Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Jura Krakowsko-Częstochowska
Autor: Szymon Gajos   
Jura Krakowsko-Częstochowska

czas trwania: 11 dni
data: sierpień 2003

uczestnicy: ja [szymek], radzio, szabelski

dzień 1
Dojazd do Częstochowy zaplanowaliśmy pociągiem PKP. Spotykamy się na dworcu. Zajmujemy ostatni przedział w ostatnim wagonie, rowery blokują dojście do WC. Dzień zapowiada się ładnie. Radek wymienia klocki hamulcowe już w przedziale. Wyjechaliśmy, kiedy każdy normalny człowiek śpi. Na miejscu byliśmy, więc o godzinie, kiedy normalni ludzie wstają. Trochę czasu zajęło nam zwiedzanie klasztoru na Jasnej Górze. Zrobiliśmy to na dwie tury, żeby już pierwszego dnia nie zakończyć wycieczki i wrócić do domu bez rowerów. Po tych doznaniach sakralno-duchowych wyruszyliśmy w dalszą drogę. Wjechaliśmy na czerwony szlak i dojechaliśmy nim do Olsztyna, zaliczając po drodze jakże urocze Góry Towarne. Poczuliśmy przedsmak tego co nas dopiero czeka. W Olsztynie połaziliśmy po ruinach zamku, po uprzednim zakupieniu cegiełek na remont ruin zamkowych [1 złoty]. Można było w sumie nie płacić, na teren ruin można wejść z każdej strony. Jednak my to uczyniliśmy i wykorzystaliśmy sprzedawczynie do przechowania rowerów. Po zajrzeniu w każdą szczelinę i zrobieniu pamiątkowych fotek ruszyliśmy dalej. Nie ujechaliśmy jednak za wiele. Zaczęło zmierzchać, więc postanowiliśmy poszukać jakiegoś miejsca na nocleg. Rozbiliśmy się na wzgórzu nieopodal ruin. Rozpaliliśmy ognisko i zjadłszy kolacje poszliśmy spać.

dzień 2
Okazało się rano, że nie byliśmy sami, nieopodal obozowała jakaś młoda para. Po śniadaniu zjedzonym na tle ruin zamkowych ruszyliśmy w dalszą drogę. Podążając nadal czerwonym szlakiem dotarliśmy do Złotego Potoku, po drodze zaliczyłem pierwszego flaka. Zobaczyliśmy dworek Krasińskich i pałac Raczyńskich. Nie omieszkaliśmy kąpieli w jednym ze stawów, pomimo iż woda była bardzo zimna, a na powierzchni unosiło się pełno zielonych glonów. W dalszej drodze zatrzymaliśmy się przy źródle Zygmunta i Elżbiety w celu odnowienia zapasów wody i ochłodzenia. W okolicy źródła temperatura wydawała się znacznie niższa. Następnie odbiliśmy na chwilę z czerwonego szlaku i wjechaliśmy na zielony, aby zobaczyć Bramę Twardowskiego. Reszta dnia zapowiadała się dość ciężko, do przejechania kawał drogi, a czasu niewiele. Trzeba było jeszcze rzucić okiem na zamek w Mirowie i zamek w Bobolicach, które znajdowały się na szlaku. Wreszcie dotarliśmy na miejsce noclegu: zmęczeni i głodni, ponieważ nie było czasu, aby zatrzymać się na jedzenie. Tę noc spędziliśmy za miejscowością Żdów. Rozbiliśmy namioty na skałce, z której wypływało źródełko, więc mieliśmy dostęp do bieżącej wody. Jednak tylko ja się zdecydowałem na kąpiel po kolacji. Jak widniało na tabliczce woda miała tylko kilka stopni, nie pamiętam dokładnie ile, ale była naprawdę lodowata.

dzień 3
Rano obudziła nas miejscowa kobieta, wyprowadzająca krowy na pastwisko. Ostrzegła nas przed żmijami, których podobno w tym roku było bardzo dużo. My nie widzieliśmy żadnej. Po porannej toalecie, którą przerwała nam grupa pieszych turystów, ruszyliśmy w drogę. W Kostkowicach pozostawiliśmy rowery wraz z całym dobytkiem u przyjaźnie wyglądających Tutejszych. I cały resztę dnia spędziliśmy na nogach. Weszliśmy na górę Zborów, gdzie pełno było amatorów wspinaczki. Taką samą sytuację zastaliśmy w okolicy Skał Rzędkowickich. Pod wieczór odebraliśmy rowery i udaliśmy się nad miejscowy zalew. Nic nie zapowiadało takiej nocy... Po rozbiciu namiotów, na dzikim polu namiotowym, poszliśmy się wykąpać, co okazało się nie trafnym posunięciem, bo zaczęło padać i to nie byle jak. Po chwili okazało się, że podłoga w naszym namiocie [moim i szbelskiego] zaczęła falować. Nasze iglo było miotane przez wiatr raz w jedną, raz w drugą stronę. Po chwili najczarniejsze myśli stały się faktem - podłoga zaczęła przepuszczać wodę. Po otworzeniu namiotu okazało się, że woda sięga progu. Kolega Radek był w lepszej sytuacji, ponieważ jego namiot znajdował się, jak się okazało, ciut wyżej. Po za tym miał dmuchaną matę, która zaizolowała go od wody. Na wniosek chłopaka, który obozował obok, zaczęliśmy kopać kanał odpływowy. W tym momencie lustro wody sięgało już do podwozia Fiata 126p, którego był on właścicielem Woda spływała po wyschniętym podłożu jak po skale, wchłanianie było bliskie zeru. Nasza iście wojskowa akcja przyniosła pożądane skutki. Woda, wykopanym przez nas kanałem odpływowym, spłynęła z zagłębienia, w którym stały nasze namioty, do zalewu. Zmarznięci z powodu naszego ubioru [ja byłem w kąpielówkach, inni byli odziani, ale wszystko i tak było mokre] i nagłego spadku temperatury przystąpiliśmy do oceny sytuacji. Radek spokojnie mógł udać się spać, u nas w namiocie nie było warunków: przemoczone karimaty, nasiąknięte jak gąbki i w części mokre śpiwory. Pozostawiwszy nasz dobytek u Radka i ubraniu w dresy, kurtki itd. udaliśmy się na poszukiwania. Znaleźliśmy bar. Namiot ze stołami miał z dwóch stron ściany, pozostałe dwie sami sobie rozwinęliśmy i położyliśmy się spać na ławkach. Zbyt wygodnie nie było, ale za to sucho.

dzień 4
Rozpoczął się dla nas wraz ze wschodem słońca. Opuściliśmy nasze lokum tymczasowe i wróciliśmy do namiotu. Pierwszą optymistyczną wiadomość przekazała nam jakaś pani: "Czy młodzieniec w czerwonej bluzie z kapturem to wasz kolega. Nie??? Bo chwilę przed tym jak przyszliście coś robił przy jednym z rowerów". Spoko. Szabelskiemu zawinęli trzy konserwy z bagażnika [dlaczego je tam zostawił naprawdę nie wiem]. Próby rozpalenia ogniska udały się dopiero po dłuższym czasie. Rozwinęliśmy sznurki na mokre rzeczy. Musieliśmy poczekać aż wszystko wyschnie. W między czasie pomogliśmy uruchomić maluszka jednemu z biwakowców [nie temu z którym kopaliśmy dołek, maluch to popularny samochód]. Wpychaliśmy samochód na wzniesienie, a on zjeżdżał. Dopiero 3 próba zakończyła się powodzeniem. Wysiłek się opłacał - zimne piwko z miasteczka. Na obiad były klopsy z ziemniakami. Człowiek uczy się na swoich błędach - nigdy więcej gotowania ziemniaków na ognisku. W końcu się zebraliśmy i późnym popołudniem dotarliśmy do Podzamcza, zaliczając po drodze Okiennik Wielki. Tego wieczoru miała się odbyć w Ogrodzieńcu wielka impreza zatytułowana Zamek Mocnych Wrażeń. Koncert w plenerze, pokaz sztucznych ogni i laserów, największy w europie, jak zapewniali organizatorzy. Plakaty i informacje zebrane przed wyjazdem zapowiadały niezłe widowisko. Koncert fajny nawet był, parę znanych zespołów [m.in. Perfect]. Jednak pokaz sztucznych ogni i laserów okazał się totalnym DNEM. Musze dodać, że wejściówka kosztowała bagatela 25 złoty. My obejrzeliśmy wszystko z góry, tzn. z pobliskich skał, oczywiście nie płacąc za bilety. Rowery w tym czasie były pod opieką człowieka, którego poznaliśmy tego wieczoru, na dzikim polu namiotowym, na którym planowaliśmy nocleg.

dzień 5
Po spakowaniu dobytku i pozostawieniu go pod opieką tego samego człowieka, z pola namiowego, udaliśmy się na zwiedzanie zamku Ogrodzieniec. Następnie przejeżdżając m.in. przez Smoleń i Bydlin, gdzie znajdowały się ciekawe ruiny dotarliśmy do Rabsztyna . Rozbiliśmy się nieopodal ruin zamku.

dzień 6
Po śniadaniu na tle ruin w Rabsztynie wyruszyliśmy dalej. Dotarliśmy do zamku Tenczyn w Rudnie. Zahaczając o Olkusz, gdzie nabyłem halówki, do czego byłem zmuszony, bo miałem tylko ze sobą sandały, które rozkleiły mi się już w Mirowie, dotarliśmy do Ojcowskiego Parku Narodowego. Zwiedziliśmy zamek w Pieskowej Skale, zobaczyliśmy Maczugę Herkulesa i Bramę Krakowską. Następnie zostawiliśmy rowery u przyjaznych gospodarzy. Jedna babcia chciał od nas za przechowanie dobytku kasę, nie skorzystaliśmy. Połaziliśmy trochę po okolicy. Zwiedziliśmy jaskinię Łokietka, Ciemna była niestety zamknięta. Noc spędziliśmy na polu namiotowy na Złotej Górze. Niezły podjazd tam jest szczerze mówiąc.

dzień 7
Wyruszyliśmy zaraz po złożeniu namiotów. Na śniadanie zatrzymaliśmy się dopiero przy najbliższym sklepie. Bardzo krótko jechaliśmy szosą, zaraz odbiliśmy w stronę Jaskini Wierzchowskiej Górnej w Wierzchowiu. Musze się przyznać, że nieopodal wejścia do jaskini, zjeżdżając po drodze z dużych kamieni miałem wywrotkę. Nie ucierpiałem fizycznie, tylko psychicznie. Na wejście czekała, bowiem spora gromadka dzieci. Z rowerami nie było problemów, zostawiliśmy je u wejścia jaskini za kratami. Następnie zrobiliśmy objazd dolinkami krakowskimi. Pod wieczór znaleźliśmy się w Jerzmanowicach. Rozbiliśmy się w odległości wzroku od Jaskini Nietoperzowej. Robiliśmy to w pośpiechu, ponieważ zaczęło padać. Obok nas obozowała para, w terenowym mitsubishi.

dzień 8
Rano nasi sąsiedzi zaproponowali nam podgrzanie wody, chętnie skorzystaliśmy. Pogadaliśmy chwilę. Zdradzili nam, że planowali nocleg w małej jaskini, która znajdowała się za polanką, na której obozowaliśmy. Jednak stwierdzili, ze było tam za zimno, a ogniska nie udało się zapalić, ponieważ drzewo było mokre z powodu deszczu. Poruszyliśmy jeszcze sprawy związane z turystyką [takie tam]. Po śniadaniu ruszyliśmy do Jaskini Nietoperzowej, okazało się, że minimalna liczba osób na zwiedzanie to pięć. Nas było troje, musieliśmy więc poczekać. Szabelki wykorzystał ten czas i skoczył na pobliską budowę, w poszukiwaniu pomocy. Dnia poprzedniego uszkodził, bowiem siodełko. Nie mieliśmy odpowiednich narzędzi, ani zbyt dużo czasu i ostatnie kilka kilometrów zmuszony był jechać na stojąco. Robotnicy okazali się przyjaźnie nastawieni i po krótkiej naradzie przystąpili do naprawy z użyciem ciężkiego sprzętu. Do akcji weszły młotki i łom. Ich zabiegi okazały się jednak skuteczne [jak się później okazało na niezbyt długo]. Po jakimś czasie dołączyło do nas jeszcze trójka turystów, rodzice z dzieckiem, więc mogliśmy rozpocząć zwiedzanie. Z rowerami nie było problemów, tak ja w Jaskini Wierzchowskiej, zostawiliśmy je u wejścia zamknięte za kratami. Wieczorem byliśmy już kilkanaście kilometrów od Krakowa. Przenocowaliśmy na polu, bardzo gościnnego gospodarza. Zostaliśmy poczęstowani kolacją, podczas której oglądaliśmy mecz polskiej reprezentacji w piłce nożnej. W wyniku rozmowy okazało się, że ów gospodarz pochodzi z Lublina. Pracował jako kierowca karetki pogotowia. Opowiedział nam zabawną historię z tamtych czasów. Mianowicie uciekł mu z karetki przewożony wariat [osoba chora psychicznie]. Aby nie mieć nie przyjemności w pracy postanowił odnaleźć go samodzielnie. Udało mu się to, ale dopiero po kilku godzinach.

dzień 9
Rano po podziękowaniu za gościnę wyruszyliśmy w drogę. Pierwszym punktem na naszej drodze był Tyniec. Zwiedzanie poszło gładko i ruszyliśmy dalej. Przy zjeździe na główną ulice spostrzegłem, że szabelski za mną nie jedzie! Rozdzieliliśmy się z Radziem. Jeden czekał w miejscu, w którym zauważyliśmy zniknięcie kolegi, drugi wrócił się trochę i wypytywał o prawie dwu metrowego rowerzystę. Nasze działania nie przyniosły skutku i po dwóch godzinach ruszyliśmy dalej. Trochę podenerwowani ruszyliśmy w kierunku Wieliczki. Zaraz za Krakowem patrzę, a tu szbelski jedzie. Okazało się ze spytał kogoś o najkrótszą drogę do Krakowa, i pojechał nią nie pamiętając o nas. W tym czasie, kiedy go szukaliśmy, on zwiedzał Kopiec Kościuszki. W wyniku tych zdarzeń dotarliśmy do Wieliczki prawie w ostatniej chwili, aby załapać się na zwiedzanie kopalni. Weszliśmy z ostatnią grupą. Rowery zostały w holu głównym, ponieważ budynek został po wyjściu poprzednich zwiedzających zamknięty. Po zwiedzaniu przyszła pora na szukanie noclegu. Na polu namiotowym podano nam cenę jak w pięciogwiazdkowym hotelu - 35 zł od namiotu. Nie skorzystaliśmy. Znaleźliśmy nie czynne pole namiotowe, prawie w centrum miejscowości. Nie ściągając na siebie niczyjej uwagi, ostrożnie weszliśmy na ten teren, bramka była otwarta.. Zlokalizowaliśmy dogodne miejsce, za wysokimi krzewami i się rozbiliśmy. Mowy o ognisku nie mogło być.

dzień 10
Dzień ten przeznaczyliśmy na zwiedzanie Krakowa. Po wjeździe do tego miasta od razu spotkało nas rozczarowanie. Rowery planowaliśmy pozostawić w na dworcu PKP w przechowalni bagażu. Nie miła pani powiedziała, że rowerów to oni nie przechowują. Co tu robić??? Wyszliśmy przed budynek dworcowy i myślimy. Po prawej stronie widać wierzę kościelną. Mam pomysł, zostawimy rowery pod opieką Bożą. Podjeżdżamy do Kościoła, obok stoi plebania. Dzwonimy domofonem. Pod jednym z numerów ktoś się zgłasza. Przedstawiamy nasz postulat. Ksiądz Grzegorz Lato ofiaruje nam swoją pomoc. Przypinamy rowery na llatce schodowej, zamykanej na klucz. Zostajemy poczęstowani piciem. Chwilę rozmawiamy. Dowiadujemy się, że w mieszkaniu zajmowanym przez księdza Lato mieszkał przez jakiś czas Karol Wojtyła. Umawiamy się, co do godziny odbioru rowerów. Cały dzień poświęcamy na łażenie po Krakowie. O umówionej godzinie odbieramy rowery. Dziękujemy za pomoc. Na obchodne dostajemy 50 zł "na lody", z zastrzeżeniem, aby tych pieniędzy nie wrzucić przypadkiem do jakiejś przykościelnej skarbony. Na kolacje jemy, więc wyśmienitą pizze. Noc spędzamy po części nad Wisłą, po części na Rynku Głównym w Krakowie. Miasto całą noc tętni życiem. Jest to dla nas nowe przeżycie, w Lublinie po 22 na Krakowskim Przedmieściu nie ma prawie nikogo. Koło godziny 23 dołącza do nas samotny kolarz z Warszawy [straszny gaduł]. Przez jakiś czas dupę zawraca nam również pijak.

dzień 11
Pociąg po piątej. Żegnamy się z kolarzem z Warszawy i jedziemy na dworzec. Zajmujemy przedział. Szelskiego boli brzuch. Przypuszcza, że zaszkodził mu kebab, na które zatrzymaliśmy się w drodze na dworzec. Mi i Radkowi nic nie dolega. Rowery blokują znowu sporą cześć korytarz. Mamy zamiar ugotować coś na palniku, ale do przedziału wchodzi jeszcze jakaś dziewczyna. Po kilku godzinach jesteśmy w Lublinie. Żegnamy się na dworcu, skwar się z nieba leje. Wracam przez miasto na rowerku, obładowanym bagażami, z uśmiechem na twarzy. W końcu staję przed drzwiami. Szukam klucza. Jest. W końcu w domu – zmęczony i zadowolony. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Ciepły prysznic, nastawiam pranie. „Nie ma sensu siedzieć w mieście” – myślę sobie. Jutro jadę na działkę – oczywiście na rowerze – 50 km.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.on.bike.prv.pl/

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;