Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
McKinley
Autor: Agnieszka Kiela   
Dzień 1 (5 czerwca 2006): wylot z Polski

4.jpg

To był strasznie długi dzień - tuż po piątej rano spotkaliśmy się z Pawłem na Okęciu, o 07:05 lecieliśmy do Paryża, potem do Atlanty i jeszcze dalej do Anchorage na Alasce, gdzie wylądowaliśmy o 20:10. W sumie cała podróż zajęła nam około 30 godzin, uwzględniając 10-godzinną różnicę czasu pomiędzy Polską i Alaską i przerwy pomiędzy lotami (niezbyt długie zresztą). Połączenie to w każdym razie było doskonałe, ponieważ udało nam się uniknąć noclegu w Nowym Jorku, który wydłużyłby nam tylko niepotrzebnie cały wyjazd, no i zdołaliśmy znaleźć się na drugim końcu świata tego samego dnia, którego wyruszyliśmy! Na pewno nie będziemy już przez dłuższy czas latać Delta Airlines - jest podłe jedzenie i niezbyt miła obsługa.

Bardzo śmieszny był incydent z nożem - Paweł zapomniał schować składany nóż z plastikową rączką do głównego bagażu, więc w końcu włożył go do podręcznego, nie mając wielkiej nadziei, że uda mu się go gdzieś przewieźć. A jednak - ani polska, ani francuska kontrola go nie wykryły. Dopiero w Atlancie, gdzie tak czy inaczej musieliśmy odebrać główny bagaż i osobiście nadać go dalej, nóż został schowany do dużego plecaka - no, cóż, chyba jednak nie istnieją systemy bezpieczeństwa, nawet zaostrzonego, których nie można by było w prosty sposób obejść...

Szczęśliwie do Anchorage doleciał cały nasz bagaż - hurrra! Pod lotniskiem złapaliśmy dużą taksówkę i pojechaliśmy z naszymi rozlicznymi plecakami i torbami do schroniska Arctic Adventure Hostel, gdzie czekała już na nas reszta naszej międzynarodowej grupy: 3 Brazylijczyków (z czego jeden Japończyk z pochodzenia) i Australijczyk - wesoła gromadka, którą poznaliśmy na Elbrusie. Było nam tam razem dobrze, więc postanowiliśmy spotkać się jeszcze raz na kolejnej górze. Do starej gwardii doszedł tylko Paweł, który był na Denali już w zeszłym roku, a ponieważ wtedy nie udało im się wejść z powodu złej pogody, przyjechał jeszcze raz i jest dla nas nieocenionym źródłem informacji, jeżeli chodzi o tę górę ?

Schronisko jest bardzo sympatyczne - prawie nowe, dwu- i jednoosobowe pokoje, jest bardzo czysto, kawa i herbata są do dyspozycji gości + niezwykle uczynny właściciel Joseph. W tak komfortowym schronisku chyba jeszcze nie mieszkałam! W dodatku jest bardzo niedrogie i doskonale zlokalizowane niedaleko od lotniska i bardzo blisko sklepów turystycznych, w których robi się zakupy przed wyjazdem w góry.

Po wstępnej wymianie uścisków i pozdrowień w różnych językach, można było wreszcie usiąść wygodnie i rozprostować nogi po długiej podróży. No i pogadać ze starymi przyjaciółmi na żywo, a nie jak zwykle przez Internet. Najciekawsze i najdłuższe były rozmowy z Heleną, która w tym roku po raz drugi próbowała z mężem wejść na Everest bez tlenu i bez Szerpów. Niestety, nie udało im się, z różnych powodów, ale mnóstwo się od niej dowiedziałam na temat naszej kolejnej góry i drogi, którą też prawdopodobnie będziemy szli. Może nawet w przyszłym roku przygotujemy wraz z nimi kolejną ekspedycję - miło byłoby spotkać się po raz kolejny, a co do jej doświadczenia nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń.

Wreszcie, po długich rozmowach towarzyskich, padliśmy do łóżek. Długa podróż dała nam się w końcu we znaki i nawet dzień polarny i brak ciemności w nocy nie były w stanie zakłócić naszego spokojnego snu.

Dzień 2 (6 czerwca 2006): Anchorage - Talkeetna

Od rana walczyliśmy z bagażem Heleny, bo okazało się, że nie doleciał razem z nią z Nepalu. Na szczęście udało się go odzyskać po południu, bo zawieruszył się przy przesiadce w Stanach, a nie gdzieś w dalekim świecie. Uff, to miło, bo już się zastanawiałam, co będzie, jeśli go chwilowo nie dowiozą - mamy dość napięty grafik i nie wiem, czy linie lotnicze byłyby skłonne dostarczyć zaginiony bagaż Heleny aż pod Denali. A tak, to mamy kłopot z głowy - potwierdziliśmy popołudniowy shuttle bus do Talkeetny, bo już na nic nie musimy czekać.

Na śniadanie poszliśmy do baru znajdującego się niedaleko hostelu. Okazało się, że jego właściciele są z pochodzenia Meksykanami i było mnóstwo śmiechu, gdy Fabio żartował z nimi po hiszpańsku, a wszyscy coś tam też wtrącali, każdy w języku, który akurat znał, rozmowa toczyła się więc po angielsku-hiszpańsku-portugalsku - towarzystwo jest wesołe, nie ma co ;-)

Pełni nowych sił po sutym amerykańskim śniadaniu składającym się np. z bejgli z jajkami, wybraliśmy się na wielki shopping do pobliskich sklepów górskich. I zaczęło się kupowanie liofilizatów, overbootów, kuchenek, thermarestów i innych sprzętów górskich. Największe zakupy poczynił Fabio, który chyba z założenia postanowił zapatrzeć się we wszystko na Alasce pod opieką Heleny, więc brał wszystko, łącznie ze spodniami i rękawicami. Trzeba przyznać, że ceny mają tu bardzo dobre i ogromny wybór towarów, więc rzeczywiście jest to doskonałe miejsce na zakupy górskie. W jednym ze sklepów wypożyczyliśmy jeszcze rakiety śnieżne - bo Pawał się uparł, że mogą się przydać. Paweł ma swoje, a Matsumoto kupił, bo, jak się okazało, on też próbował zdobyć Denali w zeszłym roku, z jakąś komercyjną ekspedycją, no i nie dość, że się nie udało, to jeszcze wypożyczył kiepskie rakiety i potem się z nimi męczył, aż wreszcie się połamały. My nie kupowaliśmy - nie mamy uprzednich traumatycznych przeżyć, a chyba nigdzie poza Alaską rakiety nam się nie przydadzą.

Wreszcie, gdy już nam się udało to wszystko donieść z powrotem do hostelu i przepakować, można było opuścić Anchorage. Mimo, że jest ładnie położone w pobliżu Gór Chugach, które nadają panoramie składającej się z nieciekawych typowych amerykańskich zabudowań miejskich posmaczku alaskańskiego, jednak jest to tylko zwykłe miasto w amerykańską kratkę, bez żadnego specjalnego klimatu, więc bez żalu opuszczaliśmy je, żeby zobaczyć dalszą, "prawdziwszą" Alaskę.

Shuttle bus miał zabrać Helenę i Pawła z lotniska, gdzie odbierali jej zaginiony bagaż, ale nie przyjechał po nich. Następnie spóźnił się po nas do hostelu, a gdy wreszcie przyjechał, mieliśmy małą sprzeczkę z burkliwą babą-kierowcą. Potem było już jednak tylko lepiej - baba okazała się całkiem sympatyczna (to był tylko taki zgrzyt na początku); opowiadała nam o Alasce, pozwoliła zrobić kolejny shopping w supermarkecie po drodze i ogólnie lody stopniały - Brazylijczycy kupili jej na rozładowanie atmosfery kwiatek w doniczce i zapanowała wielka przyjaźń. Z ręki jadła Fabiowi ;-)

Wreszcie wieczorem dotarliśmy do Talkeetny, która spełniała nasze wyobrażenia na temat alaskańskiego oddalonego od cywilizacji miasteczka - małe drewniane domki z kiczowatymi rzeźbionymi misiami i ogólnie motywami naturalnymi, akcenty górskie w postaci np. prastarych rakiet śnieżnych w charakterze dekoracji ścian, restauracyjki z kominkiem i rzeczami pozostawionymi na pamiątkę przez liczne wyprawy na Denali - tak, tam już się nam podobało. Odmeldowaliśmy się u naszego operatora lotu na lodowiec, zostawiliśmy bagaże w bunkhousie, gdzie mieliśmy spać (drewniany domek z pryczami z desek) i poszliśmy na kolację do jednej z tych sympatycznych restauracyjek serwujących fastfood po alaskańsku, np. sałatkę z halibutem miejscowym albo łososia z grilla, a do tego piwo w kuflu grupowym gigantycznych rozmiarów, oczywiście alaskańskie - no i o to chodziło, tak miało być na tym wyjeździe. Nawet nocleg na wykładzinie w bunkhousie nie zepsuł nam humorów. Zimna woda w prysznicu też nie - dobrze, że można się jeszcze jakoś umyć.

Dzień 3 (7 czerwca 2006): Talkeetna

Spało się doskonale, nawet chrapanie współspaczy jakoś mi nie przeszkadzało. Poszliśmy na sute śniadanie i zamówiliśmy pankejki, typowe danie alaskańskie ;-) , a następnie udaliśmy się do rangerów do siedziby Parku Narodowego Denali, aby zarejestrować ostatecznie naszą grupę. Potem poszliśmy na orienteering, podczas którego pokazano nam film o Denali, wyjaśniono, że trzeba załatwiać się w worki i w specjalne pojemniki, w zależności od obozu, nie wolno śmiecić, należy chodzić po nocy, żeby nie wpadać w szczeliny, itd., itp. Wszystkiego grzecznie wysłuchaliśmy, pobraliśmy przydziałowe worki na kupę i śmieci, jak również pojemniki i odmeldowaliśmy się. Następna wizyta po powrocie z góry.

Kolejnym punktem programu była wizyta u naszego przewoźnika na lodowiec - wszyscy wpisaliśmy wagę swoją i naszych bagaży, uiściliśmy stosowne opłaty, zamówiliśmy paliwo na akcję górską oraz tyczki bambusowe, trafiliśmy do kolejki chętnych na przelot na lodowiec i po raz kolejny przepakowaliśmy się. Pogoda nie była fenomenalna, więc nie do końca było wiadomo, czy polecimy tego dnia, ale mieliśmy taką nadzieję. Póki co, wybraliśmy się na lunch - alaskańskie fastfoody bardzo nam zasmakowały, więc nikogo nie trzeba było namawiać na kolejne wyjście do którejś z miłych knajpek.

Tego dnia jednak nie polecieliśmy, bo pogoda była niesprzyjająca. W międzyczasie, czekając na ewentualny lot, zorganizowaliśmy sobie olimpiadę, na którą składały się konkurencje ze zużytymi tyczkami poprzednich wypraw (szermierka, rzut oszczepem), rzut lassem z repsznura, konkurencje linowe (wieszanie się na belce stropowej i nieudolne próby prusikowania) oraz zabawialiśmy młodego skorego do zabawy kocurka. A wieczorem znowu wybraliśmy się na wspólne biesiadowanie. Noc od dnia różni się tylko temperaturą, bo jednak słońce gdzieś zachodzi, robi się wtedy półmrok i zdecydowanie chłodniej (w dzień jest 20 stopni, a w nocy 10). Siedzieliśmy sobie, więc, wieczorem w polarach pod parasolką na zewnątrz naszej ulubionej restauracji, zajadając sałatki z sosem o wdzięcznej nazwie 'fat ass' (proroctwo jakieś, czy coś?!) i rozpijając ogromne alaskańskie piwo. Tylko Matsumoto przesiadł się do innego stolika i obsługiwała go kelnerka w króciutkiej spódniczce i w rajstopach o bardzo interesującym wzorze. 66-letni Matsumoto wzbudził powszechny podziw i zazdrość męskiej części towarzystwa, a Fabio zabawiał się w paparazzi i usilnie próbował zepsuć mu posiłek, robiąc zdjęcia "z przyczajki" ;-)

Dzień 4 (8 czerwca 2006): Talkeetna (109 m n.p.m.) - Baza na Lodowcu Kahiltna (~2200 m n.p.m.) - Obóz 1 na Denali (~2400 m n.p.m.)

Po kolejnym noclegu w bunkhousie obudziliśmy się po siódmej i przed ósmą wybraliśmy się do biura naszego air taxi, żeby dopytać się o pogodę i możliwość przetransportowania nas na lodowiec. Powiedzieli nam, że chwilowo pogoda jest niezadowalająca, ale wygląda na to, że się poprawia i jest szansa na lot po południu. No, cóż, możemy tylko czekać.

Po wczorajszym wieczornym obżarstwie rano nikt nie był głodny, snuliśmy się więc po całej Talkeetnie i każdy coś tam po drodze chapnął - a to kawę, a to jakiegoś muffina, aż w końcu nasz kolega Australijczyk stwierdził, że on to by jednak zjadł normalne śniadanie i przysiedliśmy w jakiejś miłej restauracyjce.

Generalnie przez całe przedpołudnie znowu nic specjalnego się nie działo, wybraliśmy się na wspólny lunch, po raz kolejny do pubu West Rib - nigdy nie wiadomo, czy nie będzie to nasz ostatni cywilizowany posiłek przed wyruszeniem na górę - tak się usprawiedliwiamy, bo jak tak dalej pójdzie, to po tych fast foodach alaskańskich i sosie fat ass naprawdę ciężko nam będzie poderwać się z krzesła. Fabio podśmiewał się z Matsumoto, który znowu usiadł osobno i obsługiwała go ta sama kelnerka co poprzedniego dnia, w malowniczych rajstopkach.

Wreszcie Fabio odebrał telefon z air taxi, że o 14:00 lecimy! Zebraliśmy się i pobiegliśmy ochoczo na lotnisko - zostawiliśmy w sejfie dokumenty, pieniądze i wszystkie inne rzeczy, które na lodowcu na pewno nam się nie przydadzą, przebraliśmy się w ubrania górskie i skorupy (Fabio chodził w swoich już poprzedniego dnia po Talkeetnie, może postanowił się przyzwyczaić zawczasu ;-) i zajęliśmy się już tylko oczekiwaniem na wylot. Pogoda faktycznie się poprawiła i przyszło trochę młodzieży amerykańskiej na loty widowiskowe z lądowaniem na lodowcu (dają im takie śmieszna podgumowane buty, które nakłada się na własne buty, żeby po tym lodowcu można było pochodzić i zdjęcia porobić) i ich najpierw wysłali, a nas dopiero po nich. Było 1,5 godziny opóźnienia, ale wreszcie mieliśmy lecieć!

Najpierw wysłaliśmy Brazylijczyków, a potem sami zapakowaliśmy wszystkie nasze plecaki i torby do malutkiej awionetki i w drogę! Leciał z nami młody sympatyczny pilot - podobno co drugi mieszkaniec Alaski ma uprawnienia do pilotażu, tak jak u nas prawo jazdy. Chłopaki posadzili mnie z przodu koło pilota, obserwowałam Alaskę z góry i robiłam zdjęcia. Do pewnego czasu było bardzo zielono - tundra alaskańska na bardzo krótki okres zaledwie kilku miesięcy budzi się do intensywnego życia i przechodzi wegetację w przyspieszonym tempie. Z góry widać więc było lasy ciągnące się we wszystkie strony i wstążki rzek przecinające gęsto krajobraz. Nasunęły mi się skojarzenia z dżunglą amazońską, tak bujne było to życie pod nami. Z powodu okropnego hałasu trzeba było nałożyć ogromne słuchawki przypominające hełmofony, ale można było nacisnąć specjalny guzik, żeby inni słyszeli, co się mówi i co chwila któreś z nas dzieliło się z resztą radosnymi wrażeniami - Paweł miał nadzieję wypatrzyć niedźwiedzia, ale mu się nie udało, a Leighton kręcił film dokumentalny - specjalnie na Alaskę kupił sobie kamerę i właśnie uczył się ją obsługiwać. A potem zaczęło się robić coraz bardziej biało - początkowo widać było jeszcze trochę brązowych skał (koło niektórych przelatywaliśmy tak blisko, że były prawie na wyciągnięcie ręki), a potem już tylko lodowce i góry pokryte śniegiem - na ponad dwa tygodnie nasza paleta barw została mocno ograniczona, mieliśmy oglądać tylko wszystkie odcienie bieli.

Po około 40 minutach wylądowaliśmy na lodowcu, gdzie czekali już na nas Brazylijczycy z gazem odebranym od basecamp managera i sankami. A do naszego samolociku, gdy my już z niego wysiedliśmy wraz z bagażem, ochoczo rzucili się ci, którzy wracali już do cywilizacji - chyba mieli dość zimy i śniegu ;-)

My tymczasem, ku rozpaczy Leightona, postanowiliśmy nie nocować w base campie, tylko wyruszyć do pierwszego obozu, co oznaczało, że nie będziemy ćwiczyć technik wyciągania się ze szczelin i poruszania się po lodowcu, jak było napisane w przewodniku. Mało tego - było dopiero około 18:00, a my zamierzaliśmy wyruszyć w drogę, zamiast poczekać do 2:00 w nocy, jak radzili rangerzy. Według Leightona to wszystko było niedopuszczalne, ale Helena wraz z Pawłem stwierdzili, że nawet o tej porze, przy braku słońca, lodowiec jest dobrze zamarznięty i nie ma sensu czekać do nocy - można spokojnie ruszać w drogę. Przepakowaliśmy więc część rzeczy na sanki, każdy wymyślił swój patent na przywiązanie ich do plecaka i zaczęliśmy się przemieszczać.

Wszyscy chętnie rozpoczynaliśmy wędrówkę, bo czekanie w Talkeetnie było jednak dosyć frustrujące. Nie przeszkadzało nam nawet, że sanki obijały się o łydki przy zejściu w dół z base campu - każdy wkrótce wymyślił na nie jakiś swój sposób. Wkrótce związaliśmy się liną i kontynuowaliśmy marsz - chcieliśmy dojść do obozu pierwszego.

Szło się bardzo dobrze, robiło się coraz zimniej, ale nie było dużego mrozu - tylko kiedy robiliśmy sobie przerwy, zaczynało się odczuwać minusową temperaturę. Mieliśmy dość przyzwoite tempo, grupa było zwarta i zdyscyplinowana, aż Paweł się dziwił, że tak sprawnie rozpoczęła się nasza wędrówka. Szliśmy tak sobie tą lodową krainą, najpierw w dół z basecampu, a potem trochę pod górę, ale łagodnie, podziwiając różne formy i kolory śniegu (na Alasce w czerwcu nie robi się w ogóle ciemno, tylko po zachodzie słońca jest przez godzinę czy dwie mniej światła, no i jest zimniej), aż doszliśmy do jakiegoś obozu połówkowego, który zbudował ktoś, kto nie doszedł do jedynki (było tam trochę porzuconych murków śniegowych), a wkrótce potem dotarliśmy do właściwego obozu, gdzie mieliśmy zostać na noc. Było trochę wolnych miejsc na namioty (murków w dobrym stanie pozostawionych przez innych wspinaczy), więc rozbiliśmy się od razu, wypakowaliśmy potrzebne rzeczy i zabraliśmy się za gotowanie. Nasza nowa kuchenka kupiona w Anchorage działa doskonale, czego nie można powiedzieć o kuchenkach Pawła i Heleny - coś z nimi nie tak, mimo, że na dole działały. No, zobaczymy, trzeba je będzie jakoś reanimować. Póki co, spędzamy naszą pierwszą noc na Denali. Super - bardzo mi się tu podoba!

Dzień 5 (9 czerwca 2006): Obóz 1 (~2400 m n.p.m.)


Wczoraj tak ładnie udało nam się nadrobić czas stracony na bezproduktywnym czekaniu w Talkeetnie, a dziś znowu pogoda zepsuła się tak, że nie można było nigdzie iść... W nocy rozpętała się zadymka śnieżna i nie dość, że widoczność była prawie żadna, to jeszcze wiało dosyć mocno tak, że nie bardzo dało się wyjść poza murki. Maciek nad tymi naszymi jeszcze popracował, aż w namiocie zrobiło się bardzo zacisznie, co można było docenić, gdy się wychodziło poza obręb naszej twierdzy - chwilami tak zawiewało, że ciężko było ustać na nogach, więc chwilowo nie było mowy o kontynuowaniu marszu.

Pogoda niestety przez cały dzień pozostawała niesprzyjająca, więc musieliśmy siedzieć bezczynnie w namiotach. Każdy zajmował się swoimi sprawami, a na zewnątrz wychodził albo za potrzebą, albo sprawdzić, czy może pogoda się nie zmienia. Ale nic takiego nie wydarzyło się - znowu mamy dzień w plecy...

Dzień 6 (10 czerwca 2006): Obóz 1 (~2400 m n.p.m.) - biwak po drodze do obozu drugiego (~2700 m n.p.m.)

Zmęczeni już porządnie czekaniem, postanowiliśmy podjąć próbę wyjścia z jedynki i dojścia, jeśli pogoda pozwoli, do trójki na 3300 m n.p.m. Poznany przez nas jeszcze w shuttle busie Australijczyk Rex, który wybrał się na Denali w pojedynkę, też miał okropną ochotę ruszyć wyżej, więc postanowiliśmy zwinąć namioty i pójść razem. Poprzedniego dnia zawiało zupełnie drogę, a widoczność nie była nadzwyczajna, więc Paweł ucieszył się, że będziemy mieli wsparcie w postaci sympatycznego Australijczyka - Rex jest bardzo doświadczonym wspinaczem, wszedł już na Everest i sporo innych gór i wydaje się być niesamowicie samodzielny, więc wzbudził nasze zainteresowanie i zarazem zaufanie. Chętnie związaliśmy się z nim liną i puściliśmy go na prowadzenie. My wszyscy szliśmy w rakietach śnieżnych (dobrze, że je za namową Pawła wzięliśmy, bo było sporo wątpliwości, a w tym roku bardzo się przydadzą, przy tak dużych ilościach śniegu), a Rex na nartach, więc poruszał się szybciej od nas, ale ogólnie nie dało się iść bardzo szybko, bo trzeba było wypatrywać przysypanych śniegiem tyczek wyznaczających szlak, co przy dość kiepskiej widoczności nie było łatwe.

Do pewnego momentu jakoś to szło, ale z czasem pogoda pogorszyła się zdecydowanie- mieliśmy okazję przekonać się, co oznacza charakterystyczny dla Denali whiteout - z powodu wzmagającego się wiatru, który podrywał leżący już na ziemi, jak również ten padający z nieba śnieg, widoczność zmniejszyła się praktycznie do kilku metrów, co skutecznie uniemożliwiało odnajdywanie kolejnych markerów. Nie myśleliśmy już, że dojdziemy do trójki, mieliśmy nadzieję, że uda nam się odnaleźć dwójkę. Niestety, przy tej pogodzie graniczyło to z cudem, bo nic już prawie nie było widać, wiatr skutecznie zagłuszał wszystkie odgłosy, zresztą do obozu był jeszcze kawałek, więc i tak nie mieliśmy szans nic usłyszeć, no i nikt nie schodził z góry, więc nie przetarł szlaku. Tymczasem nasze własne ślady wydeptane od jedynki też już przysypało, więc nie było sensu wracać się, szczególnie, że uszliśmy spory kawałek w górę. Postanowiliśmy rozbić obóz niemalże tam, gdzie staliśmy - wybraliśmy miejsce na w miarę płaskim kawałku zbocza i zaczęliśmy kopać jamę na namiot. Maciek zataczał kręgi na linie w poszukiwaniu obozu, ale udało mu się tylko odnaleźć kolejny marker. Wrócił się i razem z Reksem poszli w jego kierunku, a tymczasem reszta pracowała nad przygotowaniem miejsca pod namioty. Kopaliśmy głęboką dziurę, żeby ochronić się przed tym piekielnym wiatrem, który przewiewał nas do szpiku kości i zamrażał każdy odsłonięty kawałek skóry. Kopiąc dół, można się było rozgrzać.

Wykopanie dość dużej dziury, w której miały stanąć dwa namioty, zajęło nam około półtorej godziny; w międzyczasie zjedliśmy zamarznięty na kamień batonik Heleny, którym podzieliła się z każdym, kto zdołał kawałek odgryźć. Używając trzech łopat i piły śnieżnej zdołaliśmy stworzyć w miarę płaską podłogę, na której zaczęliśmy rozstawiać namioty Leightona i Heleny. Wreszcie wrócili Maciek i Rex - okazało się, że do obozu był jeszcze kawał drogi, do tego ostro pod górę, więc zanim byśmy do niego doszli z całym tym majdanem w taką pogodę, minęły by wieki. Poza tym nikomu już się nie chciało opuszczać zacisznego dołka, który skutecznie chronił od wiatru i który wszyscy z takim poświęceniem budowali.

Rex z Maćkiem też postanowili przygotować miejsce pod namioty, ale tym razem inną techniką - ponieważ kopanie dołu zajęło nam dużo czasu, więc zdecydowali się na zbudowanie wysokiego murka i wypłaszczenie podłogi. Rzeczywiście, poszło dużo szybciej - już po półgodzinie stawialiśmy nasz namiocik, podczas gdy Rex cyzelował jeszcze swoją miejscówkę. I tak oto przegraliśmy z Denali po raz kolejny - nasze plany dojścia do trójki muszą poczekać przynajmniej do jutra. A pogoda na górze pokazała, co potrafi - nie mieliśmy z nią szans...

Dzień 7 (11 czerwca 2006): biwak po drodze do obozu drugiego (~2700 m n.p.m.) - obóz trzeci (~3300 m n.p.m.)

Rano okazało się, że robi się pogoda - przestało wiać, nie padał śnieg i zaczęły podnosić się chmury tak, że coś zaczęło być widać, np. kawałek błękitnego nieba albo piękne seraki położone na zboczu ponad naszym obozem, na szczęście w znacznej odległości. Złaknieni pogody wspinacze od rana ruszyli na szlak i przetarli nam drogę do dwójki i dalej do trójki, ruszyliśmy więc i my za nimi, korzystając ze sprzyjających wreszcie warunków.

Zrobiło się bardzo ciepło i zacisznie - można było wędrować w samej bluzie - to dla nas coś nowego, do tej pory windstopper i goretex były konieczne. Wprawdzie w miarę jak szliśmy tego dnia dalej i wyżej, robiło się coraz chłodniej, zaczął prószyć śnieg i wiać wiatr, ale widoczność nie była tragiczna - przynajmniej dało się iść, no i przed nami widać było innych ludzi i było przedeptane, nie tak jak wczoraj.

Do dwójki był jeszcze kawałek stromego podejścia - zeszło nam się ponad godzinę, zanim tam dotarliśmy. Naszym celem na dziś było jednak dotarcie do trójki, więc po krótkiej przerwie i założeniu na siebie czegoś cieplejszego, poszliśmy dalej.

Szło się dobrze, mimo systematycznie pogarszającej się pogody, byliśmy w dobrej formie. Przed samą trójką był jeszcze dosyć stromy trawers, na którym ściągające nas w dół sanki trochę dały nam się we znaki, ale i tak było nieźle od czasu, gdy przymocowaliśmy tyły sanek do liny, którą byliśmy związani. Zrobiły się znacznie stereowniejsze i bardziej przewidywalne.

Wreszcie dotarliśmy do trójki. Z powodu nienajlepszej pogody, sporo osób zdecydowało się tam pozostać przez kilka dni, a dziś wiele osób szło przed nami, więc nie było wolnych miejsc. Brazylijczycy znaleźli sobie jakąś niewykończoną jamę i zaczęli ją przysposabiać do postawienia namiotu, a my zabraliśmy się za budowę murka ochraniającego 2-3 namioty i niwelowanie nierówności terenu. Zeszło nam się ponad godzinę, ale każdy chciał się ruszać, bo zrobiło się znowu chłodno na wieczór. Leighton jak zwykle dwoił się i troił, żeby zbudować prawdziwą twierdzę (wiadomo, inżynier!), a reszta też próbowała dorzucić swoją cegiełkę i to całkiem dosłownie, bo z pomocą piły wycinaliśmy bloki śnieżne z nienajlepszej jakości śniegu i próbowaliśmy donieść je w jednym kawałku na naszą konstrukcję. W końcu uznaliśmy, że jest ok. i można było robić namiot i wpełznąć do ciepłego śpiworka oraz napić się czegoś ciepłego i zjeść kolejny liofilizat. Niektóre są nawet zjadliwe, np. spagetti, ale inne są ohydne i je się je tylko z rozsądku, a Maciek czasem odmawia współpracy, bo ma po nich odruch wykrztuśny. Już raz Paweł go poratował, dając mu wielki rarytas w postaci zupki chińskiej ;-) Szkoda, że my nic takiego nie kupiliśmy - mało przewidujący byliśmy.

Dzień 8 (12 czerwca 2006): Obóz trzeci (~3300 m n.p.m.) - depozyt do obozu czwartego (Basin Camp) (~4300 m n.p.m.)

Pogoda rano była niezła, więc żeby nadrobić trochę czasu straconego na przeczekiwaniu złej pogody, postanowiliśmy nie robić dzisiaj dnia odpoczynku, tylko zanieść depozyt do Basin Campu. Paweł miał niemiłe wspomnienia z zeszłego roku, kiedy to strasznie umęczyli się z sankami, żyjącymi własnym życiem na stromych zejściach, więc posłuchaliśmy jego rady i postanowiliśmy z nich wyżej zrezygnować. Tym bardziej sens miało niesienie ładunku w dwóch turach.

Z lekkim plecakiem, który ważył połowę tego co poprzednio i bez sanek szło się fenomenalnie. Niestraszne było nam długie podejście na Motorcycle Hill, ani kolejne jeszcze bardziej strome podejście, ani to już znacznie łagodniejsze na Windy Corner. W międzyczasie popsuła się widoczność, ale wiatr był dosyć słaby, więc spokojnie dało się przejść Windy Corner. Niektórzy zostawiali depozyt tuż za Windy Cornerem, ale my postanowiliśmy pójść do obozu, żeby później nie nosić wszystkiego na raz, no i żeby wejść jak najwyżej i potem spać w obozie niżej w celach aklimatyzacyjnych.

W Basin Campie bardzo nam się spodobało - było tam niesamowicie zacisznie, słoneczko przeświecało, no i pokazało nam się Denali - teraz już z całkiem bliska mogliśmy mu się przyjrzeć. Zakopaliśmy depozyt, a może raczej przysypaliśmy go kupą śniegu, bo kiepsko nam się kopało w twardym śniegu i dół wyszedł płytki, a skarbów do ukrycia było mnóstwo. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia na kopczyku z depozytem, na którym wcześniej Fabio namalował Smiley'a, pomachaliśmy Denali i zaczęliśmy schodzić do obozu.

W międzyczasie wypogodziło się i w drodze powrotnej wieczorem mieliśmy przepiękne widoki na całą okolicę. Przy łagodnym "wieczornym" oświetleniu i nareszcie doskonałej przejrzystości powietrza zrobiłam sporo zdjęć z nami i górami. Super - w końcu pogoda na to pozwoliła :-). Nie wiedzieć czemu, nasz aparat nie lubi Alaski i często zamarza i odmawia całkiem współpracy, jednak rozgrzewając baterie rękami, można go przywrócić do życia, choć nie zawsze. Dziwna sprawa, dotychczas nie było z nim problemów - co to będzie w dniu ataku szczytowego...

Do obozu wchodziliśmy około 6 godzin, za to zeszliśmy w 1,5 godziny, co usatysfakcjonowało nawet Pawła, wiecznie nas zagrzewającego do żwawszego marszu ;-)

Dzień 9 (13 czerwca 2006): Obóz trzeci (~3300 m n.p.m.) - obóz czwarty (~4300 m n.p.m.)

Tym razem, korzystając z ponownie sprzyjającej nam pogody, postanowiliśmy całkiem przenieść się do czwórki. Rakiety śnieżne, jedzenie na powrót i trochę rzeczy, które uznaliśmy za nieprzydatne, zostawiliśmy w wielgachnej dziurze wykopanej przez Leightona, przykryliśmy to wszystko sankami i przysypaliśmy śniegiem. No i w drogę - znowu mieliśmy przebyć tę samą trasę co wczoraj, ale dziś plecaki już bardziej przygniatały do ziemi. W każdym razie szło się dobrze, Brazylijczycy prosili o częstsze postoje, co motywowali właśnie większymi ciężarami do dźwigania, więc starałam się o tym przypominać systematycznie Pawłowi. Faktycznie, zatrzymywaliśmy się częściej, ale i tak całe przejście zajęło nam tyle samo czasu co wczoraj ;-)

W Basin Campie było równie milutko jak poprzedniego dnia - ciepło i zacisznie. Była też kupa ludzi, spotkaliśmy, m.in. sympatycznego Australijczyka Reksa, którym już wczoraj przeniósł się tu ze wszystkim. Obchodząc dokładnie cały obóz, udało nam się znaleźć wolne miejsca na namioty, co nie było łatwe, bo niektóre zespoły aklimatyzują się na tej wysokości przez wiele dni, inne właśnie wchodzą z dołu, inne schodzą z góry - jest to taki punkt pośrodku, gdzie po prostu wygodnie jest się zatrzymać po drodze. Nam tym razem wyjątkowo nie chciało się budować murków, więc w końcu znaleźliśmy jakieś niezamieszkane, po długim chodzeniu w koło i przeczesywaniu całego terenu obozu. Można się było wreszcie rozbić i zadomowić w tym sympatycznym miejscu.

Wieczorem zaobserwowaliśmy przepiękne zjawisko - wokół słońca zrobiło się gigantyczne halo, które było niezwykle fotogeniczne, jednak obserwowaliśmy je z pewnym niepokojem, bo wedle wszelkich prawideł zapowiada rychłe intensywne opady śniegu. No, cóż, będziemy walczyć o każdy metr wyżej i przemieszczać się tak długo, jak długo pogoda nam pozwoli. Póki co, relaksowaliśmy się w cieniu Denali, doskonale prezentującego się w promieniach zachodzącego słońca.

Dzień 10 (14 czerwca 2006): Obóz czwarty (~4300 m n.p.m.) - depozyt do przełęczy na Headwallu (4900 m n.p.m.)

Pogoda rano była ładna, ale chcieliśmy trochę odpocząć i wyszliśmy wczesnym popołudniem i w międzyczasie zdążyła się trochę popsuć. No cóż, warunki na tej górze zmieniają się jak w jakimś zwariowanym kalejdoskopie - trudno cokolwiek przewidzieć albo liczyć na cały dobry dzień. Jednak nie było tak źle - droga była przedeptana, a odcinek do przebycia krótki, więc można było śmiało iść wyżej z depozytem. Przed wyjściem Helena urządziła dla chętnych szkolenie z technik wchodzenia po poręczówkach, jak również schodzenia, omawiając różne metody. Nie byliśmy np. pewni, czy będzie wystarczająco dużo luzu, żeby schodzić "po nepalsku", okręcając linę wokół ręki, więc postanowiliśmy stwierdzić to już na miejscu i dostosować techniki do zastanych warunków.

Tym razem czekało nas najpierw około 350 metrów dość stromego podejścia do półki, powyżej której były właśnie owe poręczówki, mocowane tam na początku każdego sezonu przez firmy organizujące ekspedycje komercyjne dla klientów, a następnie podejście na przełęcz - 250 metrów wzdłuż poręczówek stokiem o nachyleniu 45-55 stopni z użyciem 'małp' i zakopanie tam depozytu.

Tym razem po raz pierwszy postanowiliśmy się rozdzielić. Paweł poszedł przodem, reszta polskiej ekipy za nim, a Brazylijczycy i Leighton związali się liną i podążali za nami. Szłam wolniutko, więc nigdzie daleko im nie uciekliśmy, tyle, że my byliśmy bez liny. Stwierdziłam, że wchodzenie z liną wzdłuż tych poręczówek, to może być nieciekawe przeżycie, a szczeliny na tym odcinku były śladowe, więc zrezygnowaliśmy z wiązania się z resztą grupy.

W nieco ponad dwie godziny doszliśmy do półki, na której był punkt zborny ekip szykujących się do wejścia i zejścia i zaczęliśmy pić, jeść i przekonfigurowywać nasz sprzęt. Na półce trzeba było zostawić kijki, wyciągnąć czekan i przygotować wszystko do autoasekuracji i wspinania się w górę po tych poręczówkach. Nie było to trudne, raczej denerwujące, ze względu na długie przestoje spowodowane dużym zagęszczeniem wspinaczy na tak krótkim odcinku. Ekipie przed nami, która wpinała swoją linę w karabinki poręczówek i co chwila coś przepinała, wieki zajęło, zanim w ogóle w pełnym składzie znalazła się na poręczówkach - trwało to wszystko niewiarygodnie długo, aż zdążyliśmy porządnie zmarznąć na półce, gdzie nieprzyjemnie wiało. W końcu, po godzinie chyba od momentu dojścia na półkę i nam udało się wpiąć w poręczówki i zaczęliśmy się przemieszczać. Przez cały czas były straszne przestoje, ale jakoś posuwaliśmy się w górę. Zapewne lepiej było przyjść na ten odcinek później, ale takich kolejek nie przewidzieliśmy.

Po dwóch godzinach, udało nam się dojść na przełęcz. Byliśmy już dość zmarznięci, więc ochoczo rzuciliśmy się do kopania dołka na depozyt. Brazylijczykom zeszło się jeszcze z pół godziny dłużej - też mieli jakiś przestój niekontrolowany bez przepływu informacji i biedna Helena przemroziła sobie palec, który odmroziła kiedyś na innej wyprawie. Wszyscy już zresztą byli mocno przemarznięci, bo zarówno na Headwallu, jak i na przełęczy silnie wiało. Tylko radosna grupka zdominowana przez kobiety amerykańskie, przez którą były takie przestoje na linach, zupełnie jakby nie zauważając zimna, krzątała się po całej przełęczy i coś niespiesznie sobie robiła.

Nam było już bardzo zimno, więc czym prędzej zaczęliśmy schodzić. W dół poszło dość szybko. Każdy z nas na poręczówkach używał innej techniki schodzenia, z którą mu było najwygodniej. Mi się spodobała nepalska - dość szybko można się przemieszczać, a jak się założy auto, to jest w miarę bezpieczna.

Na półce pod Headwallem spotkaliśmy dwójkę Polaków mieszkających na stałe w USA, którzy chwilowo postanowili tam zabiwakować i przeczekać kiepską pogodę. Rozstawili sobie namiot i czekali na sprzyjający moment, żeby wyruszyć wyżej. Pogadaliśmy z nimi po polsku-angielsku-hiszpańsku (jeden z nich ma żonę hiszpańskojęzyczną, więc rozmawiał po hiszpański z naszymi Brazylijczykami) i wróciliśmy z powrotem do obozu, życząc sobie nawzajem szczęścia w dalszej wyprawie.

Dzień 11 (15 czerwca 2006): Obóz czwarty (~4300 m n.p.m.) - High Camp (~5200 m n.p.m.)

Do końca nie udało nam się osiągnąć zgodności, czy tego dnia robimy sobie odpoczynek w Medical Campie, czy idziemy dalej do High Campu, ale nasza trójka, czyli polska część ekspedycji namawiała resztę, żeby wykorzystać pogodę i jednak przemieścić się wyżej. Wszyscy pamiętaliśmy piękne halo wokół słońca, więc opady śniegu wisiały w powietrzu i mogło się tak zdarzyć, że następnego dnia pogoda uniemożliwiłaby nam wydostanie się z Medical Campu. Brazylijczycy woleliby raczej odpocząć, a nie iść, ale w końcu udało nam się wszystkich przekonać, że warto ruszyć wyżej.

Tym razem związaliśmy się liną. Do przełęczy ja prowadziłam, żeby nie iść za szybko z ciężkimi plecakami, a od przełęczy Paweł, bo on znał drogę, szedł tamtędy przecież w zeszłym roku.

Szło się nam nawet dobrze, powoli dotarliśmy do półki, przekonfigurowaliśmy sprzęt, sprawdziliśmy, że pogoda na Headwallu nie jest może już idealna, bo zaczęło zawiewać śniegiem, ale zadowalająca, bo nie było zbyt silnego wiatru ani intensywnych opadów, więc postanowiliśmy iść zgodnie z planem wyżej. Poręczówki udało nam się przebyć w niewiele krótszym czasie niż wczoraj - tam się zawsze robią zatory, a teraz jeszcze musieliśmy się co chwila zatrzymywać, gdy ktoś z grupy akurat się przepinał z jednej liny na drugą. Ale jakoś szło. Aż do przełęczy mieliśmy nienajgorszy czas.

Na przełęczy zrobiliśmy sobie mały piknik z odpoczynkiem, odkopaliśmy depozyt i poupychaliśmy dodatkowe rzeczy do plecaków. Jakoś się udało, aczkolwiek bardziej siłą woli niż fizycznie, tyle tego było. Paweł zapewniał, że w 3 godziny powinniśmy się wyrobić. Szliśmy więc powoli, bardzo powoli i wszystko było w miarę dobrze do momentu, gdy Paweł upuścił czekan. Miał mnóstwo szczęścia, że czekan ześliznął się tylko kilkanaście metrów w dół i zatrzymał, a nie spadł kilkaset metrów niżej, skąd by już się go nie udało odzyskać. Spacer po dość mocno eksponowanej grani prowadzącej do obozu piątego bez czekana byłby jednak dość ryzykowny.

Na akcję ratunkową mającą na celu odzyskanie czekana zeszło nam się z godzinę. Podczas gdy Paweł próbował do niego dotrzeć asekurowany przez Helenę, reszta przycupnęła gdzie się dało - za szczątkowymi skałami albo bezpośrednio na grani. W pewnym momencie Leighton zaproponował, żeby pozostawić na grani depozyt z jedzenia, co pozwoli odciążyć plecaki i szybciej dojść do obozu, ale wizja konieczności wracania po depozyt następnego dnia, podczas gdy do obozu było jeszcze może z 1,5 godziny, skutecznie odstraszyła wszystkich od tego pomysłu. Tymczasem Leighton, nikomu nic już nie mówiąc, co zaplanował, to też zrobił!

Wreszcie Paweł wrócił z czekanem i poszliśmy dalej. Odezwało się w nas jednak zmęczenie materiału i brak dnia odpoczynku i szliśmy naprawdę wolno, ale jakoś posuwaliśmy się do przodu. W międzyczasie zaszło słońce i wraz z nastaniem nocy zrobiło się zimno i zaczęła psuć się pogoda. Na ostatnim odcinku grani prowadzącym do obozu wiało już dosyć mocno, tak, że chwilami zastanawiałam się, czy nas z tej chudziutkiej niteczki eksponowanej grani nie zdmuchnie, ale widać wola przetrwania była w nas wciąż silna, mimo pogłębiającego się zmęczenia, bo wszyscy szczęśliwie zdołali dojść do obozu i, dygocąc w przejmujących podmuchach wiatru, zaczęli szukać miejsca na namiot.

Na szczęście znalazły się dla nas wolne murki, bo już strasznie nie chciało nam się w tej wichurze budować nowych. Byliśmy zmęczeni i zziębnięci, w ciągu dnia widzieliśmy namiot, który wykonywał na naszych oczach spektakularny lot nad przeciwległą ścianą Denali, więc teraz sami próbowaliśmy za wszelką cenę nie dopuścić do tego, żeby nasze namioty wybrały wolność. W tym wietrze wystarczyłaby chwila nieuwagi, więc musieliśmy się skupić i zziębniętymi palcami przyszpilić namiot, zabezpieczyć wszystkie lotne rzeczy przed odfrunięciem, a następnie sami wpełznąć do środka i wciągnąć resztę. Chyba nigdy przedtem ani potem namiot nie wydał mi się tak przytulnym miejscem, jak tej nocy. Po prostu był jak wybawienie od mrozu, wiatru, śniegu, zmęczenia, braku picia i jedzenia. Brzmi banalnie, jak opis funkcji namiotu na metce producenta, ale wtedy tak właśnie się czuliśmy.

Dzień 12 (16 czerwca 2006): High Camp (~5200 m n.p.m.)

Brazylijczycy poprzedniego dnia sugerowali, że skoro od razu idziemy do High Campu, to nie ma tam co siedzieć, tylko trzeba w miarę możliwości jak najszybciej podjąć atak szczytowy, ponieważ tak wysoko i tak się nie odpoczywa. No, cóż, ja jestem innego zdania, poza tym byliśmy już naprawdę dość mocno zmęczeni, bo ostatnio codziennie podejmowaliśmy akcję górską bez żadnych dni odpoczynku, więc tym razem wdzięczna byłam pogodzie, że się popsuła i uniemożliwiała wyjście w górę. Ba, jakby się zastanowić, to uniemożliwiała niemalże każde wyjście z namiotu - paskudnie wiało i sypało śniegiem, na początku miałam obawy, czy nie zaszkodzi to namiotowi, ale dzielnie się trzymał, a my staraliśmy się go nie opuszczać, jeśli nie było takiej wyraźnej potrzeby. Zrobiliśmy sobie prawdziwy dzień obżarstwa i odpoczynku. A Leighton musiał chodzić po ludziach i prosić o jedzenie, bo oczywiście nie chciało mu się wracać na grań po to, które tam zostawił wczoraj.

Wypogodziło się dopiero pod wieczór - pokazało się czyste niebo i Denali, a temperatura gwałtownie spadła. Dobrze, że nie mieliśmy termometru. W nocy zamarzła woda w termosie, nie wiem więc, jak autor przewodnika, który czytałam, wyobrażał sobie przygotowywanie wody na rano poprzedniego wieczora i przechowywanie jej przez noc w stanie płynnym. Chyba na piecu, bo nie wiem, jak inaczej.

Spać poszliśmy w dobrych humorach, ponieważ dobra pogoda wieczorem napawała nas nadzieją, że następnego dnia będziemy mogli podjąć atak szczytowy.

Dzień 13 (17 czerwca 2006): High Camp (~5200 m n.p.m.) - Przełęcz Denali (~5700 m n.p.m.) - PIERWSZE PODEJŚCIE

Wstaliśmy niestety późno - umówiliśmy się na wyjście dopiero na 09:00. W nocy i rano była niezła pogoda, a potem wzmagał się coraz bardziej wiatr na przełęczy - widać było tam wysokie pióropusze śniegu. Postanowiliśmy poczekać godzinę i zobaczyć, czy sytuacja się wyklaruje - pogoda mogła się poprawić albo pogorszyć, innych opcji nie było. Jednak o 10:00 nadal nie byliśmy pewni, czy warunki pogodowe umożliwią udany atak szczytowy, ale część osób już wyszła przed nami i nie wracała, więc nas troje, czyli nasza polska część ekipy postanowiła przynajmniej spróbować. Chcieliśmy dojść do przełęczy, a jak się da, to pójść dalej.

Zanim dokończyliśmy przygotowania, zeszło się kolejne pół godziny i już naprawdę było bardzo późno, ale w końcu ruszyliśmy. Zdecydowaliśmy się na wariant bez liny. Do przełęczy idzie się trawersem, miejscami zbocze jest dość strome i łatwo można obsunąć się ze ścieżki, ale było mnóstwo śniegu, więc ciężko byłoby zaliczyć długi zjazd. W każdym razie doszłam do wniosku, że wyjście bez liny nie było chyba najlepszym pomysłem, szczególnie, że na najbardziej obsuwistych odcinkach trawersu rangerzy umieścili stałe punkty z karabinkami, w które można było wpiąć linę, co by się nam zdecydowanie przydało - zawsze lepiej zrobić wahadło na linie, niż niekontrolowany zjazd, po którym trzeba wspiąć się z powrotem na ścieżkę o własnych siłach, brnąc w kupie kopnego śniegu. No, cóż, mądry Polak po szkodzie.

Tymczasem robiło się późno - niby to nic strasznego na Denali, bo nigdy nie jest ciemno, ale mieliśmy nienajlepsze tempo marszu. Jednak brakowało nam aklimatyzacji, mi na pewno, bo szłam jakby na pół gwizdka, jakoś zupełnie bez życia. Dochodziliśmy już do przełęczy, ale napotykaliśmy coraz więcej ludzi schodzących w dół i mówiących, że na przełęczy wieje zbyt silny wiatr, żeby iść wyżej i że trzeba schodzić. Początkowo sami chcieliśmy to sprawdzić, ale naprawdę zdawało się, że wszyscy schodzą, a wiatr czuć było już tam, gdzie byliśmy, jeszcze na zboczu, a nie na eksponowanej przełęczy, do tego martwiło mnie moje tempo marszu, więc w końcu zdecydowaliśmy się potraktować ten spacer jako wyjście aklimatyzacyjne i wracać do obozu. Niedługo dołączył też do nas Paweł, który doszedł do samej przełęczy i też uznał, że wiatr jest zbyt silny, żeby iść dalej.

Tego dnia Denali zdobyło niewiele osób, które wyszły wcześnie rano i miały dobre tempo marszu, m.in. nasz kolega Rex, który zjechał ze szczytu na nartach. Poza tym weszła jeszcze ekipa z Majorki, którą mijaliśmy na trawersie, ale oni mieli naprawdę bardzo dużo samozaparcia, że zdecydowali się kontynuować marsz przy tak silnym wietrze i pogarszających się warunkach pogodowych. Może nie mieli już czasu i byli bardzo zdeterminowani, aby wejść na szczyt.

My tymczasem zeszliśmy do obozu, opowiedzieliśmy wszystko Brazylijczykom, Maciek pogadał z jakimś spotkanym właśnie Polakiem, pogoda się psuła, nic się już ciekawego nie działo od momentu, gdy Rex zakończył swój spektakularny zjazd z góry na nartach, obserwowany przez cały obóz, więc schowaliśmy się do namiotu i regenerowaliśmy siły. Leighton zachował się bardzo miło, bo powiedział mi: No, cóż, chociaż spróbowaliście.

Dzień 14 (18 czerwca 2006): High Camp (~5200 m n.p.m.)


Z konieczności musieliśmy znowu zrobić sobie dzień odpoczynku, ponieważ pogoda była kiepska - sypał śnieg, wiał wiatr, Denali nie było widać. Spotkałyśmy się raniutko z Heleną i zadecydowałyśmy, że zostajemy w obozie. Zrobiłyśmy nawet kawał Pawłowi, który zaspał na poranne spotkanie, budząc go i mówiąc, że idziemy zaraz na szczyt. Był nieprzytomny i dał się nabrać ;-)

Kończyło nam się już jedzenie, bo za dużo zostawiliśmy na dole i chyba podświadomie myśleliśmy, że w ten sposób szybciej uda nam się wejść na szczyt i zejść niżej, do zakopanego jedzonka, a tu otóż nic właśnie. Przeszliśmy się więc po obozie - część ludzi schodziła na dół, więc byli skłonni coś oddać kolegom, którzy zostają w High Campie na dłużej. Rex pozbył się już nadmiarowych zapasów na rzecz Brazylijczyków, ale zupełnie przypadkiem zagadałam do jakichś dwóch chłopaków z NY, którzy, jak się okazało, weszli wczoraj na szczyt i chętnie wyzbyli się kupy jedzenia. Dostaliśmy mnóstwo liofilizatów, owoce suszone, no i co najważniejsze - zupki chińskie! Maciek był zachwycony, że wreszcie będzie coś zjadliwego! Od razu rzuciliśmy się na te zupki, jakby to był jakiś największy rarytas pod słońcem. A jak nam smakowały!

W ciągu dnia nie było nic do roboty, więc poszliśmy pogadać z Brazylijczykami, potem zapoznawaliśmy się z resztą towarzystwa z obozu: jest dwoje Nowozelandczyków, duża grupa przesympatycznych Filipińczyków, którzy spędzili już na tej górze niesamowitą ilość czasu, czekając na pogodę, Belg, oczywiście kupa Amerykanów. Wszyscy podsłuchują prognozy pogody, które odbierają wyprawy komercyjne i próbują zawierać doraźne sojusze, np. ja pójdę dziś, jeśli ktoś ze mną pójdzie i wesprze mnie w wydeptywaniu zasypanej całkiem drogi. Doborowe towarzystwo wspinaczy z całego świata.

Na wieczór wypogodziło się i poznana przez nas wcześniej Polka mieszkająca w Stanach poszła w górę z kolegą Amerykaninem, podobno doświadczonym wspinaczem. Mieli dobre wyposażenie, m.in. śpiwory, więc wszyscy odprowadzali ich przez długi czas wzrokiem i obstawiali, że z takim sprzętem skazani są na sukces.

Dzień 15 (19 czerwca 2006): High Camp (~5200 m n.p.m.) - kawałek drogi do przełęczy - DRUGIE PODEJŚCIE

W nocy była doskonała pogoda i na górę wyszła duża grupa Japończyków - jak wyszłam na chwilę z namiotu, widziałam ich już wysoko na trawersie, gdy pełźli pomału w górę. Noc była piękna, pogoda praktycznie idealna, tylko było dosyć zimno.

Tym razem, za radą innych wspinaczy, którym w poprzednim rzucie udało się wejść na szczyt, postanowiliśmy wyruszyć wcześniej. Wstaliśmy o 06:00, pogoda była piękna, było niesamowicie spokojnie i ciepło, na przełęczy wiało tylko troszkę, przygotowaliśmy się więc do wyjścia, tym razem całą grupą, Paweł wygłosił przemówienie okolicznościowe, że mamy super pogodę i idziemy po szczyt, no i ruszyliśmy, wraz z innymi. Przed nami wyszło mnóstwo ekip, m.in. komercyjnych i na trawersie zrobiła się gigantyczna kolejka i zator. Szło się w górę w ślimaczym tempie, ale cóż było robić - nie było innej opcji, więc pełzliśmy wraz z innymi. Tym razem miałam zdecydowanie więcej siły - aklimatyzacja wreszcie zaczęła działać, co mnie bardzo cieszyło. Fabio martwił się trochę, że w nocy ktoś podmienił mu raki - miał nowe Grievele, a ktoś mu je wymienił na starszy model. Na duchu podtrzymywał go tylko fakt, że ten ktoś był tak miły i zostawił coś w zamian za pobraną parę raków, co umożliwiło Fabiowi dalsze działania, bo te raki na wymianę też dało się przypasować do jego skorup. "Miły" podmieniacz.

Gdy tak powoli pełzliśmy w górę, w pewnym momencie zrobiło się spore zamieszanie kilka grup nad nami i padło hasło: Go back! Everybody go back! Nie bardzo wiedzieliśmy, co to wszystko ma znaczyć, ale faktycznie wszyscy jak jeden mąż zaczęli schodzić w dół. Okazało się, że ktoś się zorientował, że coś złego dzieje się na przełęczy i dał hasło do odwrotu. Przez chwilę zastanawialiśmy się jeszcze, czy my też się w takim razie zwijamy, ale nad Denali zaczęło dziać się coś bardzo dziwnego, więc nie mieliśmy innej opcji. Niedługo po tym, jak doszliśmy do obozu, rozpętała się tam burza śnieżna. Ten poranny spokój był, jak się okazało, złowieszczym zwiastunem, czegóż by, jak nie nagłego załamania się pogody. Martwiliśmy się trochę o grupę Japończyków i Polkę z Amerykaninem, którzy gdzieś tam pewnie byli na górze, bo nikt nie widział, jak wracali. W sumie byli tam doświadczeni ludzie, ale ta wstrętna pogoda...

Schowaliśmy się do namiotów i zastanawialiśmy się, czemu ta góra nie może ani na dzień odpuścić, tylko ciągle robi nam jakieś numery. Właściwie to to był nasz ostatni planowy dzień w High Campie. Data wylotu do Polski niebezpiecznie już się zbliżała i, pozostając tam dłużej, ryzykowaliśmy, że się spóźnimy na samolot. Przy naszym szczęściu do pogody na Denali...

Maciek skłaniał się żeby już wracać, Paweł początkowo chciał jeszcze raz spróbować, ale potem też chciał schodzić, kłopot był tylko z Leightonem, z którym Paweł dzielił namiot, ponieważ Leighton odmawiał chwilowo współpracy i nie chciał się ruszyć z obozu. Brazylijczycy, którzy mieli o kilka dni późniejszą datę wylotu, też przeżyli chwile zwątpienia, bo Fabio chciał już natychmiast schodzić i wracać do cywilizacji, a Matsumoto, który przyjechał na Denali po raz drugi, chciał jeszcze tam zostać i próbować dalej zdobywać górę, choćby przyłączając się do ekspedycji komercyjnej, no i obaj chcieli, żeby towarzyszyła im Helena. Biedna nie bardzo wiedziała, jak się tak szybko rozmnożyć/sklonować, więc w końcu im pozostawiła ten nierozwiązywalny problem i przyszła się nam na nich poskarżyć. Jak wróciła do namiotu, chłopaki właśnie zdecydowali, że zostaną jeszcze do jutra - jeśli będzie pogoda, to wyruszą na atak szczytowy, a jeśli nie, to schodzą wraz z Heleną na dół. Uff, musiała odetchnąć, że w końcu udało im się podjąć jakąś wspólną decyzję.

Teraz w końcu ja nie wytrzymałam - myśl, że mam tak po prostu odejść z tej góry i że powinniśmy byli sobie na nią zarezerwować więcej czasu dobijała mnie. Po pierwszych momentach złości na samą siebie (po co zarezerwowałam takie bilety lotnicze) i na górę, że ciągle robi nam jakieś problemy i nawet jednego dnia nie może nam dać w całości normalnego, nadającego się na atak szczytowy, przyszła pora na rezygnację - zgodziłam się z Maćkiem, że musimy jutro schodzić na dół (początkowo mieliśmy schodzić tego samego dnia, ale ponieważ Paweł czekał na decyzję Leightona i miał nadzieję, że razem zejdą, zdecydowaliśmy się poczekać do rana). Ale kiedy potem usłyszałam od Heleny, że oni zostają jeszcze tylko do jutra i będą po raz ostatni próbować podjąć atak szczytowy, nie dałam rady oprzeć się pokusie i zdecydowałam, że w takim razie i ja podejmę jutro ostatnią próbę. Jeśli pogoda będzie rano zła na przełęczy, to schodzimy na dół, a jak dobra, to w górę. Miałam głupią nadzieję, że może jednak rzutem na taśmę nam się uda i że potem Denali zlituje się nad nami i pozwoli nam w miarę szybko odlecieć z basecampu do cywilizacji. No, cóż, jak zwykle się łudziłam...

Dzień 16 (20 czerwca 2006): High Camp (~5200 m n.p.m.) - szczyt (~6194 m n.p.m.) - TRZECIE PODEJŚCIE

Znowu wstaliśmy rano, żeby sprawdzić pogodę - wyglądało na to, że była dobra, więc postanowiliśmy zacząć się przygotowywać do wyjścia na szczyt - jednak dziś nie schodzimy! Pokusa okazała się dla mnie zbyt silna - skoro pojawiła się ostatnia szansa na szczyt, to postanowiłam ją wykorzystać. Pawła też nie trzeba było namawiać, reszta już wczoraj podjęła decyzję, więc koło 08:00 wszyscy byli gotowi.

Było zdecydowanie chłodniej niż wczoraj i prószył śnieg, ale leciutko, więc uznaliśmy to za dobry znak - wczoraj było zbyt ciepło i sielankowo, to był spokój przed burzą, więc dziś jest ok. - nie jest idealnie, ale da się wyruszyć w drogę na przełęcz, a tam zobaczymy, jakie będą warunki.

Trafiliśmy znowu do kolejki ludzi na trawersie - nie było rady, trzeba było posuwać się tempem długaśnego powolnego ludzkiego węża, który leniwie pełznął pod górę. Dużo czasu schodziło na wpinanie się po kolei w stałe punkty asekuracyjne, co chwila ktoś się przepinał, jeśli nie z naszej grupy, to z innej. Pod przełęczą znaleźliśmy się po około 3 godzinach i tam też zrobiliśmy sobie pierwszą przerwę.

Na szczęście większość grup komercyjnych wchodziła tylko aklimatyzacyjnie na przełęcz - widać uznali, że ta pogoda nie jest wystarczająco dobra albo taki mieli po prostu program. My, po krótkim odpoczynku pod przełęczą, doszliśmy na samą przełęcz. Wiatr był tam dosyć słaby, śnieg ledwo co padał, widoczność nie była świetna, ale spokojnie widać było kolejne 2 markery, więc zdecydowaliśmy się kontynuować marsz, przynajmniej do Football Field, jeśli pogoda pozwoli.

Szło się w miarę dobrze, choć posuwaliśmy się raczej wolno - w większej grupie zawsze ktoś zamarudzi i wszystko zajmuje znacznie więcej czasu niż, powiedzmy, w układzie dwójkowym. Zaraz za przełęczą było kilka niezbyt długich stromych podejść, potem szło się już niezbyt stromym zboczem równomiernie pod górę. Szliśmy i szliśmy, pogoda się zasadniczo nie zmieniała, mijaliśmy kolejne opisane w przewodniku punkty, choć z powodu nienajlepszej widoczności nie byliśmy pewni, czy doszliśmy już do Football Field, czy to jeszcze nie to miejsce. Tak naprawdę, dopiero kiedy znaleźliśmy się pod granią szczytową, wiedzieliśmy dokładnie, że Football Field znajduje się tuż za naszymi plecami. Jednak od jakiegoś czasu pogoda zaczęła się poprawiać - na niebie przetarło się, poprawiła się widoczność, pokazywały się przebłyski dużych fragmentów skał grani (przedtem widać było tylko kawałek drogi przed nami, a teraz już i dalsze elementy krajobrazu) i ogólnie było coraz lepiej. Po godzinie albo dwóch widzieliśmy już wszystko - na wieczór pięknie się wypogodziło! Nagrodą za nasz długi marsz było bezchmurne niebo i nadzieja na widoki ze szczytu. Zrobiliśmy sobie małą przerwę regeneracyjną - Helena wmusiła we mnie jakieś lepkie paskudztwo energetyczne (widać marnie według niej wyglądałam ;-), część osób z naszej grupy porzuciła plecaki przed ostatnim podejściem, żeby troszkę sobie ten ostatni odcinek ułatwić. Widać było, że tam na grani szczytowej trochę wieje, ale nie wyglądało to na silny wiatr, tylko na lekki wicherek, więc można było śmiało kontynuować atak na Denali.

Ale grań szczytowa też była godnym przeciwnikiem - widać nikt tam dziś przed nami nie dotarł, bo na stromym podejściu prowadzącym na nią było mnóstwo luźnego nieprzedeptanego śniegu - biedny Paweł musiał się nieźle przez niego przekopywać, aby wleźć na górę. Dopiero pod samym szczytem grani, gdy zrobiliśmy sobie niewielki odpoczynek, ktoś zasugerował drepczącemu za nami wesołemu Koreańczykowi, żeby objął prowadzenie. Nie widział problemu i zgodził się bez wahania. Okazało się, że był to także niezwykle energiczny i niezniszczalny Koreańczyk - skakał po tej grani jak kozica tak, że nasza grupa nie mogła za nim nadążyć i potem czekał w pewnej odległości, aż się do niego zbliżymy, zanim poszedł dalej - jakby się z nami drażnił: ja już tu jestem, a Wy co tak wolno idziecie?

Grań w kilku miejscach była dość eksponowana, ale przy dużej ilości świeżego śniegu i całkowitym braku lodu, nie wyglądało to groźnie. Tylko Amerykanin z zespołu, która podążał za nami już od dobrych kilku godzin, wyciągnął szablę śnieżną z karabinkiem i nalegał na prowadzenie asekuracji. Potem pozostało nam już tylko kilka "buł" (małych wybrzuszeń) przed samym szczytem i wreszcie Koreańczyk przestał się oddalać - usiadł sobie na czubku jednej z tych buł i dalej się nie ruszał. Jeszcze nie wierzyliśmy, ale gdy Paweł go spytał, czy to już szczyt, pokiwał radośnie głową (jego angielski nie był może najlepszy, ale za to wykazywał wielką wolę komunikacji z nami :-). Po kolei doszliśmy tam; byłam nagle tak szczęśliwa i zadowolona z siebie, że warto było czekać i że jest świetna pogoda i że nam się udało i jednocześnie ciężko mi było uwierzyć, że to już, więc musiałam kilka razy podskoczyć, żeby wyraźnie poczuć ten szczyt pod stopami.

Niedawno miał miejsce przepiękny zachód słońca, po którym jednak nie zaszło oczywiście słońce, tylko skąpało wszystko w łagodnej różowawej poświacie, schodząc niżej i stwarzając idealne warunki do zdjęć. No, właśnie - przebywaliśmy na szczycie już dłuższą chwilę, w międzyczasie doszła na niego jeszcze dwójka Amerykanów od szabli śnieżnej i nasi znajomi Polacy ze Stanów (dwóch Januszów) i, stojąc tam na tym szczycie prawie bez ruchu, zaczęliśmy odczuwać nieubłagany spadek temperatury. Czas było przeprowadzić sesję fotograficzną i zacząć schodzić. I wtedy okazało się, że nasz aparat, który towarzyszył nam na wszystkich poprzednich wyprawach, odmówił posłuszeństwa. Ponieważ już wcześniej sygnalizował, że mu się na Alasce nie podoba i nie chciał czasem działać (baterie wyczerpywały się w błyskawicznym tempie i trzeba je było ogrzewać), więc byłam na to przygotowana. Już cztery godziny wcześniej włożyłam aparat pod kurtkę puchową, a zapasowe baterie od rana miałam w wewnętrznej kieszeni, teraz więc je wyjęłam i, pewna zwycięstwa, postanowiłam je wymienić, żeby Hapcio odżył. A ten nic - ani drgnął. Ostatnią rzeczą, jaka mi przyszła do głowy, było rozgrzanie baterii rękami, co też uczyniłam. Bateriom nie pomogło, a moim rękom zaszkodziło - chwila wystawienia gołych dłoni na mróz kosztowała mnie potem okropny ból i wielominutowe rozgrzewanie. A wstrętny aparat, mimo tylu poświęceń z mojej strony i tak nie działał.

Poprosiłam więc Fabia o zrobienie kilku zdjęć, aż w końcu również baterie w jego aparacie się wyczerpały (robił też zdjęcia sobie i Pawłowi) i nie było już nikogo, kogo można by poprosić o dokończenie sesji, bo wszyscy byli zmarznięci, chcieli schodzić i mieli niedziałające już aparaty. Dziękuję Ci Fabio!!!

Zaczęliśmy więc schodzić. Ludzie byli zmęczeni i stracili motywację do podejmowania wzmożonego wysiłku, bo byliśmy już przecież na szczycie, więc schodzenie szło nam chyba jeszcze wolniej niż podchodzenie. Asekuracja na grani szczytowej trwała wieki, schodzenie z grani zakończyło się kilkoma spektakularnymi zsuwami, na szczęście w kopnym śniegu, więc nie było żadnego niebezpieczeństwa, potem ktoś musiał się załatwić, komuś zmarzły strasznie ręce i potrzebował pomocy przy ich rozgrzaniu i zapięciu suwaka - i tak co chwila coś się działo i poruszaliśmy się strasznie wolno, bo były przestoje z byle okazji. W końcu postanowiliśmy się podzielić i schodzić na dół w dwóch grupach - my z Pawłem szliśmy trochę przed resztą, wraz z dwoma Januszami ze Stanów, a Brazylijczycy szli za nami, związani liną. Jednego z Januszów dopadła wysokościówka i paskudnie się czuł, więc próbowaliśmy go poratować herbatą i dodatkowym ubraniem, ale generalnie potrzebne mu było jak najszybsze zejście w dół, tak jak i nam, bo byliśmy już naprawdę zmęczeni.

Po dotarciu do obozu, powitani zostaliśmy gorącą wodą przez zaniepokojonych znajomych - w końcu dość długo nas nie było, więc już się zaczęli zastanawiać, czy wszystko z nami w porządku. Na szczęście było jak najbardziej w porządku - w końcu nam się udało!

Dzień 17 (21 czerwca 2006): High Camp (~5200 m n.p.m.) - Obóz 1 (~2400 m n.p.m.)

Po wczorajszej niesamowicie długiej akcji, spaliśmy długo - obudziliśmy się około 9 i zaczęliśmy się zbierać, bo teraz to już naprawdę trzeba było bardzo szybko schodzić. Wyszliśmy około 11 i postanowiliśmy iść do oporu, jeśli się da, to do samego basecampu. Tzn. nasza polska trójka, bo reszta towarzystwa nie miała tak silnej motywacji (mieli później samolot) i postanowili schodzić bez wariacji.

Przez grań prowadzącą do Headwalla szło się doskonale, warunki były bardzo dobre, pogoda ładna, spacer przyjemny. Na przełęczy w ucho wpadły nam przekleństwa w zrozumiałym języku - spotkaliśmy grupkę Czechów, którzy szli na górę i wypytywali nas o warunki w High Campie i dalej na górze.

Na poręczówkach Headwalla nie było tłoku i były niewiarygodne ilości śniegu - od czasu, gdy tamtędy ostatnio przechodziliśmy, porobiły się jakieś gigantyczne zaspy, które przykryły cały lód. Wpadało się w nie po kolana i nie było zupełnie strachu, że się gdzieś człowiek ześlizgnie.

Zeszliśmy do czwórki i dopakowaliśmy plecaki depozytem. W międzyczasie powychodziły nam odmrożenia po wczorajszym bardzo długim ataku. Na opuszkach palców rąk porobiły mi się bąble. Udałam się z nimi do medyka, w końcu byliśmy właśnie w Medical Campie, więc czemu nie skorzystać z okazji. Medyk wysmarował mi moje bąble jakąś mazią aloesową, pozaklejał starannie plasterkami i kazał nie brudzić, kiedy się poprzebijają oraz odwiedzić lekarza w Anchorage lub chirurga plastycznego w Polsce. Bardzo mnie to zdziwiło, czemu akurat chirurga plastycznego, ale nie było już czasu wnikać. Trzeba było schodzić dalej.

Tym razem plecaki, wyładowane prawie wszystkim, co mieliśmy, ważyły chyba tonę, a sanki czekały na nas dopiero w obozie trzecim, więc staraliśmy się tam dojść w miarę jak najszybciej.

Po drodze zaczęła zmieniać się pogoda - zepsuła się widoczność i zaczął prószyć śnieg, ale ścieżka przed nami była wydeptana, więc późnym popołudniem doszliśmy do trójki. Tam zrobiliśmy generalne przepakowywanie - część rzeczy poszła na sanki, a część do plecaka i znowu trzeba było iść dalej.

Przez dłuższy czas próbowaliśmy ustalić odpowiednią konfigurację sanek tak, by przy schodzeniu w dół nie zsuwały się bezwładnie na nas. W końcu okazało się, że najlepiej, kiedy wszystkie sanki znajdują się pomiędzy ludźmi, a ktoś idzie z tyłu na pusto i tylko napina linę. W ten sposób można było nad całym tym konwojem jako-tako zapanować.

Pogoda robiła się coraz gorsza i coraz trudniej było wypatrywać markery szlaku, ale brnęliśmy dalej. Wiatr zawiewał wcześniejsze ślady, ale nadal można było "wymacać" ścieżkę - śnieg był tam bardziej ubity i odróżniał się trochę konsystencją od pozostałego. W nasilającej się zamieci śnieżnej udało nam się dotrzeć do dwójki - pokusa, żeby tam zostać była bardzo silna, bo było już około 11:00 w nocy i widoczność naprawdę była znikoma - trzeba było co chwila wgapiać się w tuman śniegu przed sobą, żeby gdzieś w oddali dojrzeć coś nieznacznie wyróżniającego się na tle otaczającej nas ze wszystkich stron bieli. Początkowo to jeszcze działało, ale potem nie widać było już nawet tych widmowych markerów, więc staraliśmy się iść po prostu we właściwym kierunku, zgodnie z topografią terenu i przebiegiem drogi, które pamiętaliśmy z marszu na początku wyprawy. Po drodze minęliśmy jakąś dwójkę ludzi, która robiła sobie obozowisko przy drodze, a wkrótce potem również pozostałości naszych murków, które zbudowaliśmy 11 dni temu w drodze do dwójki. I znowu w tym samym miejscu złapała nas paskudna pogoda. W dół jednak łatwiej było się przemieszczać - staraliśmy się nie zbliżać za bardzo do seraków, które, jak pamiętaliśmy, były po lewej stronie i jakoś brnąć dalej w dół zbocza, aż do wypłaszczenia, gdzie powinna być jedynka.

W końcu udało nam się dotrzeć do obozu. Mieliśmy już dość marszu na dzisiaj, bo ostatnie godziny walki z pogodą i z sankami, które uparły się, żeby uprzykrzać nam życie na różne sposoby (np. jedna z toreb, której fason mocno zniekształcony był przez mróz, złośliwie ciągle przewracała sanki na bok i trzeba było ją wlec w ten sposób), dały nam się już trochę we znaki. Było już poza tym po pierwszej w nocy - teoretycznie wymarzona pora na marsz po lodowcu, ale już nam się naprawdę nie chciało. Rozbiliśmy się w pierwszych napotkanych murkach i poszliśmy spać, kawałek przed główną częścią jedynki.

Dzień 18 (22 czerwca 2006): Obóz 1 na Denali (~2400 m n.p.m.) - Baza na Lodowcu Kahiltna (~2200 m n.p.m.)

Wstaliśmy o 9:00, zrobiliśmy sobie śniadanie z tych skromnych zapasów, które nam pozostały, zwinęliśmy się i postanowiliśmy wracać do cywilizacji, jeśli się uda, oczywiście. Pogoda była trochę niepewna - śnieg przestał padać, ale niebo było całe zachmurzone, z niewielkimi przejaśnieniami i od rana nie słychać było żadnych samolocików ;-( Nie traciliśmy jednak nadziei, że może potem się jakoś przetrze i wrócimy do Talkeetny, weźmiemy prysznic, zjemy dobry posiłek, a nie to paskudztwo z torebki...

Tymczasem trzeba było do tej cywilizacji jeszcze dojść - musieliśmy dotrzeć do bazy. Wczoraj w nocy było zimno, ale dziś rano już nie - w nocy cały sprzęt pozostawiony na zewnątrz odmarzł, łącznie z torbą, która wczoraj uprzykrzała mi życie, a śnieg zrobił się mokry i lepki. Zaś cały lodowiec, jak się okazało, zdecydowanie otworzył się od czasu, gdy nim szliśmy ostatnio - pojawiło się sporo szczelin.

Droga do głównej części jedynki była w miarę oczywista, zresztą było tam już bardzo blisko, więc szliśmy dalej. I tu zaczęły się schody - śnieg, którego wczoraj napadało mnóstwo zasypał dokładnie ścieżkę i nie zawsze było wiadomo, którędy dokładnie iść od jednego markera do drugiego. W pewnym momencie idący jako pierwszy Paweł jakoś dziwnie "przykucnął" - zdawało nam się w pierwszej chwili, że się potknął, ale on wpadł w szczelinę! Ta pierwsza była na szczęście dość płytka i ogólnie mizerna, więc go z niej bez trudu wyciągnęliśmy, gorzej było zdecydowanie z drugą, w którą wpadł niedługo potem - była zdecydowanie głębsza i większa i Paweł najadł się chyba trochę strachu, gdy zaczął tracić grunt pod nogami. I znów podjęliśmy akcję wyciągania go stamtąd, ja przez chwilę też znalazłam się jedną nogą w odgałęzieniu tej szczeliny, ale na pusto - bez plecaka i sanek, no i miałam auto, więc obyło się bez strachu - po prostu wypełzłam plecami na śnieg obok i kontynuowaliśmy akcję. Szczelin w ogóle nie było widać - dokładnie przykryte były śniegiem i niczym się nie wyróżniały od reszty terenu, ale na szczęście pojawiła się komercyjna wyprawa z przewodnikami i puściliśmy ich przodem. Przewodnicy po pierwsze mieli narty i nie wpadali tak bardzo w szczeliny jak my w rakietach, po drugie kojarzyli lepiej niż my, którędy prowadzi droga, a po trzecie wiedzieli, jak te szczeliny traktować - np. udeptywali je śmiesznie nartami tak, że dało się je łatwiej przejść. Poszliśmy więc za nimi - nikt z naszej trójki nie był skory do objęcia prowadzenia i do spotkania z kolejnymi szczelinami.

Grupa komercyjna miała niesamowicie dobre tempo, więc musieliśmy nieźle wyciągać nogi, żeby za nimi nadążyć, ale w zamian za to mieliśmy pięknie wydeptaną ścieżkę i nadzieję na szybsze dotarcie "do cywilizacji". Pogoda w międzyczasie nie polepszyła się, ale przecież wszystko jest możliwe - mamiliśmy się jeszcze złudną nadzieją. Na którymś z postoi dogonił nas poznany podczas dnia szczytowego Koreańczyk - jak zwykle wesoło maszerował i za nic miał szczeliny - szedł z nikim nie związany.

Przed samą bazą było trochę podejścia, które nie było może straszne, ale za to długie i nikomu nie chciało się ciągnąć dwóch par sań, więc znowu przekonfigurowaliśmy wypróbowany wczoraj, prawie doskonały układ i na ostatnim odcinku każdy ciągnął swoje sanki. Mgła czy też chmury zupełnie się nie podnosiły, więc tak szliśmy i szliśmy i nic się nie zmieniało - widzieliśmy tylko drogę prowadzącą pod górę, czasem odsłonił się kawałek mijanego zbocza, czasem pokazał jakiś fragment oznaczeń lotniska - normalnie lost highway. Końca nie było widać. Ponieważ pogoda zupełnie się nie poprawiała, powoli traciliśmy nadzieję na te wszystkie dobre rzeczy, o których marzyliśmy wcześniej. Ekspedycja komercyjna powiedziała nam, że komunikat pogodowy z bazy nie był obiecujący, więc tego dnia raczej nie ma szans na wyrwanie się z Denali.

Wreszcie doszliśmy do basecampu - przemiłe dziewczyny zarządzające nim powiedziały nam wprawdzie, że może dziś polecimy, ale nie robiły nam dużej nadziej, bo podobno miał padać po południu śnieg. Jutro mieliśmy teoretycznie wylecieć z Anchorage, więc Maciek próbował je zagadać, czy jak się poprawi pogoda, nie moglibyśmy ewentualnie wylecieć w pierwszej kolejności, ale najwyraźniej źle zaczął, bo go chwilowo zbyły.

Straciliśmy już prawie całkiem nadzieję na wylot tego dnia z basecampu, więc zrezygnowani rozbiliśmy namiot, porządkowaliśmy rzeczy, zrobiliśmy sobie jedzenie i picie, a potem już tylko odpoczywaliśmy i modliliśmy się o pogodę. Dziś jednak nic się w tej kwestii nie wydarzyło - było dosyć ciepło i zaczęły padać wielkie płaty śniegu, a wraz z nimi opadły nasze ostatnie nadzieje na wydostanie się z Denali - najwyraźniej góra nie miała nas jeszcze dosyć.

Dzień 19 (23 czerwca 2006): Baza na Lodowcu Kahiltna (~2200 m n.p.m.)

Rano ciężko było wyjść z namiotu, tyle napadało śniegu, więc dzień rozpoczęliśmy od wykopania się z zaspy sięgającej prawie po dach. Dalszy ciąg programu był równie interesujący - była szansa, że coś zacznie latać wczesnym popołudniem (bo chwilowo w Talkeetnie lał deszcz i z kolei stamtąd samoloty nie mogły startować), ale żeby wylądowało, trzeba było udeptać lądowisko. Początkowo myśleliśmy, że to jakieś żarty, ale nie - jak napada mnóstwo śniegu, to wszyscy zakładają narty i rakiety i depczą po lądowisku, aż świeży śnieg trochę osiądzie. Śmialiśmy się, że to taki rodzaj zabawy integracyjnej, bo jak się tak dreptało po tym ogromnym polu i co chwila kogoś mijało, to od razu można było wymienić najnowsze nowinki, zakolegować się - wszyscy staliśmy się jedną wielką rodziną, zjednoczoną deptaniem lądowiska i rosnącą niechęcią do Denali, które nie chciało nas wypuścić.

Nie było nic zupełnie do roboty, a dowiedziałam się, że w bazie jest kolejny medyk, więc postanowiłam złożyć mu wizytę z moim odmrożeniami. W międzyczasie większość bąbli popękała, na jednym palcu zrobiło się niewielkie zaczerwienienie i opuchlizna, więc pomyślałam, że to przecież nie zaszkodzi. Ten medyk podszedł jeszcze poważniej do tematu - dał mi ibuprofen, zdezynfekował bąble i pozawijał palce gazą i bandażem, tak, że prawą rękę miałam unieruchomioną. Okropność - przekonałam się, jak to jest głupio mieć wyłączoną z użycia jedną rękę - niby nic, ale strasznie przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu.

Na razie sytuacja w Talkeetnie nie poprawiała się - ciągle lało i nic nie latało. Zważywszy, że dziś mieliśmy samolot do domu, byliśmy już mocno zaniepokojeni całą tą sytuacją i po kilku próbach znalezienia działającej w basecampie komórki, Maciek poszedł do dziewczyn zarządzających bazą. Tym razem były zdecydowanie przychylniej nastawione do naszego problemu niż wczoraj, z pomocą radiotelefonu połączyły się z naszym Talkeetna Air Taxi i zapytały, czy oni z kolei mogą coś dla nas zrobić.

Naszego biletu lotniczego teoretycznie nie można było zmieniać, gdyż kupiony został w jakiejś mega promocji, ale okazało się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Dzięki ogromnej życzliwości i poświęceniu babki z naszego Air Taxi, udało się przesunąć wylot na jutro za symboliczną opłatą manipulacyjną, co przy cenie, jaką początkowo linie lotnicze zażądały za zmianę, wydało nam się niczym. Babka naprawdę musiała wstrząsnąć kimś porządnie w Air France, skoro udało jej się to dla nas załatwić. I jak tu wątpić w życzliwość ludzką na Alasce, skoro ktoś może z takim poświęceniem bezinteresownie pomagać? W sumie była to tylko i wyłącznie nasza wina, bo daliśmy sobie na Denali zbyt mało czasu, a potem ja się uparłam, żeby przeciągnąć nasz pobyt na górze o jeszcze jeden dzień, więc niejako na własne życzenie wpakowaliśmy się w tę niemiłą sytuację... Na szczęście cuda się zdarzają. Przynajmniej na Alasce ;-)

Wieczorem do bazy doszli spotkani na przełęczy Headwalla Czesi, a wkrótce potem także i nasi Brazylijczycy wraz z Leightonem. Byli w doskonałych nastrojach i głęboko przekonani, że wracają do cywilizacji jeszcze tego wieczora - ha, my też tak wczoraj myśleliśmy! Dopiero po dłuższym czasie, gdy już zdążyli zmarznąć, Helena zabrała się za rozkładanie namiotu - powoli docierała i do nich prawda, że byliśmy przez Denali uwięzieni. Kolejną noc mieliśmy spędzić w obozie.

Dzień 20 (24 czerwca 2006): Baza na Lodowcu Kahiltna (~2200 m n.p.m.) - Talkeetna - Anchorage - Atlanta

I wreszcie stał się cud - gdy się obudziliśmy następnego dnia, była piękna pogoda - błękitne niebo, oślepiające słońce - nie mogliśmy w to uwierzyć! Dziewczyny zarządzające basecampem poderwały prawie wszystkich na nogi, kazały się szybko zbierać i zajmować miejsca w kolejce przy pasie startowym, według ustalonej kolejności. Mieliśmy wylecieć trzecim samolotem Talkeetna Air Taxi, więc się w miarę szybko zwinęliśmy, żeby czasem pogoda się nie popsuła - czym szybciej wydostaniemy się z tego lodowca, tym lepiej.

Mieliśmy wylecieć pół do dziesiątej, jednak coś się opóźniło - dziewczyny powiedziały nam, że musimy jeszcze trochę poczekać, bo samoloty latają na zmianę - jeden leci do Talkeetny i dopiero potem kolejny stamtąd na lodowiec, więc cały kurs w obie strony zajmuje około półtorej godziny. Cóż mogliśmy zrobić - modliliśmy się tylko, żeby w międzyczasie nie zmieniła się pogoda. Tymczasem słońce pięknie świeciło i był lekki mróz, tak, że zmarzliśmy po dłuższym czasie siedzenia bezczynnie na naszych rozlicznych pakunkach. Niektóre grupy oczekujących robiły np. zdjęcia martwej natury w postaci kompozycji ze sprzętów górskich na plecaku, a my postanowiliśmy zagotować po raz ostatni wodę ze śniegu, zrobić sobie coś do picia i do jedzenia, skoro musieliśmy jeszcze poczekać na dobre jedzonko w Talkeetnie... Kolejne ekipy pomału wylatywały z udeptanego przez nas wczoraj starannie lądowiska, a my siedzieliśmy wraz z całą ferajną zaaferowanych wspinaczy, a wszyscy podnieceni byli jak norki rychłą perspektywą wyrwania się z tej piekielnej góry. Managerki basecampu były jeszcze tak miłe, że tym z Air Taxi powiedziały, żeby nam potwierdzili busa do Anchorage! Tylko Brazylijczycy i Leighton spokojnie się pakowali, zupełnie nie przejmując się panującym dookoła rozgardiaszem i, jak się potem okazało, najlepiej na tym wyszli, bo polecieli tuż za nami, ale nie musieli tyle czekać bezczynnie przy pasie i zdążyli zrobić sobie śniadanie.

W końcu jednak około jedenastej polecieliśmy! Byliśmy niewiarygodnie wprost szczęśliwi i trochę nie do końca wierzyliśmy, że udał nam się wyrwać z lodowca! W czasie krótkiego, trwającego zaledwie niewiele ponad 40 minut lotu byliśmy coraz bardziej w szoku, że na świecie są inne kolory niż biały, że jest tak zielono, są jakieś małe ruszające się punkciki - chyba zwierzęta i że robi się ciepło, coraz cieplej! Pilot patrzył się na nas z rozbawieniem, jak co chwila wykrzykiwaliśmy coś typu: O, łoś! A może to niedźwiedź? Paweł poprosił go o włączenie muzyki, żeby się tak cywilizowanie zrobiło...

W Talkeetnie było 20 stopni - niby nie upał, ale dla nas tropiki. Szybko odebraliśmy "miejskie" ubrania z depozytu i pobiegliśmy do schroniska wziąć prysznic. Trwało to milion lat i było niesamowitym doświadczeniem. Gdyby nie to, że musieliśmy tego dnia zdążyć na samolot do Atlanty, ciężko by nas było z tych pryszniców wygonić.

Na szczęście dla właścicielki hostelu, musieliśmy jeszcze przepakować się, upewnić, że mamy transport do Anchorage i dalej do Polski, no i zjeść coś! Po drodze do naszego znajomego pubu West Rib, cieszącego się niezwykłą sławą wśród wspinaczy z całego świata, oddaliśmy jeszcze kibelki rangerom w siedzibie parku i zdaliśmy raport z naszej wyprawy, wyszczególniając kto sobie co odmroził, kupiliśmy słodycze w podzięce dla naszego "anioła" z Air Taxi, który przebookował nam nieprzebookowywalne bilety i popędziliśmy na boską ucztę. Wygłodniali Brazylijczycy wybrali wersję z ucztą przed prysznicem - chcieli pewnie nam towarzyszyć przy ostatnim wspólnym posiłku.

Zamówiliśmy sałatki, ogromne hamburgery, "normalne" picie (np. colę ;-), desery, gigantyczne piwo alaskańskie, wymienialiśmy wspomnienia z wyprawy (np. Paweł zyskał ksywkę Mr. Crevasse ;-) - strasznie było miło, szkoda, że musieliśmy uciekać. Reszta towarzystwa postanowiła zostać jeszcze w Talkeetnie, tylko my i Matsumoto wracaliśmy tego dnia do Anchorage.

Nasz wesoły autobus pełen wspinaczy z różnych ekspedycji zrobił sobie jeszcze przystanek przy supermarkecie, gdzie rzuciliśmy się na półki sklepowe i nakupiliśmy wszystkiego, co tylko wpadło nam w ręce - kefiry, orzeszki, muffiny, winogrona, bejgle - dobrze, że nie było zbyt dużo czasu na zakupy, bo wydalibyśmy fortunę w tym supermarkecie ;-)

A potem przez resztę drogi do Anchorage objadaliśmy się tym wszystkim bezmyślnie, tylko nasze biedne żołądki, odwykłe od tak zróżnicowanej diety, zbuntowały się i omówiły współpracy.

W Anchorage zajechaliśmy prosto na lotnisko - udało nam się wymienić bilety, bo tamte stare były już przecież nieważne i wylecieliśmy niedługo potem do Atlanty. Tym razem postanowiliśmy zaszaleć i nabyliśmy nawet w samolocie słuchawki za 2 dolary za parę! A co - jak powrót do cywilizacji, to na całego!

Dzień 21 (25 czerwca 2006): Atlanta - Paryż


Rano wylądowaliśmy w Atlancie i mieliśmy cały dzień do dyspozycji, bo lot do Paryża mieliśmy dopiero wieczorem. Szybko nam się znudziło siedzenie na lotnisku, więc oddaliśmy bagaże do przechowalni i wybraliśmy się "na miasto". Podjechaliśmy do centrum doskonałą kolejką Marta, a potem łaziliśmy po okolicy, obserwując wszędobylskich Murzynów (nie to, żebym była rasistką, ale biali w tym mieście nie chodzą piechotą, tylko jeżdżą samochodami), śmieszne stare autobusy, pomniki, fontanny. Byliśmy w Parku Olimpijskim, a potem wybraliśmy się jeszcze do Akwarium, bo było strasznie parnie i nie dało się już spacerować po mieście. Zupełnie przypadkiem trafiliśmy do największego akwarium na świecie, gdzie zobaczyliśmy nawet rekiny wielorybie (pływały w szklanym tunelu nad naszymi głowami), bieługi i rekiny-młoty. Nie udało nam się zanurkować na Alasce, to chociaż poszliśmy sobie do fajnego akwarium.

Tym razem lecieliśmy Air France, a nie Delta Airlines, co pozytywnie wpłynęło na jakość obsługi. Dali nam zdecydowanie lepsze jedzenie, więcej picia, puszczali fajne filmy - ech, cywilizacja to dobra rzecz, od czasu do czasu...

Dzień 22 (26 czerwca 2006): Paryż - Warszawa


Rano byliśmy już prawie w domu, bo wylądowaliśmy w Paryżu, ale znowu musieliśmy kilka godzin spędzić na lotnisku. Paweł przygotowywał się do egzaminu, a my generalnie relaksowaliśmy się w barku. Naprawdę nie było nic innego do roboty - wszystkie książki i czasopisma już dawno zostały wyczytane do ostatniej deski, z nudów zjedliśmy praktycznie całe zapasy, które poczyniliśmy w supermarkecie w Anchorage (nie wiem, jak nam się to wszystko zmieściło w żołądkach!), a w międzyczasie pożywialiśmy się jeszcze w barku...

W końcu polecieliśmy do Polski i po 18 wylądowaliśmy w Warszawie! Jak dobrze być znowu w domu!!! Mimo, że jest upał ponad 30 stopni i że w mieście jest ohydnie w lato, to fajnie znowu pomieszkać trochę w cywilizacji - do następnej wyprawy, oczywiście ;-)

Agnieszka Kiela-Pałys
http://www.7summits.pl/
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;