miejscowymi, a na to zupełnie nie mieliśmy ochoty. Do tego trzeba mieć zresztą bardzo mocną głowę i lata treningu, bo z Rosjanami nie ma żartów.

Dzień 4 (21 sierpnia 2005): Czeget (3600 m n.p.m.)

Poszliśmy całą grupą spacerkiem przez pagórki do kolejki krzesełkowej, podjechaliśmy kolejką, a następnie poszliśmy piechotą na Czeget. No, daleko to już nie było - w sumie z godzinę szliśmy. Pogoda przez cały czas była taka sobie - nie było widoków i nie za ciepło było, a jak potem schodziliśmy i zjeżdżaliśmy, to jeszcze się pogorszyła - całe niebo zasnuło się chmurami i padał śnieg. Nie widać było poprzedzającego krzesełka, tak się zaciągnęło i do tego zimno się zrobiło i dosyć nieprzyjemnie. My się ubraliśmy w windstoppery i w goreteksy, a obywatele rosyjscy - którzy też tłumnie korzystali z kolejki - porozbierani, zupełnie im zimno nie było, przecież pełnia lata, więc po co się opatulać?!

W końcu wróciliśmy na dół do miejscowości Czeget, zjedliśmy obiad i można było powoli wracać do naszego lodge'u. Spotkaliśmy dwójkę Polaków, na oko wyglądali na parę studentów, którzy przyjechali na Elbrus całkiem indywidualnie i co krok borykali się z górą przeszkód natury formalno-papierkowej prawie nie do przejścia, szczególnie, że nie znali prawie wcale rosyjskiego - no, cóż, w tym regionie Rosji to stanowi poważną przeszkodę, ciężko się porozumieć w innym języku ze zwykłymi ludźmi.

Wróciliśmy do naszego lodge'u, potem kolacja i spać. Staram się pić dużo wody, bardzo dużo, ale nie idzie mi to za dobrze; Maciek twierdzi, że jest jeszcze za nisko, nasza baza wypadowa jest na niewielkiej wysokości (ok. 2000 m n.p.m.), więc woda tak dobrze nie wchodzi. No, cóż, mi to nigdy za dobrze nie wchodzi, nawet z herbatą rozpuszczalną nie jest to mój ulubiony napój, ledwo go toleruję.

Dzień 5 (22 sierpnia 2005): Beczki - Diesel Hut (4200 m n.p.m.)

Aklimatyzacji ciąg dalszy - dziś wybraliśmy się po raz pierwszy na stoki Elbrusa. Tym razem podjechaliśmy wagonikiem kolejki linowej do stacji Garabashi. Pogoda nagle się poprawiła i tego dnia mieliśmy piękne słońce i jeszcze ładniejsze widoki po drodze i ze stacji - malownicza dolina, wioski na dole, wyciągi na sąsiednich stokach - bajka. Aż przyjemnie było teraz wejść od Beczek do schroniska Diesel Hut; porobiliśmy dużo fotek, nacieszyliśmy się piękną pogodą i widokami. Sama okolica beczek za pięknie nie wygląda - krajobraz wulkaniczny jak po bitwie, ogromne głazy porozrzucane bez ładu i składu, ewentualnie leżące na kupach, czarny żwir - no, nic ciekawego, tylko białe wierzchołki Elbrusa pięknie się prezentowały na tym ponurym tle - wreszcie je zobaczyliśmy, po dniach niepogody :-)

Ciekawym akcentem była też grupa polskich narciarzy i snowboardzistów, którzy z uporem maniaka próbowali zjeżdżać po miniaturowym poletku śniegu leżącego przy górnej stacji kolejki. Jeszcze hopkę udało im się tam zbudować, na tak niewielkiej powierzchni!

Gdy wróciliśmy na dół, wybraliśmy się na lunch, potem czas wolny, kolacja i nocleg. Chociaż się dobrze wyśpię na tym wyjeździe ;-)

Dzień 6 (23 sierpnia 2005): Beczki - Skały Pastuchowa (4500 m n.p.m.)

Po śniadaniu w lodge'u wybraliśmy się znowu kolejką linową do Beczek (3900 m n.p.m.), tym razem na dłużej, z całym potrzebnym sprzętem. Zainstalowaliśmy się w Beczkach i tym samym 'założyliśmy' nasz basecamp. W baraczku była jadalnia - dali nam lunch oraz mnóstwo różnych słodyczy, żebyśmy nabrali sił na dalszą akcję górską. Kucharką jest sympatyczna Wiera - typowa Rosjanka z krwi i kości - wesoła, rumiana, podmalowana dosyć mocno, co w tym górskim otoczeniu stanowi ciekawy akcent.

Po obiadku ubraliśmy się w skorupy, wzięliśmy kijki i trochę cieplejszych ubrań i poszliśmy na spacer aklimatyzacyjny do Skał Pastuchowa. Na początku była piękna pogoda - cieplutko, słoneczko, piękne widoczki, szło się lekko miło i przyjemnie. Potem zrobiło się zdecydowanie bardziej stromo i odjazdowo, więc założyliśmy raki i brnęliśmy dalej. Było naprawdę sporo śniegu, trochę lodu, więc w rakach szło się nam lepiej, ale ogólnie czym wyżej, tym ciężej się szło, bo było dosyć stromo i pogoda się zrobiła nieprzyjemna - wiał zimny wiatr i zacinało grudkami lodu - po raz pierwszy Elbrus tak nas potraktował - niby lato i niezbyt wysoko, a tu proszę...

W końcu doszliśmy do skał i czekaliśmy tam na Brazylijczyków - za długo nie dało się usiedzieć, bo naprawdę było zimno. Wreszcie przyszli i niedługo zaczęliśmy schodzić na dół. W sumie trochę się zmęczyliśmy, ale nie jakoś tragicznie - po kolacji i odpoczynku moglibyśmy w zasadzie pójść dalej, bo była opcja zdobywania szczytu już dzisiaj, ale cała grupa musiałaby się zgodzić, a Brazylijczycy zgłosili veto i niestety musieliśmy poczekać dojutra.

Wieczorem zrobiła się ładna pogoda i był śliczny zachód słońca - wszyscy wylegli robić landszafty z Elbrusem - pięknie podświetlonym promieniami chowającego się słońca. A potem spanko w beczkach, będących w poprzednim życiu zbiornikami na paliwo rakietowe. W naszej spało jeszcze dwóch Japończyków i ich przewodnik - wrócili właśnie ze szczytu i mocno zasnęli. Oczywiście od razu zaczęli dramatycznie chrapać i nie mogłam zasnąć, więc co chwila chodziłam do kibelka na zewnątrz, a co wyszłam, to kogoś spotykałam, kto bardzo się dziwił dlaczego nie mogę zasnąć i proponował mi herbatę w jadalni. Nie skorzystałam, za to ciągle się wściekła ciskałam po całej beczce i po okolicy, od czasu do czasu miotając obelgi na śpiących i przeraźliwie chrapiących Japończyków i świecąc im w twarz latarkami. Nic nie pomogło. Spali jak zabici. Podobno jeden z nich to był jakiś słynny zdobywca Everestu, który nie miał szczęścia do Elbrusa - musiał przyjechać dwa razy, żeby trafić na dobrą pogodę i wejść na szczyt - dziwna sprawa. W każdym razie na Everest wszedł jak miał chyba z 60 lat, więc ogólnie twardy był.

Dzień 7 (24 sierpnia 2005): Beczki - Diesel Hut

Ponieważ nie wybraliśmy się w nocy na szczyt, więc dziś był dzień odpoczynku - zjedliśmy anemicznie śniadanie, potem poszliśmy do Diesel Huta i tam wraz z naszą przewodniczką Oksaną ćwiczyliśmy wyhamowywanie czekanem upadku po ośnieżonym zboczu. Jak już każdy pozjeżdżał milion razy na zadku, brzuchu, tyłem i przodem, zwinęliśmy się do Beczek na lunch, potem przyszykowaliśmy się do ataku szczytowego, kolacja i spać. Tym razem wzięłam od Jima coś na sen - stwierdziłam, że ta poprzednia nieprzespana noc to był jakiś koszmar. Szczęśliwie Japończycy też się rano wyprowadzili, sikając przedtem wewnątrz beczki do butelki - jakby nie mogli pójść do kibla!

Wieczorem pogoda zaczęła się zmieniać - przyszło trochę chmur i już nie było takiego niesamowitego zachodu słońca. Hm, zobaczymy, co z tego wyniknie. Oksana stwierdziła optymistycznie, że przy każdej pogodzie wejdziemy na szczyt, ale dlaczego w takim razie Japończyk musiał dwa razy przyjeżdżać?

Dzień 8 (25 sierpnia 2005): Beczki - Elbrus (5642 m .p. m.)

Wstaliśmy o czwartej nad ranem - ciemno, zimno, coś żeśmy próbowali zjeść i wlać w siebie ciepłego, a następnie ubraliśmy się we wszystkie rozliczne warstwy ubrania, skorupy, raki i ruszyliśmy w stronę Skał Pastuchowa. Od Skał zaczęło się strome podejście do przełęczy, pogoda była ohydna - zadymka śnieżna, silny wiatr - niemiło się szło, ale co zrobić - poprzedniej nocy była fenomenalna pogoda, ale że cała grupa nie zdecydowała się iść, straciliśmy naszą szansę na ładne widoki - limit dobrej pogody wyczerpał się chwilowo i nie pozostało nam nic innego, jak brnąć dalej w tej zadymce.

Do przełęczy szliśmy około 6 godzin i poza trawersem na końcu był to dość męczący odcinek ze względu na spore nachylenie stoku, mimo, że odległościowo było dosyć blisko. Gdyby tak nie wiało prosto w nos, to pewnie szybciej by poszło. W międzyczasie zrezygnował Norweg, bo mu się do buta nalało wierzchem wody (nie miał skorup, niestety), Japonka, bo zaczęła po drodze wymiotować, no i jeszcze jeden Brazylijczyk (Roberto), bo jakoś się zniechęcił. On nie był za mocny ogólnie - próbował już kilka razy wchodzić na Ankę, marudził, że nie był przyzwyczajony do polowych warunków, miał problemy z wysokością i ogólnie przystosowaniem się do funkcjonowania w górach. No, cóż, zawsze ktoś się wycofa.

Reszta ekipy tymczasem brnęła dalej w śniegu - Brazylijczycy wyszli godzinę przed naszą grupką, ale spotkaliśmy się na przełęczy. Następnie oni poszli dalej, a my zatrzymaliśmy się na małe co nieco. Norweżce zamarzł 'niezamarzający' camelbag z jakimś napojem energetycznym, więc daliśmy jej się napić herbaty z termosu - jednak takie tradycyjne proste rozwiązania sprawdzają się chyba najlepiej ;-)

Na szczyt z przełęczy szliśmy godzinę piętnaście minut - nie było już trudno, tylko trzeba się było mocno wpatrywać w zadymkę śnieżną, żeby dostrzec trasery poumieszczane na wypłaszczonym już dosyć mocno w tym miejscu stoku. Pierwszy szedł Leighton, czyli nasz Kangur, więc na niego przypadło zadanie wgapiania się w tę zasłonę śniegu i wypatrywanie drogi. Potem szedł Amerykanin Jim, ale w pewnym momencie trochę osłabł - wymiotował i, jak się później przyznał, miał jakieś zwidy, tak, że przed szczytem wyprzedziłam go.

Szczyt pojawił się dość nagle - gdy tak szliśmy tym dosyć płaskim trawersem z przełęczy, nagle było malutkie przewyższenie i potem już nie dało się nigdzie dalej iść. Wlazłam na czubek tuż za Leightonem i zdziwiłam się, że to już. Widoków nie mieliśmy żadnych - wokół chmury, zadymka śnieżna, aparat odrobinę zmarzł, bo robiłam zdjęcia również Norweżce Marit, którą małżonek z aparatem opuścił oraz Jimowi, którego aparat odmówił współpracy. Nasze zdjęcia oraz zdjęcie grupowe wyszły przez to bardziej dramatyczne - obiektyw był lekko zaparowany i zdjęcia wyglądają dosyć zjawiskowo, jakby na szczycie panowały arktyczne warunki z powietrzem zamarzającym wokół nas i tworzącym lodową zasłonę...

No, ale trzeba było zakończyć sesję i schodzić na dół. Do przełęczy szło się trawersem po zboczu opadającym dość ostro w dół i co jakiś czas sobie powtarzałam, że nie wolno mi się po nim stoczyć - odezwał się mój stary lęk przestrzeni. A potem to już było tylko dosyć strome zbocze, po którym tym razem schodziliśmy w dół, więc trzeba było co najwyżej dać czasem odpocząć kolanom. Zejście na dół zajęło nam trzy godziny. W sumie był to dość długi dzień, więc trochę byliśmy zmęczeni. Niżej aparat zaczął szczęśliwie odmarzać i odparowywać i już potem zdjęcia nie wychodziły takie dramatyczne jak na szczycie. Gdy zeszliśmy do Beczek, to nawet na trochę wyszło słońce - zaczęliśmy pomału rozbierać się ze wszystkiego i wykładać na placyku przed beczkami, żeby trochę przeschło. Zjedliśmy kolację i mocno zasnęliśmy, tym razem już bez żadnego wspomagania. Dobrze, że się udało :-)

Dzień 9 (26 sierpnia 2005): Beczki - Terskoł

Rano zjedliśmy śniadanko, po raz ostatni na stokach Elbrusa, spakowaliśmy się i udaliśmy się do stacji kolejki, żeby zjechać na dół. Zabawna historia, ale jak to w Rosji, nikt nie wiedział, kiedy dokładnie tę kolejkę uruchomią - jak będą jacyś chętni na dole, to wtedy wagonik przyjedzie na górę, potem uruchomią krzesełka i my będziemy mogli zjechać. W końcu po nie tak jeszcze długim czasie oczekiwania udało się - kolejka ruszyła, więc i my zaczęliśmy zjeżdżać do stacji przesiadkowej, a potem wszyscy razem zapakowaliśmy się do wagonika i zjechaliśmy do Azau. Zainstalowaliśmy się znowu w lodge'u, można się było umyć i przebrać w czyste ciuchy - proste górskie przyjemności :-)

Potem zjedliśmy lunch w Azau Café i generalnie odpoczywaliśmy, nic specjalnego tego dnia już się nie wydarzyło; próbowaliśmy nabyć jakieś pamiątki, ale nic takiego nie było, tylko koszulki i kalendarz udało nam się upolować.

Wieczorem była uroczysta kolacja z wódką w restauracji w sąsiedniej wiosce. Mnóstwo jedzenia i picia, toasty, podziękowania, dyplomy pamiątkowe i koszulki, a potem dyskoteka. Brazylijczyk Fabio próbował dotrzymać kroku w piciu wódki Rosjanom, co oczywiście z góry skazane było na niepowodzenie; rozkwasił sobie palec i sikał krwią dookoła. Uznaliśmy, że zabawę, mimo, że przednią, czas zakończyć i zdecydowaliśmy się wracać do lodge'u.

Dzień 10 (27 sierpnia 2005): Terskoł - wodospad

Brazylijczycy rano ewakuowali się, a my, czyli pozostała szóstka wybraliśmy się na spacer do wodospadu. Dzień był upalny, więc z przyjemnością podreptaliśmy popodziwiać po raz ostatni kaukaską przyrodę. Nosy mieliśmy straszliwie spalone po akcji szczytowej na Elbrusie (mimo, że pozornie nie było słońca), więc przewiązaliśmy sobie teraz chustki 'na bandytę' i tak paradowaliśmy, przynajmniej Maciek i Marit, mnie ona denerwowała, więc starałam się raczej smarować często kremem. Wracając z Elbrusa nabyliśmy maść polskiej produkcji sprzedawaną pod wdzięczną nazwą Spasatiel i teraz aplikowaliśmy ją ciągle na opalone nosy i przyległości, mając nadzieję, że chociaż trochę zbledną i nie będziemy ludzi straszyć po powrocie do cywilizacji.

Po drodze do wodospadu obserwowaliśmy różne ciekawe formacje skalne oraz roślinność typu alpejskiego - to Leighton nam uświadomił, że Kaukaz słynie z tego typu roślinności, więc potem bacznie jej się przyglądaliśmy i robiliśmy mnóstwo fotek.

Wodospad był bardzo przyjemny - było tak gorąco, że ja z Norwegiem z rozkoszą zanurzyliśmy się pod ścianę wody i całkiem zmoczyliśmy się - przynajmniej przez jakiś czas było chłodniej. Rosjanki były lepiej przygotowane - porozbierały się do bikini i korzystały ze słońca na całego.

Na lunch znowu zeszliśmy na dół (bo do tego wodospadu całkiem sporo trzeba było podejść), potem wróciliśmy do lodge'u, spakowaliśmy rzeczy, zjedliśmy ostatnią na Kaukazie kolację, spotkaliśmy się z ludźmi z grupy w barze i pożegnaliśmy się z nimi. Fajna grupa nam się trafiła :-)

Dzień 11 (28 sierpnia 2005): Sankt Petersburg

Transport do Mineralnych Wód mieliśmy zamówiony w środku nocy, bo samolot odlatywał o świcie i pojawił się pewien problem, gdyż cały lodge był na noc dokładnie zamknięty i nie bardzo było wiadomo, kogo obudzić, żeby nas wypuścił, bo nikogo z obsługi nie udało nam się namierzyć. W końcu Maciek wyskoczył oknem z pierwszego piętra (na szczęście nie było zbyt wysoko), potem podałam mu wszystkie bagaże i nie pozostało mi nic innego jak samej wyskoczyć, bo nasz transport już czekał na nas od dłuższego czasu. Jakoś się udało. Można powiedzieć, że było to dość interesujące przeżycie ;-)
Na lotnisku w Mineralnych Wodach zupełnie nie było wiadomo gdzie się skierować - panował niezły bajzel i bez znajomości rosyjskiego trudno byłoby gdziekolwiek dotrzeć (dobrze, że Maciek porozumiewa się w tym barbarzyńskim języku). W końcu udało nam się znaleźć miejsce naszej odprawy bagażowo-biletowej i oczywiście znowu ten sam numer wykonali - zważyli nam bagaż główny z podręcznym i już był nadbagaż - oni chyba robili to specjalnie, ponieważ Maciek mówi po rosyjsku, a nikomu innemu z naszej grupy nic nie kazali płacić - pewnie nie umieli wyjaśnić o co chodzi po angielsku. Tym razem były dwie taryfy - oficjalna, po uiszczeniu której dostawało się kwitek i nieoficjalna bez kwitka, ale za to o połowę niższa. No, cóż, zdecydowaliśmy się na tę drugą, mając nadzieję, że w Petersburgu nie będą ponownie ważyć naszego bagażu i nie zażądają kwitka.

Samolot był równie prehistoryczny jak poprzednio, a może nawet bardziej - (TU 154) - swoje lata już miał, nie dziwota, że wywołał przerażenie Jima i Kangura, oni z bardzo cywilizowanych krajów pochodzą, to nie przyzwyczajeni ;-)

Po niecałych dwóch godzinach dolecieliśmy do Sankt Petersburga. Przejechaliśmy przez pół miasta do hotelu Moskwa i zainstalowaliśmy się w pokoju. Było jeszcze dość wcześnie, więc wybraliśmy się na spacer po Petersburgu. Odwiedziliśmy Sobór św. Izaaka (galerię widokową + muzeum), spacerowaliśmy wzdłuż kanałów, a wieczorem wybraliśmy się na rejs po rzece i podziwialiśmy pięknie podświetlony Petersburg. Odkąd Putin jest prezydentem (rodowity sanktpetersburżanin), sporo pieniędzy państwowych płynie do grodu piotrowego i z dnia na dzień nabiera on nowego blasku. Znowu nas trochę przewiało na rzece Newie, ale warto było, bo Petersburg ładnie się prezentuje nocą - podświetlone kamieniczki i pałacyki przeglądające się w wodzie, liczne romantyczne mostki, dekoracyjne latarnie, pomniki - wszystko to tworzy naprawdę niepowtarzalny klimat.

Dzień 12 (29 sierpnia 2005): Sankt Petersburg

Odwiedzenie Ermitażu w czasie tak krótkiej wizyty całkowicie nas przerosło, ale za to wybraliśmy się na piesze zwiedzanie innych atrakcji Petersburga - obejrzeliśmy więc Twierdzę Pietropawłowską, w której pochowani są carowie i caryce (m.in. Piotr I Wielki i Katarzyna II), gmach Admiralicji, łuk triumfalny i Plac Pałacowy, pomnik Miednyj Wsadnik, czyli Piotr I Wielki na koniu i pomnik carycy Katarzyny, Sobór Chrystusa na Krwi i piękne secesyjne kamienice (np. fabryka Singera albo delikatesy), słynny krążownik Aurora oraz Domik Pietra - Petersburg jest bardzo ładny i warto z nim się bliżej zapoznać podczas niezobowiązujących spacerów. Pogoda była piękna, więc można było chodzić cały dzień i porobić ładne fotki.

Dzień 13 (30 sierpnia 2005): Sankt Petersburg - Warszawa


Wylot mieliśmy dopiero wczesnym popołudniem, więc rano mogliśmy się jeszcze przejść. W okolicy hotelu znajdują się stare cmentarze: Łazarza i Tichwiński, na którym spoczywa wielu sławnych Rosjan, m.in. Dostojewski, Czajkowski. Jest też wiele bardzo pięknych nagrobków z leżącymi postaciami dam i artystów z charakterystycznymi dla nich atrybutami, są rzeźby przedstawiające np. coś jakby tolkienowskie Enty i wiele innych ciekawostek. Z cmentarza był też niezły widok na nasz hotel Moskwa. Niestety, co za dużo, to niezdrowo, więc już dziś nie mieliśmy pięknej pogody, a w końcu nawet zaczął lać deszcz i nas wypłoszył do hotelu. Zresztą była już najwyższa pora zbierać się na lotnisko - zanim przebrnęliśmy przez Petersburg, to minęło dużo czasu. Szczęściem na międzynarodowym przelocie nie zważyli nam bagażu podręcznego, bo znowu byłby problem. Po około dwóch godzinach byliśmy już w Polsce. A najważniejsze jest to, że bilans wycieczki pozytywny - cel zdobyty!

Agnieszka Kiela-Pałys
http://www.7summits.pl/
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;