Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
W górach Grecji.
Wycieczka z biurem Apter z Żywca w dniach 5 - 17.09.2011. Transport - autokar (klima) oraz prom między Włochami a Grecją. Uczestników 27 + 3 przewodników + 2 kierowców.  

San Bartolomeo di Piave

Wstajemy wcześnie - juz o 6-tej i pakujemy się na prom tzn. do małego plecaka rzeczy niezbędne na promie, a resztę zostawiamy w większym bagażu, który pozostanie w autokarze. Pasażerowie autokaru wchodzą na prom innym wejściem i na promie nie będzie już dostępu do autokaru. Śniadanie lekkie - 2 rogaliki croissant, 2 plasterki szynki, 2 plasterki żółtego sera, masło, dżem i kawa lub herbata do wyboru. Do Wenecji jedziemy z godzinę lub dłużej. Od razu wjeżdżamy na przystań promową i tam parkujemy, żeby nie płacić dodatkowo za wjazd do miasta (autokar 400 euro). Od 11-tej do 17-tej zwiedzamy Wenecję. Dzień zaczął się pochmurnie, ale w południe było już czyste niebo i upał. Najlepiej chodziło sie wąskimi uliczkami po ocienionej stronie. Pije się dużo wody. Nawet ta z publicznych źródeł okazała sie dobra (żartujemy, że płynie wprost z widocznych na horyzoncie Dolomitów). Zjadłem tylko 2 kawałki pizzy za 6 euro i capuccino, a w markecie kupiłem kilka bułeczek i twarożek na prom. Zbliża się zachód Słońca i Wenecja jest na jego tle. Z górnego pokładu mamy panoramę na całe miasto. Będąc w mieście zrobiłem zdjęcie jakiejś krzywej wieży kościelnej, a teraz z pokładu widzę jeszcze dwie inne - też krzywe, pochylone każda w inną stronę. Chyba to skutek zapadania się Wenecji. Robi się coraz ciemniej, ale Dolomity jeszcze są widoczne na północnym horyzoncie. Ceny na promie są do przyjęcia 6-12 euro za posiłek, ale piwo drogie - 4 euro za 0,33l.  

7.IX. Obudziłem sie o 8-mej czasu greckiego(+1h do naszego). Koledzy jeszcze śpią. Wziąłem reklamówkę z jedzeniem i termos z wczoraj zrobioną herbatą i wyszedłem na pokład, gdzie są stoliki. Tu niektorzy śpią(nie wykupili kabin), inni robią sobie posiłki lub je zamawiają w barze. Przez panoramiczne szyby widać puste morze, ale w pewnym momencie na dalekim wschodnim horyzoncie pojawiają się góry. To Chorwacja. Dzień upływa monotonnie. Na morzu nic się nie dzieje. Na pokładzie widokowym poznaję Słoweńca z Mariboru, nauczyciela fizyki jak ja i obecnie na emeryturze. O rok młodszy, podróżuje sam. Rozmawiamy po niemiecku. Potem jeszcze z pół godziny z Irlandką z Dublina, która podróżuje z rodzicami po Grecji, Albanii i ma zamiar odwiedzić również Kosowo. Trochę urozmaicenia pod koniec podróży. Zbliżyliśmy się do wybrzeża Albanii - wysokie, suche i jałowe góry. W ciągu godziny zauważyłem tylko dwie wsie, z których drogi wiodą w górę, ale ich brak wzdłuż wybrzeża. Potem już grecka wyspa Kerkyra. Jest pod Słońce i kiepsko się fotografuje.Na pokładzie jest też basen, ale mało kto się kąpie. Strasznie gorąco, przebywam głównie w cieniu. Igoumenitsa jest miastem głównie portowym i nic ciekawego tu nie ma. Sam port otoczony jest wysokim płotem, zakończonym kolczastym drutem - to obrona przed imigrantami, głównie z Albanii. Nasz hotel Aktejon jest niecały kilometr od portu. Jest już późno - koło 21-giej i cieszymy się, że nie musimy daleko jechać. Jesteśmy zakwaterowani w trójce z Zygmuntem i Zdzisławem. Po zakwaterowaniu wychodzimy jeszcze z Zygmuntem na miasto. Ciemno i mnóstwo psów wałęsjących się na ulicach. Potem nocą tak się rozszczekały, że nie dawały spać. Wyłączyliśmy w pokoju klimatyzację i chcielismy spać przy otwartym oknie. Niestety, wtedy komary zaczęły lecieć i musieliśmy klimatyzację włączyć.

8.IX.  Wstajemy przed 7-mą, śniadanie - 715 i w drogę - do Joaniny. Pierwszy przystanek w górach Pindos, nad wąwozem Vikos. Droga kończy się pół kilometra od punktu widokowego na wąwóz Vikos. Schodzimy nieco w dół ścieżką wyłożoną ustawianymi pionowo płytkami z tutejszych skał. Wąwóz jest bardzo głęboki, zadrzewiony, na dnie jest wyschnięte łożysko strumienia. Wokół wysokie ściany gór Pindos. We wsi Monodendri krótki postój. Tutejsze ściany skalne wyglądają jak sterty płyt ułożonych poziomo. We wsi restauracja, bazylika i kilka ścieżek prowadzących na dno wąwozu. Przy jednej z nich niemiecka rodzina z dwójką dzieci - zmieniają akurat buty na trekingowe przed zejściem do wąwozu. My, po krótkim spacerze po wsi, jedziemy dalej. Kierunek - Meteory. W pobliżu miasta Kalabaka jest grupa skalnych ostańców, podobnych do naszych Gór Stołowych lub bardziej do czeskich Hruboskalsko. Na szczytach tych ostańców zbudowano tu wiele klasztorów. Pochodzą one z okresu między XIV a XVII wiekiem, kiedy była moda na takie fanaberie - wyżej, to bliżej Boga. Trudno było je budować, a i dzisiaj wejść do nich nie łatwo. Dla turystów zbudowano drogi dojazdowe i parkingi, ale jeszcze te kilkaset metrów trzeba pokonać schodami lub stromą ścieżką. Dawniej mnichów wciągano w koszach. Nawet dziś do wciągania materiałów służą jakieś kolejki linowe. Zaczynamy od Wielkiego Meteora - największego i najwyżej położonego klasztoru(wstęp 2 euro). Przy wejściu dyżurny mnich ogląda wszystkich dokładnie, czy aby jesteśmy odpowiednio ubrani i ich nie obrazimy wyglądem(mówią - że Boga). Jest tu muzeum ze starymi urządzeniami do produkcji wina, stara kuchnia, zbiór obrazów, a w najświętszym miejscu - zbiór bardzo świętych ikon i zakaz fotografowania. Widziałem, jak jeden z kolegów zrobił ukradkiem zdjęcie - mnich podbiegł, obejrzał co ma w aparacie i skasował zdjęcia. Zapytałem - to ile trzeba zapłacić, żeby fotografować? - Milion dolarów - zażartował mnich. W planie było zwiedzanie drugiego klasztoru, ale grupa stwierdziła, że pewnie w każdym jest tak samo i pojechaliśmy na punkt widokowy, z którego było tych klasztorów widać więcej oraz całą Kelembakę. Tu złapała nas dziewczyna z pracowni ikon w Kalembaka i porwała nas do tej pracowni. Po drodze widzieliśmy, że w co drugim domu była pracowania ikon. Dziewczyna opowiedziała nam o produkcji (pisaniu) tych ikon, o ich rodzajach (pierwszy-ręczne i najdroższe, drugi i trzeci (częściowo z naklejanymi fotokopiami), a następnie przeszliśmy do sklepu, gdzie je można było kupić. Poza ikonami mnóstwo wszelkiego badziewa pamiątkowego - od ikony z magnesem na lodówkę, przez cerkiewne monstrancje, naszyjniki, świeczniki do albumów. Robię zdjęcia najdroższych ikon (12000 euro). Po Meteorach już tylko przejazd w okolice Olimpu z małym przystankiem przy supermarkecie, żeby kupić coś do jedzenia. Po 21-wszej dojeżdżamy do miasta Paralia. Jest to miejscowość wczasowa nad Morzem Egejskim. Tłumy turystów wałęsają się po ulicach, handel kwitnie. Do naszego hotelu nawet nie można dojechać autobusem i przechodzimy kawałek z bagażami. Hotel nazwya się Luculius i jest ze 200 m od plaży, ale morza jeszcze nie widzieliśmy. Mieszkamy w stałych składach, w przestronnych pokojach z lodówkami. Na spóźnioną obiadokaolację idziemy do sąsiedniego Posejdona.

9.IX. Pobudka 530, bierzemy przygotowany suchy prowiant (dwie kanapki z szynką i żółtym serem, jajko, brzoskwinia i soczek w kartoniku) , wypijamy goracą kawę lub herbatę, a o 6-tej już wyjeżdżamy do Litochoro, pod Olimp. Autokar podwozi nas na początek szlaku do płaskowyżu Musses, oznakowanego czerwonymi kwadratami. Od razu pod górę i tak przez dwie godziny przez piękny sosnowy las. Te sosny(Pinus heldreichi inaczej sosna bośniacka) podobno rosną ponad 1000 lat. Idziemy przynajmniej w cieniu aż do nowego budynku, który może kiedyś będzie schroniskiem. Las się kończy i dalej juz tylko skały i trochę kępek ostrej, zasuszonej trawy. Na szczęście pojawia się trochę chmurek i idzie się lekko. Olimp już jest widoczny, ale częściowo kryją go niskie chmury. Ostatnie 2 godziny po skałach, wąskim grzbietem, kilka metrów linek dla urozmaicenia i jesteśmy na płaskowyżu Musses. Przed sobą mamy piękny widok na tron Zeusa, bo chmurki się odsunęły. Na pół godziny zatrzymujemy się w schronisku Seo(Giosos Apostolides) pod Olimpem. Wracamy tą samą trasą. Po drodze mija nas karawana mułów, wiozących zaopatrzenie do schroniska. Schodzi mi się trochę gorzej niż szło pod górę i ze Zdzisławem zamykamy peleton. Gdy do-chodzimy do pojedynczej chałupy przy końcu szlaku, w której trzymane są transportowe muły i konie, cała grupa już czeka. My schodzimy na szosę i widzimy, że 300 metrów dalej już czeka na nas autokar. Tam było trochę miejsca na postój i tam kierowcy czekają. Przy autokarze jesteśmy pierwsi. W nagrodę biorę piwo (5 zł). Za chwilę dochodzi reszta i też nagradzają się piwem. W Parelii jesteśmy po 20-tej i od razu idziemy na kolacje do Posejdona. Nie wiem, czy jutro pójdę na Olimp, bo coś ciężko mi się schodzi.

10.IX. Tym razem pobudka nawet o 5-tej i wyjazd 530 z suchym prowiantem - jak wczoraj. Jedziemy dalej, pod sam Olimp, do schroniska Prionia. Tu autokar zostaje, a my od razu stromo w górę. Parking jest przepełniony samochodami osobowymi to znaczy, żę dziś będzie na szlaku tłoczno. Idzie się dobrze, a nawet lepiej niż wczoraj. Zostawiam grupę i choć na czczo, to idę szybko. Dopiero przy schronisku pod Olimpem jem właściwe śniadanie. Tu grupa ma dłuższy odpoczynek. Po drodze robiłem trochę zdjęć lub gadałem ze spotykanymi osobami. Do Greków mówię -“Jasas” czyli cześć, do innych - Hallo. Jeden z Greków strasznie był ciekawy ile mam lat, bo ja szedłem szybko, a on - odpoczywał. Okazało się, że jest 2 lata młodszy. Jakiegoś Anglika ciekawiło, czemu nie używam kijków, skoro mam je przypięte do plecaka. Odparłem, że używam ich “going down”. Największą grupą schodzili z góry Słoweńcy - tak na oko ze dwa autokary. Niektorzy nieśli kaski, a więc zdobywcy najwyższego wierzchołka - Mitikisa. Zrobili to wczoraj, przenocowali w schronisku i dziś schodzą na dół. Z parkingu do schroniska zajęło 3 godziny. Koło 1330 jesteśmy na punkcie Skala. Tu szlaki się rozdzielają: jeden idzie na Mitikisa (2917), najpierw stromo w dół jakieś 100 m. potem też stromo w górę, na właściwy szczyt, a drugi idzie na Scolio(2915), nieco niższy i łatwiejszy wierzchołek Olimpu. Od razu zgłaszam Mariuszowi, naszemu przewodnikowi, żę idę na Scolio, bo nie wiem czy z Mitikisa zejdę. Dołącza do mnie Jolka i we dwójkę idziemy na Scolio. Na Mitikisa weszła 8-ka, reszta schodziła już ze Skali. Scolio jest pięknym punktem widokowym na całą grupę Olimpu, szczególni na Mitikisa. Robimy parę zdjęć dokumentalnych i żeby się nie powtarzać schodzimy inną trasą, przez bezimienną górkę. W pewnym momencie szlak znika w licznych kamieniach, a z nami nikt nie idzie. Wybieram kierunek w lewo, licząc, że po obejściu górki trafię na suche łożysko strumienia i do E4. Zanim do tego dojdzie to najpierw napotykamy stado kozic, które odpoczywały w cieniu skał. Okazja do zdjęć. Potem widzimy dwójkę Greków, którzy też kierują się do przypuszczalnego łożyska. Jest łożysko. Z prawej strony mamy strome zbocze, a na górze widać dużego kozła, obserwującego nasze kroki. To pewnie kierownik stada kozic, które widzielismy krótko przedtem. Skały się kończą, pojawia się ścieżka, którą po kilku mninutach docieramy do E4. Po pewnym czasie dogoniła nas grupa z Mitikisa i razem schodzimy do schroniska. W schronisku odpoczynek i piwo. O 19-tej jesteśmy na parkingu Prionia. Przejazd do Paralii już po zachodzie i kolacja jak wczoraj.Opijamy winkiem szczęśliwy powrót z Olimpu.

11.IX Wpół do siódmej zrywamy się z Zygmuntem i z grupką innych osób idziemy zobaczyć Morze Egejskie. Jesteśmy tu trzeci dzień, a nie widzieliśmy jeszcze plaży. Jeszcze jest nocne oświetlenie, ale już dnieje. Zaczyna się sprzątanie ulic. Na plaży nieliczni turyści i gromady psów. Przechodzimy w miejsce, gdzie psów jest mniej. Do wody wskakują Zygmunt i Krzysztof, a za chwilę ja. Myślałem, że woda będzie zimniejsza, ale jest bardzo przyjemna. Przy brzegu był pas kamieni i żwiru, ale dalej już dno jest piaszczyste. Zaliczam kąpiel i wychodzę. Spłukuję się pod plażowym prysznicem i tu woda też jest przyjemna. Zza gór zaczyna wyłaniać się Słońce. Robimy zdjęcia. Dzieje się to bardzo szybko i gdy cała tarcza jest widoczna, wracamy do hotelu na śniadanie. Potem szybkie pakowanie i o 830 wyjazd do Delf. Jedziemy autostradą między masywem Olimpu a morzem. Częste bramki z opłatami (2-3 euro za samochód osobowy - może kiedyś przyjadę tu). Pierwszy przystanek to Termopile. Jest tu parking, pomnik Leonidasa i to wszystko. W V wieku pne było tu jeszcze morze, a dziś - morze jest o kilka kilometrów od tego miejsca. Wąwóz, w którym Spartanie powstrzymywali Persów dziś trudny do identyfikacji. Potem jest dłuższy przejazd przez góry Parnasu. Trasa nowa, ale kręta i bardzo widokowa. Raz wjeżdżamy na jakieś przełęcze, to znów w dół. Tak dojeżdżamy do Delf. Miasteczko nieduże - trzy równoległe ulice - jest przyklejone do stromego zbocza i wisi ze 300 m nad doliną. Widać stąd Zatokę Koryncką i góry Peloponezu. Od razu przystępujemy do zwiedzania tego, co zostało ze starożytnych czasów. Kupuję bilet za 6 euro i kryjąc się w miarę możliwości w cieniu, oglądam te starożytności - świątynię Apollina, skarbce, stadion i mnóstwo kolumn oraz innych kamieni. Nie wolno ich zabierać, a niektórych nawet dotykać! Nie wolno też innym przewodnikom prowadzić grupy - mogą to robic tylko miejscowi, licencjonowani. Koło 17-tej przyjeżdża pod muzeum furgonetka po nasze bagaże, gdyż pod hotel autokar nie może dojechać - tak wąsko i ciasno. Z małym bagażem przechodzimy pieszo do hotelu Akropol. Mieszkamy w stałym składzie. Pokój wygodny, choć bez widoku. Pytam w recepcji o koszt pokoju. 2-osobowy ze śniadaniem 65 euro z wyjątkiem weekendów, kiedy jest drożej.

12.IX Dziś Parnas. Niby śpimy ciut dłuzej bo śniadanie po 7-mej i wyjazd o 815. Jedziemy do ośrodka narciarskiego na 1750 m. Po godzinie dojeżdżamy. Mnóstwo wyciągów(chyba 5) i tras narciarskich, ale latem pusto. Poza nami nikogo nie ma, nikt nie chodzi po tych górach, choć szlaki sa dobrze oznakowane trójkątami, kwadratami, rombami. Góry są puste. Tu przy parkingu, gdzie zaczynamy wędrówkę, lasy się kończą. A lasy są tu piękne, głównie jodłowe. Wyżej są tylko skały, rachityczne trawki i bezchmurne niebo. Wspinamy się stromo na Geriatrikos(Góra Starców) i tu mamy dłuższy odpoczynek po męczącym odcinku. Widoki piękne, rozległe i pusto. Nawet ptaki tu nie latają. Część z naszej grupy zostaje i zacznie stąd schodzić do autokaru, który został na parkingu przy dolnej stacji głównego wyciągu. Główna grupa idzie dalej mijając kolejne szczyty i przełęcze. Szlak nie jest trudny, ale długi. Z trasy, na dalekim horyzoncie , widzimy Zatokę Koryncką na południowym zachodzie i Morze Egejskie na wschodzie. Tak docieramy do najwyższego szczytu Parnasu - Wilczej Góry(Liakoura -2455m). Cisza, tylko wiaterek trochę szumi. Nie jest gorąco, ale zimno też nie. Zjadamy resztki prowiantu i schodzimy. Po drodze jest dolinka z ruinami jakiejś zagrody i porośnięta suchą, kłującą trawą. Ani śladu wody. Koło 18-tej jesteśmy już na parkingu i zdążamy na kolację o 1930. Potem wreszcie trochę czasu niezagospodarowanego. Wałęsamy się po tych trzech uliczkach, a głównie po środkowej, przy której skupiły się sklepy i restauracje. Kupuję CD z grecką muzyką (6 euro). Zatoka Koryncka wygląda stąd malowniczo, okolona dużą ilością świateł.

13.IX. Mamy wyjechać o 8-mej do Aten, ale gdy schodzimy po 7-mej na śniadanie do restauracji na poziomie 0 (nasz hotel ma 5 poziomów - z ulicy się wchodzi na poziom 0, a potem windą na poziom +2 lub -2)jest już długa kolejka do szwedzkiego stołu. W hotelu zakwaterowano więcej grup. Przy stolikach ciasno, ale jakoś z trudem daje się zjeść. Potem jest przejazd przez góry Parnasu do Aten. Góry początkowo wysokie i suche, obniżają się stopniowo, stają się bardziej zielone i koło Teb jest już prawie płasko. Do Teb nie zaglądamy, bo choć to słynne miejsce, ale tam nic nie zostało z dawnych czasów. Na przedmieściu Aten zabieramy umówioną przewodniczkę, władającą językiem polskim. Od razu mówi, że takich jak ona jest w Atenach tylko 3, a czwarta dopiero studiuje. Ateny są zatłoczone, ale sprawnie dojeżdżamy pod Akropol, na parking. Tu kupuje nam bilety(12 euro normalny, 6 euro ulgowy) bez kolejki, a kolejka jest dość długa - dużo Japończyków. Przepychamy się w tłoku na Akropol. Przewodniczka gada jak katarynka o rzeczach pow-szechnie znanych, ale przynajmniej pokazuje co gdzie jest: Partenon, świątynia Ateny, Agora, Areopag, teatr Dionizosa itp. Kilkakrotnie podkreśla, że oprowadzała kiedyś ministra Krawczuka i to jest jej najciekawsza informacja. Zrobiłem parę zdjęć, ale to wszystko mnie raczej nudzi. A do tego upał. Schodzimy do autokaru i jedziemy dalej, do Koryntu. Ateny trzeba było zaliczyć, ale to chyba najsłabszy dzień w naszej podróży. Zatrzymujemy się nad Kanałem Korynckim. Wąski i pusty, którym dziś nic nie płynie, bo dzisiejsze statki są szersze od tego kanału. Jest też restauracja i sklepy z pamiątkami. Kolejny przystanek to starozytna twierdza Mykeny(4 euro ulgowy). Zwiedzamy indywidualnie całą górkę na ktorej rozpościerała się twierdza.. W wielu miejscach są plansze z objaśnieniami. Na koniec idziemy do muzeum, gdzie sa przedmioty wykopane na terenie twierdzy i nie tylko. Potem przejeżdżamy autokarem jakieś 500 m i znowu przystanek przy tzw. grobowcu Agamemnona. Duża stożkowata budowla, w środku pusta. Znowu przejazd przez góry. Mijamy Spartę i na nocleg zatrzymujemy sie w miasteczku Mistra u podnóża pasma Tajgetos, w hotelu Bizantio. Koło 21-szej jemy kolację, a potem mały spacerek po miasteczku i kąpiel w hotelowym basenie.

14.IX. Początek jak zwykle - śniadanie i pakowanie. Po 8-mej wyjeżdżamy. Kierunek - twierdza Mistra. Autokar ciężko wspina się po serpentynach, bo twierdza leży na zboczach pasma Tajgetos, niemal że wisi nad miastem. Zatrzymujemy się na niewielkim parkingu. W pobliżu jakieś zaniedbane gospodarstwo, liczne kozy i psy. Wstęp do twierdzy płatny, ale ponieważ nie była ona w programie i nie mamy dużo czasu - rezygnujemy. Robię kilka zdjęć. Widać, że twierdza była potężna. Wiele obiektów jest restaurowanych. Trzeba tu dużo chodzić po stromych uliczkach - w górę i w dół. Piękne widoki na pasmo Tajgetos i na leżące w dole miasteczko Mistra. Kolejny cel - to przylądem Matapan, najbardziej na południe wysunięty punkt Europy. W Sparcie zatrzymujemy się przy Lidlu, żeby zrobić zakupy. Jutro już będziemy ładować się na prom, a więc prowiant sie przyda, jeśli ktoś nie chce wydawać pieniędzy na promie. Droga na Matapan jest w dobrym stanie, nowa - z funduszy europejskich, widokowa, ale bar-dzo kręta. Z lewej stronie mamy cały czas morze, a raczej Zatokę Lakonicką. Ta część Peloponezu, której stolicą jest Sparta, nazywa się Lakonią. Gdy ta piękna szosa przechodzi przez miejscowość, jej szerokość zwęża się tak bardzo, że autokarem ciężko jest się wyrobić. Z prawej strony mamy cały czas góry Tajgetos, z widocznym, w kształcie piramidy, szczytem Profitis Ilias(2407). Ten łańcuch górski ciągnie się wzdłuż Mani czyli środkowego palca peloponeskiego półwyspu, aż zanurzy się w morzy Śródziemnym na przylądku Matapan(czyli Tenero). Robimy kilka fotostopów, bo okolica jest malownicza. Wierzchołki mniejszych górek są zwykle zwieńczone jakąś budowlą obronną w kształcie prostokątnej wieży. Dawniej służyły faktycznie do obrony przed sąsiadami, bo te okolice zamieszkiwał lód skory do bijatyk, pamiętliwy i mściwy. Zemsta za zniewagę kończyła się, gdy ród przeciwnika został wybity co do nogi. Droga jest tak kręta, że na serpentynach skręcających o 180 stopni autokar często nie może zrobić zwrotu. Musi być cofanie i pół metra do przodu i znowu cofanie. Z przodu jest przepaść na kilkaset metrów, a z tyłu - pionowa skała. W tych manewrach musi pomagać drugi kierowca lub pilot. Ale w końcu dojeżdżamy do czegoś w rodzaju parkingu przy restauracji. 200 metrów dalej jest już lazurowe morze, zatoczki i łódki. Żar z nieba się leje, a my ruszamy w ostatnią górską przechadzkę. Szlak idzie odkrytym, kamienistym terenem - to końcówka gór Tajgetos. Roślinność szczątkowa, czasem są kępy jakiejś suchej i kłującej trawy. Na przylądku stoi latarnia morska. Nad wodę nawet trudno zejść, bo trzeba pokonywać duże głazy, który pokrywają całe zbocze, aż do wody. Wypijamy po lampce wina z kartonów, które Mariusz kupił w Lidlu. Jeszcze zdjęcia i wracamy tą samą ścieżką. W jednej z zatoczek zatrzymujemy się na kąpiel, żeby zaliczyć tutejsze Morze Śródziemne. Woda cieplutka, że prawie się jej nie czuje i bardzo przeźroczysta. Gdy się nurkuje, człowiek czuje się jak zawieszony w przestrzeni, mając daleko pod sobą kamieniste dno. Przy wychodzeniu na brzeg trzeba jednak bardzo uważać, żeby nie nadepnąć na jeżowca, które, niestety, tu są. W restauracji jem sałatkę grecką i piwo w sumie za 10 euro. O 18-tej wyruszamy w dalszą drogę i przystanków na jedzenie już nie będzie. Koło 20-tej jesteśmy w Areopolis, gdzie mamy nocleg. Już się robi ciemno. Zdjęcia będą nocne. Hotel nasz nazywa się też Areo Polis. Pokoje wygodne, przestronne - jak wszędzie w Grecji. Po kolacji troche spacerujemy po mieście. Centralna uliczka, bardzo wąska zresztą, jest bardzo stara. W restauracjach i kafejkach jest pusto. Na ogół kelnerka czeka na gości. Sklepy z pamiątkami i supermarkety sa otwarte. Na centralnym placyku dzieci kopią piłkę i życie kwitnie w pełni. Turystów mało.

15.IX. Znowu po śniadaniu szybkie pakowanie. Do przejechania około 200 km krętymi drogami do Olimpii, a potem jeszcze 160 km do Patras. Droga nadal bardzo malownicza, bo przecież jeszcze jesteśmy na Mani. Góry Tajgetos nadal nam towarzyszą - teraz na wschodzie. Jedzie się wolno - średnia prędkość może ze 40 km/h. Dojeżdżamy do większego miasta Kalamata. Tu też są plaże, nawet piaszczyste. Bierzemy tylko benzynę i jedziemy dalej. Dopiero po 12-tej jesteśmy w Olimpii. Czas indywidualnego zwiedzania do 14-tej. Bilet ulgowy za 3 euro - tylko wykopaliska, bo na muzeum nie będzie czasu. Łażę po terenie robiąc zdjęcia kolumnom i świątyniom. Nie można wchodzić na te zabytkowe kamienie, bo strażnicy, których jest sporo, zaraz gwiżdżą. Chodzę dziś w pomarańczowej koszulce i wszyscy biorą mnie za Holendra. A teraz już tylko Patras. Gdy dojeżdżamy to z daleka widoczny jest most na kanale Korync-kim, przez który teraz wiedzie autostrada do Aten. Terminal promowy jest gdzieś na peryferiach miasta i nic tu nie zwiedzamy. Czekamy na przystani i o 19-tej jesteśmy już na pokładzie Cruise Olimp. To nowoczesny prom pasażerski ze sklepami, restauracjami, basenem i kasynem. W Ankonie będziemy jutro koło 15-tej.

16.IX. Płyniemy. Koło 11-tej mijamy jakieś nieduże, skaliste wysepki na zachodzie. Po jakimś czasie na wschodzie majaczą daleko na horyzoncie góry - to chyba Chorwacja. Życie na promie płynie wolno, choć prom jest szybki - robi chyba 50 na godzinę. Dla urozmaicenia jest fitness klub. Ale pusto. Dziewczyny z obsługi daremnie czekają na klientów. Jest sala gimnastyczna, solarium, sauna. Więk-szość siedzi na górnym pokładzie, choc tam wieje, popijając piwo i wodząc wzrokiem po pustym mo-rzu. Basen zakryty siatką - nieczynny. O 14-tej już ponaglają nas do pakowania się i opuszczania kabin. Chcą sprzątać. Już zbliżamy się do Ankony. Przybijamy punktualnie o 1530. Gdy tylko autokar zjeżdża z promu, wsiadamy i jedziemy dalej. Z daleka po drodze widzimy Monte Titano w San Marino. Gdy juz się zmierzcha docieramy do Rosalino na nocleg. Niektórzy po kolacji, po ciemku, idą zapoznać się z Adriatykiem(bo jest niedaleko). Jutro już Polska.

Ełk, 25 października 2011.  

 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2018 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;