Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Obrazki z Sahary
Autor: Tamara Dubiel   
Wednesday, 29 July 2009

04nomad_www.jpg

Wyobraźcie sobie ogromne wydmy o złotych grzbietach, stłumione kroki dromaderów w ciszy, w której słychać bicie serca. To właśnie jest Sahara. Otuli was, zaczaruje. Wielkie jest jej zmienne piękno. To świat do cierpliwego odkrywania podczas pieszej wędrówki. To jednocześnie rzadka okazja do wsłuchania się we własne myśli, do odnalezienia zapomnianego marzenia. Taka podróż poza czasem…


Największą powierzchnię Sahary zajmuje hamada, pustynia kamienista, surowa. My jednak oczami wyobraźni widzimy ogromne, piaszczyste wydmy, na których wiatr rysuje swoje wzory. Na Saharze piaski stanowią jednak niewiele więcej ponad 1/5 całości. Ta piąta część Sahary jest jednak najbardziej malownicza, najpiękniejsza. Ale mimo całej swej urody jest ona tak samo dzika i groźna. Niebezpieczne piękno, to jej siła, która w równej mierze odpycha jak i przyciąga…

Na spotkanie z Saharą najbliżej nam na Wielki Erg Wschodni. To piaszczysta część Sahary rozciągająca się na pograniczu Tunezji i Algierii. Zajmuje ok. 110 tysięcy kilometrów kwadratowych. Nieco dalej rozciąga się wspaniała Pustynia Libijska. Jej powierzchnia wynosi ok. 2 miliony kilometrów kwadratowych, a wydmy wznoszą się do wysokości 300 m npm. Niektóre z nich przeglądają się w tafli jezior, które wyglądają tak nierealnie, że trzeba długo się przygladać, aby uwierzyć, że to nie sen. To świat, gdzie wszystko jest nowe i fascynujące. Świat znany jedynie z przygodowych filmów, pocztówek z zachodem słońca nad wydmami, opowieści o Lawrence’u z Arabii, z „Angielskiego pacjenta”, z relacji Kazimierza Nowaka i Bóg wie skąd jeszcze. Ale to właśnie te historie uruchomiły naszą wyobraźnię na tyle, że tu jesteśmy. Nadszedł czas na własną przygodę z Saharą.

02_pustynia_www.jpg

Beduini niespiesznie zwijają mały obóz. Kilkanaście metrów dalej odpoczywają dromadery. To zwierzęta bezcenne – pustynne wierzchowce i tragarze, źródło wełny, mleka, mięsa i skóry, lżejsze i wytrzymalsze od wielbłąda dwugarbnego. Będą dźwigać koce, ubrania, wodę, torby z ryżem, z kuskusem, garnki, całą kuchnię. Poniosą też i ludzi. Ich stopy rozczapierzają się przy chodzeniu, więc nie zapadają się w piasku. Gęste rzęsy chronią je przed unoszonym przez wiatr piaskiem, a ich powieki są półprzezroczyste i nawet po ich zamknięciu dromader nie traci widoczności. W czasie burzy piaskowej może także stulać nozdrza. To sympatyczne zwierzę wstając prostuje najpierw tylne nogi, natomiast siadając najpierw zgina przednie. Lepiej o tym pamiętać. Z wygodnego siedziska na grzbiecie dromadera ogarniasz przestrzeń wokół, ozłocone słońcem wydmy i otwierające się tuż za nimi małe doliny, morze piasku ciągnące się aż po nieboskłon.

Słońce wydaje się być jeszcze wysoko nad horyzontem, kiedy karawana zatrzymuje się na nocny spoczynek. Trzeba jednak pamiętać, że noc na pustyni zapada nagle, jakby znienacka. Dromadery już bez ładunku, spętane, oddalają się powoli w poszukiwaniu pożywienia. Ogień zaczyna płonąć. Z kociołka dobywa się zapach chorby – warzywnej pikantnej zupy. W drugim bulgoce woda na zieloną herbatę, która pije się bardzo mocną i bardzo słodką. Taka herbata nigdzie nie smakuje tak, jak tutaj – przy ognisku, w środku piaszczystego bezkresu.
Niebo jest pełne gwiazd, księżyc – jak latarnia. Odnosi się wrażenie, że w tak jasnym świetle widać każdy ruch. Dzisiaj nasza sypialnia nie ma ścian. Zasuwamy śpiwory. Zawieszeni między ziemią a niebem przeżywamy coś w rodzaju lęku przestrzeni. Próbujemy rozszyfrować nieznajome odgłosy, szurania, szmery. W końcu, zmęczeni tym nasłuchiwaniem, tym czuwaniem, zasypiamy. Tak mija pierwsza noc.

33studnia_www.jpg

Dzień nastaje nagle. Przy ogniu czeka śniadanie: chleb, konfitura z fig, topiony ser, dwa czajniki – jeden z kawą, drugi z herbatą. Po skończonym posiłku w ognisku lądują śmieci. To, czego nie da się spalić, zostanie zakopane. Dromadery otrzymują swój dzienny ładunek; siatki z bagażami, z kuchnią, z prowiantem. Obserwujemy celowe, precyzyjne ruchy nomadów. Ubrani są spodnie z jasnej bawełny, u których nogawki zaczynają się w okolicy kolan. Spodnie ozdobione są haftami z motywem Krzyża Południa. Bawełniana koszula z podwiniętymi rękawami i kamizelka dopełniają stroju. No i turban, shesh, niezbędny na pustyni. Chroni przed słońcem, przed wiatrem, przed wszechobecnym piachem.

Pustynia zdążyła już zmienić barwy; szarość wczesnego poranka przeszła w cytrynowy błękit; teraz barwy są wyraźne, świeże, dzień jest żółty od piasku i błękitny od nieba.
Ali prowadzi karawanę. Wybiera najbardziej łagodne spadki i najmniej strome podejścia, w trosce o ludzi i w równej trosce o objuczone dromadery. Na pustyni wszyscy od siebie zależymy, każdy ma zadanie do wypełnienia, dlatego wzajemny szacunek obejmuje nie tylko ludzi, ale i zwierzęta. To najważniejsza lekcja, którą szybko przyswajamy; wkrótce razem z Alim i innymi rozjuczamy wielbłądy, zbieramy suche gałęzie na ognisko, obieramy warzywa na obiad. Stajemy się prawdziwymi członkami karawany.
Podziwiamy sposób, w jaki Beduini organizują życie karawany, odnajdują drogę wśród pustkowia, czuwają nad bezpieczeństwem wszystkich członków grupy. Są dobrymi obserwatorami; czasami rzucona mimochodem uwaga zdumiewa celnością i adekwatnością, zmusza do refleksji. Pytają o wiele rzeczy; o pracę, o rodzinę, o zwyczaje i oczekują takiego samego zainteresowania z naszej strony. Są ludźmi pustyni. Tańczą, kiedy im zagra w duszy, śpiewają bez skrępowania, bo w takich chwilach sami stają się muzyką. Ale potrafią też spędzić wieczór milczący, wpatrzeni w ogień. Bez ich umiejętności i doświadczenia nie mielibyśmy szans na przeżycie na pustyni.
W Tunezji porozumiewamy się po francusku, w Libii - po angielsku. Próbujemy też opanować kilka słów w języku naszych przyjaciół, przynamniej te najpotrzebniejsze, „proszę” i „dziękuję”. Chwilami nasze lingwistyczne ambicje są większe i wtedy bywa bardzo wesoło.

ja__przerwa_w_wedrowaniu.jpg

Idziemy starając się dotrzymać kroku dromaderom, które nie chodzą tak wolno, jak nam się z początku wydawało. Walczymy z sypkim piachem, w który chwilami zapadamy się po łydki, z narastającym upałem, wreszcie z brakiem kondycji. Gdzieś po dwóch godzinach przerwa na łyk wody, na rozmowy, na patrzenie w niebo. Potem ruszamy dalej. Po raz kolejny zatrzymamy się, kiedy słońce będzie prawie w zenicie, a barwy utracą swą ostrość w rozedrganym od gorąca powietrzu. Po posiłku nastąpi długa sjesta do czasu, aż słońce utraci swą największą moc; kiedy upał zelżeje podejmiemy przerwaną wędrówkę przez pustynię. Wieczorem zaś rozłożymy się obozem na wydmach i zaczniemy przygotowywać kolację. Najpierw jednak, po zebraniu drewna na ognisko gromadzimy się wokół Ualida, który przygotowuje mella – chleb saharyjskich wędrowców. Miesza mąkę z wodą, dodaje szczyptę soli, zagniata i formuje okrągły, cienki placek. Placek ląduje w popiele rozgarniętego ogniska, po czym zostaje przykryty żarem i piaskiem. Po około 20 minutach chleb jest upieczony. Zostaje otrzepany z popiołu i piasku i starannie wytarty służąca tylko do tego celu ściereczką. Mamy więc gorący chleb, mamy chorbę, kuskus z warzywami, herbatę i daktyle na deser. Mamy wodę. Obok nas siedzą ludzie, inni i ciekawi przez swoja inność. Mamy ich muzykę. Wokoło zaś rozciąga się morze piasku. Czegóż jeszcze chcieć ?

Dotykając życia, jakie przez wieki było udziałem nomadów, powoli przyzwyczajamy się do rytmu dnia dyktowanego wędrówką słońca po nieboskłonie. Jest coś magicznego w tej pustyni, która z każdą godziną zmienia barwy. Zachody i wschody słońca są jak symfonia, obserwujemy je codziennie od nowa, bez znużenia i z takim samym zachwytem, jak za pierwszym razem. Jest coś niezwykle uspokajającego w powtarzalności następujących po sobie kolejnych czynności dnia; pobudka, wiązanie shesha, śniadanie, pakowanie, wędrówka, przystanek, rozjuczanie i pętanie dromaderów, kuchnia, posiłek, zwijanie obozu, znów wędrówka, znów przystanek, znów rozbijanie obozu. Jest oś dobrego w ciszy. Telefony milczą pozbawione zasięgu. Nie ma radia, telewizji, bijących po oczach reklam, korków, całego tego zgiełku, w którym żyjemy i którego prawie nie słyszymy. Słyszymy za to ciszę. Potrzebujemy czasu, aby do niej przywyknąć, aby wyhamować. Cisza bywa też niebezpieczna – każe uładzić się z myślami, które wypełzają nieproszone z zakamarków naszej świadomości. Każe zastanowić się nad sprawami, które do tej pory milczały przygniecione codziennym kieratem. Sprawia, że zaśmiejemy się znienacka do siebie lub po cichutku sobie popłaczemy. Zdarzyć się może, że opowiemy o swym problemie innym mimo, że nigdy dotąd nie zwróciliśmy się do drugiego człowieka. To kolejna niespodzianka czekająca na nas – przypadkowych wędrowców.
Trzeba być przygotowanym na spotkanie z pustynią. Może się zdarzyć, że spotkamy tam siebie. I kiedy odbędziemy już to ważne spotkanie, będziemy mogli cieszyć się chwilą tak, jak nasi przyjaciele nomadzi. Wtedy, przy wieczornym ognisku odkryjemy, że wszystko jest takie, jakie być powinno, że dopełnia się kolejny dobry dzień.

Nikt nie pozostaje obojętny na pustynię. Większość z nas wraca tam po raz drugi, i jeszcze raz. Wracamy uwiedzeni przez jej niebezpieczne piękno, przez przestrzeń, która pachnie wolnością. Możliwe też, że wracamy, aby znów poczuć się tak, jak wtedy, przy pewnym ognisku...11karaw_www.jpg














www.aslematours.pl
 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;