Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Norwegia - 10 lat później.
Autor: Henryk Kupiec   
Monday, 22 August 2011
 

Ostatni raz byliśmy tam w roku 2001. Czy coś się zmieniło? Jakie będzie kolejne wrażenie? Przygotowani jak zwykle - samochodem, z namiotem i zapasem żywności jedziemy kolejny raz. Czas: 22.06 - 11.07.2011.

  

Pierwsze wrażenia - in minus. Przed granicą norweską, koło Strömstad tankuję benzynę - bo taniej niż w Norwegii. Gdy brałem benzynę, musiałem dać kartę w kasie, potem podejść do uruchomionego dystrybutora, nalać benzyny, pójść jeszcze raz do kasy, wprowadzić PIN, zapłacić i wziąć rachunek. Skąd taki brak zaufania do klientów?

Droga E6 od granicy jest już płatna - 23 korony(1 korona=0,5 zł). Na przejściu granicznym kontrola - tego jeszcze nie było. Są dwa pasy: jeden dla tych co mają coś do oclenia, drugi dla pozostałych. Wszyscy ustawiają się na ten drugi. Idzie to dość wolno, choć celniczka nikogo nie zatrzymuje. Droga między Strömstad a Fredrikstad jest w przebudowie, ale oznakowanie jest dobre - jedzie się wolniej, ale bez przeszkód.

W Moss ładujemy się na prom przez Oslofjord (131 koron). Masa samochodów, ale wszystko idzie sprawnie. Przeprawa trwa chyba z pół godziny. Z Horten jedziemy drogą 19, a późnie E18 - kierunek Kristiansand. Ruch duży, droga zatłoczona. Koło Larvik zaczynamy rozglądać się za kempingiem - jest już po 19-tej, a do planowanego Lillesand zajechalibyśmy po 22-giej.

Pierwsza próba, na prawo przed Larvik, nieudana. Droga zrobiła się dziurawa i strzałki doprowadziły nas do nieistniejącego kempingu w niewielkiej wsi. Koło Porsgrunn druga próba. Mijamy drogę dojazdową, bo brak tablicy informacyjnej, ale zawracamy i dojeżdżamy do kempingu Olafsberget w Nystrand (160 koron za namiot, samochód i 2 osoby). Dostajemy kartę magnetyczną do umywalni i toalet. Prysznic dodatkowo kosztuje 10 koron. Wkłady do lodówki można zamrozić w lodówce sklepiku, przy tym kempingu.

Przy kempingu jest niewielka, piaszczysta plaża - co w Norwegii jest raczej rzadkością. Zimno, nikt się nie kąpie. Ale wędkarze już działają. Na kładce prowadzącej na wyspę Kattoya, jeden z nich złowił reklamówkę makreli w ciągu 20 minut - jak twierdził. Proponował nam te makrele, ale podziękowaliśmy.

Wyspa Kitoya jest nieduża, skalista, ale porośnięta gęstym lasem. Na urwistych skałach są miejsca do opalania się. Robimy trasę okrężną, co zajęło nam około godziny. Próbujemy pierwsze poziomki. Nie są duże, ale już czerwone.

Przy szlaku zauważamy kupkę smieci - jakieś papierki, opakowania plastykowe. Szok! Tu , w Norwegii - coś takiego. Ale toalety przy szlaku są - wszak to miejscowość wypoczynkowa.

Wieczorkiem, po 22-giej, na plaży rozpalono ognisko. Grupki młodszych i starszych , z jedzeniem i piciem zebrały się przy ognisku, ale żadnych głośnych śpiewów, ani muzyki nie było, choć dziewczyny wystroiły się jak na dyskotekę. Nadal jest widno, bo to przecież letnie przesilenie.

Naszym głównym celem jest Hardangervidda i dlatego przenosimy się do Röldal na jego zachodnim skraju. Kemping Seim w Röldal jest bardzo sympatyczny, nad jeziorem, w dolinie otoczonej wysokimi górami o stromych zboczach. Cena - 140 koron, prysznic na monety - 5 koron za 3 minuty. Do zameldowania wystarcza stara, bez aktualnego znaczka, karta kempingowa. Kiosk recepcji działa dopiero koło 20-tej. Jest to kemping rodzinny i właściciele mają w dzień inne zajęcia. Wkłady do lodówki oddaję żonie szefa. Mieszkają w czerwonym domu, w podwórku.

Łazienki i toalety otwarte cały czas i nie ma karty magnetycznej jak w Nystrand.

Ponieważ jest piękna pogoda to wyruszamy na całodzienną wycieczkę do doliny Bilbergdalen. Zaraz po 10-tej idziemy ścieżką w kierunku jeziora, koło hydroelektrowni i dalej porządnie utrzymaną drogą gruntową. Z góry zjeżdża mlekowóz - to znaczy , że pasie się tu jakieś bydło. Gdy początkowo dość stroma droga staje się łagodniejsza pojawiają się nieliczne dacze i gospodarstwa.

Do dyspozycji mamy tylko mapkę doliny wydrukowaną z internetu jeszcze w domu. Mapy Google można ogladać również w komórce, ale w dolinie niknie sygnał. U pracującego przy płocie mężczyzny zasięgamy języka - jak dotrzeć na szczyt Fjetlandsnuten. Tu nie ma oznakowanych szlaków. Na internetowej mapce jest ścieżka, ale nasz rozmówca radzi iść dalej drogą. Jest ona bardzo widokowa i mniej męcząca. Jak na pierwszą wycieczkę to wystarczy.

Przy domkach są stadka kóz, a w następnej dolince jest kilka domków i kóz coraz więcej. Piękny widoczek - robimy przerwę na śniadanie i odpoczynek.Potem idziemy dalej i skręcamy w nikłą ścieżkę, która prawdopodobnie prowadzi nad jezioro Vatna. Jeszcze wyżej odchodzi ścieżka w lewo, w kierunku wierzchołka Fjetlandsnuten. Nie ma już drzew - tylko trawki, mchy i skały. W oddali ośnieżone szczyty. Zresztą przy drodze też są jeszcze pozostałości zasp. Zawracamy.

Na kempingu jesteśmy o 1730. Pogoda wytrzymała. Przy schodzeniu trasa jest jeszcze bardziej widokowa, bo mamy przed soba cały czas jezioro Roldalsvatnet, szosę w kierunku Odda, rozgałęzienie do Haugesund i ośnieżone szczyty za nim. Przeszliśmy około 20 km.

27.06

Od rana leje.

28.06.

Po 8-mej jeszcze pada, ale już z przerwami. Po 10-tej decydujemy się jechać samochodem do doliny Valldalen. Jezioro Valldalenvatnet od południowej strony jest zamknięte zaporą, ale bez elektrowni. Jest też tu parking. Od dwójki Niemców, którzy tu robią sobie śniadanie, dowiadujemy się, że samochodem można jechać aż na koniec jeziora(20 km), gdzie też jest parking.

Jedziemy. Droga wąska, kręta, czasami są mijanki. Dużo dziur, bo od zapory jest to droga gruntowa. W pewnym miejscu wydaje się nam, że to koniec jeziora. Jest tabliczka zaznaczająca początek szlaku (Storavatnet - 2h, Röldal - 4h). Nie mamy mapki, ale idziemy tym szlakiem, oznakowanym pacnięciami białej farby. Tak idziemy w górę około godziny, wzdłuż potoku, mijając stadka owiec. Mało kto tędy chodzi. Gdy szlak staje się bardzo niewygodny - stromy i kamienisty i zaczyna siąpić - zawracamy.

W samochodzie znowu zaglądam do mapki i widzę , że to co wzięliśmy za koniec jeziora to tylko zatoka. Do końca jeziora jest jeszcze z 10 km. Z góry, gdzie zawracaliśmy, widzieliśmy jezioro za cyplem. Nie sądziliśmy, że to to samo jezioro Valldalsvatnet. Jedziemy dalej wymijając po drodze stadka owiec. Wreszcie jesteśmy na końcu jeziora. jest parking, most, znak końca drogi i kilka domów. Do jeziora wpada tu potężny wodospad, gromadzący wodę z kilku strumieni.

Zostawiamy tu samochód i dalej idziemy tą drogą w kierunku schroniska Middalsbu. Wokół wysokie i zaśnieżone góry. Za mostem na strumieniu przed Middalsbu robimy przerwę na kawę i odpoczynek. Przy schronisku pasą się owce.

Zejście ze schroniska do parkingu zajmuje nam 1/2 godziny - bo jest skrót.Trasa bardzo ładna, przy progach skalnych, na których tworzą się wodspady. Do tej pory prawie nie padało, ale teraz pada coraz mocniej i wycieraczki pracują nonstop. Gdy docieramy do kempingu pada na dobre. Jest 1730 i końca deszczu nie widać. Chmury chodzą prawie po kempingu.

29.06

Leje cały dzień. Trawiasty grunt na kempingu zrobił się grząski i kamper Niemców się zakopał. Dobrze, że w Röldal jest wyciągarka - szybko przyjechali i wyciągnęli kampera na twardszą drogę.

W pelerynach i gumowych butach zrobiliśmy tylko krótki spacer. Czytałem kryminał “Ofiara losu” pani Läckberg i niestety - skończył się.

Na kemping przyjechała busem grupa kolarzy z Gorzowa Wielkopolskiego i zatrzymała się w dużym, białym hytte. Mają tam dobrze wyposażoną kuchnię, a dwóch z nich wędkuje i mają świeże pstrągi na kolację. Z 15 osób tylko kilka próbowało przejechać dzisiejszy etap, ale też poddali się z powodu deszczu i zimna.

30.06

Dziś jedziemy samochodem na przełęcz nad tunelem do Odda i mamy zamiar zaparkować nad jeziorkiem Elversvatnet. Razem z nami jedzie Tomek z grupy gorzowskiej. Lubi góry i dziś bierze urlop od rowera.

Droga na przełęcz odchodzi tuż przed tunelem, przy Skicenter. Niestety - szlaban w poprzek, zamknięty na kłódkę i zakaz wjazdu. Zostawiamy samochód na parkingu i idziemy na przełęcz pieszo. Mijamy pojedyncze “hytte”, jakiś zimowy hotel i górną stację wyciągu narciarskiego, teraz nieczynnego. Według mapy - na prawo, w stronę stromego zbocza, powinna odbić ścieżka, nieznakowany szlak. Niczego takiego nie znajdujemy i idziemy dalej.

Zaczyna się mgła i chmury chodzą już po ziemi. Widoczność spada do 30 metrów i mniej. Pilnie wypatrujemy jeziora, które ma być po lewej stronie i parkingu, który ma być tuż za nim. Dużo śniegu - zaspy sięgają już szosy. Po lewej stronie zauważamy dużą przestrzeń pokrytą śniegiem i lodem. Za nim, też po lewej stronie wyrównany teren - to pewnie ten parking. Od niego, w lewo, odchodzi ścieżka, ale znaków brak. Idziemy tą ścieżką jeszcze jakieś 500 m i napotykamy szeroki, kamienisty potok. Próbujemy obejść w prawo, ale dochodzimy do dużego wodospadu i obejść tego nie można. Robimy parę zdjęć i zawracamy. Dalsza droga byłaby bardzo mokra i mało przyjemna. Z lewej strony mamy jezioro, do którego ten strumyk wpada. Tylko częściowo pokryte lodem. To musi być owe Elversvatnet.

Na kilka sekund mgła zrzedła i wyłonił się imponujący, pokryty śniegiem, wierzchołek góry. To musi być Elgershei (1375m). Wracamy tą samą trasą.

W starej stodole na kempingu jest minimuzeum, a w nim wystawa starego sprzętu rolniczego i paru drobiazgów z epoki brązu, które pochodzą z wykopalisk obok kempingu (rezerwat archeologiczny). A pogodę dziś też mamy raczej muzealną.

1.07

Dziś miało nie padać, ale się nie sprawdziło. Dopiero koło południa przestaje i decydujemy się iść na wycieczkę do doliny Austdalen. Szlak jest dobrze oznakowany czerwoną farbą. Idziemy ciągle pod górę, mając po lewej ręce głęboki kanion, do którego spada Gröndalen, a z prawej strome zbocza Havrenosa - to taka góra w kształcie odwróconej miski, która wystaje od północy nad Röldal. Jest mgła, Röldal nie widać, jeziora też. Za to wodospad Gröndalen jest widoczny, choć czasami chmurki go przesłaniają.

Idziemy dalej ku Austdalen. Mija nas dwójka Niemców - też kierują się na Havrenos. W dolinie jest kilka zagród i dużo owiec. Pasą się wszędzie, nawet na stromych zboczach - małymi grupkami po 2-3 sztuki. Za doliną jest znowu stromo pod górę. Idziemy tak długo, dopóki jest pod górę, ale gdy dochodzimy na przełęcz i szlak leci w dół - zawracamy. Na dalszą wycieczkę jest już za mało czasu.

Tydzień mija, a poprawy pogody jeszcze nie widać. Kolejnym punktem miał być Stryn i lodowiec Jostedalsbren, ale gdy prognozy dla Alesund, nad morzem,uparcie przewidują 3-4 stopnie przez pięć najbliższych dni(na przełęczach może być 0 i gołoledź) to jutro pojedziemy do Dovrefjell, gdzie ma być cieplej.

2.07

Ranek na szczęście suchy i pogodny. Zwijamy namiot koło ósmej i w drogę. Jedziemy przez Oddę. Dużo tuneli i do tego krętych. Za Oddą, na miejscu wypoczynku, jemy “właściwe śniadanie”. Parking jest nad fiordem z widokiem na końcówki lodowca Folgefone. Wschodnie, strome zbocza doliny często zajmują sady i pólka truskawek.Wierzchołki gór nadal w chmurach.

Robi się coraz ładniej, a od Eidfjord do Geilo nawet bardzo. Robimy przystanek przy wodospadzie Voringfoss - jest to bardzo znany wodospad i wymieniany w przewodnikach. Jest tu parking i dużo ludzi, ale sam wodospad wcale nie jest imponujący. Owszem, woda spada z duzej wysokości, ale to cienka struga w porównaniu do, na przykład, Gröndalen lub wodospadów przy Middalsbu, wpadających do jeziora Valdalnsvatnet. Ale tamte są trudniej dostępne.

Za Voringfoss zaczyna się pustkowie. Od tego miejsca widzimy trawiasto-kamieniste wzgórza i dużo śniegu w oddali. Droga nr 7 do Oslo jest dobrze utrzymana i tu żadnego śniegu nie ma. Mijamy chyba ze 2 lub 3 restauracje i nie widzimy żadnych kempingów. Krajobraz posępny, ale bardzo intrygujący - to przecież też Hardangervidda. Dopiero przed Geilo pojawiają się liczne domki.

Koło 14-tej jesteśmy już w Gol. Skręcamy w drogę 51 i - niestety- znowu zaczyna padać. Za Fagernes zaczynają się znowu dzikie i bezludne tereny. Przejeżdżamy przez wschodnią część Jotunheimen z przełęczą na 1390m. Droga jest kręta, ale w dobrym stanie, nie ma stromych zjazdów czy podjazdów, można powiedzieć - prawie płaska. Żeby nie deszcz i mgła byłyby piękne widoki. Nawet na krótko włączam światła przeciwmgielne.

Gdy przestało padać zatrzymujemy się na jednym z parkingów. Już trochę zjechaliśmy z gór - teren jest zalesiony. Tu spotykamy młodego Ukraińca, który akurat przyrządza posiłek na gazowej kuchence. Jest z Sewastopola, ale pracuje w Oslo. Norwegię zwiedza na rowerze.

Niedługo potem skręcamy w drogę 257 do Sjoa, mijamy Ottę i znany kempig i inne miejsca. Z daleka widzimy Sel. Licząc, że pogoda już się nie popsuje dojeżdżamy do Dombas. Niestety znowu pogoda zaczyna sie psuć. Mżawka, zimno - samochodowy termometr pokazuje 110 C.

Zaczynamy rozglądać się za kempingami. W internecie upatrzyłem sobie kemping w Magalaupe, ale to jeszcze z 50 km. Zjeżdżamy na jakiś kemping koło Hjerkinn. Trzeba było zjechać z E6 i jechać gruntową drogą jakieś 800 m. Jest wysoko położony - nie ma lasu, tylko jakieś rachityczne brzózki, hula wiatr i ziąb. Zawracamy i jedziemy dalej E6.

No i dojeżdżamy do Magalaupe. Jest tu przyzwoicie. Kemping z dala od szosy, nad rzeką Driva, osłonięty od wiatru drzewami i skałami. Nieduży, cena 120 koron, prysznic 10 koron - płatny oddzielnie. Jest lodówka, w której można zamrażać wkłady i kuchnia. Akceptujemy. Mimo ponurej pogody wcale nie jest zimno. W pobliżu przebiega linia kolejowa, jest spory ruch pociągów towarowych i pasażerskich, ale to nie jest uciążliwe.

3.07

Ranek zaskakująco suchy. W czasie śniadania zaczyna przebijać niebieskie niebo. Planujemy relaksowe zwiedzanie najbliższej okolicy kempingu. Zakładam gumowe buty, ale Jadzia idzie w swoich trekkingowych. Przed recepcją zbiera się grupka ludzi na safari na woły piżmowe - 250 koron od osoby. Odkładamy to na inny dzień.

Idziemy wzdłuż rzeki do końca kempingu, gdzie zaczyna się jakiś szlak z tabliczką Sandberget. Niestety, po 200 metrach dochodzimy do płotu z siatki i drutu kolczastego. Nie będziemy forsować na siłę i zawracamy.

Próbujemy innej drogi na podstawie mapki z internetu. Zachodzimy do farmy przy drodze i zasięgamy języka. Okazuje się, że szlak , którym próbowaliśmy iść, jest nieczynny od paru lat z powodu jednego “trudnego” gospodarza.

Przy drodze rośnie spory grzyb - czerwonołepiec. Nie zabieramy go, tylko robię zdjęcie. Dalej jest czerwona strzałka, oznaczająca chyba kierunek szlaku i obok tabliczka z jakimś napisem. Jest oczywiście po norwesku, ale ponieważ miałem jej zdjęcie w aparacie, to szef kempingu później mi to przetłumaczył - “jeśli ktoś znajdzie po drodze martwą owcę, jest proszony o zawiadomienie pod podany numer telefonu”.

Idziemy dalej porządną drogą, która kończy się przy tym “trudnym gospodarzu”.W obejściu nikogo nie ma, tylko pies zamknięty w ogrodzeniu za siatką. Za budynkiem, koło którego leży hałda gnoju, zauważam nikłą drogę, zarośniętą trawą. Tą droga schodzimy już w dół do Engan. Kiedyś była to prawdopodobnie normalna droga. Przechodzimy przez pastwiska, mijamy stada owiec. Nie musimy pokonywać żadnych płotów czy drutów, gdyż są otwierane bramki. Droga jest zarośnięta wysoką i mokrą trawą. Tak dochodzimy do kolejnego gospodarstwa, od którego już prowadzi normalna droga.

To już Engan - kilka farm rozrzuconych po okolicy, żadnego sklepu. Ludzie jeżdżą stąd do Oppdal na zakupy(13 km). Tak dochodzimy do mostu na Drivie i szosą wracamy na kemping.

4.07

Rano nie zapowiadało sie dobrze. Do 11-tej jeszcze padał deszcz - z przerwami i niezbyt intensywny. Po 12-tej wybraliśmy się samochodem w kierunku Dombas z zamiarem zwiedzenia ogrodu botanicznego w Kongsvold Fjelstue.

Zatrzymaliśmy się na parkingu przy hotelu(Kongsvold Fjelstue - to głównie hotel) i okazało sie, że ogród skalny jest tuż za nim. Sam hotel składa sie z kilku budynków z XVIII wieku i znajduję sie na wysokości 900m, przy E6. Według przewodnika jest to jedno “z najbardziej czarujących miejsc do pobytu w całej Norwegii”.

Ogród botaniczny znajduje się na skałach, nad szosą. Jest tu wg przewodnika 420 gatunków kwiatów i krzewów. Niestety, o tej porze większość już przekwitła. Jest dużo różnych traw, drzewek (brzozy i wierzby), mchy i porosty.

Po godzinie zwiedzania postanowilismy sprawdzić jak wygląda główny szlak do schronisk Reiheim i Snöhetta. Co prawda chmury zakrywają jeszcze najwyższe wirzchołki, ale jest ciepło i sucho. Przechodzimy mostkiem nad burzliwą Drivą, pod torem kolejowym i dalej koło stadniny koni. Szlak jest oznakowany, ale żadnej informacji jak długo i dokąd można nim iść.

Przez ścieżkę przebiegają kilkakrotnie jakieś zwierzątka podobne do morskich świnek (lemingi górskie). Tak idziemy ciągle pod górę, wśród coraz bardziej rachitycznych brzózek, aż wychodzimy na wolną przestrzeń. Tylko kamienie i trawa. Idziemy tak z godzinę, gdy idąca z naprzeciwka dziewczyna mówi - “Dzień dobry”.

Słyszała nas idących. Jej towarzysz wraca skądś przez wrzosowiska. Są Polakami za Śląska, ale aktualnie pracują w Irlandii. Biegał w bok, bo zauważył woły piżmowe po drugiej stronie głębokiego parowu. Na dowód pokazał zdjęcie jednego (aparat 200 mm). No to my też ruszamy przez wrzosowiska w tym kierunku. Po drodze płoszymy jakieś ptaki z głośnym “pjuuu”. Wygląda, że to siewnica - ptak polarnych okolic.

Nad głębokim parowem zatrzymujemy się gdyż, jakieś 400 metrów po drugiej stronie, widzimy grupkę czterech pasących się wołów piżmowych, a jeszcze jeden jest trochę bliżej. Oczywiście robię zdjęcia. Nie są dobre, ale są dokumentalne. Zaliczyliśmy więc 5 sztuk wołów, więcej niż niektórzy zaliczają na “muskussafari”. Siedzieliśmy nad parowem popijajac kawę przez jakieś pół godziny, a ten wół nawet się nie ruszył. Zaoszczędziliśmy 500 koron.

5.07

Koło 10-tej, spakowani na całodzienną wycieczkę wyjeżdżamy w kierunku Oppdal. Z E6 zjeżdżamy na prawo w kierunku Vinstradalen, tuż przed jakimś kempingiem. Najpierw wjeżdżamy w jakąś drogę, która kończy się na farmie. Pusto i głucho. Pukam do domu i wreszcie się ktoś odzywa. Chłopiec w wieku 7-mej klasy - zna trochę angielski i informuje, że na Risberget to sąsiednia, równoległa droga. Są to drogi polne.

Jedziemy dalej. Jest budka, ogrodzenie, stado pasących się owiec i napis - “droga prywatna - przejazd 60 koron”. Ponieważ nie ma tu nikogo, komu można zapłacić, parkujemy przy budce i dalej idziemy pieszo. Jakieś 500 metrów dalej odchodzi w prawo droga do trzech hytte. To dobry kierunek na Risberget i tak idziemy.

Ścieżka nie jest zbyt uczęszczana. Jest jeszcze rosa, trawa jest wysoka i ciągle przechodzimy przez podmokłe łąki. Po godzinie mamy mokro w butach. Mijamy jakiś szałas - pusty. Pewnie owczarzy, bo tu dużo owiec. Dalej, na drzewie wisi jakaś skrzynka. Zaglądamy. W środku jest owinięty w folię zeszyt, długopis i 2 noże(!). To “lista obecności”. Wpisujemy się dziś jako pierwsi.

Wreszcie wychodzimy z krzaków i karłowatych brzóz na otwartą przestrzeń. Jest mgła albo niskie chmury i naszego celu nie widać. Jako punkt charakterystyczny trasy zapamiętujemy lizawkę dla owiec - to taki walec metrowej wysokości, u podstawy którego wystają duże kostki soli. Akurat parę owiec było przy niej.

Owczymi ścieżkami kierujemy się pod górę, bo żadnych znaków tu nie ma. Zapamiętujemy dwa głazy pomalowane niebieską farbą, chyba oznaczające granice parku narodowego. Po 12-tej mgła znika i otwiera się widok na dolinę Drivy, Oppdal i sąsiednie grzbiety. Idziemy teraz na przełaj w kierunku juz widocznego szczytu Risberget(1291m). Dwie mewy drą się nad głowami, pewnie gdzieś blisko mają gniazdo. Za szczytem wyłania się jeziorko i drugi wierzchołek Risberget, ale tam juz nie chce się iść. Po drugiej stronie Drivy widać strome zbocze, a w nim otwiera się dolinka. Pójdziemy tam jutro, jesli dopisze pogoda.

Odpoczywamy z godzinę, posilamy się i ruszmy w droge powrotną. Naszą ścieżkę znajdujemy bez problemu - wypogodziło się i widoczność jest doskonała. Odnajdujemu niebieskie kamienie, lizawkę i bez problemu schodzimy do samochodu. Na kempingu jesteśmy koło 17-tej.

6.07

Dziś piękna pogoda i wychodzimy na szlak wprost z kempingu. Kierunek Blakhaugen. Za czerwonołebcem, przy czerwonej strzałce skręcamy w prawo na szlak.

Szlak idzie wśród gąszczu brzózek, przecinając mnóstwo owczych ścieżek. Bez tych czerwonych czy może brązowych znaków byłoby łatwo się zgubić. Mijamy kilka olbrzymich kopców mrowisk. Na ścieżce gęsto od mrówek, nawet na buty ciągle włażą.

Wychodzimy na otwartą przestrzeń. Tu brzózki i znaki się kończą. Jako punkt rozpoznawczy przyjmujemy duży głaz, przy którym jest skrzynia z solnymi cegłami. Szlak idzie stromo w górę, ale jest przynajmniej sucho. Robimy przystanki, żeby popatrzeć jak owieczki wspinają się po skałach. Po drodze mamy kocioł polodowcowy z dwoma jeziorkami.

Idziemy w lewo ledwo widoczną ścieżką i zaczynamy stromo się wspinać. Ścieżka raz jest, potem znowu znika. Punktami orientacyjnymi sa kopczyki kamieni, bo żadnych znaków juz nie ma.

O 1330 jesteśmy na Blakhaugen (1423m) - najwyższym na dziś punkcie. Od Trondfjellet (1503) oddziela nas głęboki na jakieś 300 m kanion o stromych, prawie pionowych ścianach. Na dnie są dwa malownicze jeziorka, które mijaliśmy niżej. Do kanionu spada wodospad, który bierze początek w wyżej położonej dolinie z jeziorkiem. Koło tego jeziorka prowadzi ścieżka na Trondfjellet, którą chodzą owieczki.

Po drugiej stronie jeziorka widać jakąś, kamienną szopę i niedaleko od niej - hytte. Ludzi nie widać, ale owce są. Z Blakhaugen mamy szeroką na 360 stopni panoramę. Bardzo dobrze widać wczorajszy Risberget i dolinę Drivy, ale nasz kemping kryje się pod stromym zboczem. Po godzinnym odpoczynku zaczynamy schodzenie. Schodzi się lepiej, bo widać charakterystyczne punkty i trasy kierunek jest oczywisty - w dół.

7.07

Dziś ma być dzień odpoczynku. Pogoda przyzwoita, ale jest bardziej pochmurno niż wczoraj. Po śniadaniu idziemy do mostu na Drivie, bez kijków w normalnym obuwiu. Jakieś 100 metrów za mostem zaczyna się przełom Drivy przez skały. Woda z wartkiej rzeki o szerokości 50 m przeciska się przez wąską gardziel o szerokosci jakieś 2 m. Tędy nie ma raftingu - pontony by nie wytrzymały. Na przybrzeżnych skałach umieszczono koła ratunkowe. Jakaś młodzież łazi po tych skałach szukając lepszych pozycji do zdjęć. Tu juz przydałyby się kijki i buty trekkingowe.

Wracamy do namiotu, zmieniamy buty i wychodzimy na spacer. Najpierw odwiedzamy naszego czerwonołepca, który stoi nadal i ma kapelusz prawie 30 cm. Następnie ścieżką, znakowaną czerwoną farbą - ciąg dalszy tej, ktora wczoraj doprowadziła nas na Blakhaugen - ale tym razem w kierunku północnym, na Oppdal, koło małego wodospadu przy farmie.

Po prawej stronie mamy cały czas malowniczy przełom Drivy. Na końcu pastwiska robimy postój na kawę i wtedy zauważamy lisa skradającego się brzegiem zagajnika w kierunku farmy.

Dalsza trasa jest trochę mokra, bo z lewej strony, ze stromej skarpy, ciągle dochodzą strumyki, ale daje się przejść. W pewnym momencie znaki znikają, a jesteśmy na rozległej polanie, otoczonej zagajnikami. Gdzie ten szlak znikł? Ponieważ wiem z mapy, że tu w pobliżu musi być farma, skręcamy w prawo przez łąkę w jej przypuszczalnym kierunku i za zagajnikiem znajdujemy ją i kilka domków letniskowych.

Tak dochodzimy do drugiego mostu na Drivie. Dalej, w kierunku Oppdal, prowdzi oznakowana ścieżka turystyczna, zabezpieczona linami. Jest też skrzynka z listą obecności. Też się wpisujemy. Zawracamy na południe, w kierunku Magalaupe. Ścieżką rowerową dochodzimy do szosy E6, idziemy kawałek i już mamy drogę do naszego kempingu.

8.07

Z rana jeszcze trochę padało, potem już tylko pochmurno i po 10-tej zaczęło się przejaśniać. Jedziemy do Oppdal zrobic niezbędne zakupy (chleb, woda, pomidory, kukurydza w puszce - 149,5 korony). Po zakupach - kierunek Amotsdalen na ostatnią wycieczkę. Przejeżdzamy Drivę przez most w Engan i zatrzymujemy sie na parkingu w miejscu zwanym Stolegga. Można jeszcze jechać ze 2 km, ale tu jest zakaz wjazdu - pewnie płatna. Te 2 km pokonujemy pieszo, cały czas nad wartkim potokiem.

Gdy kończy się ta droga, zaczyna się znakowany szlak do doliny. Na początku jest skrzynka info, a w niej broszurki 1-stronicowe w różnych językach po 20 koron sztuka. Pieniądze wrzuca się do skarbonki. Bierzemy taką jedną w języku niemieckim. Zawiera mapkę Amotsdalen, przebieg szlaku i informacje o poszczególnych punktach.

Na trasie mijamy punkty oznaczone tabliczkami. Z broszurki dowiadujemy się, co w danym miejscu jest lub było. Przykładowo nr 1: -Tu było gospodarstwo Jo i Mari. Mari zmarła w 1884, a Jo - w 1885. Jo zajmował się wyrabianiem drewnianych kubeczków. Gdy mieszkańców zabrakło - dom został rozebrany i odbudowany w Stölhaugen.

Ciągle mijamy owce, które uciekają z drogi. Najczęściej to matka z dwoma małymi. Mijamy parę miejsc biwakowych z ławkami i stolikami. Ławki mają podnoszone oparcia, aby nie zamokły w czasie deszczu. Jest miejsce na ognisko z zapasem drewna i trójnogiem do zawieszenia kociołka.

Potem mijamy jeszcze schron przed deszczem. W środku są dwie duże ławy, jakieś naczynia kociołek i jakieś pojemniki na półkach. Nie jest zamykany.

Po drodze mijamy też parę “hytte” zamkniętych na klucz. Wewnątrz nawet widać łóżka. Tak dochodzimy do punktu nr 13 - Andreasvangen. Hala leży na morenie, powyżej podmokłego terenu. Andreas, który tu mieszkał, przybył z Innset. Zagroda stoi na Jarealm i służy kozom. Idziemy jeszcze z kilometr, robimy tradycyjny przystanek na kawę i zawracamy.

Trasa łatwa, ale długa i monotonna. Szlak przecina ciągle strumyki spływające z płaskowyżu, ale przechodzi się łatwo po kamykach lub kładkach. Powrót trwa 2 godziny i o 18-tej jesteśmy już na kempingu.

9.07.

Rozpoczynamy odwrót do domu. Już o ósmej byliśmy spakowani. Mimo, że nad ranem padał deszcz to do ósmej namiot zdążył wyschnąć.

Jedziemy droga E6 na południe. W Hjerkinn skręcamy na 29, a potem w Foldal na 27 w kierunku Ringebu. Droga nosi nazwę “trasa turystyczna Rondane”. Widoki piękne na strome góry o ostrzejszych wierzchołkach niż Dovre, ale nie możemy doczekać się przyzwoitego parkingu, żeby zjeść śniadanie. Gdy zaczynaja się tereny wędkarskie i jakieś jezioro - zatrzymujemy się w zatoce parkingowej. Widok na Rondane jest, ale trzeba przejść się ze 100 m, żeby nie przeszkadzały krzaki. Okazało się, że kilometr dalej był już parking z prawdziwego zdarzenia ze stolikami i toaletami.

Do drogi nr 3 dojeżdżamy w Atna i dalej jedziemy przez Elverum, Kongsvinger do granicy. Pogoda coraz ładniejsza - mniej chmur i więcej nieba. Do granicy szwedzkiej jedzie dużo samochodów, ale większość skręca do supermarketów w Charlotenbergu.W Szwecji droga 61 jest równie porządna jak ta nr 3, a od Karlstadu - odcinkami, to prawie autostrada. W Örebro skręcamy w E20 i po krótkim czasie w 50, aby dojechać jak najbliżej Karlskrone.

Rozglądamy się już za kempingami. Pierwszy, na polu nad jeziorem nie przypadł nam do gustu. Na drugim, nieco dalej, zażądano uaktualnienia mojej karty kempingowej. Znaczek kosztuje 140 koron - to prawie doba na kempingu. Nie opłaca się, bo chcemy zatrzymać się na krótko. Recepcjonistka powiedziała, że mają polecenie, aby przyjmować tylko posiadaczy aktualnej karty.

 -Ale, czy są kempingi, gdzie karta nie jest wymagana? - Tak, są.

Więc jedziemy dalej. Już nawet zdecydowałem sie wykupić znaczek, gdy na następnym kempingu w ogóle o to nie pytali. W recepcji pokazałem tylko dowód i wystarczyło. Cena 160 koron za dobę, prysznic w cenie kempingu. Przedtem jescze zajechałem na stację benzynową, gdyż od poprzedniego tankowania przejechałem już 775 km. Stacja bezobsługowa i z instrukcją wyłącznie po szwedzku. Zrozumiałem tylko PIN. Ale się udało.

Aby zatankować na bezobsługowej stacji należało:

1/ włożyć kartę do automatu (jak bankomat)

2/ wprowadzić PIN i zatwierdzić

3/ wprowadzić numer dystrybutora, z którego będzie się nalewać - wtedy oddaje kartę

4/ po nalaniu wrócić, znowu włożyć kartę - wtedy drukuje pokwitowanie

 

10.07.

Spało się dobrze, mimo że kemping był pełen rodzin z dziećmi. Kemping nazywa się Z-Parkens i mieści sie przy miejskim stadionie. Na płycie boiska nie wolno się rozbijać, ale poza tym wszędzie. Do jeziora Vättern jakieś 100 m. Piękna, piaszczysta i długa na kilka kilometrów plaża. Administracyjnie należy do Motali.

poraz pierwszy nie było w nocy rosy. ranek choć pochmurny to suchy. bierzemy plecak, skafandry, kawę i od niemek z sąsiedniego namiotu pożyczamy mapkę motali i okolic i ruszamy ku centrum. potem dostałem taką samą w recepcji na pamiatkę.

Najpierw kierujemy się nad jezioro. Piaszczysta plaża wokół zatoki. Jezioro z brzegu płytkie i chyba trzeba dopiero w odległości 100 m od brzegu daje się pływać. Woda zimna i kąpiących niewielu, choć to już 11-ta.

W kierunku miasta prowadzi wiele asfaltowych ścieżek rowerowych. Wybieramy jedną z nich. Po drodze sympatyczne domki z ogródkami, potem Lidl i inne supermarkety. Przez zatokę będzie w przyszłości prowadził most i droga 50 nie bedzie szła przez centrum miasta.Na razie są gotowe 2 wysokie filarym i rusztowania na kilku następnych.

Dalej ścieżka idzie brzegiem zatoki, wzdłuż alei pięknych, kwitnących i pachnących lip. Idziemy spacerkiem zatrzymując sie czasem przy jakichś kaczkach czy mewach. Na przystani jachtowej, przy wejści do kanału Gota, jest minirynek z różnymi starociami, zabawkami , duperelkami. Jest też muzeum starych samochodów.

Do śluzy na kanale czeka grupka jachtów. Obserwujemy operację podnoszenia mostu na pierwszej ulicy, potem nieco dalej drugiego na drodze 50 - podobnie jak w Giżycku, tyle że most nie jest obrotowy, a podnoszony. W śluzie widzimy kajak z polską banderą na rufie. Kajakarz jest z Gdyni i płynie kanałem do Göteborga.Z bagażu widać składany rower i kółka wózka do przewożenia kajaka.

W centrum robię trochę zdjęć, w tym kościółka i wracamy na kemping.

Jutro przejazd do Karlskrony.

 Fotogaleria  http://eturystyka.org/galeria/Itemid,130/catid,964/


 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;