Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Karkonosze, Góry Stołowe 08.2007
Autor: Bartek   
Karkonosze, Góry Stołowe 08.2007

Wszystko zaczęło się od wizyty Jakuba Postrzygacza w moim liceum i jego relacji z wyprawy Canning Stock Route z 2005 roku. Sądzę, że to gdzieś we mnie siedziało i tylko czekało na impuls. I oto impuls nadszedł i obudził we mnie uśpionego do tej pory ducha podróżowania. Z racji tego, że Bieszczady, Pieniny i Tatry miałem już okazję przemierzać, wybór padł na południowo-zachodnią Polskę. Oczywiście głupi i niedoświadczony chciałem pokonywać olbrzymie odległości na piechotę, samotnie, niosąc na plecach cały dobytek, co później zweryfikował teren i możliwości. Oczywiście plan oburzył rodziców, którzy niepokojąc się o mnie polecili zwerbować kompanów. Po surowej selekcji na wyprawę ostatecznie jechał ze mną Piotrek. W czasie zapalczywej fazy planowania postanowiliśmy, że przemierzymy setki kilometrów drałując górami, pokonując dziennie olbrzymie dystanse. Z racji tego, że był to jeszcze okres szkolny, z niecierpliwością oczekiwaliśmy początka sierpnia, który z różnych powodów został obrany za termin wyruszenia naszej wyprawy. Chcieliśmy być zupełnie samodzielni, dlatego zmajstrowaliśmy pseudokuchenkę na denaturat, zbudowaną z puszek po piwie i piasku. To by było na tyle, jeśli chodzi o wstęp do wyprawy, przejdę teraz do sedna. Dzień wyjazdu był strasznym dniem, który jednak będzie dla mnie nauczką na przyszłość. Nie słuchajcie się siostry, jeżeli mówi wam, że bedziecie potrzebować 5 koszulek na zmianę, ani drugiej siostry, która daje wam fajny gadżet w postaci bardzo ciężkiego metalowego kubka, który jest zupełnie niepotrzebny w podróży. Każdy gram mniej to kilkadziesiąt metrów więcej w górach. Zakładam plecak wypchany po brzegi - na oko 20 kilogramów, z doczepionym namiotem i wychodzę z domu. Taksówką (dobrotliwi rodzice) spod domu jadę po Piotrka i wysiadamy ostatecznie przed stacją PKP. Wsiadamy do pociągu, kilka przesiadek, mija noc, 700 km za nami i przed południem jesteśmy w Szklarskiej Porębie.

Dzień 1
Chwilę szukamy sklepu i nabywamy prowiant na drogę. Do tej pory zastanawiamy się po co kupowaliśmy tyle ciężkich konserw. Po zrobieniu zapasów, które ledwo upchnęliśmy do i tak pękatych plecaków, ruszamy na szlak. Zmęczeni (już?) dochodzimy przed Szrenicę, gdzie o pomoc proszą nas GOPRowcy. Powstrzymujemy ruch na szlaku w czasie gdy śmigłowiec zabiera po mężczyznę ze złamaną nogą, po czym ratownicy w zamian podwożą nas kilkaset metrów samochodem, do rozwidlenia szlaków. Niestety nie mieliśmy okazji podziwiać widoków ze Szrenicy, trudno. Z racji późnego wyjścia na szlak, musieliśmy jużmyśleć o noclegu. Zeszliśmy do schroniska, gdzie stwierdziliśmy, że jest strasznie drogo, po czym zmuszając się do kolejnego kilkukilometrowego marszu zeszliśmy jeszcze niżej, aby zatrzymać się w lesie i rozbić obóz. Nasza kuchenka zdała ezgamin i przed snem zjedliśmy ciepłe zupki.

Dzień 2
Wstajemy wcześnie rano i pnąc się pod górę odludnym szlakiem wracamy do szlaku głównego tuż przy Wielkim Szyszaku. Swoją drogą to był jeden z najpiękniejszych odcinków naszej wędrówki, gdyż wspinaliśmy się niemal dzikim zboczem, otoczeni gęstą roślinnością, brnąc momentami korytami płynących potoków. Między innymi tego szukałem w tej wyprawie. Kontynuujemy wędrówkę kierując się na wschód i docieramy do Przełęczy Karkonoskiej. Szlak Pozwalamy sobie na pewien wydatek i stołujemy się w tamtejszym schronisku, podziwiając w czasie posiłku widoki z drewnianego tarasu. Powoli zaczynają zbierać się nieprzyjemne chmury, dlatego po krótkim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Po dłuższym czasie dotarliśmy do Karpacza, gdzie po intensywnych poszukiwaniach znaleźliśmy jedyne pole namiotowe i po wieczornym posiłku i toalecie udaliśmy się na spoczynek żegnani deszczem.

Dzień 3
Zostawiamy nasze bagaże w namiocie, mając nadzieję że nikomu nie będzie się chciało grzebać w brudnych skarpetkach i ruszamy na Śnieżkę. Bez plecaków poruszamy się bardzo szybko i wyprzedzając guzdrzących się Turystów, my Wędrowcy zdobywamy szczyt. Pół godziny podziwiania widoków (mieliśmy z tym pewne problemy, gdyż otoczyły nas chmury) i schodzimy szlakiem na wschód ku czeskiej granicy, opuszczając "niestety ucywilizowaną i niestety cuchnącą Śnieżkę". Towarzyszy nam raczej niezdecydowany i słaby deszcz, który sam nie wie czego chce (jak mawiał Obeliks o Rzymianach). Przekraczamy granicę, wymieniamy trochę pieniędzy, kupujemy pocztówki i zatrzymujemy się na obiad. Mala Upa zapada nam w pamiec jako sympatyczna mieścina z sympatycznymi mieszkańcami, a przynajmniej jedną sympatyczną kelnerką. Smażony ser był pyszny, ale musielismy juz wracać na pole namiotowe, dlatego kupiliśmy sobie po budweiserze i ruszyliśmy raźno szlakiem. Po kilku godzinach marszu znowu jesteśmy w Karpaczu. Robimy sobie jajecznicę, popijamy budweiserem i stwierdzamy, że na głównym szlaku nie da się poczuć ducha gór i że prawdziwi Wędrowcy, tacy jak my, są już prawie na wymarciu. Wszyscy wolą posiedzieć w barze, jeść łoscypki i inne przyciągające naiwnych Turystów frykasy. Stwierdzamy, że właściwie przeszliśmy już prawie cały Karkonoski Park Narodowy i postanowiliśmy ruszyc w Góry stołowe. Idziemy spać, kropi deszcz.

Dzień 4
Znowu wstajemy wcześnie rano i ruszamy na piechotę drogą na Kowary, skąd chcieliśmy jakimś środkiem lokomocji dostać się w okolice Gór Stołowych. Niestety nic nie jechało w tamtym kierunku, dlatego PKSem udajemy się do Kamiennej Góry. Tutaj, podobnie jak w Kowarach, nie ma odpowiedniego połączenia. Łapiemy kolejny autobus i jedziemy do Wałbrzycha. Też nic. Wsiadamy w pociąg do Wrocławia, gdzie dojeżdżamy przed północą. Sprawdzamy połączenia. Kudowa-Zdrój, godzina 3:20. Jemy coś i idziemy na peron, gdyż na samym dworcu o tej godzinie zaczynają się kręcić podejrzane postacie. W końcu pociąg nadjeżdża i ładujemy się na miejsca sypialne na korytarzu, w samym przejściu. Na 3 metrach kwadratowych musi się pomieścić jakieś 8 osób z bagażami, ale wszyscy się w cudowny sposób układają i jest w zasadzie przyjemnie i wygodnie. Chyba jechało z nami 6 dziewczyn.

Dzień 5
W zasadzie te dwa dni się zazębiają, ale trzeba to w sensowny sposób podzielić. Dzień piąty był najdłuższym i najcięższym dniem z całej wyprawy. Śniadanie jemy na ławeczce przy przystanku autobusów i ruszamy na szlak. Kilka godzin maszerowania pod górę i stajemy przed Błędnymi Skałami. Do tej pory spotkaliśmy względnie mało ludzi. Kupujemy bilety wstępu i zaczynamy marsz przez Błędne Skały. Pewna pani ostrzegała nas drugiego dnia, że możemy mieć problemy z przeciśnięciem się między głazami z naszymi wielkimi plecakami, ale dzielnie znieśliśmy wszelkie przeciwności. Były momenty kiedy trzeba było zdjąć plecak i przeciskać go oddzielnie, ale daliśmy radę. Ja dałem trochę większą, bo Piotrek miał nieco mniejszy plecak. Rada była wprost proporcjonalna do wielkości plecaka, można by rzec. Ludzie, których mijamy, entuzjastycznei podchodzą do naszej postawy, szczególnie gdy widzą nasze plecaki. Ogólnie w samych Błędnych Skałach jest przyjemnie, ale nie mamy czasu się rozczulać i ruszamy dalej. Po kilku kilometrach marszu docieramy do Szczelińca Wilkiego, u podnóża którego zjadamy kolejną część naszych zapasów, kupujemy kolejny bilet wstępu i ruszamy między skały. Tutaj niestety także panuje wszechobecna cywilizacja i jest pełno rozentuzjazmowanych turystów. Spotykamy pewną rodzinę, którą mieliśmy już spotkać kilka razy w Karkonoszach. Swoją drogą ciekawy zbieg okoliczności. Sam Szczelinieć ma nieco inną budową od Błędnych Skał, przez które przechodzi się w zasadzie nie zmieniając wyskości n.p.m. Szczeliniec Wielki oferuje liczne zmiany wysokości, zakręty, przesmyki, przez które czasami był problem przecisnąć plecak. Gdyby nie niezliczone rzesze zwiedzających było by to zaiste zacne miejsce. Zwiedzanie Szczelińca często polegało na maszerowaniu gęsiego wąskim korytarzem za setką turystów. Kiedy wyszliśmy odetchnęliśmy z ulgą i ruszyliśmy w dalszą drogę. Duszniki-Zdrój były naszym miejscem docelowym. Zapowiadało się kilka godzin marszu. Na szczęście mogliśmy podziwiać fantastyczne widoki, które oferował nam odludny szlak. Niejednokrotnie stawaliśmy nad kilkudziesięcio metrową przepaścią spoglądając na okolicę. Idąc na południe minęlismy takie skały jak Narożnik czy też Kopa Śmierci. Znużenie dawało się we znaki, a do Duszników było jeszcze kilka kilometrów. Mieliśmy chwile zwątpienia, plecaki ciążyły niemiłosiernie ale daliśmy radę i kiedy doszliśmy w końcu do pola namiotowego padliśmy na trawę i leżeliśmy bez ruchu pół godziny. Dwadzieścia pięć kilometrów jednego dnia robi swoje. Kiedy doszliśmy do siebie uświadomiliśmy sobie, że właśnie przemierzyliśmy niemal cały Park Narodowy Gór Stołowych. Piotrek dał jeszcze radę iść sprawdzić rozkład PKP, a ja w tym czasie intensywnie leniuchowałem. Stwierdziliśmy, że nie mamy już niestety funduszy na dalszą wędrówkę i udaliśmy się na spoczynek, żegnani przez Góry fantastycznym zachodem słońca. O godzinie dziesiątej następnego dnia załadowaliśmy się do pociągu jadącego w kierunku Warszawy.

Bartek
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;