Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
ANTYzima w Antyatlasie
Autor: elzbieta.simon@t-online.de   
Sunday, 20 March 2011

Maroko: Marakesz, Fez, Casablanca, góry Atlas... Tajemniczo brzmiące nazwy z filmów i książek.

Maroko leży w Afryce, ale z Europą łączy go wspólna przeszłość: imperium rzymskie, kalifat w hiszpańskiej Andaluzji, a jeszcze do niedawna protektorat francuski.

W czasie naszej dwutygodniowej wyprawy codziennie wieczorem bawiliśmy się w zabawę: „Powiedz, co ci się dzisiaj najbardziej podobało“. Zasadą tej zabawy jest, że każdy mówi po kolei, nie można się powtarzać i nie wolno komentować wypowiedzi innych.  W takim podsumowaniu dnia widać, że każdy z obserwatorów widział co innego i co innego uważa za ciekawe lub piękne. W przeciągu tych dwóch tygodni podobało mi się mnóstwo rzeczy. Teraz, po powrocie, mogę powiedzieć:

„W Maroku najbardziej podobało mi się“...:

·    STARE MIASTO – MEDINA – W FEZIE

Wyobrażam sobie, że w średniowiecznej Europie miasta wyglądały tak samo. Wciśnięte w mury obronne, kręte wąskie uliczki, w piętrowych domach warsztaty, z tyłu magazyny, na piętrze mieszkania właścicieli, robotnicy śpiący gdzieś kątem w warsztacie lub magazynie. Przy ulicach sklepy, niektóre piękne i bogate, niektóre malutkie i skromne. Uliczki tak wąskie, że przecisnąć się mogą tylko osły, obładowane towarami, ludzie z ręcznymi wózkami i tragarze.

Medina w Fezie składa się z dzielnic, z których każda ma meczet, publiczną łaźnię i publiczną piekarnię, do której gospodynie przynoszą tace z chlebem i ciastkami do wypieczenia. Kiedyś każda dzielnica miała też funduki, zajazdy dla karawan handlowych. Zajazdy te, zbudowane na planie czworokąta, zamykano od ulicy wielkimi bramami i dobrze strzeżono. Wielbłądy, osły i muły odpoczywały na dole. Na piętrze wokół dziedzińca biegła galeria, a z niej wchodziło się do pokojów dla podróżnych. Funduki były pięknymi budowlami. Zdobiły je mozaiki, sztukateria z drewna cedrowego, były wyposażone w piękne meble i dywany. Część funduków odrestaurowano i turyści mogą je zwiedzać. Podobnie ciekawe są medresy – szkoły przy meczetach, w których uczniowie mieszkali, studiując równocześnie religię, prawo, nauki ścisłe i sztuki piękne. W medinie codziennie odbywają się suki – targowiska. Na wsiach takie suki są raz w tygodniu i zjeżdża się na nie cała okolica. Na suku można kupić wszystko – no, może nie samochód - przy czym każda ulica lub parę ulic ma swoją specjalność. Na uliczce rzeźników sprzedaje się mięso, za reklamę służy głowa zwierzęcia, którego mięso się tam sprzedaje. Głowy są prawdziwe – w Europie, gdzie wszystko jest dyskretnie zafoliowane, odzwyczailiśmy się od takich brutalnych konkretów.

W innym suku góry wspaniałych owoców i warzyw. Dalej pęki ziół, przyprawy, kosmetyki naturalne, dalej ulica z różnymi gatunkami daktyli, wielkim wyborem fig, orzechów, suszonych owoców. Przechodzi się przez ulice z naczyniami, wyposażeniem kuchni. Trudno się nieraz domyślić, do czego służą, aż chciałoby się zapytać jakąś Marokankę. Na ulicy stolarzy można kupić meble i egzotyczne sprzęty, np. trony dla chłopców, świętujących obrzezanie lub trony dla nowożeńców. Wspaniałe sklepy z sukniami do ślubu i dekoracjami weselnymi.

W dzielnicy kowali można zajrzeć do warsztatów kowalskich, w których dmie się w miechy a kowale kują żelazo. Na pobliskim placu zaś na ziemi siedzą kotlarze i cały dzień wyklepują blachę i reperują kotły i garnki.

Jest też ulica cieśli, złotników, uliczki z ubraniami, butami, prezentami, pamiątkami dla turystów.

Przez tłum przechodniów przeciskają się chłopcy z tacami pełnymi szklanek z herbatą miętową, tacami ze słodyczami i koszami z chlebem. Mimo tłoku ludzie nie potrącają się wzajemnie, tłum płynie przez uliczki falą, bez zatorów. Jeśli chce się coś obejrzeć, wchodzi się do sklepu, który często wygląda niepozornie, ale potem okazuje się, że rozciąga się na dalsze pomieszczenia na piętrze lub w tyle budynku.

Tak jak kiedyś w miastach średniowiecznych w pobliżu rzeki usadowiły się garbarnie i farbiarnie. Na okolicznych dachach suszą się gotowe skóry.

Skóry moczą się w wielkich kamiennych kadziach, potem robotnicy oczyszczają je z resztek mięsa i włókien, potem skóry znowu się moczą i farbują.

Utrwalanie następuje jak przed wynalezieniem farb syntetycznych – w moczniku - w formie moczu ludzkiego i zwierzęcego. Robotnicy wchodzą do kadzi i ugniatają skóry własnymi nogami, nieliczni mają przy tym gumowe ubrania rybackie, większość jest na bosaka i w krótkich spodenkach. Kadzie są tak blisko siebie, że robotnicy chodzą po krawędziach kadzi, aby dojść do następnej. Wygląda to niebezpiecznie i ślisko.

Garbarnie te można obejrzeć z tarasu kamienicy, w której na niższych piętrach znajduje się sprzedaż wyrobów ze skóry: toreb, butów, kurtek, czapek.

Przy wejściu na taras dostaje się gałązkę świeżej mięty, tak by ją trzymać przy nosie i wdychać jej zapach. Można też za drobną opłatą zwiedzić „halę produkcyjną“ z miejscowym oprowadzaczem. Idzie się krętymi korytarzami, trzeba patrzeć pod nogi, by się nie poślizgnąć. Widok glinianej ziemi z mętnymi kałużami i odpadkami oraz „ściana“ zapachu u wejścia, kazała mi się obrócić i uciec w popłochu z tego miejsca.

Medina jest funkcjonującym miastem, ale boryka się z różnymi problemami: przeludnieniem, brakiem mieszkań. System kanalizacyjny i zaopatrzenie w wodę nie nadążają za przyrostem ludności. Nie ma oczyszczalni ścieków, więc odprowadza się je do rzeki i kanałów. Unesco i inne organizacje starają się ratować medinę przed zniszczeniem, ale wydaje mi się, że potrzeba na to wielkiego wysiłku i ogromnych środków.

 

·    WYPRAWA W ANTYATLAS

 

Antyatlas to pasmo gór na południu Maroka. Wypożyczyliśmy samochód i obje-chaliśmy trasę: AgadirþTafraoutþTiznitþAgadir, 400 km. Góry zbudowane są ze skał krystalicznych i osadowych. W przewodnikach można wyczytać, że są różowe i purpurowe – ja tego nie widziałam, być może stają się takie w promieniach zachodzącego słońca. W dzień miały barwy ochry, czerwieni, umbry, różnych kolorów ziemi. W górach panuje zupełna cisza, wioski są rzadko i w oddali, ma się wrażenie wielkiej przestrzeni i oddalenia od hałasu cywilizacji. Od czasu do czasu słychać pobekiwanie kóz i owiec. W niektórych miejscach góry są porośnięte kaktusami i krzaczastymi zaroślami. W dolinach widać tarasy z warzywami i zbożem, sady cytrusowe, gaje palmowe i oliwne. Są one nawadniane systemem kanałów, dostarczającym wodę z górskich źródeł. Szosa przecina niekiedy koryta górskich strumieni. W tych miejscach na szosie zbudowane były ruchome konstrukcje, które w czasie deszczu tworzą rodzaj brodu. Koryta były teraz suche, ale wyobrażam sobie, że strome wąwozy obok szosy szybko mogą zmienić się w rwące potoki.

Agadir leży nad Atlantykiem, tak więc wyprawę rozpoczęliśmy od zera metrów nad poziomem morza, potem wjechaliśmy  dość wysoko w góry, a za Tafraute przekroczyliśmy przełęcz na wysokości tatrzańskich Rysów – jeśli wierzyć tablicy ustawionej na przełęczy. Ludzie bez szczególnego lęku wysokości nie muszą się jednak bać, bo wykuta w skale szosa jest dobra, a kierowcy jadą wolno i ostroż-nie. Od strony przepaści nie ma wprawdzie barierek, ale są mijanki, wyminęliśmy bez trudu nawet autokar turystyczny.

Zachwycający jest widok warownych wiosek, często położonych na szczycie samotnego wzgórza. Wioski te nadal są zamieszkane. Nieraz widać z dala wsie, które można by przeoczyć, bo domy przylepione do zboczy mają ten sam kolor co góry.

W górach Atlasu rosną endemiczne drzewa arganowe.

W Maroku zawsze używano oleju z orzeszków arganowych, ale w ostatnich latach stał się on przebojem międzynarodowego rynku kosmetycznego i leczniczego. Olej wytwarza się w prymitywny sposób, zajmują się tym tylko kobiety. W Tafraoute weszliśmy do sklepiku, który okazał się być równocześnie wiejską kooperatywą. Na podłodze siedziały kobiety, jedna łupała orzeszki kamieniami, inne ucierały pestki w żarnach lub moździerzach, jeszcze inne wygniatały rękami olej z miąższu. Kobiety zgodziły się na robienie zdjęć, ale jedna z nich – z czystymi rękami – narzuciła innym poły chust na twarze.

W wioskach Antyatlasu mieszkają plemiona berberyjskie. Stroje kobiece to długie suknie i długie zasłony na głowie, jak na obrazach z Matką Boską. W jednej wiosce kobiety miały czarne suknie z czerwonymi naszywkami i białe zasłony,

w innej czarne suknie i czarne zasłony. Na widok mężczyzny kobiety zakrywają twarz. Równocześnie jednak są przyjazne, machają do przejeżdżających turystów.

 

·    MAROKAŃSKA ZIMA

Nocą jest zimno – od zera do pięciu stopni. Ponieważ zima trwa krótko, w hotech nie ma kaloryferów (w niektórych można włączyć klimatyzację i ustawić ją na ogrzewanie), w domach ludzie wstawiają na ten czas małe piecyki. W dzień świeci słońce i powietrze ogrzewa się nawet do 25 stopni. Można się więc opalać, niektórzy próbowali też kąpieli w nieogrzewanym basenie. W Atlantyku widać wielu surfingowców, ale ci są w neoprenach. Marokańska zima to dla Polaków wiosna. W miastach kwitną buganwille, strelicje i inne podzwrotnikowe rośliny. W górach stoki pokrywa świeża trawka, żółcieją krzaki żarnowca, kwitną drzewka migdałowe, pachnie kwiatami i świeżością.

·    LUDZIE

Rzuca się w oczy ich wielka różnorodność: ludzie pochodzenia arabskiego, berberyjskiego, z Czarnej Afryki. Kobiety w ubraniach europejskich, ale też w czadorach, w nikabach, kolorowych chustach. Dość dużo kobiet kompletnie zakwefionych, w czerni od stóp do głów, zakryte nawet oczy.

Mężczyźni w galabijach, w płaskich czapeczkach lub turbanach na głowie. Egzotyczne widoki ludzi jadących na osiołkach lub transportujących osiołkami dziwne rzeczy, np. butle gazowe.
Zabawny był dla mnie fakt, że my turyści przyglądamy się tubylcom, a tubylcy nam. Na przykład w lokalach w medinie podpatrywaliśmy jakie są miejscowe zwyczaje. Przed jedzeniem każdy mył ręce nad zlewem stojącym w środku restauracji. Na stołach cerata, przed każdym z gości układano papierową serwetę, a potem na stół stawiano talerz świeżych ryb i owoców morza, upieczonych w panierce. Jedliśmy je rękami, a odpadki układali w górkę na stole. Do tego dostawaliśmy pyszny biały okrągły chleb, który macza się w miseczce z ostrym sosem. Do tego sałatka marokańska: drobno pokrojone pomidory, ogórki i cebula, przyprawione oliwą. Pomidory i ogórki dojrzałe na słońcu! Sałatkę je się łyżeczką. Oprócz tego podawano miseczki z czarnymi, zielonymi i różowymi oliwkami, z ostrą papryczką, z pieczonymi bakłażanami. Po obiedzie kelnerzy błyskawicznie sprzątali „pobojowisko“, a goście ustawiali się w kolejkę przed kranem, aby umyć ręce. Po jedzeniu przynoszono tackę z dzbanuszkiem wrzątku i gałązkami mięty i innych świeżych ziół oraz kilka wielkich kostek cukru. Zimą pije się inne zioła niż latem. Wkłada się je do dzbanuszka i wrzuca kostki cukru. Po zaparzeniu herbatę nalewa się do szklanki i od razu z powrotem do dzbanuszka – i tak parę razy, próbując, czy napój już jest wystarczająco gorzki i słodki. Dopiero wtedy się pije.
Przed jedną z bram mediny natrafiliśmy na wózek z górą owoców opuncji. Ponieważ są kolczaste, to nigdy nie wiedzieliśmy jak się je je. Sprzedawca brał do ręki owoc – gołą ręką! - przekrajał skórkę, nadziewał wnętrze owocu na wykałaczkę i podawał chętnemu. Owoce są cierpko-słodkie, a sok koloru buraczanego. Zachwycone byłyśmy naszymi ufarbowanymi językami, ludzie koło stoiska mieli ubaw, widząc jak je fotografujemy.

Maroko to kraj rozwijający się. Czterdziestoośmioletni król Muhammed VI jest nowoczesny, cieszy się popularnością, równocześnie sprawując autorytarne rządy.

Jego portrety wiszą w urzędach, hotelach i sklepikach, ale z drugiej strony Marokańczycy niechętnie mówią o polityce. W porównaniu z innymi krajami arabskimi prasa cieszy się względną wolnością. Kraj ma jednak problemy: ubóstwa, nierówności społecznej, analfabetyzmu, braku miejsc pracy dla młodzieży. Nie ma powszechnego systemu opieki emerytalnej, dlatego wszyscy Marokańczycy do starości gdzieś pracują. Często jest to naprawdę biedny zarobek, na przykład sprzedaż pocztówek lub słodyczy, ułożonych na starym wózku dziecięcym. Mięso jest drogie, więc wiele ludzi trzyma na tarasach zwierzęta. W milionowym mieście Casablance obudziło mnie rano pianie kogutów. Ceny chleba są subwencjonowane. Poziom życia jest zdecydowanie niższy niż w Europie.

Z ciekawością śledzę wydarzenia w Afryce północnej. Mam nadzieję, że zmiany pójdą w dobrym kierunku. Życzę Marokańczykom, żeby ich życie stało się łatwiejsze.

 

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;