Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Dolina Bugu 2006
Autor: Szymon Gajos   
Dolina bugu [2006]

data: 10-17 sierpnia 2006
czas trwania: 8 dni
dystans 500km [on.bke] + 349km [cipąg]
koszt: bilety pociągowe, jedzenie, prom [3zł]
uczestnicy: szymek, jarek

dzień 0
Dzień upłyną na szykowaniu ekwipunku, mocowaniu bagażnika i błotników. Wieczorem rower był gotowy a przygotowany bagaż leżał rozparcelowany na podłodze w reklamówkach gotowy do za pakunku.

dzień 1
Lublin – Piaseczno

dystans: 47km

Rano przystąpiłem do pakowania naszykowanych rzeczy do sakw. Zajęło to mniej czasu niż przepuszczałem. Gorzej było z przytroczeniem namiotu, alu-maty i sandałów do sakw. Po południu byłem gotowy do drogi pozostało jedynie zakupienie map, które uprzednio upatrzyliśmy. Spotkaliśmy się z Jarkiem pod oddziałem PTTK i po zakupach ruszyliśmy w drogę. Pogoda całkiem przyjemna i dojazd nad działkę nad Piaseczno upłyną spokojnie. Wieczorkiem wyskoczyliśmy na plaże. Okazało się, że w barze gra orkiestra Disco Polo i w takich rytmach pobawiliśmy się do późnych godzin wieczornych.

dzień 2
Piaseczno – Urszulin – Kulczyn – Hańsk – Dubeczno – Tłoki
dystans: 40 km

Dość późno zwlekliśmy się z łóżek. Potem śniadanko, drobne poprawki przy rowerach i wyjechaliśmy dopiero koło południa. Zaczęło mżyć, ale jechało się całkiem przyjemnie. Niestety koło godziny trzynastej zaczęło padać. Deszcz nas nie opuszczał do końca dnia. Raz padało mniej raz bardziej, z przewagą tego drugiego. Można powiedzieć, że lało cały dzień. Wiele razy przystawaliśmy, aby uchronić się od wody: pod drzewem, to pod przystankiem, koło sklepu, pod zadaszeniem na terenie kościoła. Z powodu nieustającego deszczu postanowiliśmy nie rozbijać namiotu tylko przespać się gdzieś w stodole. Zakupiliśmy piwo w sklepie i ruszyliśmy na poszukiwania. Jak się później okazało nie mieliśmy wypić zapasów, a i tak ubyło co nieco. Puszka z piwem ma mniejszą średnice niż bidon i miejsce przy sakwach nie jest przystosowane do jego przewozu, przynajmniej bez jakichkolwiek modyfikacji. Po pierwszej odmowie trochę zwątpiliśmy. Druga próba okazała się bardziej udana. Zostaliśmy przyjęci bardzo dobrze. Nocowaliśmy w pokoju gościnnym.

dzień 3
Tłoki – Żdżarka – Luta – Okuninka – Włodawa – Różanka – Dołhobrody – Hanna – Sławatycze – Parośla – Jabłeczna – Bug przed wsią Zelewsze

dystans: 86,5km
AVG: 16,2km/h

Z samego rana w suchych ubraniach ruszyliśmy w drogę. Niebo szare, zachmurzone, dość chłodno. Ogólnie dzień nie zapowiadał się pogodnie. Po dotarciu nad jezioro białe zrobiliśmy sobie króciutką przerwę na udokumentowanie naszej podróży. Powoli zaczęło się przejaśniać. Na szlaku rowerowym do Włodawy porządnie się rozgrzaliśmy. Tak pomysłowo poprowadzonej ścieżki nie widziałem jeszcze. Cały czas biegnie chyba po drodze przeciwpożarowej – szeroka i bardzo piaszczysta. Ominęliśmy Orchówek z sanktuarium Matki Boskiej Pociesznej, połażonym nad Bugem. Ciekawszym rozwiązaniem jest niebieski pieszy szlak, którym również można się dostać z Okuniki do Włodawy nie omijając Orchówka. Dłuższy czas po kluczyliśmy po Włodawie. Zobaczyliśmy kościół pw. Św. Ludwika, cerkiew prawosławna pw. Narodzenia Najświetszej Marii Panny, późnobarokową synagogę włodawską, "czworobok" - zespół parterowych, sklepionych "kramnic" z XVIII wieku.
Następny postój odbył się w Różance. Na terenie miejscowości znajdują się pozostałości po pałacu hetmana wielkiego litewskiego Ludwika Pocieja, który uległ zniszczeniu w czasie I wojny światowej a następnie został doszczętnie zniszczony podczas kolejnej wojny. W parku przylegającym niegdyś do pałacu znajduje się pomnik [niezbyt ciekawy kawałek betonu]. Po wyjeździe ze wsi na czerwony pieszy szlak pierwszy raz podczas naszej wycieczki ujrzeliśmy Bug, którego widok miał nam od teraz towarzyszyć przez kolejnych parę dni.

Na posiłek zatrzymaliśmy się we wsi Hanna, nie zapomnieliśmy o pamiątkowej fotce, której tłem stała się dawna drewniana cerkiew unicka z XVIII w [obecnie kościół parafialny pw. Św. Piotra i Pawła]. Droga do Sławatycz biegła prawie cały czas ulicą, ale momentami były ładne widoki. W samych Sławatyczach nie ma zbyt wiele do oglądania: cerkiew prawosławna pw. Wniebowstąpienia NMP, z końca XIX w. oraz neorenesansowy kościół pw. M.B.Różańcowej z początku XX w. Obie budowle nie zachwycają zbytnio. Niemało trudności i czasu sprawiło nam odnalezienie czerwonego szlaku przed przejściem granicznym. Spowodowane było to dość wysoką temperaturą i lekkim zmęczeniem. Szlak nie był oznaczony dość precyzyjnie, ale wystarczyłoby uważniejsze spojrzenie na mapę, aby uniknąć problemów. W dalszej drodze na większą uwagę zasługuje prawosławny monastyr męski św. Onufrego nad Bugiem (drugie po Grabarce sanktuarium polskiego prawosławia) w Jabłecznej [choć z mapy można wnioskować, że to już wieś Zarośla]. Jest tam również muzeum a we wsi dwa wiatraki – koźlanki. Na nocleg zatrzymaliśmy się przed wsią Zelewsze nad samym Bugiem. Rozbiliśmy namiot nieopodal słupka granicznego. Udało nam się znaleźć zejście do rzeki i się umyć. Wartki nurt rzeki, całkowicie nie przejrzysta woda oraz liczne zawirowania nie dawały poczucia bezpieczeństwa. Po malowniczym zachodzie słońca rozpaliliśmy ognisko i do późna siedzieliśmy słuchając radia i racząc się piwkiem.

dzień 4
Kodeń – Okczyn – Kostomłoty – Lebiedziew – Zastawek – Kobylany – Koroszczyn – Kużawka – Neple – Bohukały – Pratulin – Derło – Woroblin – polanka/łąka przed wsią Ostrów

dystans: 85km
AVG: 16km/h

Rano od razu ruszyliśmy w drogę na śniadanie postanowiliśmy się zatrzymać za Kodniem. Dojazd do miejscowości terenem zajął nam trochę czasu. Było warto dla wspaniałych widoków. W Kodniu znajduje się katolickie Sanktuarium Matki Boskiej Królowej Podlasia z wykradzionym papieżowi wizerunkiem Madonny de Guadelupe. Dokumentacja nie wyszła najlepiej, ponieważ była niedziela i zjechały się tłumy wiernych. Wizerunku Matki Boskiej Kodeńskiej nie uchwyciliśmy. Zrobiliśmy tylko fotkę z parku kościoła Św. Anny [od 1973 roku bazylika mniejsza], zbudowanego przez pobożnego Mikołaja Sapiehę. Od bazyliki kilkusetmetrowa aleja prowadzi na nadbużańskie łąki, do parku otaczającego pozostałości dawnego zamku Sapiehów. Jedynym w pełni zachowanym budynkiem jest tu dawna gotycka cerkiew zamkowa zbudowana około 1540 roku, obecnie kościół filialny pod wezwaniem św. Ducha. Dalej kontynuowaliśmy jazdę szlakiem. Za Kodniem zatrzymaliśmy się na posiłek nad zakolem rzeki.

Następnym ciekawym przystankiem były Kostomłoty z Sanktuarium Unitów Podlaskich (jedyną w Polsce parafią obrządku bizantyjsko-słowiańskiego). Za Kostomłotami zgubiliśmy szlak gdzieś w polu i dojechaliśmy do szosy pomiędzy Kolonią Kostomłoty i Dobratycze-Kolonia. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – zobaczyliśmy w krzakach pozostałości po bunkrach. Następnie zamiast rozstając się z pieszym szlakiem, przejechać się kawałek szosą do wsi Lebiedziew, postanowiliśmy wskoczyć od razu na szlak rowerowy. Nic ciekawego nie zobaczyliśmy tylko pola uprawne, choć z mapy wynikało, że powinniśmy odnaleźć Forty Twierdzy Brzeskiej, co się nie udało. Nadrobiliśmy odrobinę i się nieźle zmachaliśmy. W lesie na zachód od wsi [w kierunku na Zastwek] znajduje się cmentarz tatarski (mizar). Kilkanaście kamiennych nagrobków, w tym najstarszy nagrobek tatarski w Polsce z 1704 roku, i mnóstwo czerwonych mrówek. Następnie jechaliśmy przez Kobylany i Koroszyn [na tym odcinku zaskoczyła nas biegnąca wzdłuż wyremontowanej szosy piękna ścieżka rowerowa], wzdłuż drogi krajowej 812, kawałek drogą 698, z której odbiliśmy do wsi Kużawka. Minęliśmy mały cmentarz wojenny z 1920 roku. Szukaliśmy gospodarstwa, na którym pomiędzy stodołą a latryną miał stać słup graniczny. Znaleźliśmy miejsce, niestety, kibelka już nie było.

Podążając czerwonym pieszym szlakiem, na który wjechaliśmy w Kużawce dojechaliśmy do Nepli, gdzie znajduje się most ma rzece Krzna. Za mostem po prawej stronie zaczyna się ścieżka przyrodnicza "Szwajcaria Podlaska". Rowerem byłoby tam się trudno poruszać, więc postanowiłem się przejść. Ścieżka biegnie nad samym Bugiem. Daleko nie uszedłem, zaczęło lać. Przeczekaliśmy największą zlewe pod drzewkiem i dalej w drogę. Po jakimś czasie docieramy do miejsca gdzie przy szosie, na postumencie stoi czołg z czasu drugiej wojny. Zatrzymaliśmy się na chwile by zrobić pamiątkowe fotki. Później mieliśmy obejrzeć słynną kamienna babę. Jednak całkiem wypadło mi to z głowy.

Legenda głosi, że pewna młoda dziewczyna zakochała się i postanowiła wbrew życzeniom rodziców wyjść za mąż. Kiedy już wszystko było przygotowane do ślubu - matka postanowiła odwieść córkę od powziętego zamiaru. Ta jednak pozostała niewzruszona. Wówczas matka uniesiona gniewem zawołała: - Bodajbyś skamieniała, nim dojdziesz do kościoła! I tak się stało.

Kontynuując jazdę szlakiem dojechaliśmy do miejsca widokowego, z wiatą i miejscem na ognisko. Można tam zobaczyć skarpy nad Bugiem poprzecinane głębokimi wąwozami. Dojechaliśmy do szosy, którą dotarliśmy do Pratulina. Tym samym rezygnując z dwóch innych możliwości: szlaku lub ścieżki prowadzącej nad samym Bugiem [podobno bardzo malowniczej. W Pratulinie odbijamy z szosy by zobaczyć kościół i ołtarz papieski.

Pratulin znany jest z bohaterskiego oporu unitów, broniących swej świątyni (opisanych m.in. przez W. Reymonta w „Ziemi chełmskiej"). Miało to miejsce 24 stycznia 1874 roku, kiedy to carscy kozacy zabili 13 miejscowych unickich parafian i ranili okolo 180 osob, broniących swojej parafialnej świątyni. 6 października 1996 r. w Rzymie odbyła się uroczysta beatyfikacja unitów z Pratulina, którzy oddali swe życie za wiarę. Obecnie Pratulin jest jednym z najważniejszych sanktuariów na wsch. Polski i częstym celem licznych pielgrzymek. Nieopodal miejsca, w którym zamordowano unitów, znajduje się przeniesiony z Siedlec tzw. ołtarz papieski. Jan Paweł II odprawił na nim mszę podczas swojej pielgrzymki do Polski w 1999 r.

W Pratulinie można opuścić szlak pieszy i dojechać do wsi Derło nad Bugem. My wybraliśmy szlak rowerowy [odradzam! - trudny teren i zero atrakcji], który doprowadził nas do szosy, a następnie drogi do Woroblina, którym to zjechaliśmy na szlak pieszy. Niestety zaraz go zgubiliśmy. Pokluczyliśmy dłuższy czas nad Bugiem, szukając dogodnego miejsca na nocleg. Niestety przyjechał tam samochód, w którym siedziało dwóch kolesi. Przybyli oni do swoich kumpli, którzy kryli się w wysokiej trawie. Zaczęli pompować ponton i raczej nie chcieli mieć świadków przy swoim przemytniczym procederze. Musieliśmy wrócić do Woroblina, ponieważ nad samym Bugiem nie można było się przedostać [bagna]. Zobaczyliśmy oznakowanie szlaku. Okazało się, że prowadzi on trawiastą łąką a nie bitą ścieżką, którą intuicyjnie wybraliśmy. Zaczęło już zmierzchać, więc darowaliśmy sobie kolejne spotkanie z Bugiem i rozbiliśmy się na polance nieopodal wsi Ostrów. Nękani przez chmary komarów i innych owadów rozbiliśmy namiot a nawet rozpalić ogień. Nie siedzieliśmy długo, zaczęło kropić a po za tym zmęczenie dawało o sobie znać. Przed snem poprawiam pidżamowe getry i coś mnie zaczyna niepokoić. Nie widzę, co to. Jarek mówi – kleszcz, prawie cały na wierzchu. Co robić? Nie mamy pencety. Podejmuje próby z dwoma nożami, jednak bezowocne, w nodze i tak zostaje fragment owada. Zaprzestaje dalszych prób, uważając je za bezcelowe. Trzeba będzie skoczyć do lekarza w najbliżej większej miejscowości. Lekki deszczyk, który momentami zanikał nie zapowiadał tego, co miało się stać…

dzień 5
Ostrów – Janów Podlaski – Stary Pawłów – Stare Buczyce – Stary Bubel – Gnojno – Borsuki –Serpelice – Klepaczew – Zabuże – Trojan – Mielnik

dystans: 55km
AVG: 18 km/h

Wstaliśmy bardzo wcześnie. Przywitało nas bębnienie kropel deszczu o tropik. Włączyliśmy radio. Spikerka zapewniała, że dzień będzie słoneczny. Jednak nad naszym namiotem jakoś cały czas gościły deszczowe chmury. Oglądaliśmy zdjęcia, planowaliśmy dalszą trasę. A deszcz jak padał tak padał i to coraz mocniej. Zapasy żywności prawie zerowe. Dwa małe paszteciki i trzy kromki chleba. Na ścianach namiotu pojawiły się niepokojące zacieki. Szybko wysyłamy sms’a do właściciela namiotu, przebywającego w stanach, z pytaniem o nieprzemakalność. W odpowiedzi ‘nówka samoschnąca’ otrzymujemy ‘optymistyczną’ odpowiedź. Mimo swoich lat namiot przetrzymał.

O 15 przestało padać, szybko się zrywamy, pakujemy, ruszmy. Nie minęło 10 minut znowu niesamowita zlewa. Dojeżdżamy do sklepu w Ostrowie w strugach deszczu. Towarzyszy on nam przez kilka kilometrów, wyjątkowo długich, do Janowa Podlaskiego. W końcu przestaje padać, krótka wizyta w szpitalu. Kleszcza nie ma, jest antybiotyk. Oglądamy fasady dawnej katedry z I połowy XVIII wieku, pozostałości rezydencji biskupów łuckich, stadninę koni w Wygodzie (2 km na północ od miasta), gdzie zatrzymujemy się w końcu na jedzenie [restauracyjne ceny nas przerosły, pozostały kanapeczki].
Po regeneracyjnym posiłku przyspieszamy tempo, straciliśmy dużo czasu przez deszcz, próbujemy nadrobić ile się da, przeprawić się na drugi brzeg Bugu jeszcze dzisiaj. Cały czas jedziemy szosą. Mijamy Stary Pawłów, stare Buczyce, Stary Bubel, Gnojono [gdzie była kiedyś przeprawa promowa, teraz podobno gospodarze z Niemiarowa proponują przewóz swoimi łódkami], dzwonimy do promiaraza z Mielnik [Tel. 0-85-657-70-81, 503-080-799, 606-279-964] i umawiamy się na dwudziestą.
Jedziemy dalej: Borsuki, Sierpelice z Kalwarią Podlaską, Klepaczew, Zabuże. Dojedzmy do Bugu, pytamy wędkarza o prom, wskazuje nam kierunek, a odległość ocenia na kilometr drogą przez las. Odległość okazała się większa. Umówiona godzina się zbliżała, na łąki napłynęła gęsta mgła, ochłodziło się, widoczność spadła do kilku metrów. Minęliśmy Górę Trojan i niedługo wyłonił się przez mgłę zjazd do promu.

Na niebie pięknie zachodziło słońce. Przewoźnik sezonowego promu "Ziemia Mielnicka" zainkasował po 3 zł od łebka i zaczęła się powolna przeprawa. Dowiedzieliśmy się, że prom kursuje do godziny 18, ale nie ma problemu, jeżeli ktoś zadzwoni nieco później. W trakcie rozmowy okazało się, że prom kursuje zazwyczaj dosłownie kilka razy w ciągu dnia a osoba obsługująca dojeżdża specjalnie samochodem.
Na miejsce noclegu zaproponowano nam przestrzeń koło amfiteatru [na dziko rzecz jasna], oraz pole namiotowe. Wybraliśmy drugą opcje, zaczynało się robić ciemno a po za tym przydałby się nam kontakt z wodą. Po dojechaniu do szosy należało odbić w lewą stronę i po kilkuset metrach jest wjazd do lasu, do wypoczynkowego ośrodka gminnego [chyba tak się nazywa]. Przy podjeździe zapomniałem zmienić przełożenia, nie zdążyłem wypiąć się z zatrzasków i przeliczyłem w pięknym stylu glebę. Okazało się, że spadłem na stronę z termosem i puszkami z piwem, na szczęście te butelkowe były z drugiej strony. Jedna puszka się pogniotła trochę, a termos ma teraz mały dołek w pokrywce. Niestety od tej chwili zaczęły się problemy z napędem, któremu tak naprawdę dużo nie brakowała do dokonania żywota, a upadek przypieczętował ten fakt. Nocleg od studenta koszt 7 zł. W sumie mogliśmy bez problemu skorzystać z łazienki, była otwarta cały czas, ponieważ w domkach mieszkali ludzie, i nie płacić nic. Wyszło jednak inaczej i syn dyrektora ośrodka pofatygował się autem z Mielnik by pobrać opłatę i dostarczyć klucze do ‘sanitariatu’, których nie użyliśmy. Rowery przypięliśmy pod zadaszeniem na drzewo, obok staną namiot.

Naszykowane drwa, a raczej potężne kłody nijak nie nadawały się do naszych celów. Ruszyliśmy w las, ściągnęliśmy trochę gałęzi. Wszystko było nasiąknięte wodą. Rozpalić się udało, z gotowania wody zrezygnowaliśmy [następnego dnia poprosiliśmy o nią w jednym z domków]. Na ognisku upiekliśmy kiełbaski, które popiliśmy zwyczajowo regionalnym piwskiem. Posiedzieliśmy chwilę rozmawiając o minionym dniu. Mogliśmy przecież nie korzystać z usług promu tylko przeprawić się na druga stronę Bugu jednym z mostów klejowych [wschodnim, który ze względu na uszkodzenia całkowicie jest wyłączony z ruchu pociągów i można nim podobno całkowicie bezpiecznie i nielegalnie przejechać] pomiędzy Siemiatyczami Stacją a Fronołowem. Zastanawialiśmy się czy z przejazdu mostem kolejowym była by taka sam frajda, co z przeprawy promowej. Jednak długo nad tym nie myśleliśmy, ognisko paliło się kiepsko i zaczęło robić się trochę chłodno. Przenieśliśmy się do namiotu. Wypiłem jeszcze piwo w puszcze ‘po przejściach’ i szybko zasnęliśmy przy odgłosach radia, czyści najedzeni i napici.

dzień 6
Mielnik – Niemirów – Tokary – Klukowicze – Zubacze – Czeremcha – Wolka Terechowska – Opaka Duża – Wojnówka – polana w lesie za wsią Wojnówka

dystans: 75km
AVG: 16km/h

Wstaliśmy wcześnie mając na uwadze wczorajsze opóźnienia spowodowane warunkami atmosferycznymi. W miarę szybko się spakowaliśmy i po zdaniu kluczy do łazienki i otrzymaniu wrzątku do termosu od wczasowiczów ruszyliśmy w drogę. Dużo nie ujechaliśmy. Zatrzymaliśmy się zraz po dojechaniu do Mielnik, aby zobaczyć ruiny kościoła zamkowego z pocz. XV w. Św. Mikołaja, zburzonego w 1915 roku oraz górę Zamkową z grodziskiem - z XI -XII w. wraz z pozostałościami późniejszego zamku [dosyć skąpymi], z dobrze widoczną fosą opadającą ku nadbużańskim łąkom stromą 60-metrową skarpą. Ze szczytu, na który się wdrapałem rozciąga się malowniczy widok na rzekę Bug. W najbliższym sklepie zatrzymaliśmy się na śniadanie. Pojawiły się ciepłe promienie słoneczne wyglądające spomiędzy kłębiastych chmur. Interesujący wydawał się nam szlak bunkrów (Linia Mołotowa - Brzeski Rejon Umocniony) punktem oporu Moszczona Królewska, jednakże nasze plany poprowadziły nas w innym kierunku, w stronę Niemiarowa. Dotarliśmy tam ulicą o bardzo małym natężeniu ruchu. Być może był on większy kiedy kursował prom w Niemirowie, teraz szosa kończy się na miejscowości.

O dawnej, miejskiej przeszłości Niemirowa świadczy jedynie zachowany układ urbanistyczny z rynkiem – zamienionym w park – i wychodzącymi z niego uliczkami. Przy niektórych zachowała się stara, drewniana zabudowa. Przy północnej stronie rynku stoi barokowo-klasycystyczny kościół pw. św. Stanisława Biskupa, fundowany przez Czartoryskich w 1780 r., otoczony murem z ciekawą bramą-dzwonnicą z 1823 r.

Po zwiedzeniu wsi musieliśmy się cofnąć do przydrożnego krzyża, obok którego zaczyna się piaszczysta droga prowadząca przez pola i lasy do Tokar.

Dwa kilometry za osadą Koterka 200 metrów od szosy wznosi się na niebiesko malowana drewniana cerkiew. Powstała w 1912 roku jako filialna cerkiew parafii w Tokarach. Cerkiew w uroczysku Koterka jest nierozerwalnie związana z wsią Tokary. Od 1946 roku pełni rolę świątyni parafialnej. W tym roku bowiem nastąpił podział wsi pomiędzy Polskę a ZSRR. Po stronie radzieckiej pozostała parafialna cerkiew św. Mikołaja z 1816 roku.

Na pasie granicznym możemy zobaczyć naziemne elementy rurociągu przyjaźń. Leśną drogą za cerkwią możemy dojechać do wsi Tokary. We wsi znajduje się Kościół parafialny p.w. Podwyższenia Krzyża Św. zbudowany w 1527 roku w Wilanowie zburzony w 1876 roku, a następnie odbudowany w 1934-1935 w Tokarach, w konstrukcji zrębowej, oszalowany, stanowi cenny zabytek architektury sakralnej. Dalszy odcinek trasy nas mile zaskoczył. W miejscu gdzie spodziewaliśmy się nienajlepszej nawierzchni [Klukowicze-Zubacze] ujrzeliśmy piękny, gładki asfalt, wybudowany dzięki dofinansowaniu z Unii. W Zabuczu zatrzymujemy się by spojrzeć na cerkiew p.w. Opieki Matki Bożej dwukrotnie spalonej [1985,1969] i odbudowanej oraz wyremontowanej w 1984 roku. Obok cerkwi znajduje się oddzielnie stojąca dzwonnica oraz żelazna płyta na grobie duchownego cerkwi, o. Jana Makowielskiego (1772-1856). Podążając dalej mało ruchliwymi szosami dotarliśmy do Czeremchy, minęła nas kilkuosobowa grupa cyklistów z sakwami jadąca w przeciwną stronę. Jak się okazało zrobiliśmy zakupy w tym samym sklepie co oni, o czym poinformowała nas ekspedientka. W samej miejscowości nie ma żadnych atrakcji poza budynkami kolejowymi. Po dokonaniu zakupów ruszyliśmy w stronę Wólki Terechowskiej, a następnie gruntowymi drogami, jadąc wzdłuż pasa granicznego do Opaki Dużej, która leży tuż przy granicy Polski z Białorusią. Znajduje się tam drewniana cerkiew p.w. NNMP. Pomimo słonecznej pogody i dość wczesnej pogody zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg w okolicach wsi Wojnówka. Wylądowaliśmy w końcu na polanie leśnej nieopodal wsi. Dzień zakończył się na zwyczajowym ognisku, kiełbaskach i piwku.

dzień 7
polana w lesie za wsią Wojnówka – Długi Bród – Piaski – Topiło – Białowieża – Hajnówka – Kleszczele – polana w młodym lesie sosnowym przed wsią Kuzawa

dystans: 111,5km
AVG: 18

Za Wojnówka zaczął się asfalt, który w porównaniu z wczorajszym szutrem wypadał dość kiepsko. Ładna pogoda nastrajała nas jednak pozytywnie. Zatrzymaliśmy się dopiero w Topile, osadzie malowniczo położonej wśród stawów. Tu swój początek ma kolejka wąskotorowa do Hajnówki. Stoi zabytkowa ciuchcia i wagoniki. Wokół stawu znajduje się ścieżka edukacyjna LKP „Leśne osobliwości”. W Internecie znalazłem informacje o braku możliwości kąpieli. Jednak ja znalazłem dogodne zejście i zażyłem odświeżenia.

Ruszyliśmy szlakiem w stronę Białowieży. Zahaczyliśmy po drodze o ‘miejsce mocy’. Sama Białowieża nas nie urzekała. Zobaczyliśmy zabudowania carskie (z czerwonej cegły), Park Pałacowy oraz pałac, który w ogóle przypadł mi do gustu. Niestety żubrów nie zobaczyliśmy. Czas nas trochę gonił i musieliśmy wyruszyć w stronę Hajnówki. Zdecydowaliśmy się na jazdę szosą a nie objazd terenem. Mieliśmy zamiar nocować w okolicach miasta i porannym pociągiem pojechać do Lublina. Jednak niedogodne połączenie z kilkugodzinnym postojem w oddalonej o 30 kilometrów Czeremsze skłonił nas do zmiany decyzji. Nie zobaczyliśmy pomnika żubra [odlana z brązu sylwetka żubra naturalnej wielkości, znajduje się na skwerku przy ulicy Aleksego Zina] oraz dwupoziomowej cerkwi. W drodze do Czeremchy można tez skoczyć do Starego Kornina żeby zobaczyć kapliczkę nad źródełkiem z cudowną wodą. Na nocleg natomiast można wybrać zalew w ‘Bachamaty’ na rzece Orlanka, 15 kilometrów od Hajnówki. My jednak dojechaliśmy do Kleszczeli mogliśmy zanocować nad zalewem ‘Repczyce’ koło miejscowości Dobrowoda, jednak powstał on dość niedawno i nie mieliśmy go na swojej mapie. O jego istnieniu dowiedzieliśmy się po powrocie do domu i zaczerpnięciu informacji w Internecie.
Ostatecznie po dokonaniu zakupów w Klesczelach, przed całodobowym sklepem zaraz za miejscowością zjechaliśmy na polną drogę prowadzącą o wsi Kużawa. Po piaszczystej drodze wdrapaliśmy się na wzniesienie porośnięte lasem wypatrując dogodnego miejsca na namiot. Mieliśmy szczęście. Obok starego lasu był młodnik. Drzewa widocznie nie przyjęły się wszędzie były w nim, bowiem liczne polanki. Wybraliśmy miejsce oddalane nieco od drogi zasłonięte gęstymi sosnami. Rozbiliśmy namiot pomagając sobie latarką. Znaleźliśmy dwie ścięte, suche sosenki. Jedna z nich posłużyła nam na za materiał opałowy. Tradycyjnie zasiedliśmy przy ognisku popijając piwko.

dzień 8
okolice wsi Kuzawa – Czeremcha [#on.bike]
Czeremcha – Lublin [#cipąg]
dystans: kilka_km + 349km [cipąg]
czas jazdy pociągiem: 6:35

Wstaliśmy wcześnie, pomimo lekkiej mżawki sprawnie spakowaliśmy namiot i ruszyliśmy w drogę. Nie chcieliśmy się spóźnić na pociąg. Dojechaliśmy do Czeremchy z dużym zapasem czasowym. Zjedliśmy śniadanie i upiliśmy prowiant na drogę. Przy sklepie zaskoczył nas widok trójkołowego roweru. Jak się okazało własnoręcznie wykonanego przez jednego z siedzących pod sklepem panów. Właściciel zaproponował nam przejażdżkę swoim nietypowym wehikułem. Rower był stabilny, kierowanie samochodową kierownicą okazało się dość wygodne. Jednak duży promień skrętu nie pozwalał na sprawne i szybkie manewry. Tak kończyła się nasza eskapada mająca trwać jeszcze kilka godzin, które spędziliśmy w pociągu.

Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
http://www.on.bike.prv.pl/

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;