Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
Jukatan za sterem Garbusa
Tuesday, 25 October 2011

Jeśli lubisz swoją pracę, wcale nie pracujesz. To naturalne nieco przesadzone powiedzenie, ale czasem praca naprawdę potrafi być przyjemna. Moja profesja to dziennikarstwo motoryzacyjne. Niekiedy materiały do artykułów można zebrać poza miejscem zamieszkania - w samochodzie. Czasem jedziemy daleko, bardzo daleko, a niekiedy nawet bardzo, bardzo daleko. Podróże są zwykle wyczerpujące i krótkie, jednak ciekawe - niekiedy udaje się uczknąć coś również w aspekcie turystycznym.

Prawo jazdy a sprawa meksykańska

Tak właśnie było i tym razem. Losy zawodowe zawiodły mnie na półwysep Jukatan w Meksyku, by pojeździć w towarzystwie około 20 innych fachowców nowym Volkswagenem Garbusem zwanym z obcego języka Beetlem. Polski importer tej marki stwierdził, że warto polską prezentację tego modelu zrobi właśnie w okolicach Cancun, czyli w sumie dość blisko Warszawy...

Propozycja wyjazdu nadeszła dwa miesiące przed „godziną zero”. Po załatwieniu różnego rodzaju prywatnych i służbowych formalności przyszło do konkretów. W Meksyku obowiązuje posiadanie międzynarodowego prawa jazdy. Jak je wyrobić? Wystarczy z dwoma fotkami (takimi jak do paszportu) udać się do lokalnego urzędu komunikacji, zapłacić 30 zł i poczekać tydzień. Ot, dołożenie paru złotych dla potrzeb administracyjnej machiny państwa pana Donalda i pana Bronisława.

Ciekawostka. Na prawie jazdy napisano, że obowiązuje ono w wielu krajach, lecz wśród wymienionych Meksyku nie znalazłem. W urzędzie pani jednak mnie uspokoiła: - Będzie dobrze, na pewno uznają panu to prawo jazdy.

Cóż, urzędnikowi państwowemu trzeba wierzyć. Zresztą nie miałem innego wyjścia. Potem, już na miejscu okazało się, że w Meksyku ponoć lokalnego prawa jazdy się nie zdaje, tylko kupuje - za 30 dolców. Ale to nieco inna historia.

 

Babsztyl na Okęciu

Potem czas na szczepienia. Pani w poradni najchętniej zaszczepiłaby mnie na każdą chorobę, którą miała na liście, ale na szczęście wcześniej, zresztą po mozolnych trudach, zdobyłem informacje pozwalające zaoszczędzić pieniądze i porcję dodatkowych bakterii. Zatem, jeśli ktoś nie miał proponuję WZW typu B, do tego tężec, i jeszcze coś, o czym nie pamiętam, a mi zaaplikowali. W sumie trochę grosza w plecy (w zależności od wcześniejszych szczepień - 100-500 zł), ale pieniądz nie zostanie „wyrzucony w Meksyk”, bo na powyższe dolegliwości warto być również uodpornionym w Polsce. O czym nie wiedziałem i wielu z Was też pewnie nie...

Termin wyjazdu zbliżał się nieubłaganie. W sieci pisano oczywiście o tym, że to kraj niebezpieczny, policyjny, itp. Poza tym ostrzegano przed długim lotem, zmianą czasu. Czyli takie bajdurzenie w sieci co z rzeczywistością często ma średni kontakt. Pracownicy importera VW (nie chcę robić kryptoreklamy, ale chyba nie jest tajemnicą, że to Kulczyk Tradex), jak to zwykle oni, podali tylko godziny wylotów/odlotów, nazwę hotelu i kilka podstawowych wskazówek. Reszta miała być niespodzianką.

Wreszcie przyszła pewna październikowa niedziela, nawet jeszcze nie świt. Nocleg w hotelu w Warszawie przyjemny, ale krótki, bo dzień wcześniej walki bokserskie w TV pokazywali. Pobudka 3:45 i o 4:30 Okęcie wita. 4:30 - nie wiedziałem, że taka godzina istnieje... Pani przy odprawie chyba równie niewyspana jak ja, lub przed pewnym ważnym dniem w comiesięcznym życiu każdej kobiety. W każdym razie babsztyl jak ja takie nazywam, czyli osoba kobieca o wysoce niemiłym usposobieniu. Dwugodzinny rejs powietrzny relacji Warszawa-Amsterdam przesypiam (fizycznie 55 minut, psychicznie 115 minut). Tuż po wyjściu lotnisko okazuje się, że nasz dalszy wylot ulegnie opóźnieniu: zamiast o 13:50, wylecimy o 16:15.

Czyszczenie na Kubie

No to będziemy gnić na lotnisku... Do celu miała nas doprowadzić linia Martinair, która kilka dni później zawieszała połączenia pasażerskie, przestawiając się typowo na cargo. Trenowali to zresztą już na pasażerach, bo miejsca do siedzenia w Boeingu tylko nieco więcej niż w krajowych przelotach. Ale dla mnie to nie problem, wystarczy, że nie muszę stać przy starcie i lądowaniu. Lotnisko w Amsterdamie zwiedziłem wzdłuż i wszerz i właściwie mógłbym być przewodnikiem po dużej części tego obiektu. Zarobki w euro, tulipany w sklepach, w sumie...

Oczywiście wylot o 16:15 uległ opóźnieniu, bo Holendrzy chyba nie za bardzo wiedzą, że odprawić ponad 100-osobowy samolot nie da się w 30 minut. Zaczynam doceniać magię polskich lotnisk. Mniejsze obiekty, ale z kolejkami sobie radzą zwykle lepiej (przynajmniej tak w tamtej chwili myślałem). Nie dziwne, w końcu w Polsce kiedyś kolejki to był chleb powszedni.

Lot trwał około 13 godzin z międzylądowaniem w Hawanie. Pozwolono nam nawet wyjść z samolotu i (przy okazji) kupić pamiątki z Kuby, dopieszczając kasy okolicznych sklepów. W swoich dziennikach podróży mogę więc sobie zapisać: pozdrowiłem Fidela na jego ziemi. Kubańczycy to bardzo czysty naród. Świadczy o tym wyczyszczenie naszego samolotu, między innymi z pozostawionej kurtki przez mojego kolegę. Moim zdaniem w Polsce byliby konkurencją dla Impela...

Oddajcie mi bułki

Lądujemy w Cancun. Nareszcie, że już. W Polsce jest jakoś około piątej rano, w Meksyku około 22. Celnik zabiera mi moje bułki, które wziąłem na drogę. Spytał, czy są z mięsem i po prostu je zabrał. Co to - w Meksyku nie mają polskiej szynki? Nie miałem siły na kłótnie, bo mój ospały mózg za bardzo nie kumał jeszcze, że już jesteśmy na ziemi. Jadąc autokarem do hotelu mijaliśmy patrole policyjne. Po ciemku wyglądało groźnie...

Przedstawiciel importera VW oznajmia, że dobrodusznie przesuwa nam jutrzejszą pobudkę na godzinę ósmą czasu meksykańskiego. Zawsze go lubiłem, a teraz jeszcze bardziej. Po drodze do pokoju mijam tabliczkę: nie karmić zwierząt. Czyżbym do zoo przyjechał?

Poranek budzi odgłosem małp. Od razu mi się przypomniał film „Planeta małp”. Wyjrzałem za okno. Jakiś „kaszalot” idzie z kocem zająć miejsce na plaży. Jest git. Między hotelowymi dróżkami chodzą kapibary, to znaczy aguti jak mnie kolega poprawił. Miałem trójkę z biologii (z anatomii szóstkę) - wybaczcie. Krótka odprawa i ruszamy nowymi Garbusami w podróż. Auta mają 200 KM, automatyczną skrzynię biegów i silnik Diesla 2.0 litra i wyglądają jak małe Porsche. Jest „co robić”. Grupa około 20 dziennikarzy pakuje się po 2 i 3 osoby do pojazdów.

Opowieści przewodnika

- Tylko uważajcie na prędkość - przestrzegł nas gospodarz imprezy o inicjałach TT (nie mylić z modelem Audi).

He, he, he. Pierwsze 15 kilometrów jechaliśmy spokojnie. Ale jak nas trzeci autobus wyprzedził, to się wkurzyłem. Tu wtręt - Meksykanie, z tego co widziałem, nie jeżdżą jak szaleni, o czym tak pisano w sieci. Przy nich Chorwaci, Turcy, a nawet Polacy to wariaci. Na ulicach koloryt. Mnóstwo pickupów, mało europejskich aut. Nawet Opel Corsa, to Chevrolet Corsa.

Docieramy do Tulum - niesamowite miejsce. Jak zresztą prawie każde dla Europejczyka w Meksyku. Zabytki Majów, a wokół chodzą iguany. Historia i natura. Aaaa no i bym zapomniał. Jest też morze. Niesamowicie piękne, cudowne kolory. Czy tak wygląda raj? Mamy przewodnika, który mówi wiele ciekawych rzeczy. Oczywiście prawie nic z tego nie pamiętam...

Po drodze do kolejnej „miejscówki” kąpiemy się w cenocie. To taka wcale nie ciepła woda w skałach wapiennych. Nierzadko jest w jaskiniach. W każdym razie wrażenia niesamowite i warto było zakosztować tej przyjemności. Kiedyś byli tam ponoć składani w ofierze ludzie - według różnych „grzeboologów” chłopcy lub dziewczynki. Ach te rytuały dawnych ludów.

Kto się boi krokodyla?

Coba. Kolejne ruiny i fragmenty życia Majów. Nie będę zanudzał historycznymi opowieściami, które akurat dla mnie są ciekawe, ale pewnie nie dla wszystkich. Ten wycinek dżungli zwiedzamy na rikszach rowerowych. Nasz kierowca jest mega szybki, biorąc pod uwagę, że wraz z kolegą z radia nie jesteśmy najlżejszym duetem. Budowle niesamowite, na kilka nawet można wejść. Jest superowo, rajsko, nigdy nie sądziłem, że znajdę się w takim miejscu. Pozwoliłem sobie na trzy sekundy zadumy nad tym miejscem, w którym lata temu działy się niepojęte rzeczy. A ja stałem na fragmencie historii.

Zresztą ponoć takich budowli w dżungli jest znacznie więcej. Nic tylko zabrać maczetę i odkrywać kolejne niesamowite miejsca. Tylko trzeba jeszcze znaleźć sposób, by uniknąć węży, pająków, pumy i innych „przyjaciół”.

Pokazano nam również małe boisko do peloty. To taka gra, w której piłka jest twarda i wolno uderzać tylko określonymi częściami ciała i nie są to bynajmniej dłonie, stopy, ani głowa. Cel - trafienie w wysoko zawieszony okrąg. W nagrodę kapitan zwycięskiego teamu... mógł się poświęcić w ofierze i iść do Bogów. Dziękuję, postoję, nie zagram.

Obiad jemy tuż obok zbiornika wodnego, w którym mieszkają krokodyle. Ponoć nie da się go przepłynąć bez kontaktu z tymi gadami. Dziwne, nikt jakoś nie sprawdził tej tezy, wypowiedzianej przez przewodnika (Sebastian - pozdrowienia).

Policja a sprawa polska

Jest duszno. Bardzo duszno. Tak przez cały dzień i dzień kolejny. Na szczęście Volkswageny mają dobrą klimę. Wbrew prognozom pogody prawie nie pada. Zapuszczamy meksykańską muzę i wracamy do hotelu. Raz po raz stajemy jednak na ciekawe zdjęcia. Zupełnie jak Azjaci... W pewnym momencie kolega ustawia samochód do fotografii.

- To jest posterunek policji - próbuję mu tłumaczyć. Na próżno. Pan policjant wychodzi i patrzy co się dzieje. Niezrażony niczym mój kamrat po hiszpańsku prosi go o to, by stanął przy aucie i zapozował. Gliniarz nie jest skory do uśmiechu, ale do fotek staje zarówno z Garbusem jak i z nami. Policja w Meksyku nie jest taka straszna jak ją malowano.

Uczciwie jednak trzeba dodać, że patrole stojące przy wjazdach do dużych miast robią wrażenie. Policja uzbrojona w ostrą amunicję, tu już nikt nie zamierza żartować. Ponoć w Meksyku gliniarze są tutaj prawie jak Bogowie. A haracze się płaci albo im albo mafii. Kończąc jednak wątek bezpieczeństwa - my czuliśmy się dosyć swobodnie. Może po prostu urok tego miejsca nas tak znieczulił?

Apetyczny początek dnia

Dzień kolejny. Volkswagen rano zorganizował konferencje prasową na temat nowego Garbusa. Wbijamy wyznaczony adres do nawigacji i zajeżdżamy na... plażę. Hmmmm. Proszę, napijcie się - otrzymujemy biały napój prosto z kokosa - proponują organizatorzy. Mniam, mniam, pychota. Po kolejnym łyku, tym razem wiedzy o pojeździe, czas na kilka szklanek... solonej wody. Przynajmniej dla mnie. Tak właśnie nieco obrazowo wyglądał snorkeling w moim wykonaniu. Parę rybek zobaczyłem, trochę popływałem, ale chyba jednak wolę grać w bierki. Choć... mój pierwszy raz pozwolił mi zrozumieć ideę nurkowania. Może więc jednak kiedyś znowu?

Potem jedziemy do rezerwatu Xian Ka'an. A w nim najpiękniejsza plaża jaką w życiu widziałem. Niemal pusta, z niesamowitymi kolorami, palmami, małymi krabami kopiącymi w piasku. Z radości jeden z kolegów wjechał Garbusem na plażę. Efekt nie trudno przewidzieć: pojedynek dziewięciu chłopa plus pedał gazu vs piasek. Jeszcze raz okazało się, że człowiek jest potężny i natura łatwo go nie pokona. A potem kąpiel. Najprzyjemniejsza kąpiel (wybacz mój kochany prysznicu), jakiej zaznałem. To nie w Tulum mieści się raj. Raj jest w Xian Ka'an.

A może jednak w Chichzen Itza? Następnego dnia jedziemy oglądać jeden z siedmiu cudów świata - według nowej nomenklatury. Miasto najpierw zbudowane przez Majów, które potem doczekało się współmieszkańców - Tolteków. Napracowali się co niemiara.

Teraz to wielki obiekt przygotowany pod turystę. Duży parking, a za wejściem mnóstwo handlarzy pamiątek, z którymi warto się targować. Nas (mnie i kilka osób) i tak moim zdaniem „przerobiono”, ale pewien rabat uzyskaliśmy. Miasto robi wielkie wrażenie, podobnie zresztą jak i jego ponura historia. W ofierze stracono tam niezliczoną ilość osób. Wszystko dlatego, bo kapłani sobie ubzdurali, że by spadł deszcz trzeba wyrwać trochę ludzkich serc. Zabijano jeńców, ale także swoich obywateli, także dzieci. Generalnie totalna rzeźnia i gdyby nie armia hiszpańskiego generała Corteza, trwałoby to pewnie jeszcze długo. A tak przyjechał koleś na koniu ze strzelbą i wraz z garstką żołnierzy obalił wielką cywilizację. Budowle Majów i Tolteków budzą mimo wszystko wielki podziw, tym bardziej że ponoć (niepotwierdzone) nie znali oni zastosowania koła. Aha, pod koniec 2012 roku kończy się kalendarz Majów. Czy wtedy będzie koniec świata? Odpowiem pytaniem - co my robimy, gdy z naszego kalendarza zerwiemy ostatnią kartkę? Kupujemy nowy...

Dobrze, że przyjechaliśmy rano, bo turystów co chwila coraz więcej. Uciekamy więc kilka kilometrów dalej. Trafiamy do kolejnego cenotu - tym razem pod ziemią. Nad nami stalagmity (albo stalaktyty? z biologii jak już wspomniałem miałem słabe oceny). Znów jest zaj... Kąpiel to doskonałe antidotum na upał. Następnie trafiamy do Valladolid. Typowe postkolonialne miasto. Czuje się jak w Hiszpanii, gdzie zresztą mamy miasto o tej samej nazwie, zresztą z przyzwoicie grającym klubem piłkarskim.

Wreszcie deser programu. Wioska współczesnych Majów. Wcześniej zatrzymujemy Garbusy na sesje zdjęciową tarantuli, obfotografowanie szkolnej orkiestry oraz sępów (wcześniej widziałem jak gryzły zdechłego psa). W wiosce znajdujemy misjonarkę, bodaj Amerykankę. Powoli zmierzcha, ale na ulice wychodzą mieszkańcy, w tym, dzieci. Pozują do zdjęć wdzięczniej niż top model. W dodatku pakują nam się do Garbusa. Jak widać zainteresowanie tym samochodem jest także wśród młodego pokolenia Meksykanów... Małe miasteczko posiada elektryczność, mało tego, są miejscowi znający angielski. Mimo to poczułem się trochę jak w National Geographic. Tylko nie wiem, czy to mieszkańcy dla nas, czy my dla mieszkańców byliśmy większą atrakcją...

Na pewno byliśmy „atrakcją” kolejnego dnia, gdy na wyspie Cozumel, na którą przerwaliśmy się promem, jechaliśmy w szpalerze starymi i nowymi garbusami. Dla dziennikarzy motoryzacyjnych - gratka olbrzymia. W dodatku znów widoki niesamowitych plaż. Wyspa idealnie nadaje się na samochodowe i skuterowe wycieczki. Spędziliśmy na niej zaledwie kilka godzin, a chciałoby się kilka dni (tygodni). Powrotną drogę promową do portu zagradza nam tankowiec. Korki na wodzie? A jednak... Tracimy dodatkową godzinę cennego czasu na rajskim Jukatanie.

Ostatni dzień to już głównie zakupy lub (i) krótkie plażowanie. Zarówno w Playa del Carmen jak i w Cancun. Ceny wcale nie małe. Ale centrum handlowe w Cancun jest bardzo ładne. Samolot powrotny mamy o 18:35. Przed otrzymaniem biletu dochodzi do drobnej kłótni z przepychającym się obywatelem rosyjskojęzycznym.

- On już tam stał - ktoś zauważył przytomnie. Nieważne, rozróba z Ruskiem w Meksyku - czemu nie. Na szczęście szybko doszliśmy do pokojowego rozwiązania i nie doszło do międzynarodowej afery.

Tym razem lecimy niecałe dziewięć godzin. Z tego odcinka pamiętam tyle, że się odbył. Bo krótko po starcie zasnąłem. Potem kolejne cztery godziny w Amsterdamie (nic nie zapomniałem z topografii lotniska przez tydzień) i powrót do Warszawy. Jeszcze tylko pociąg i po dwudziestokilkugodzinnej podróży jestem w domu. Było warto. Piękne miejsce, świetny samochód, niezapomniane wrażenia. Tylko jakoś dziwne w domu gadam, „bo u nas w Meksyku...”

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;