Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Goniąc za kuglarzem
Autor: Henryk Kupiec   
Sunday, 03 April 2011
Relacja z wycieczki przyrodniczej , głównie ornitologicznej, do Gambii i Senegalu w styczniu 2011. Grupa liczyła 12 osób + pilot, specjalista od ptaków. 

21.I. Dzień sóweczki
Hotel Sunset Beach. Teren ogrodzony, przed bramą wjazdową jest zawsze ochrona. Obsługa ma identyfikatory. Obcy nie wejdą. Drugie wejście do hotelu jest od strony plaży, ale tam też zawsze dyżuruje ochroniarz. Pokój hotelowy składa się z sypialni, łazienki, salonu z telewizorem i aneksu kuchennego z niezbędnymi rzeczami jak: kuchenka elektryczna, czajnik, talerze, sztućce, kubki, ścierka do naczyń. Można żywić się samemu. Jak sie później okazało, większość europejskich gości nawet nosa nie wychyla poza teren hotelu spędzając czas głównie na leżakach, które rezerwują juz o 7-mej rano. Nawet do oceanu nie wchodzą, bo basen jest na miejscu.
O 8-mej idziemy na śniadanie. Stół szwedzki. Na naleśniki lub omlet trzeba trochę poczekać - są przygotowywane na bieżąco. Biorę pieczywo(świeże i chrupiące), masło, żółty ser, dżem i czekam na omlet. Do stolika kelnerzy przynoszą kawę lub herbatę. Zimne soki bierze się samemu.
Po śniadaniu jedziemy naszym busem (bus Gambia Tours, kierowca Seku i pilot Sam będą cały czas z nami)do kantoru na wymienę pieniędzy. W naszym hotelu też to można zrobić, ale Sam wiezie nas do zaprzyjaźnionego kantoru, obiecując lepszy kurs. Potem okaże się, że te różnice są znikome. Gdy kolejno wymienialiśmy pieniądze, z pięterka nad kantorem odzywa się ktoś po polsku. Okazało się , że nasza rodaczka z Pisza tu mieszka. Niedawno przyjechała i tyle się dowiedzieliśmy, bo później kontaktu z nią nie było.
Przejeżdżamy do sklepu(też znajomy Sama) i kupujemy różne produkty. Pocztówki są też, ale wybór niewielki. Kupuję w kiosku przy hotelu( pocztówka 20 dalasi, znaczek - 15 do wszystkich krajów). W pokoju wypisuję wszystkie od razu - może dojdą przed moim powrotem do Ełku. Zostawiam je w recepcji, bo żadnego urzędu pocztowego, ani skrzynki pocztowej nigdzie nie zauważyłem.
Między 15-tą a 18-tą spacer z obserwacją ptaków. Przechodzimy koło jakichś śmietników(w żargonie obserwatorów ptaków to są biotopy, miejsca ulubione wielu gatunków), potem do bajorka w którym brodzą czaple. Wszyscy z lornetkami i nawet dwie ciężkie lunety na statywach są w grupie. Na moście na rzece Kotu dyżuruje zawsze grupa tutejszych znawców ptaków, oferujących swoje przewodnickie usługi, żeby pokazać jakieś ciekawe gatunki (200 - 500 dalasi za 2 godz). Prz drodze - stragany z różnymi pamiątkami - figurki z drzewa, bransoletki, gliniane dzbanki, kolorowe czapki itp.
Na jednym z drzew, ukryta między gałęziami siedzi sowa(syczek afrykański). Wszyscy chcą ją pokazać. Przez cały czas naszego pobytu dyżurowała na tym drzewie, zmieniając pozycję. Z innych gatunków zapamiętałem czaplę rafową, warugę, wikłacze, rybaczka i łowca kameruńskiego(rodzaj zimorodka).[Foto http://www.odyssei.com/pl/travel-article/18706.html ]
22.I. Dzień tuku.
Pobudka 630, śniadanie (owsianka, jajecznica z 2 jaj,boczek podsmażany, plasterki świeżego ogórka, dżem i kawa z mlekiem)i po 8-mej wyjazd busem do rezerwatu Abuko. Jest to najstarszy rezerwat w Gambii, którego początki sięgają roku 1916. Gęsty las, palmy, fikusy, drzewa cytrusowe, oczka wodne, strumyk i dużo ptactwa. Są też małpki - gerezy i makaki. Chodzimy wąskimi ścieżkami, pod dachem z gęstych liści, przepuszczającymi niewiele światła. Robimy przerwę przy barze w centrum parku.
Wracając busem do hotelu, wstępujemy jeszcze na targowisko w Serekunda. Pełno straganów, wąskie przejścia między nimi i ludzie niechętni do zdjęć. Przelatujemy przez targowisko galopem. Kilku naszych kupiło jakieś nasiona baobabu, które wrzuca się do wody i to pije. Probowałem smaku - miał być lekko cytrynowy, ale nie wyczułem.
Często zatrzymujemy busa, gdy ktoś zauważy jakieś ptaszki. Ja też chciałem błysnąć.
-O, widzę dwie dzierlatki zachodnioafrykańskie!
-Gdzie, gdzie?!
- Tam na przedzie, idą chodnikiem(dwie ładne gambijskie dziewczyny).
- Proszę nas nie rozpraszać! Takie żarty są niedopuszczalne.
Później zrozumiałem, że mnie, laikowi, nie wolno żartować, ale „znawcom“ wolno jak najbardziej. Znawcy wiedzą, że żadnych dzierlatek zachodnioafrykańskich nie ma.
Dzisiejsze gatunki to: tuku senegalski, kania egipska, kulik mniejszy (na plaży), kwokacz(dziób zakrzywiony w górę).
Po 16-tej idziemy na pole golfowe Fajara. Jest to ogrodzony teren, na którym poszczególne pola są przegrodzone szerokimi szpalerami drzew, głównie palm. Golfiści chodzą za swoimi piłeczkami. Między nimi i ich pomocnikami z wózkami kijów golfowych spacerują świnki(tak!), a my wypatrujemy ptaków. Najciekawszymi obiektami byli ludzie: robotnicy wchodzący wysoko na palmy w celu zabrania oleju palmowego z butelek wiszących pod koronami wierzchołkowych liści i młoda gambijka, która chętnie pozowała do zdjęć. [Foto http://www.odyssei.com/pl/travel-article/18707.html]
23.I. Dzień amarantki.

Dziś jedziemy do rezerwatu Tanji. Jest to rezerwat typu sawannowego, choć leży nad oceanem, są w nim wydmy, laguny, suche trawy, drzewa figowe, baobaby, małpy i dziesiątki mew. Łazimy po tym rezerwacie ze 2 godziny, a potem przechodzimy do niedalekiego Tanji. Foto http://www.odyssei.com/pl/travel-article/18708.html
Tanji to miasteczko rybackie. Przy skromnych domkach leżą zapasy drewna. Tu się suszy i wędzi złowione ryby. Nie ma tu żadnego portu. Łodzie są wyciągane na piasek przy pomocy lin. W czasie przypływu nie ma z tym problemu. Mali chłopcy 10-12 lat ciągle nam proponują futbol za 50 dalasi. Nie wiedziałem, o co im chodzi. Okazało się, że nie o bilety na jakiś mecz, ale chcą grać w piłkarzyki. Przy jednej z chałup stał stół z tymi piłkarzykami. W pewnej chwili zauważyłem, że nikogo z naszej grupy nie widzę. Szybko poleciałem do busa, a mogłem jeszcze troche połazić po Tanji. Wizyta w miasteczku nie trwała dłużej niz pół godziny.
W południe dojeżdżamy do Marakissy. Miejsce nad rzeką , znacznie oddalone od asfaltowej drogi. Jest tu restauracja, miejsca noclegowe w domkach i punkt obserwacyjny ptaków - zadaszone miejsce(kryte trzciną), wokół którego ustawione liczne poidła i karmniki dla ptaków. Gdy jest cicho i spokojnie, to przylatują do tych poideł. Widzieliśmy liczne kruczki, amarantki, toko i błyszczaki. Gdy większość siedziała pod daszkiem, kontemplując ptaki, mogłem przejść się troche po okolicy.Na terenie przy restauracji spokojnie grzebią w śmietniu ścierwniki, łażą kozy. Na niewielkich poletkach uprawia się ryż.
Tak doczekaliśmy do obiadu. Stół szwedzki - kurczak pieczony lub omlet, dużo jarzyn - pomidory i ogórki, frytki i ryż. Koszt obiadu 200 dalasi, oprócz tego piwo 40 dalasi.
Stąd już wracamy do hotelu. Potem czas wolny, wieczorne dyskusje - głównie o ptakach, jakie widzieliśmy, jakie chcemy jeszcze zobaczyć. Brandy Napoleon - chyba tutejsze, ale niezłe w smaku, łagodne ( litrowa butelka 195 dalasi ).
W hotelu codzień sprzatanie, nowe ręczniki. Jakaś ekipa - 2 monterów i pracownik hotelu chyba już ze 3 razy sprawdzała instalację telefoniczna, choć nikt z nas nie używa tutejszych telefonów.
24.I. Dzień czajki szponiastej.
800 - Wyjazd busem na Cape Point. Są tu liczne laguny, mokradła i ptactwo wodne. Przechodzimy obok uprawnych poletek i próbujemy wina palmowego. Nic specjalnego, raczej bez smaku. Spacerując po na wpół wyschniętych lagunach obserwujemy liczne kraby, bardzo płochliwe i na próbę podejścia reagują chowaniem sie do dziur. Żeby zrobić zdjęcia kraba z bliska, trzeba nieruchomo stać kilka minut, aż wylezie z dziury.
W czasie sjesty idę na plażę, żeby zaliczyć ocean. Fale duże, na brzegu niebieska flaga, co oznacza, że nie powinno się wypływać. Żeby popływać trzeba iść z pół kilometra w morze, bo przy brzego jest bardzo płytko. Z początku woda wydawała sie zimna, ale potem już jej nie czułem. Kąpią się nieliczni. Niektórzy wynajmują konie i robią sobie przejażdżki na plaży.
Po 16-tej znowu idziemy na poszukiwanie nowych gatunków ptaków. Idziemy przez działki uprawne i pola ryżowe. Pośród tych pól mijamy siedzibę gambijskiego towarzystwa obserwatorów ptaków. Znowu spotykamy czajki szponiaste, żołny, amarantki, czaple rafowe, szczudłaki, papugi aleksandretty itp. Najwięcej ptaków, szczególnie czapli złotawych było w pobliżu miejsca, gdzie wylewano nieczystości. To jest dopiero biotop. Szczudłaki tylko czekają na nowe dostawy świeżego towaru.
Na duzym, starym drzewie znajdujemy gniazdo warugi. W drodze powrotnej znowu przechodzimy koło tego drzewa, na którym dyżuruje sowa. Do hotelu wracamy przez Kotu Stream. Jest odpływ i można przejść przez niego zdejmując tylko buty.
Wieczorem jest występ jakiegoś tutejszego zespołu. Bębny i jeszcze raz bębny, jakieś tańce typu bardzo akrobatycznego, raczej to przypomina występy gimnastyków. Muzyka w sumie monotonna i na dalszą metę męcząca (videoklip http://www.youtube.com/watch?v=Llyj4uZG0BM ).
Siedzimy do 23-ciej na werandzie. Tematyka , oczywiście głównie ptasia. Zrobiło się chłodno (chyba do 25 stopni) i trochę zmarzłem w nogi. Siedziało się po letniemu - w krótkich spodniach.
25.I. Dzień wydrzyka.
Po śniadanku, jak zwykle o 8-mej, wychodzimy „na ptaki“ ścieżką przez pola ryżowe i jakieś zabagnione tereny. Spotykamy czaple czarnodziobe, kulony itp. Mijamy hotel i restaurację Kunta Kinte - podobne do naszego Sunset Beach Hotel. Koło 12-tej robi się gorąco i wracamy do hotelu.
W porze sjesty zrobiłem 2-kilometrowy spacer plażą aż do klifu. Dalej nie szedłem, gdyż porowate skały schodzące do samego oceanu były bardzo ostre, a ja chodziłem boso.
Po 16-tej poszliśmy jeszcze raz na pola ryżowe, do sowy na znanym drzewie, a potem jeden z tutejszych przewodników namówił Przemka na jakieś oczka wodne, gdzie miało być coś oryginalnego. W pierwszym nic nowego, ale w drugim, przy dużym śmietniku były nowe gatunki : wydrzyk i kurka czarna. Wszyscy byli usatysfakcjonowani.
Wróciliśmy koło 19-tej i zaczęlismy przygotowywać się do jutrzejszego wyjazdu. Jeśli ktoś miał dużo rzeczy, mógł je pozostawić w hotelu, gdyż po wycieczce w głąb Gambii i Senegalu wreacaliśmy do tego samego hotelu.

26.I. Dzień hipopotama. 
Pobudka 630, śniadanie i o ósmej wyjazd naszym busem do Banjul, tam przeprawimy się przez rzeką do miejscowości Barra. Stolica Gambii nie wyróżnia się niczym spośród innych miasteczek. Jest mniejsza niż Serakunda. Plątanina gęstej sieci uliczek, parterowe domki.
Na przystań przyjechaliśmy sekundy za późno i prom odjechał. W oczekiwaniu na kolejny prom(chyba ze dwie godziny) obserwujemy ruch na przystani. Na przystani i szczególnie poza nią kwitnie handel. Kupiłem 2 płyty CD z muzyką Gambii i Senegalu za 100 dalasi. Nie wiem, co to jest, gdyż na stoisku nie było jak sprawdzć.
Wchodzimy na prom. Duży tłok, ale wszyscy się zmieścili. Przeprawa trwa koło godziny, gdyż Gambia jest w tym miejscu szeroka na kilka kilometrów (w najszerszym miejscu ma 12 kilometrów). Potem kupujemy zapas wody - po zgrzewce na głowę (6*1,5 l za 150 dalasi). W Senegalu będzie trudniej ją kupić i jest o wiele droższa.
Do godziny 15-tej jedziemy porządną asfaltową drogą, często zatrzymując się dla jakichś ptaszków. Jeśli postój wypadnie w pobliżu wsi, to zaraz słychać - Tuba, tuba ,tuba!!(białas) - i przy busie pojawiają się najpierw dzieci, później dorośli.
W Koutour dobra droga się kończy. My przesiadamy się na stateczek do Janjanbureh, a bus z naszymi bagażami pojedzie gorszą drogą w to samo miejsce.
Na stateczku są dwa poziomy. Dolny, gdzie jest bar i tu zjedliśmy lunch(wołowina, ryż, warzywa) i górny , gdzie na leżąco można podziwiać przyrodę(jest zadaszony, słońce nie przeszkadza). Tak płyniemy prawie 6 godzin. Po drodze mijamy stado hipopotamów. Są bardzo czujne. Mimo zgaszenia silnika chowają się pod wodę, gdy stateczek z rozpędu się do nich zbliża.
Ze statku wygodna obserwacja brzegu - drzewa, ptaki, małpy(gerezy, makaki i pawiany), liczne gniazda wikłaczy. Przez ten czas mijamy tylko jedną łódkę z rybakiem. Rzeka jest pusta. Do Janjanbureh dopływamy po ciemku. Czarna noc, tylko malutkie światełko na przystani sygnalizuje, gdzie mamy przybić. Cumujemy do drugiego stateczku, który przypłynął wcześniej.Z trudem gramolimy sie na brzeg, bo tu się wszystko chybocze.
Nasz bus z bagażami już jest. Tu nie ma prądu. Rozlokowujemy się w domkach po ciemku, idziemy na kolację też po ciemku(przydają się latarki). Już jest grupa Hiszpanów. Czekają na nas, gdyż jest szwedzki stół i wszyscy muszą dostać jedzenie. Na stołach stoją świece i lampy naftowe. Aby wybrać coś na talerze, zakładam lampę-czołówkę(inni też tak robią).
Jest jakaś zupa. Na drugie można wybrać kurczaka, jakiś sos , warzywa. Do picia - piwo. W trakcie konsumpcji przygrywa dwuosobowy zespół - jakiś bęben i taka gitara z tykwy. Po kolacji są występy taneczne przy ognisku. Tubylcy wciągają turystów do zabawy, ale nasi są zbyt zmęczeni długą podróżą i szybko się zmywają.
W domkach, na ogół dwuosobowych, są łóżka z moskitierami, jest łazienka, ale nie ma wody. Między łazienką a sypialnią nie ma drzwi. Myję zęby, twarz i nogi zużywając jedną butelkę wody mineralnej. Foto http://www.odyssei.com/pl/travel-article/18709.html
27.I. Dzień muchodławki.
Pobudka o 7-mej rano, zaczyna budzić się dzień. Nieumyci i nieogoleni idziemy na śniadanie (kawa z mlekiem, dżem, masło i jakieś pączuszki). Możemy się wreszcie rozejrzeć po okolicy - uprawne niewielkie działki i dżungla. Nasza restauracja jest nad samą Gambią. Przy pomoście cumują dwa stateczki - nasz i Hiszpanów.
Po śniadaniu załadunek na busa i czekamy na przeprawę przez Gambię. Jest wreszcie okazja, żeby zobaczyć normalną wieś z gambijskiej prowincji. Chodzimy po okolicy, po wsi i robimy zdjęcia.
Na przystani coraz więcej ludzi, dużo dzieci w wieku szkolnym. Starsze dziewczyny ubrane są w niebieskie spódniczki, młodsze w zielone. Jedna z dziewczynek ubranych na niebiesko pyta mnie nieśmiało czy mam „school materials“. Pytam, czy może być długopis. -Tak, tak! -To zaraz ci dam, muszę podejść do busa, gdzie mam plecak.
Wyciągam długopis, odwracam się do wyjścia i widzę w drzwiach chyba z 10 wyciągniętych rąk. A wszystkie dzieci podobne. Która jest moja, której obiecałem długopis? Biorę resztę długopisów, jakieś cukierki i wkładam do każdej wyciągniętej dłoni. Gdy wcześniej jeden z naszych kolegów chciał dać komus długopis, chwyciły za niego trzy ręce i połamał się. Żadne nie chciało puścić.
Dochodzi nasza kolejka do promu. Prom malutki - mieszczą się dwa samochody. Tył naszego busa wystaje poza prom. Ale jakoś przepływamy na wyspę - bo tu Gambia dzieli się na dwie odnogi, a na wyspie jest właściwe Janjanbureh. Podobno niedługo będzie tu już most. Na razie jest most na drugiej, węższej odnodze.
Znowu jazda busem do godz 15-tej z przystankami na ptaki. Na jednym z nich rejestrujemy muchodławke wspaniałą, a poza tym jakieś “drapole”. Cały czas wypatrujemy kuglarza. W Basse ostatnia możliwość zakupów przed przekroczeniem granicy z Senegalem. Niektórzy kupują alkohol - jedyny w tym sklepie - dżin. Potem okazał się bardzo paskudny, ale został zużyty w całości.
Do granicy telepiemy się gruntową drogą, pełno kurzu. Granica to niewielki budyneczek straży granicznej i kilka lepianek. Sam zebrał wszystkie paszporty i powędrował do pograniczników. W tym czasie mogliśmy wysiąść, pochodzić, ale zdjęć Sam radził nie robić. Po pół godzinie jedziemy już dalej. Jesteśmy w Senegalu.
Znowu pojawia się asfalt. Przy Foret de Gouloumbou zatrzymujemy się na obiad (kurczak, ryż, warzywa, banany i piwo płatne osobno -1300 tutejszych franków). Jest to ośrodek dla myśliwych, sympatycznie urządzony, nad stromym brzegiem Gambii. Domki, restauracja i basen.
Do bramy parku Niokolo Koba przyjeżdżamy za 10 piąta, a o piatej zamykają bramę i już wjechać nie wolno.Na wjazd czeka też grupa Węgrów na samochodach terenowych. Jest to międzynarodowy rajd - podobno jadą z pomocą humanitarną do Bamako.
Mijamy szlaban i jedziemy teraz drogą terenową, pełną wybojów, do Sementi, w sercu parku, gdzie jest hotel i restauracja. Nasz bus na wysokim podwoziu dogania poszczególne pojazdy rajdowców i je wyprzedza, gdy pojawia się taka możliwość. Jedziemy około 1,5 godziny mimo, że to tylko 40 km. Po zmroku nie wolno jeździć po parku.
Gdy dojeżdżamy do hotelu do każdej walizki czy plecaka rzuca się paru murzynów z pomocą(oczywiście napiwek mile widziany). Mieszkamy w domkach, w 2-osobowych pokojach z łazienkami. Jest nawet woda, można wziąć prysznic i wreszcie się ogolić. W łazience jest nawet gekon.
Kolacja o 1930 - gulasz wołowy, warzywa, kartofelki, banany. Piwo „Gazela“ płatne dodatkowo - 1500 franków butelka. Foto http://www.odyssei.com/pl/travel-article/18710.html
28.I. Dzień perkołyski
Wstajemy przed świtem. Jest szaro, ale coraz widniej. Wychodzimy na taras nad rzekę, aby nie przegapić wschodu słońca. Dżungla powoli się budzi, jest coraz głośniej. Na tarasie pojawiają sie pijawniki.
Na wschodzie wytryska ognista krawędź tarczy słonecznej. Rzeka nabiera blasku. Juz widać pierwszą łódź z turystami, kierującą się w góre rzeki. My to zrobimy po śniadaniu. Po kempingu buszują małpy - makaki. Wszędzie ich pełno - na ciężarówkach i pod. Rajdowcy, wśród których też są Polacy, rozbili namioty przy hotelu. Jedni postawili namioty na ziemi, przy ciężarówkach, inni mają namioty na dachach swoich pojazdów. Tak jest bezpieczniej i szybciej się składa namiot.
Śniadanie - kawa z mlekiem(na ogół jest do wyboru z herbatą, ale ja wolę rano kawę), jajecznica, masło, dżem i świeże bagietki - tu, w sercu dżungli, 40 km od najbliższej wioski. Okazuje się, że pieką je na miejscu, w piecu stojącym na zewnątrz, 50 m od restauracji. Wystarczy mieć mąkę.
Po śniadaniu pakujemy się na łodkę z silnikiem i płyniemy w górę rzeki. To nadal jest Gambia, ale juz węższa - tylko ze 200 m szerokości. Wokół bujna dżungla. Na wyższych gałęziach siedzą orły i inne “drapole”, wśród gałęzi przemykają małpy. Przed nami jest stado hipopotamów, ale nie pozwalają na przyblizenie i się chowają. Na piaszczystej łasze wylegują się krokodyle, w pobliżu schodzi do wody kudu. Między krzaczkami przemykają perliczki, prawie takie jak nasze, tylko że dzikie.
- Jest perkołyska! Tam, przy brzegu wśród gałęzi.
Wszystkie lornetki i aparaty fotograficzne szukają tego egzotycznego ptaka i podobno trudnego do obserwacji. Nasza perkołyska płynie spokojnie przy brzegu. Płyniemy z wyłączonym silnikiem, kilkadziesiąt metrów od brzegu. Perkołyska zaliczona.
Na wystających z wody kamieniach często stoją czaple, warugi, czajki szponiaste itp. W powietrzy najczęściej orły bieliki i inne drapeżniki, o ile nie dyżurują na suchych gałęziach wysokich drzew.
Dopływamy do kolejnej łachy. Wyłączamy silnik i rozpędem zbliżamy sie do kolonii marabutów. Wśród nich jest też bocian czarny. Seria zdjęć i zawracamy. Koło 12-tej jesteśmy już przy hotelu. Już jest gorąco. Termometr przy restauracji pokazuje 33 stopni w cieniu. Nawet ptaki przestają być aktywne. Ale udaje mi się sfotografować gołębia okularowego na trzcinowym dachu restauracji, a potem jeszcze szarą wiewiórkę.
Po 16-tej znowu idziemy szukać ptaszków. Tym razem idziemy nad jeziorko, przy którym jest punkt obserwacyjny - wiata z daszkiem. Siedzimy w cieniu i kontemplujemy widok - czaple modre, długoszpony, kurkę, orlika białego- czuwajacego na wysokiej, gołej gałęzi. Nad wodę schodzi antylopa, kilka metrów dalej leży leniwy krokodyl. Widać nażarty, bo nic nie reaguje na podchodzący posiłek. Przy ścieżce - oczywiście amarantki. Potem jeszcze zanotowałem pliszkę srokatą, gołębia okularowego i błyszczaka długosternego.
Prąd w hotelu pochodzi z generatora, ale w dzień generatory wyłączają i nie można nawet zaparzyć herbaty. Choć posiłki mamy w cenie imprezy, to napoje płacimy oddzielnie. Oprócz piwa może być jeszcze coca cola, fanta lub woda. Wodę to mamy swoją, kupioną jeszcze w Gambii.
29.I . Dzień frankolina.
Przez pomyłkę wstałem o godzinę za wcześnie. Znowu mogłem obserwować wschód słońca i słuchać budzącej się do życia dżungli.
Po śniadaniu ładujemy się na ciężarówkę, przystosowaną do wożenia turystów po parku. Na wysokiej platformie sa dwie długie ławki, równoległe do drogi. Można obserwować albo lewą, albo prawą stronę. Nad głową mamy brezentowy dach do ochrony przed palącym słońcem. Jest sucho, ku-rzy się i wszyscy jesteśmy pokryci warstwą czerwonego pyłu.Jak coś zauważymy, zatrzymujemy się. Trafiają się guźce, gazele, małpy ale najważniejsze są ptaki. Jeśli nie ptaki - to stajemy na krótko albo w ogóle i można usłyszeć od pilota, że nie jest to wyprawa fotograficzna.
Dłużej zatrzymujemy się na “ptasiej łące”. Tak ją nazwałem, bo rzeczywiście tu widzieliśmy ptaków najwięcej: czaple złotogłowe, dzioborogi, marabuty, żurawie koroniaste, bieliki, frankoliny(takie tutejsze kuropatwy), perliczki. Wśród nich pasące się gazele, a nawet guziec.
Kolejny punkt widokowy nad głębokim kanionem rzeczki, będącej dopływem Gambii. Most wiszący jest zerwany - wisi na jednej linie. W innym miejscu mamy piękny widok na kanion i nie musimy przechodzić na drugą stronę. Też dużo ptaków. Liczne kopce termitów, sięgające do czterech metrów wysokości.
Jedziemy dalej. Czasem przemknie przez drogę stadko perliczek lub frankolinów. Zatrzymujemy się w niewielkiej osadzie, złożonej z kilku okrągłych domków, krytych strzechą. To obsługa parku. Prąd mają z baterii słonecznej. Jest też piec do wypieku chleba. Nie pozwalają się fotografować. Schodzimy w dół nad rzekę. Jest niewielki wodospad, a raczej próg. Sporo ptaków. Jest żołna mała.
Przed 13-tą już jesteśmy z powrotem w Sementi. Lunch - wołowina z frytkami, warzywka i banan na deser. Do picia wykorzystuję wodę, którą mam z Gambii. Zrzucamy się na napiwek dla przewodnika i kierowcy ciężarówki(po 1000 franków-niecałe piwo- od osoby).
Do 16-tej sjesta. Grupa wybiera się na drugą wycieczkę łodzią i za dodatkową opłatą, ale ja wolę spacer po okolicy. Nie wolno daleko odchodzić, gdyż park zwiedza się tylko z samochodu. Tu nawet są lwy, ale gdzieś daleko od Sementi. Park ma powierzchnię kilkunastu tysięcy kilometrów kwadratowych. W cieniu dobrze się chodzi, ale nadal gorąco. Napotykam stado pawianów i zawracam. Ich jest dużo, a ja jeden. Wyprawa łodzią nie doszła do skutku, gdyż coś się zepsuło.
Na hotelowy śmietnik przyszło stado pawianów i guźce. Tu mają łatwą wyżerkę, nie muszą męczyć się poszukiwaniami w dżungli. Robię kilka zdjęć- pijawniki, błyszczaki.
Hotel ma prąd z agregatu i baterii słonecznych. W domkach jest światlo od 19-tej do 7-mej rano. Bardzo przydają się latarki. Temperatury : w dzień do 35 stopni, w nocy spada do 27, a nad ranem było nawet 25. Foto http://www.odyssei.com/pl/travel-article/18712.html
30.I. Dzień żółtych kwiatków.
Opuszczamy Sementi koło 8-mej. Po drodze jeszcze kilka przystanków na żółte kwiatki, które pierwsze pojawiają się po wypaleniu traw. Wypalanie trawy ma służyć turystom, żeby choć z ciężarówki mogli coś zobaczyć. Wysokie trawy wszystko zasłaniają. Ale też wypalony las nie wygląda najlepiej, poza tym człowiek się strasznie brudzi, biagając po tym wypalenisku w poszukiwaniu ciekawych kwiatów czy drzew.
Przejeżdżamy przez miasteczko Tambacounda. Wszędzie te same domki kryte trzciną, ściany z gliny lub blachy falistej. Ważniejsze budynki murowane, ale najwyżej piętrowe. Ulice nieutwardzone, kurz i dużo śmieci. Zatrzymujemy się przy ichniej Cepelii. Można zobaczyć rzemieślników przy pracy. Tutejsze wyroby to głównie drewniane rzeźby i maski, jakieś malowidła typu makatki, kapelusze z trzciny itp. Kupuje się za euro lub dolary. Ceny od 5 do 50 euro, trzeba się targować.
Tuż za Tendacoumbą zatrzymujemy się w ładnej restauracji na lunch. Gości, poza nami, nie ma. Są też pokoje hotelowe. Elegancja Francja - drzwi każdego są ozdobione rzeźbą jakiegoś ptaka lub innego zwierzęcia. Pokoje rozmieszczone są wokół basenu, otoczonego bujną i kolorowo kwitnącą roślinnością. Przed restauracją ochrona. Lunch bardzo smaczny, nawet był deser z południowych owoców. Ostatnie franki wydaliśmy na piwo.
Granicę z Gambią przekraczamy w tym samym miejscu. Przy polnej drodze niewielki budyneczek służby granicznej. Ta granica jest tylko dla nas, dla białych turystów. Tubylcy przechodzą z Senegalu do Gambii kiedy chcą, stada krów też. Ta granica jest przecież sztuczna, relikt z czasów kolonizatorów. Tutejsi mówią swoimi dialektami, choć urzędowy język w Gambii to angielski, a w Senegalu - francuski.
W Basse jesteśmy koło 18-tej. Nasz kemping jest po drugiej stronie rzeki. Bus zostaje w Basse, a my przeprawiamy się dwiema łodziami ze swoimi bagażami na drugi brzeg Gambii. Kemping przyzwoity, nawet są oddzielne parcele na namioty i nawet w cieniu, ale gości nie ma - oprócz nas. Zanim zakwaterowaliśmy w swoich domkach zapadł zmrok. Tu też prąd jest z generatora. Woda w łazience ledwo ciurka, ale jest. Na kolację schodzimy o 21-szej z latarkami. Niebo pogodne, nad głową, w zenicie jest akurat Orion. Inne gwiazdozbiory są schowane za drzewami.
31.01. Dzień myszołapa
Wstajemy o 7-mej - już świta. 730 - śniadanie(jajecznica, racuszki, chleb, masło i podobno dżem), ale nieco się spóźniłem, bo robiłem sobie herbatę na drogę, póki działał generator. Dziś dosta-jemy suchy prowiant na lunch, nie wiadomo jak będzie z piciem.
Znowu przeprawa przez rzekę i ładowanie się na busa. Krótki postój w miasteczku, jakieś zakupy i jedziemy dalej szutrową drogą w kierunku Tendaby. Gorąco i kurz, droga tylko kawałkami jest asfaltowa,niektóre odcinki w budowie i trzeba jechać objazdami.
Na lunch zatrzymujemy się w jakimś miasteczku. Wchodzimy do lokalu z szyldem “Ramdan tailoring and restaurant”. Plastikowe stoliki i krzesła, na ścianach świąteczne lub noworoczne dekoracje. Wszyscy lecą do toalety, żeby choć ręce umyć przed jedzeniem. Nic z tego - brak wody. Jedzenie mamy swoje, potrzebujemy coś do picia. Piwa nie ma. Jest cola, ale tylko trzy osoby zdążyły zamówić po butelce, gdy się skończyła. pozostała fanta i woda mineralna. Dobrze, żę miałem herbatę.
Po drodze , jak zwykle, zatrzymujemy się parę razy “na ptaszki”. Zaliczamy myszołapa rdzawoskrzydłego. Kuglarza ani śladu. Do Tendaby dojeżdżamy koło 16-tej. Kemping przyzwoity, pokoje dwuosobowe z łazienkami. Ale woda zaledwie kapie pod prysznicem i nie da się wykąpać. Prąd jest też z agregatu i tylko wieczorem.
Ale jest basen. Przebieram się i idę do basenu. Maksymalna głębokość do pasa, ale można się przynajmniej ochłodzić i zmyć ten czerwony pył z drogi. Przy basenie drewniane krzesełka i leżaki, wokół liczne drewniane rzeźby. Na drzewach i trzcinowych dachach domków liczne ptaki. Słońce już nie przeszkadza.
Po 19-tej zaczynają działać generatory i pojawia się prąd. Próbuję naładowć akumulatorki do aparatu. Ładowarka nie działa. Koleżanka z sąsiedniego pokoju melduje, że jej też nie działa. Pewnie uległy uszkodzenie przez któryś generator. Moja działała ostatnio w Sementi. Po powrocie okazało się, że zostało uszkodzone pierwotne uzwojenie i kupiłem nową, która nie boi się napięć w zakresie 127 -250V. 
Kolacja miała być o 19-tej, ale została przesunięta na 20-tą. Kelnerka powiedziała, że jest dużo gości i się nie wyrabiają. To “dużo gości” oznaczało 5-kę Francuzów, którzy przyjechali tuż po nas. Kemping został założony w latach 70-tych dla myśliwych, ale teraz służy głównie obserwatorom ptaków. Jest kilkadziesiąt pokoi, ale w większości puste.
Piwo - 50 dalasi. Foto http://www.odyssei.com/pl/travel-article/18713.html
1.II Dzień goliata.
700 - początek dnia i po śniadaniu, koło 8-mej idziemy do łodzi. Przepływamy wpoprzek Gambię i pływamy jakąś odnogą. Dużo rozmaitych kanałów, mangrowia i brzegi jakieś błotniste - bo jest odpływ. Z bliska można oglądać wiele ptaków. Najliczniejsze to wężówki - gatunek czapli, która pływając trzyma nad powierzchnią tylko głowę i szyję, co przypomina węża. Oglądamy czaple siwe, rafowe, a nawet raz pojawia się goliat czyli czapla olbrzymia (długość od ogona do dzioba - 150 cm, rozpiętość skrzydeł -230 cm), są też warugi, żołny, zimorodki i w górze - drapieżniki, ale kuglarz sie nie pojawił. Płynie się przyjemnie, bo nie jest gorąco.
Wracamy do Tendaby na lunch i po 15-tej robimy drugą wycieczkę łodzią. Płatna dodatkowo - 300 dalasi od łebka. Mieliśmy płynąć inną trasą niż przed południem - a tu pełny zawód- ta sama trasa. Przemek wprowadził nas w błąd. Może po południu aktywne są inne ptaki, ale mnie więcej interesuje krajobraz. Z ptaków też nic rewelacyjnego nie zobaczyliśmy. Nawet wężówek jest znacznie mniej. Wróciliśmy przed 18-tą.
Kolacja prawie jak lunch (niektórzy mówią, że mamy obiad 2 razy dziennie) czyli zupa (dziś kokosowa), drugie i deser. Za mało się ruszamy, żeby to spalić.
2.II. Dzień warugi
Ranek jak zwykle. O 8-mej wsiadamy na ciężarówkę dostosowaną dla obserwatorów ptaków. Są dwa rzędy foteli i przejście pośrodku. Na wysoką skrzynię wchodzimy po drabince, którą obsługa stawia na każdym postoju. Oprócz kierowcy mamy też lokalnego przewodnika.
Pierwszy postój nad wysychającym jeziorem. Twarde podłoże służy czasem jako lądowisko dla samolotów. Ktoś postawił tu tablicę z dumną nazwą - “Airport Tendaba”. Ptaków jest dużo w tej części jeziora, która jeszcze nie wyschła. Są to głównie pelikany, ale możemy je obserwować tylko przez lunetę. Nawet dla lornetek jest trochę za daleko. Na brzegu parkuje jakiś minibus z namiotem na dachu. To też biali - obserwatorzy ptaków.
Koło wioski, na polach, a raczej na ścierniskach, bo jest zima i wszystko sprzątnięte, poszukujemy ptaszków. Najbardziej interesujący jest rączek (bo rączo ucieka). Jest mały i nie udało mi się go sfotografować.
Następnie jedziemy do rezerwatu Kiang West Forest. Ptaków mało, bo już zbliża się południe. W centralnym punkcie rezerwatu, pod daszkiem z trzciny, czeka grupka tutejszych przewodników, spacjalizujących się w obsłudze obserwatorów ptaków. Nie skorzystamy, bo mamy swojego. Zatrzymujemy się dwukrotnie nad jakimiś rozlewiskami, ale nic nowego nie daje się zobaczyć.
W drodze powrotnej chwilę zatrzymujemy sie we wsi Batelling, w centrum rezerwatu. Z naszej ciężarówki widać dokładnie ubogie podwórka i ich mieszkańców, głównie odpoczywających w cieniu. Jest też nieduży meczet. Pod starym drzewem leżą 4 stare, może XVII-wieczne armaty. Nie ma tu w pobliżu żadnego fortu. Skąd się wzięły? Żartujemy, że chyba przygotowują przewrót (bo już wiedzieliśmy o rozruchach w Tunezji i Egipcie).
Koło 13-tej już jesteśmy na kempingu. W łazience nadal nie ma wody, idziemy więc do basenu. Na lunch - zupa cebulowa, kurczak(nie biorę)ryż, sos, gotowana kapusta i ananasy na deser.
Po południu czas wolny. Niektórzy chodzą z aparatami, żeby coś upolować. Ja siadam na molo, pod daszkiem i czekam, aż coś do mnie przyjdzie. Przychodzi czapla siwa, czapla rafowa, waruga, fruwają rybaczki, a ponieważ jest odpływ to kraby i poskoczki mułowe też dają się sfotografować. Foto http://www.odyssei.com/pl/travel-article/18715.html
3.II. Dzień wojownika
Natychmiast po śniadaniu wyjazd. Jest 800 i już jesteśmy z bagażami w naszym busie. Nasz kierowca Seku wynudził się w tej Tendabie, że chętnie wraca do domu. Po drodze parę razy zatrzymujemy się. Najciekawszy był wojownik długoczuby. Ciekawszy byłby kuglarz, to też rodzaj jastrzębia, bardzo rzadkiego(czarna pierś, czerwony dziób, rozpiętość skrzydeł do 1,8 m, czczony i uważany za zwiastuna szczęścia). Nam się nie trafił.
Zatrzymaliśmy się również w lesie palmowym, gdzie droga asfaltowa była jeszcze w budowie. W pobliżu jest wieś i stado krów. Na jednej z nich odkryliśmy bąkojada. Gdy na krowie nie ma bąków, to taki potrafi wydziobać ranę, żeby się najeść. Pastwisko sięga aż do jakichś strumyków, rozlewisk pokrytych białymi liliami.
W mijanych wsiach często są posterunki policji. Nas nie kontrolują, bo sa nastawieni na nielegalnych imigrantów z Gwinei. W pewnym miejscu gwałtowne hamowanie, gdy Seku zauważył zielonego kameleona. Chciał przechodzić przez szosę, ale Sam wziął go do ręki i wypuścił w krzaki.
I w ten sposób dojeżdżamy do Kotu. O 13-tej jesteśmy już w swoim kotelu Sunset Beach. pokoje mamy inne, ale o takim samym standardzie.
Po południu jeszcze powtarzamy spacerek po polu golfowym Fajara. Nic nowego się nie zda-rza.Chodzę troche po straganach z pamiatkami i kupuję jakieś badziewo w postaci bransoletek i naszyjników. Wieczorem występ jakiegoś zespołu na terenie hotelu. Znowu bębnienie i cyrkowa gimnastyka.
4.II. Dzień łowca.
Rano wyjazd do ośrodka, gdzie są krokodyle. Zwiedzamy również muzeum - zdjęcia, instrumenty muzyczne - np. taka gitara z pudłem rezonansowym, jaką widzieliśmy w Janjanbureh. Krokodyle też są - obżarte i leniwe, nawet nie reagują, gdy ktoś znajdzie się bardzo blisko. Nad stawikiem siedzi łowiec kameruński (piękny ptak)i nic sobie nie robi z turystów.
Potem jeszcze raz Serekunda i targ z tkaninami. Kobiety się tym interesują, ale dla mężczyzn to nic ciekawego.O 11-tej już jesteśmy w hotelu, pakujemy się i bagaże znosimy do dwóch pokoi - pozostałe musimy zwolnić. Czas wolny każdy wypełnia jak chce. Kto się jeszcze nie kąpał w oceanie, to idzie to zrobić.
2130 wyjazd na lotnisko - ostatnia przejażdżka busem Gambia Tours. 050 - odlot do Casablanki. Samolot jest pełen, bo leci z Casablanki przez Banjul do Konakry. W Conacry dużo pasażerów wysiada, ale wsiadają nowi. W Konakry chłodno, ale w Casablance jeszcze chłodniej. Niektórzy widzieli nawet szron na lotnisku.

Ełk, 27.03.2011.

 


 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;