Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Wyspy Szczęśliwe
Autor: Daniel Chromiński   
Wednesday, 16 April 2008
A Ty mnie na wyspy szczęśliwe zaprowadź
gdzie piaszczyste są plaże, palmy, lazur morza
Ja popłynę tam z Tobą, wraz z wiatru zaśpiewem
Poczuję sól w ustach, zasnę pod tym niebem
gdzie ławice gwiazd wiszą nisko ponad nami,
a wiatr pieścił mnie będzie swymi podmuchami.
Przystań cichą znajdziemy wśród skalistych wzgórz,
jeszcze rejs nie skończony - a chcę wracać tu już....
                                                                           n.ch.
Karaiby, a dokładniej Brytyjskie Wyspy Dziewicze z archipelagu Małych Antyli (Morze Karaibskie, pomiędzy kontynentami obu Ameryk) odwiedziliśmy na przełomie marca
i kwietnia 2008 roku. Spiritus movens naszego wyjazdu, Marek Szurawski, pasjonat żeglarstwa i mistrz technik pamięciowych, zaniemógł zdrowotnie tuż przed wylotem, co zmartwiło nas ogromnie lecz nie zahamowało naszych globtroterskich zapędów. Wybraliśmy się siedmioosobową ekipą z nadzieją, że wraz z kapitanem Jackiem Reschke i zaproszoną przez niego rodzinką z Chicago, utworzymy zgraną załogę. Nie myliliśmy się.

Po niewiarygodnie długiej podróży znaleźliśmy się na największej z Wysp Dziewiczych należących do Anglików (B.V.I.) – Tortoli, gdzie czekał na nas luksusowy katamaran Leopard 42 z kapitanem Jackiem na pokładzie. Rozpoczęliśmy nasz rejs, który wiódł poprzez największe wyspy archipelagu: Tortolę, Anegadę, Virgin Gorda oraz Jost Van Dyke. Poszczególne wyspy były górzyste, pochodzenia wulkanicznego, z sawannową roślinnością (najbardziej zapamiętaliśmy bugenwille, agawy i mangrowce) za wyjątkiem płaskiej Anegady, która okazała się być genezy koralowej. Tam też odwiedziliśmy piękną plażę, gdzie prócz pierwszego nurkowania nad rafą, nazbieraliśmy najwięcej okazów koralowców, muszli czy rozgwiazd.

Kolor wody wręcz zapierał dech w piesiach – te odcienie lazuru, błękitu, szmaragdu, turkusu i paru innych nienazwanych kolorów na pograniczu granatu, zieleni i bieli zostaną nam na długo przed oczyma.

O wiatr nie musieliśmy się wcale martwić – nieustannie wiał ciepły pasat z prędkością 15 – 25 węzłów, ale były też nawet porywy do 35 węzłów. To naprawdę niesamowite uczucie wiejącego w twarz pasatu niosącego czysty zapach oceanu…

Przyroda zaskakiwała nas jeszcze wiele razy. Na przykład takie The Bath na Virgin Gorda z ogromnymi głazami niewiadomego pochodzenia, tworzącymi miniaturowe baseny, podwodne groty i naturalne akwaria dla podwodnej fauny; albo miniaturowa wysepka Sandy Cay przy Jost van Dyke z bajkową wręcz plażą i wodą. Były jeszcze flamingi na Anegadzie, zapierające dech w piersiach widoki z najwyższej góry Jost van Dyke (oj, przegonił nas wtedy solidnie kapitan po górkach, reklamując wycieczkę jako „2-godzinny spacerek”), skały The Indians i The Caves – raj dla nurków czy Treasure Island - wyspa piratów, gdzie akcję swojej znanej powieści „Wyspa skarbów” umieścił Robert Louis Stevenson. Do dzisiaj – jak mówi legenda – ukryte są one w licznych podwodnych jaskiniach na wyspie. I jeszcze: Dead Man’s Chest (Skrzynia Umrzyka) i Cane Garden Bay z pozostałościami plantacji trzciny cukrowej
i rzekomo czynną jeszcze 200-letnią destylarnią rumu Callwood. Ciekawostką był gość sprzedający orzechy kokosowe (podobny do tych z Jamajki), który urządził nam pokaz rozbijania twardej skorupy z taką wprawą, że orzech więcej czasu przebywał w powietrzu przyjmując ciosy meczety, niż w jego ręku – byliśmy pod wrażeniem, ale co tam – trochę treningu i sami robimy pokazy!

Generalnie nie schudliśmy… Mimo że zrobiliśmy solidne zakupy spożywcze w stołecznym markecie w Road Town na Tortoli, często stołowaliśmy się w lokalnych knajpach próbując głównie owoców morza przyrządzonych na wszelkie sposoby. Niezapomniane były lobstery (homary) w knajpce na Anegadzie, złapane, oprawione i przyrządzone na naszych oczach – przepyszne, dużo i… nietanio : )

No, ale w gorącym klimacie wskazane jest od czasu do czasu coś wypić – na zdrowie oczywiście. Trunkiem rejsu bez wątpienia był RUM. Ten znany tu powszechnie napój wyskokowy otrzymywany jest z trzciny cukrowej wg receptur strzeżonych od lat w każdej lokalnej destylarni – gorzelni. My szczególnie zbrataliśmy się z rumem Pusser’a, który spożywaliśmy w nieskończonej ilości kombinacji drinkowych – większość nie do powtórzenia : ) Wspólną ich cechą było to, że były cholernie dobre i mocne! Smakowały zwłaszcza męskiemu towarzystwu. Gdy nabyliśmy już naprawdę niezłą wprawę i wyczucie
w przyrządzaniu kompozycji rumowych – nastąpiło nieszczęście – rejs się skończył i trzeba było wracać do domu…

Zakosztowaliśmy też noclegów pod gołym niebem na siatce dziobowej na naszym katamaranie – przeżycie niezwykłe, zważywszy na inny układ gwiazd w tamtych szerokościach geograficznych oraz na stale wiejący ciepły pasat. Tak leżąc na tej siatce
i patrząc w niebo, a przy tym czując i słysząc morze wokół siebie można poczuć prawdziwą jedność z otaczającą przyrodą, czas się zatrzymuje, człowiek prawdziwie wypoczywa…

Jak to zazwyczaj bywa na dalekich wyprawach – spotyka się rodaków. Nie inaczej było tym razem – poznaliśmy chłopaków z Chicago, którzy nurkowali w tamtych okolicach i znali się dobrze z naszym kapitanem. Spędziliśmy razem jeden wieczór, który był wypełniony szantami, opowieściami, a reszta to rum…

Szanty towarzyszyły nam cały czas. Stanowiły tło naszego rejsu. Nieustannie sączyły się
z głośników, albo sami je śpiewaliśmy, albo same się śpiewały w naszych głowach… i tak jest do dziś. W końcu nasz katamaran nosi znaczącą i zobowiązującą nazwę „Shanties”, a jego kapitan Jacek jest inicjatorem i pierwszym dyrektorem największego w Polsce festiwalu szantowego SHANTIES w Krakowie. Dlatego też na pokładzie takiej łodzi nie mogło zabraknąć płyt każdego szanującego się szantymena, a niektórzy z nich już na nim gościli.

Marka Szurawskiego fizycznie nie było z nami, ale myśl i słowo o nim często nam towarzyszyły. Zostawił nam świeżo wydaną książkę „Pamięć i intelekt. Trening mistrzowski”, zasady świadomości samouzdrawiającej – obyśmy zdrowi byli i oczywiście dłuuugą listę drinków rumowych, abyśmy zdrowie jego pili. Na przeczytanie książki czasu nie znaleźliśmy (dopiero w samolocie), zdrowie zachowaliśmy, a obowiązkowej przyjemności rumowej nie unikaliśmy. Wiele z drinków wypróbowaliśmy, dopisaliśmy nawet kilka nowych.

Rejs bez wątpienia nie miałby swojego charakteru bez wyjątkowej osobowości naszego kapitana. Pierwsze 2-3 dni nie wiedzieliśmy do końca z kim mamy do czynienia, ale potem  Jacek dał się poznać jako świetny przewodnik po egzotycznym świecie dziewiczych zakątków, profesjonalny żeglarz od którego chłonęliśmy wiedzę jak gąbki, no i w końcu jako Kapitan na którym mogliśmy polegać…. do końca (na szczęście nie było takiej potrzeby).

Jedno jest pewne – z kapitanem tym popłyniemy jeszcze nie jeden raz – może Karaiby, może Seszele, może Fidżi, a może… wszystko po kolei!

Sail-ho!

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;