Bilety lotnicze Relacje z podróży
Czytaj pocztę Noclegi Wycieczki
Forum Fotoreportaże
      BiuletynBiuletyn   RejestracjaRejestracja
WycieczkiNoclegiBilety lotniczeCzartery jachtówTargi turystycznePogoda
LIBIA - Moja Wielka Przygoda
Autor: Elżbieta   
Thursday, 03 August 2006


DLACZEGO LIBIA?

Na święta Bożego Narodzenia 2004 r., w wieku „pobalzakowskim”, otrzymałam wspaniały prezent - uczestnictwo w wyprawie do RPA. Ten odległy, afrykański kraj plątał się od lat po moich skrytych marzeniach (o czym darczyńca nie miał pojęcia), wrażenie było więc tym bardziej powalające. Wyjazd planowany był na miesiąc luty 2005 r. Ku mojemu olbrzymiemu rozczarowaniu nie udało się zebrać wystarczająco dużej grupy i zamiennie organizator zaoferował mi Libię. Zgodziłam się, acz niechętnie, no bo co niby  można oglądać przez dwa tygodnie na pustyni i to w kraju tak mało popularnym turystycznie jak Libia. Na miejscu przekonałam się jak bardzo byłam w błędzie.
libia.jpg Przygotowania trwały krótko . Wszystkimi sprawami formalnymi (łącznie z wyrobieniem wizy ) zajął się organizator, nie musiałam przeprowadzić żadnych specjalistycznych badań, pozostało więc spakować bagaż. .Biorąc pod uwagę specyfikę wyjazdu, należało ustalić listę rzeczy niezbędnych: śpiwór z komfortem do -10 stopni C, papier toaletowy, środki czystości (w tym mokre chusteczki higieniczne), odzież na temperatury od 0 stopni  C do +26 stopni C, leki na przeziębienie i dolegliwości przewodu pokarmowego (przydały się), aparat fotograficzny.
Na pytanie „ile mam zabrać pieniędzy” usłyszałam:
„To pani indywidualna sprawa, uprzedzam, że nie będzie gdzie ich wydać, bo tam gdzie jedziemy nie ma sklepów”. Mimo ostrej, kilkukrotnej selekcji, na miejscu okazało się, że wszystkiego wzięłam za dużo. To podobno poważny grzech wszystkich debiutantów. Z bagażem przemieszczamy się!.


13.02.05 - niedziela
O godzinie 8 rano zbiórka na Okęciu. Z ciekawością przyglądam się pozostałym siedmiu osobom. Widać, że wszyscy dobrze się znają, bywali razem na innych wyjazdach, powiązani są siecią  wspólnych znajomych. Robią wrażenie zaprawionych w bojach globtroterów (w przeciwieństwie do mnie) Czuję się trochę nieswojo, ale dzięki ich życzliwości kiepski nastrój szybko mija.

9.45 - wylot do Budapesztu  węgierskimi liniami lotniczymi  MALEV (tanio).
Przelot trwa 1 godzinę i 10 minut, w perspektywie mamy 12 godzin zwiedzania  miasta. Wieczorem na lotnisku ostatnie piwo - czeka nas czternastodniowy okres bezwzględnie przestrzeganej prohibicji.
23.25 - odlot do Tripoli. W samolocie częstują nas kanapkami i napojami. Lądujemy o 3.20 (przesunięcie czasu o jedną godzinę do przodu). Głęboka noc. Pierwsze zetknięcie z Afryką..
Kiedy wylatywaliśmy z Warszawy było -10 stopni C, tu +10.    
                                                                                                                                                                                                                                       
513.jpgArchitektura dworca zdecydowanie arabska: ciąg białych kolumn zwieńczonych arkadami, wszystko rzęsiście oświetlone, palmy, jest noc - więc chłodno.
Wita  nas Abdullah - przewodnik, który towarzyszyć nam będzie przez następne dwa tygodnie. Jedziemy do hotelu. Tripoli o tej porze robi wrażenie wymarłego miasta, uliczki zaśmiecone, ciasne,  budynki niskie (białe, różowe) z mnóstwem kabli różnej maści przerzuconych nad ulicami. Okropne wykroty na jezdniach, ogólny nieład. Zaskoczona jestem widokiem otwartego o tej porze sklepu warzywnego, w którym oczywiście brak klientów..
Jesteśmy w hotelu. Wita nas obsługa,  wszędzie napisy arabskie (również na ulicy), porozumiewamy się w języku angielskim. Formalności załatwiamy szybko, mam maleńki, dwuosobowy pokój, który dzielę z dziewczyną z grupy. Skromne umeblowanie: dwa łóżka, toaletka, nocny stolik, krzesło, w ścianie bardzo mała szafa na rzeczy. Za sutą firanką okno z matowymi szybami wychodzące na zabudowaną „studnię” (typowe dla krajów  muzułmańskich), schludnie. Łazienka dość obszerna, w drzwiach (co by było zabawniej) ,  przejrzyste szyby, maleńki brodzik.

14. 02. 05 - poniedziałek
Nie wiem jak się ubrać, a więc „na cebulkę”.
Na śniadanie jajka, jogurty, mleko, sok, kawa, herbata słodka jak ulepek (również zielona)  i mnóstwo słodkiego pieczywa. Abdullah czeka już na nas, więc szybko wrzucam małe co nieco i minibusem (mercedes), który czekał na nas na lotnisku, wyruszamy na zwiedzanie miasta. Najpierw przejażdżka ulicami, kierujemy się w stronę portu. Centralne dzielnice to w większości dwupiętrowe, XX wieczne,  bogato zdobione kamienice, dużo parków, na przedmieściach budynki dziesięciopiętrowe  przypominające koszmarki z okresu „wczesny Gierek”. Ruch na jezdni według Arabom tylko znanych zasad, głośno od klaksonów, ale stłuczek nie widać. Dużo miejsca,  wielkie przestrzenie, jakieś takie pożółkłe palmy. Wszędzie napisy wyłącznie arabskie, natomiast ludzie ubrani po europejsku; zupełnie nie widać zakwefionych kobiet, mają tylko osłonięte głowy chustkami.
W Trypolisie należy zobaczyć;
zamek Assai al.-Hamra
Muzeum Dżamahirijii
medynę

Zamek
  nosi nazwę czerwonego zamku i stanowi główną atrakcję Trypolisu . Jest  położony przy Placu Zielonym (Green Square). Przechodził różne koleje:  mury zostały wzniesione w czasach panowania tureckiego na fundamentach rzymskich term: zajmuje obszar około 4 ha. Jego wnętrze to małe miasteczko z wieloma ulicami, korytarzami, placami, domami wybudowanymi w okresie od XVI do XIX wieku i  ozdobione  antycznymi kolumnami, rzeźbami oraz mozaikami,  które zostały tu przewiezione z Leptis Magna, Sabraty itp. Balkony po zewnętrznej stronie murów szczególnie upodobali sobie wodzowie:  z jednego z nich często przemawiał Mussolini, a w czasach  nam bliższych  Muammar El.-Kadafi. Pod balkonem wisi olbrzymi plakat z podobizną Wodza. Libijczycy mają szczególny stosunek do swego przywódcy - podobno o „Nim” nie rozmawia się, dlatego na własny użytek nazywaliśmy Go Kaziem.

Muzeum Dżamahirijii   to rodzaj muzeum narodowego. Zgromadzono w nim  antyczne dzieła (rzeźby,  płaskorzeźby, wspaniałe mozaiki, ceramikę). W wielu salach umieszczono eksponaty obrazujące  życie w Libii w czasach muzułmańskich. Jest to chyba jedyne muzeum, w którym obok napisów arabskich są również napisy w europejskich językach.

514.jpg Medyna
- stara dzielnica, to niemal w całości dzielnica handlowa (suk) nad  dachami której góruje okazały meczet Achmeda Paszy Karamanlisa.
Buszując w sklepikach miałam nadzieję na zakup regionalnych, oryginalnych pamiątek. Niestety, na straganach króluje towar „made in China”, tak więc  z powodu braku wyboru zadowoliłam się bardzo mało okazałą skamieliną zwaną potocznie różą pustyni
Moi towarzysze, bywali w krajach muzułmańskich, zwracają uwagę na to, że Libijczycy są bardzo mało „arabscy”. Powściągliwi, nie nachalni. Pozdrawiają nas uprzejmie polskimi „dzień dobry” , „jak się macie” itp. To pokłosie wieloletniej obecności w Libii w latach 80-tych polskich lekarzy i budowniczych. Widać nasi rodacy zapisali się dobrze w pamięci mieszkańców.
W zachodniej części Medyny znajduje się symbol Trypolisu - niewielki łuk cesarza rzymskiego, Marka Aureliusza., który dla mieszkańców jest tym, czym dla Warszawiaków Kolumna Zygmunta, tylko mniej okazały.

Następnym obiektem, który zwiedziliśmy, to nowy meczet przy placu Majdan Al.-Jezayir ;  obok meczetu w medynie, jeden z dwóch bardziej okazałych w Trypolisie, a mimo to dość skromny.
Kobiety mają bezwzględny zakaz wstępu do świątyni z odsłoniętą głową, warto więc pamiętać, aby zawsze mieć przy sobie choć niewielką  apaszkę.

Wieczorem - „nocne zwiedzanie miasta”. Bardzo chcieliśmy wypalić fajkę wodną, niestety mimo usilnych starań nie znaleźliśmy sziszarni. Dość to niezwykłe, zważywszy na fakt, że byliśmy w kraju arabskim. Na pocieszenie uraczyliśmy się wspaniałą kawą , która w Libii jest rewelacyjna: mocna, aromatyczna, często z dodatkiem kardamonu, serwowana w maleńkich filiżankach. Smakosze tego szlachetnego napitku z całą pewnością będą mieli nie lada ucztę.

15.02.05 - wtorek
Zaraz po śniadaniu wyjeżdżamy do Leptis Magna. Do grupy dołączył młody człowiek  - Osama (uzbrojony), do którego natychmiast przylgnęła ksywka „bodyguard” lub „sekurit”. Towarzyszyć nam będzie do końca wyprawy, choć nikt z nas nie zauważył nawet śladu zagrożenia przed którym miałby nas osłaniać. Zanim dotarliśmy na miejsce, dwukrotnie przechodziliśmy kontrolę policyjną (na odcinku 100 km): musieliśmy zatrzymywać się przy stałych miejscach kontroli, jest jednak prawdą, że turystom nie stwarza się problemów.
                              
511.jpgLeptis Magna  położone około 100 km. na wschód od Trypolis jest najlepiej zachowanym miastem rzymskim w basenie Morza Śródziemnego Dokładna data powstania miasta ginie w mrokach dziejów, ale wiele faktów przemawia za tym, że już w X wieku przed Chrystusem był tutaj mały port założony przez Fenicjan. Posiadał duże znaczenie handlowe, bowiem stąd. wypływały statki załadowane bogactwami Afryki równikowej - złotem, kością słoniową, szlachetnymi kamieniami, oliwą, dzikimi zwierzętami do cyrków i czarnymi niewolnikami.  Leptis Magna wraz z Sabrathą i Oeą tworzyła Trypolis (Trójmiasto) i na przestrzeni dziejów była uzależniona kolejno od Kartaginy, Numidii i Rzymu. Okres największej świetności to II w. n. e , kiedy to cesarz rzymski, obywatel tego miasta, potomek rzymskich patrycjuszy osiadłych od dawna  na tych ziemiach Septymiusz Sewer (w latach 193 - 211 r. n.e.),  a potem jego synowie - Geta i Karakalla zbudowali wiele monumentalnych obiektów, których sława przetrwała do dzisiaj. W szczytowym okresie rozwoju miasto liczyło około 100 tys. mieszkańców. Wyjątkowe piękno Leptis Magna zawdzięcza również drugiej żonie Septymiusza Sewera - Julii Domnie .
Z chwilą zabójstwa Aleksandra, ostatniego z rodu Sewerów, rozpoczyna się powolna agonia miasta. Najazdy Wandalów, Bizantyńczyków, trzęsienie ziemi, powodzie, a wreszcie przybycie tutaj w 643 roku Arabów  spowodowały, że z pięknej stolicy Trypolitanii niewiele już zostało. W X wieku Leptis Magna opuścili ostatni mieszkańcy.
Świat przypomniał sobie o Leptis Magna dopiero w XVII wieku. Pierwsze prace wykopaliskowe miały wyłącznie charakter rabunkowy. I tak wspaniałe marmurowe kolumny,  rzeźby, mozaiki wywieziono do Europy (Francja, Wielka Brytania)  gdzie ozdabiały Wersal, Luwr, pałac Windsor, czy kościół św. Jana na Malcie. Dopiero w XX wieku, w 1913 roku rozpoczęto naukowe badania archeologiczne.

Oto co należy zobaczyć:
Łuk  Septymiusza Sewera z  roku 203;   z żółtego wapienia, z kolumnami korynckimi i repliką reliefu przedstawiającego  cesarską rodzinę robi imponujące wrażenie:
Łaźnie Hadriana - mury, wzniesione początkowo z piaskowca i wapnia, zostały  później pokryte marmurowymi płytami. Wewnątrz znajdowało się kilka basenów do kąpieli ciepłych i zimnych, do których woda doprowadzana była z oddalonego o 20 km. jeziora . Wszystkie wyłożone były wspaniałymi mozaikami i  marmurami, z których pozostały mizerne resztki.
Forum Sewera -  rumowisko,  w którym dostrzec można kapitele korynckie, pozbawione  głów posągi, cokoły z fragmentami reliefów, resztki arkadowego portyku z głowami Meduz.
Pomiędzy fragmentami granitowych kolumn prowadzi wejście do trójnawowej bazyliki cywilnej.
Bazylika Sewera - siedziba sądu najwyższego. W całości zachowane mury, w jej wnętrzu największe wrażenie  robią dwa długie rzędy wysokich kolumn z egipskiego, różowego  granitu i rozmiar bazyliki. Byliśmy zszokowani. Początek i koniec każdego rzędu stanowią marmurowe pilastry, całe pokryte bogatymi reliefami przedstawiającymi sceny mitologiczne, wśród nich Herakles wykonujący swoje 12 prac.
Z murów bazyliki, na które prowadzą schody klatek schodowych, rozpościera się wspaniała panorama  miasta; imponujące rumowisko  niemal wyłaniające się z morza na tle błękitnego nieba. Na starożytnych, wpływających do portu, to miasto ociekające przepychem, musiało robić porażające wrażenie.
Targowisko -  to prostokątny plac, otoczony ze wszystkich stron kolumnowym portykiem.
Wewnątrz znajdowały się dwie  duże,  okrągłe budowle (obecnie jedna), w których odbywał się handel na ladach wykładanych marmurem,  z wyrytymi w nim obowiązującymi miarami długości i objętości.
Teatr -  zbudowany w pierwszych latach nowej ery, zadziwia swym doskonałym pięknem, funkcjonalnością i dobrym stanem. Drugi  teatr w Afryce (po Sabracie).

Leptis Magna
jeszcze dziś robi wielkie wrażenie, choć rozmiar zniszczenia jest przygnębiający i budzi refleksje. Cudowny natomiast jest zupełny brak turystów, rzecz nie do pomyślenia  nie tylko w Europie,  ale i w innych zakątkach świata. W Libii turystyka indywidualna prawie nie istnieje, co na dłuższą metę (biorąc pod uwagę jej  atrakcyjność)  wydaje się nie do utrzymania. Póki co jednak, nasza grupka  smakowała  wyjątkową atmosferę tego kraju w  ciszy i spokoju.

16.02.05 - środa
Opuszczamy Tripoli i jedną z niewielu w Libii dróg asfaltowych kierujemy się na zachód. Nasz cel to Sabrata - drugie z trzech starożytnych miast, które dały Trypolitanii nazwę.
501.jpgZałożona przez fenickich kupców, uzależniona kolejno  od Kartaginy i Rzymu, bogaciła się na handlu  m.in. olejem, zbożem i winem., jednak przepychem nigdy nie dorównała Leptis Magna. Okres największej świetności to II w. n. e.  Głównym materiałem budowlanym używanym w Sabracie był piaskowiec  wydobywany w miejscowych kamieniołomach. Ściany pokrywane  i ozdabiane były twardym gipsem, marmur pojawił się znacznie później. Sabrata, mniejsza od Leptis Magna i biedniejsza, jest lepiej zachowana i w 1982 roku została wpisana na listę UNESCO.
Jak Leptis Magna słynie dzisiaj z bazyliki Sewerów, tak Sabrata zawdzięcza  swoją sławę ruinom teatru rzymskiego, który został zbudowany w 186 roku przez cesarza Kommodusa.. Największy   w Afryce (5 tys. miejsc), w doskonałym stanie, jeszcze dziś mógłby pełnić swoją funkcję.
Wyruszamy z Sabraty kierując się na południe, w kierunku gór Gebel Nafusa, które de facto są paruset metrowym płaskowyżem zamieszkałym przez Berberów. Pierwsze spotkanie z pustynią. Piach,  porośnięty z  rzadka  kępkami niskich krzewinek. Mijamy stada  pasących się wielbłądów (wszystkie hodowlane; dzikie wielbłądy w  Libii nie występują), owiec i kóz. Każda osada awizowana jest furą śmieci po obu stronach drogi. Jest ich  mnóstwo; aż korci, aby przywieźć tu ekipę na dzień sprzątania świata..
Pierwsza miejscowość to Qasr al.-Haj. Qasr (w języku arabskim - zamek) zbudowany w 1185 roku jest i był magazynem zbożowym, w którym mielono również zboże na mąkę. Składa się ze 144 pomieszczeń  nadziemnych (tyle sur ma Koran) i 30 podziemnych (tyle rozdziałów ma Koran) . Spichrz ma kształt koła, na obwodzie którego (na kilku kondygnacjach),  rozmieszczone są pomieszczenia na zboże. Prowadzą do nich stopnie  wykute w ścianie; pokonanie ich wymaga sporej sprawności. Mam wrażenie, że jestem w ulu, w środku plastra miodu.
Czas opuścić to egzotyczne miejsce; jeszcze tylko kilka zdjęć  gromady  wdzięcznie pozujących dzieci i ruszamy. Nocleg  przewidziany jest w Nalut.

17.02.05 - czwartek
Nalut  rozłożyło się wysoko na szczycie płaskowyżu.. Hotel „Winznik Nalut Hotel” beznadziejny, ale najdroższy na trasie, bo państwowy. Warunki sanitarne fatalne; woda leci wąskim strumieniem, w łazience jest tak brudno, że boję się czegokolwiek dotknąć. Co do wody, nie powinniśmy być zaskoczeni - toć to Sahara i do tego jeszcze tak wysoko. Dobrze, że w ogóle jest.. Zimno. Podgrzewamy się archaicznymi „słoneczkami”.
515.jpg Pobudka jak na grupę bardzo  wcześnie, wszyscy mają nadzieję obejrzeć wschód słońca. Niestety, ledwie wychyliło się zza góry dając  nadzieję na piękny widok przełęczy rozciągającej się głęboko u naszych stóp, napłynęły chmury. Zdjęć nie będzie.

Po śniadaniu zwiedzanie ruin 1100 letniego berberyjskiego miasta, zbudowanego z piaskowca, „przylepionego" do zbocza góry. Kolejny qasr (najstarszy ze zwiedzanych i najładniejszy), podziemny meczet, tłocznie oliwy. Miasto jest wyludnione,  ale kila domostw jest zamieszkałych.;  jeden z właścicieli wyraził zgodę na  obejrzenie typowego (podobno) berberyjskiego wnętrza.

Niespodziewanie miałam „demo” uczciwości Libijczyków. W hotelu zostawiłam kurtkę z bogatą zawartością  kieszeni, z czego oczywiście nie zdawałam sobie sprawy. Ku mojemu olbrzymiemu zaskoczeniu ktoś  z personelu dowiózł ją i wręczył mi w stanie nienaruszonym. Nic nie zginęło.

Czas ruszać w drogę. Jedziemy do Kabaw - kolejnego berberyjskiego miasta, z kolejnym qasrem. Jest najmłodszy z trzech, ma około 700 lat. Zbudowany z cegły wypalanej na słońcu, kamienia i gipsu. Na dziedzińcu grób niezidentyfikowanej osoby.

Docelowym miastem w dniu dzisiejszym jest Ghadames. To była długa podróż (340 km.). Wolno lecz systematycznie pustynia wokół nas zmieniała się, robiąc się coraz bardziej dzika. Niepostrzeżenie  zniknęły najpierw  nieliczne drzewa, a następnie niskie krzewy. Wokół tylko piach przecięty wąską wstęgą drogi.. To pierwszy dzień na pustyni, a już udało nam się zaobserwować fatamorganę - idealne złudzenie jeziora na horyzoncie.
Po drodze mijamy małe oazy: Sinoun, Derj, Mantras.  Około godziny 18 dotarliśmy do Ghadamis, w którym spędzimy dwa dni i które jest bazą wypadową jeepami na pustynię.  Na początek zakwaterowanie w hotelu. Jest to zupełnie nowy budynek stojący samotnie poza miastem, warunki w porównaniu z hotelem w Nalut - cudo. Ma tylko jeden feler: jest ośmioosobowy w związku z czym nasza „obstawa”: Abdullah,  Osama i kierowca rozlokowali się pod schodami i w kuchni.

Wszystkim bardzo doskwiera brak łączności z bliskimi w Polsce. Zasięg w komórkach zniknął tuż za Tripoli i nic nie wskazuje  na to, że w miarę przesuwania się na południe będzie lepiej. Należy mieć tylko nadzieję, że wszystko jest OK.

18.02.05. - piątek
517.jpgGhadamis - duża oaza, zwane „perłą pustyni”.  I tu, podobnie jak w innych miejscowościach na Saharze, istnieją dwie dzielnice: nowa, wybudowana przez reżim Kadafiego i wyludniona medina..
Ghadamis zamieszkują trzy plemiona: dwa arabskie (Banu Wazid i Banu Walid, łącznie siedem rodów) i Tuaregowie, którzy są plemieniem koczowniczym i których mimo usilnych starań władz,  nie udało się zmusić do osiadłego trybu życia. Koczują pod murami miasta
Medina w Ghadamis jest najlepiej zachowanym starym miastem na Saharze. Większość domów liczy 800 lat,  najstarsze meczety nawet 1300, a mimo to  wygląda jakby ludzie opuści to miejsce niemal przed chwilą..
W medinie mieszkało siedem rodów na siedmiu ulicach, stąd siedem bram zamykanych na noc i pilnowanych przez strażnika, siedem meczetów, siedem szkół koranicznych, etc. Wąskie uliczki w większości przykryte są dachami,  w których co kilkadziesiąt metrów pozostawiono otwór dla doświetlenia miasta. Domy (często czterokondygnacyjne!!!) wybudowane z piaskowca, pokryte były  białym tynkiem, z  nielicznymi, małymi otworami okiennymi. i licznymi, przyklejonymi do nich kamiennymi ławkami, jako że. życie  towarzyskie mężczyzn koncentrowało się na ulicy, kobiety  zaś okupowały dachy. Kiedy miały ochotę na „babskie ploteczki”  skakały zwyczajnie z dachu na dach. Proste, prawda?

Zadaszenie ulic plus sposób zabudowy sprawiały, że przez cały rok panowała w mieście stosunkowo stabilna temperatura. Latem, gdy na pustyni żar lał się z nieba (+45 stopni C), tu temperatura nie przekraczała 25 stopni C. I na odwrót - zimą było znacznie cieplej  niż za murami miasta.
Wszyscy mieszkańcy  (około 10 tys.) korzystali z jednego ujęcia wody, która była racjonowana bardzo oszczędnie. System kamiennych rur rozprowadzał ją do domostw dla celów spożywczych, natomiast o higienę dbano w dwóch publicznych łaźniach. Ponadto wody musiało również  wystarczyć  dla rolników.
Elektryczność przyszła do mediny wraz z Francuzami w 1943 roku. Teraz wieczorem ulice są oświetlone.

518.jpgObiad zjedliśmy w jednym z typowych domów na starym mieście, co jak się okazało,  było sporym ukłonem w naszą stronę, ponieważ zazwyczaj nie stosuje  się takich praktyk
Jak wspomniałam, turystyka indywidualna w Libii niemal nie istnieje, więc nasi libijscy przyjaciele starali się na każdym kroku  mocno nas „dopieścić” tak, abyśmy wywieźli stąd jak najlepsze wspomnienia. Udało się.
Wnętrze domu było trzykondygnacyjne, obszerne i bajecznie kolorowe z nieprawdopodobną ilością bibelotów (dywany, poduszki, miski, miseczki, wycinanki na ścianach, etc.)
Tradycyjnie do obiadu siada się na podłodze wokół  wielkiej misy, z której jedzą wszyscy. My zazwyczaj preferowaliśmy bardziej europejski sposób jedzenia, czyli każdy sobie.
Obiad to siorba (zupa, często  piekielnie ostra za sprawą doprawienia jej wielką ilością świeżej kolendry), sałatka (mają świetny olej) i drugie danie, czyli  mięso (jagnięcina, kurczak), plus kuskus, spaghetti lub ryż. Do tego niewielka ilość gotowanych warzyw. Na deser owoce popite kawą lub herbatą ulepkiem.
Kurczak to,  jak powiedział mój znajomy, w Libii używka. Serwują go wszędzie, a poza nim niewiele więcej. Ja zajadałam się jagnięciną (normalnie nie jestem jej fanką) - była doskonała. Tu, w medynie, podano  nam coś, co z całą  pewnością  nie było kurczakiem i smakowało wyśmienicie. Już po obiedzie dowiedzieliśmy się, że wtroiliśmy młodego wielbłąda.

W  Ghadamis istniało osadnictwo już 3000- 4000 lat temu.
W 1943 roku miasto zostało zbombardowane przez Amerykanów, ponieważ stacjonował tu włoski garnizon. Nie zginął żaden Włoch, natomiast poległo 40 mieszkańców i zniszczono wiele domów, w tym 2 meczety, z których jeden liczył 1300 lat.
Sporą atrakcją jest również Zamek Ras Al.-Ghoul (nie zwiedzaliśmy), oraz diuny (pierwsze jakie zobaczyłam) na granicy z Algierią..

Diuny piękne, choć małe, natomiast atrakcyjność ich podnosiła możliwość znalezienia   u podnóża i na zboczach róż pustyni.
Na miejscu czekała na nas kolejna niespodzianka - przejażdżka na wielbłądach i poczęstunek przygotowany przez grupę Tuaregów, na który składały się: herbata z piołunem i cukrem, chleb upieczony w popiele, placek kokosowy. A wieczorem, po zachodzie słońca,  siedzieliśmy wokół ogniska przy akompaniamencie bicia w bębny. Były śpiewy, tańce , herbata (a jakże), słowem wspaniała zabawa. Odjechaliśmy gdy zrobiło się zupełnie ciemno wprost do restauracji na obiad.

19.02.05 - sobota
Dzisiaj pokonujemy trasę 1040 km. . Cały dzień w samochodzie, z przerwą na obiad. Wyjechaliśmy z Ghadamis około 6 rano, wokół panowały egipskie ciemności.
519.jpgTuż przed wschodem słońca zatrzymaliśmy się,  aby nasi muzułmańscy  przyjaciele mogli odmówić pierwszą  z pięciu obowiązkowych, codziennych modlitw. Na zewnątrz temperatura około 0 stopni C, Abdullah nie wypuścił nikogo z samochodu bez wypicia łyka zimnej wody. Byłam przekonana, że jest to jakiś muzułmański, oczyszczający rytuał, a to zwyczajnie chodziło o wyrównanie temperatury ciała. Profilaktyka niwelująca skutki „szoku termicznego”. Wokół nas, jak okiem sięgnąć, płaska jak stół równina przecięta nitką szosy, nigdzie śladu bytności człowieka. Dzika pustka. I nagle, zupełnie dla nas niespodzianie, na końcu drogi, zaczęła wyłaniać się wielka, czerwona tarcza słońca. Zamarliśmy. Było w tym coś mistycznego, coś, co wydzierało z samego dna naszej świadomości atawistyczne, nigdy nie doświadczone odczucia.
Warto było pojechać na pustynię choćby tylko dla tego jednego wschodu słońca. Naprawdę warto.

Dirj pojechaliśmy nowo  otwartą drogą na wschód, przecinając Czerwoną Pustynię (Hamada al.-Hamra). Nazwa ma się nijak do otaczającej rzeczywistości, bowiem  Czerwona Pustynia to bezkres kamienistej równiny, pozbawionej zupełnie roślinności i zwierząt. Wyjątek stanowią sporadycznie pojawiające się pojedyncze wielbłądy. I tak oto  opuściliśmy Trypolitanię i wjechaliśmy w  pustynną krainę  Fezzan. Trudno uwierzyć, że około 400 tys. lat temu lało tu bez przerwy, a mnóstwo zwierząt miało swój raj. Długo potem tereny te przemierzały liczne karawany i tu właśnie krzyżowały się ich szlaki.
.
Dojeżdżamy do Sebhy., która jest jednym z trzech największych miast w Libii. Sebha to  miasto - koszary. Tu do szkoły średniej chodził płk Kadafi  z której został relegowany w wieku lat 14 za organizowanie demonstracji.
W okolicach miasta dużo pól uprawnych nawadnianych deszczowniami - widomy znak, ze oto jesteśmy na terenie największej oazy na Saharze - Wadi al.-Hayat, która na długości 170 km. ciągnie się od Sebhy  przez Fjeaj, Tekerkibę, Germę do Ubari.  Wzdłuż asfaltowej dwupasmówki domostwa rozłożyły się tak gęsto, że turyście trudno zorientować się gdzie  kończy się jedna, a zaczyna następna miejscowość.
Wadi al.-Hayan  to kolebka ludności tuareskiej, którą powoli  wypierają Arabowie. Tuaregowie zamieszkują zachodnią część oazy i są bardzo niechętni arabizacji Fezzanu,  a szczególnie stanowczo przeciwstawiają się próbom  przymuszenia ich do prowadzenia osiadłego trybu życia . Po drodze mijaliśmy kilka osiedli z nowymi, niezamieszkanymi domami, które stoją puste od 20 lat. Powodem niechęci jest również  gospodarka wodą. W Libii, do 2 km. pod powierzchnią pustyni, znajdują się potężne wodonośne warstwy, z których Arabowie czerpią wodę i rurociągami transportują ją na wybrzeże. Proceder kwitnie, a Fezzan jeszcze bardziej pustynnieje.
Tuaregowie byli i chcą pozostać koczownikami. To dumni „ludzie pustyni” o bogatej kulturze sięgającej zamierzchłych czasów, świadomi swej odrębności.
Na nocleg zatrzymaliśmy się  w hotelu Germa.

20.02.2005 - niedziela
Rano, wprost z hotelu,  wyruszamy na zwiedzanie starożytnych ruin miasta  Garama, które założone zostało około I w n.e przez Garamantydów.
Garamantydzi nie byli  ludnością autochtoniczną, wcześniej  mieszkało tu plemię, którego członkowie wyróżniali się bardzo niskim wzrostem oraz tym, że ich doczesne szczątki były chowane w pozycji embrionalnej wraz z całym dobytkiem.
Garamantydzi słynęli  z wojowniczości  i handlu (przekazy greckie), a przede wszystkim z  melioracji. Jedna z hipotez mówi, że przybyli ze wschodu Libii, skąd od Egipcjan przejęli kulturę melioracyjną z czasem znacznie ją przewyższając. Skanalizowali Wadi al.-Hayat. Ich państwo upadło, gdy zaczęło brakować wody, ale zanim to się stało, wielokrotnie nękali najazdami obszary nadmorskie. Byli dużym utrapieniem Leptis Magna i Sabraty.
Ruiny Garamy są całkiem spore. Długość murów wynosiła około 1500 metrów, do miasta prowadziły 3 bramy: wschodnia, zachodnia i południowa. Na terenie miasta był zamek, szkoła kanoniczna, meczet stary i nowy, 4 studnie, plac , na którym odbywały się ważne uroczystości, w tym igrzyska. Garamantydzi  pierwotnie byli chrześcijanami, w 642 roku przeszli na Islam.

507.jpgW Germie pożegnaliśmy nasz mikrobus i przesiedliśmy się na 4 terenowe Toyoty jako ze przed nami pustynia ze swymi bezdrożami. Skład osobowy grupy zwiększył się do 16 osób, ponieważ dołączyło do na sześciu Tuaregów: czterech kierowców jeepów + dwóch kucharzy.
Z Germy kierujemy się do tuareskiej oazy Al.-Aweinat. Na miejscu czekała nas niespodzianka. Zebrała się duża, barwna grupa osób. Wszyscy oczekujący  byli rodziną, bądź przyjaciółmi naszego kierowcy - Tuarega.
Były pokazy jazdy na wielbłądach, śpiewy i tańce przy ognisku pod rozgwieżdżonym niebem, wspaniały pieczony baran, no i oczywiście zielona herbata z piołunem. Rytuał parzenia jej jest długi i skomplikowany, ale trudno wyobrazić sobie  pobyt na pustyni bez wypicia kilku małych szklaneczek tego bardzo słodkiego, ale jakże aromatycznego napoju.
Biesiadowaliśmy zgodnie z tradycją muzułmańską w trzech oddzielnych grupach: mężczyźni zajęli miejsca wokół ogniska (wyrazem galanterii i znajomości zwyczajów europejskich było zaproszenie nas, Polek, do tego grona), kobiety  w odległości kilkunastu metrów zajęte były „muzykowaniem” - wybijały rytm na tamburynach, klaskały w dłonie i śpiewały, dzieci  po zaspokojeniu pierwszej ciekawości swobodnie baraszkowały w  pobliżu. Było egzotycznie i cudownie, ale niestety zrobiło się już naprawdę późno i należało  pomyśleć o noclegu. Gorąca noc i pora roku (w okresie od grudnia do marca na pustyni nie występują  .skorpiony i węże) zachęcały do ułożenia się do snu  pod niebem usianym gwiazdami i z tarczą księżyca nad nami. W kierunku pań zrobiono ukłon i zaproponowano nam miejsce w niewielkiej wiacie  osłoniętej  ręcznie zszytymi skórami gazeli. Panował tu nieprawdopodobny zaduch, ale przyjęłyśmy ten gest kurtuazji z wdzięcznym uśmiechem .Nad ranem zbudził mnie wiatr i po chwili zaczął padać rzęsisty deszcz, pierwszy od bardzo wielu  lat. Tuaregowie  odczytali to jako bardzo dobry  omen, natomiast  nasi panowie przemoczeni „do suchej nitki” nie do końca podzielali entuzjazm gospodarzy.
Po tak nietypowej pobudce coś, co przy olbrzymiej dobrej woli można nazwać toaletą, skromne śniadanie zakropione zielonym ulepkiem z piołunem i w drogę. Kierujemy się na północ do MAGATGAT.

21.02.2005 - poniedziałek
Przedzieramy się jeepami przez pustynię. Pokonanie 80 km. zajmuje 3 godziny. Zupełne bezdroża. Jestem pod wrażeniem. Nie mam pojęcia w jaki sposób kierowca orientuje się w terenie. Bez GPS, punktów orientacyjnych w terenie radzi sobie świetnie. To kierowca - przewodnik. Przestrzeganych jest kilka podstawowych zasad:
1. Samochód  m u s i  mieć napęd na 4 koła,
2. Nie wolno tracić z oczu samochodu jadącego przed nami,
3. Zabieramy spory zapas wody pitnej,
4. Zapas benzyny
506.jpg Pustynia zmienia się nieustannie. Pełna gama form i kolorów .Nie miałam pojęcia jaka może być  różnorodna i kolorowa. Nareszcie piękne, rozległe i wysokie wydmy i o dziwo, dwie obok siebie mogą mieć zasadniczo różne kolory.
Dojeżdżamy do Magatgat. Fantastyczne miejsce. Z piasku wyrastają księżycowe formy skał. Są to piaskowce poddane zjawiskom metamorficznym a następnie  bardzo silnej erozji. Coś niesamowitego. Oszczędzam baterię, w związku z czym niewiele zdjęć, a szkoda.  
Okazuje się, że dzisiaj dalej nie jedziemy. Rozbijamy obozowisko wśród skał. Jest jeszcze wcześnie, więc postanawiamy zejść do Wadi Magatgat. Wadi to liczący 5 km kanion okresowej, potężnej rzeki. Kiedy ostatnio płynęła tędy woda - nie wiadomo . Nasz przewodnik  - Tuareg odczytując sobie tylko wiadome, tajemne znaki twierdzi, że 2-3 lata wcześniej. Jestem zauroczona.  W tak fantastycznym miejscu nie byłam nigdy. Nie do wiary, co ze skałami może zrobić woda i erozja. Co krok prawie realistyczne formy zwierząt i ludzi
Są ich setki. Nie potrzeba wielkiej wyobraźni, aby dopatrzeć się krokodyli, małp, węży, antylop, głów dinozaurów i ludzi.
Wieczorem kolejne ognisko oraz kolacja. Wszyscy jesteśmy zauroczeni miejscem. Siadamy oczywiście wokół ognia i tym razem mamy  popisy artystyczne Tuaregów. Pieśni, gra na flecie, wybijanie rytmu na karnistrach. Nie jesteśmy gorsi i dorzucamy kilka polskich piosenek. Podobają się bardzo. A potem długo w noc, snują się opowieści o dżinach, królu Kraku i złotej kaczce. Nad nami wygwieżdżone niebo, wysoko księżyc w  pełni, wokół dzika pusta , a w środku tej baśniowej scenerii kanionu - my. Ten wieczór, podobnie jak kilka innych będziemy pamiętać przez długie lata.
A teraz pora spać.

22.02.2005 - wtorek
Z Magadgat wyjeżdżamy z żalem, kierujemy się najpierw na zachód, aby przy studni Tachlumed skierować się na południe do Ghat. Studnia to ujęcie wody w środku równinnej pustyni. Woda leje się tu strumieniem, więc poużywaliśmy do woli. Skorzystałam z okazji i umyłam głowę. Wyschła w 5 minut.
504.jpgWcześniej zrobiliśmy krótki postój na rozległych wydmach. Trochę zdjęć (jak zwykle oszczędzam baterię) i dalej w trasę. Na horyzoncie widać góry - to już Algieria. Kierujemy się w kierunku oazy Ghat.  Trasę 80 km. pokonaliśmy w 5 godzin wliczając w to postoje spowodowane wymianą opony  w jednym z jeepów, a także oczekiwaniem na 3 samochody, które na krótko gdzieś się zapodziały.  W tym dniu to nie koniec niespodzianek.  W Ghat, na stacji benzynowej  ( jedynej w promieniu kilkuset kilometrów ) okazało się, że zepsuła się pompa i nie można zatankować benzyny. Trudno  byłoby wymyślić bardziej absurdalną sytuację zważywszy na fakt, że znajdowaliśmy się w kraju, w którym ropy naftowej jest więcej jak wody .Czas  przymusowego postoju przeznaczyliśmy na zwiedzanie 16  tysięcznego miasta, którego główną atrakcja jest medina (tak stara jak w Ghadames,  tylko mniejsza) i ford pozostawiony w spadku przez włoskich okupantów. Po kilku godzinach przywrócono pompie sprawność, więc kierowcy napełnili  paliwem wszystko co tam mieli pod ręką (baki, kanistry) i w drogę. Uf, nareszcie. I tu kolejna niespodzianka. W drodze na camping zagubił się samochód-kuchnia, który  przewoził wszystko, co było nam niezbędne do życia, a więc: zapas żywności, wody, namioty, materace, maty, koce, gaz, gary, etc. Zrobiło się ciemno i nieco nerwowo, poszukiwania trwały sporo, w końcu odnaleźliśmy się. Ze względu na bardzo późną porę obóz rozbiliśmy wśród wydm. Siadając do kolacji przy ognisku nikt z nas nie pamiętał  trudów minionego dnia. Kolejny raz byliśmy oczarowani atmosferą nocy i   chłonęliśmy klimat tuareskich opowieści i pieśni.

23.02.2005 - środa
Pobudka wcześnie rano, „toaleta”, skromne śniadanie i ruszmy. Po drodze „zahaczamy” o camping, na którym czeka nas miła niespodzianka - przyzwoite sanitariaty z ciepłą i zimną wodą. Oczywiście nikt nie odmówił sobie prysznica. Co za rozkosz!!!
Przyjemność skracamy do niezbędnego minimum, ponieważ dziś mamy zobaczyć - Góry Tadrart-Acacus. Mamy na to zaplanowany jeden dzień, choć trzy  to również nie byłoby zbyt dużo.
Acacus to podobno najpiękniejsze miejsce w Libii i zapewne jest to prawdą To raj dla fotografów z dwóch powodów. Każdego kto tam się znajdzie poraża zestawienie kolorów. Na tle absolutnie błękitnego nieba, z morza żółtego piasku, wyrastają pionowe ściany niewysokich, bo liczących kilkaset metrów skał o strukturze warstwowej we wszystkich odcieniach brązu.
Następny majstersztyk natury to  formy  gór - dzikie, majestatyczne, baśniowe. Nie możemy przestać robić zdjęć. Wciąż czujemy niedosyt, wciąż wydaje się, że umknęło nam coś niepowtarzalnego.
 
510.jpgFenomenem na skalę światową  są występujące tu  rysunki naskalne,  z których najstarsze datowane są podobno na 12000 lat. Zadziwiają niemal współczesną formą i są świadectwem zmian klimatycznych jakie dokonały się na tym obszarze. Wszystkie przedstawione tu zwierzęta, to zwierzęta sawanny - słonie, żyrafy, małpy, antylopy, konie, etc.. Widać wyraźnie, że przed wiekami  tereny te były stosunkowo gęsto zamieszkane. W czasach nam bliższych żyło tu sporo Tuaregów, ale brak wody (ostatni deszcz spadł 12 lat temu) spowodował, że niemal wszystkie rodziny wyemigrowały do Ghat.
Kiedyś wędrowało tędy sporo karawan, obecnie spotkać je można niezmiernie  rzadko. Nam szczęście dopisało i mogliśmy z daleka popatrzeć na kroczące majestatycznie  wielbłądy, na grzbiecie których można przejść Acacus w ciągu 12 dni.

Opuszczamy góry i kierujemy się w stronę diun, które przemierzamy jeepami. Odlotowa jazda. Kilkuset metrowe  wydmy pokonujemy przejeżdżając przez wierzchołek. Wjazd i zjazd pod kątem 45 stopni. Tu dopiero doceniliśmy sprawność samochodów i kunszt kierowców. Inna sprawa, że chyba niewiele ryzykowaliśmy. Wywrotka groziła co najwyżej  sturlaniem się po sypkim piasku. To była szalona, wspaniała jazda. Pojęcia nie mam, jak to możliwe, że nie zgubiliśmy się wśród tych gór piachu.
 
Po tak dużej dawce wrażeń mieliśmy wcześniej zjeść kolację, ale niestety stało się tradycją, że ginie kuchnia. Tym razem już bez większych emocji, rzec można ze stoickim spokojem, oczekiwaliśmy na wyniki poszukiwań  dwóch jeepów, które rozjechały się w dwie różne strony. Byliśmy znów w komplecie po dwóch godzinach.

Ognisko, kolacja suto zakrapiana herbatą z piołunem, opowieści o dżinach, z którymi już zdążyliśmy się odrobinę zaprzyjaźnić, a w tej scenerii znów stali się wrodzy i tajemniczy, zaimprowizowany, nieprawdopodobny koncert  gorących rytmów wykonany na karnistrach przez dwóch naszych kierowców - Sudańczyka i Tuarega i nocleg pod gwiazdami.

24.02.2005 - czwartek
508.jpg Zakutana w śpiwór po czubek nosa otworzyłam oczy tuż przed wschodem słońca  i dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że zbudził mnie śpiew. To było coś absolutnie nierealnego, wydawało mi się, że śnię. Ostrożnie  wychyliłam głowę z mojego barłogu, rozejrzałam się wokół i nad sobą zobaczyłam niebo z resztkami gwiazd, ogrom żółto - pomarańczowego piasku upstrzonego kilkoma ciemnymi plamami (śpiący , pozostali uczestnicy wycieczki) i nie zauważyłam niczego co mogłoby być źródłem dźwięku. A śpiew rozchodził się nadal Piękny śpiew . Czysty, męski głos brzmiał w obcym dla mnie języku. Zamilkł wraz ze wschodem słońca., choć mnie długo jeszcze dźwięczał w uszach. Wyjaśnienie był proste - jeden z naszych muzułmańskich przewodników, za jedną  z wydm, odśpiewał sury Koranu.

Dzisiaj mamy w planie dalsze penetrowanie pustyni. Przejeżdżamy przez ogromne, płaskie jak stół obszary pokryte bądź to kamieniami, bądź piaskiem. Zero roślin. Ten nudny, przygnębiający pejzaż to Kamienny Ocean. Jedynym przerywnikiem  po długich godzinach jazdy było zauważone w oddali lotnisko - dwa równe rzędy opon. Niedługo potem na horyzoncie ukazały się  gigantyczne diuny. To Morze Piaszczyste Murzug do którego mamy dotrzeć wieczorem. Na razie kierujemy się do Wadi Methandoush, gdzie na skale długiej na około 3 km i wysokiej od kilku do kilkunastu metrów, ludzie w zamierzchłych czasach wyryli podobizny zwierząt. Jest ich mnóstwo. Nie zabezpieczone, nie konserwowane, poddane niszczącemu działaniu sił natury, zapewne niedługo znikną, ponieważ już w tej chwili widoczne są  ślady zniszczenia.

Obóz ponownie rozbiliśmy na wydmach .Dzisiaj, po kolacji długo siedzieliśmy wokół ogniska, bo to przecież jedna z ostatnich takich nocy. Szkoda, bardzo szkoda rozstawać się z pustynią i co tu dużo mówić -  zżyliśmy się z sobą i z grupą naszych tuareskich przyjaciół. Rozmowy przy ognisku toczyły się w języku angielskim, bo Tuaregowie choć to ludzie pustyni, na co dzień, w „cywilu”, żyją w świecie zupełnie innym.
Abdullah jest pilotem helikoptera na platformie wiertniczej i wykładowcą akademickim nawigacji, Elwafi operatorem komputerów na platformie wydobywczej, wśród kierowców) jest właściciel sklepu w Tripoli, kierowca karetki pogotowia, bezrobotny itd. Wszyscy Oni  opiekę nad naszą grupą potraktowali jako wspaniałą okazję  do  wypadu na pustynię. Pieniądze to dla nich w tym wypadku sprawa drugorzędna. Byli i tak naprawdę wgłębi duszy pozostali koczownikami, Znają i kochają pustynię, i postarali się abyśmy i my ją  choć trochę pokochali. Udało się.

25.02.2005 - piątek
509.jpg Dzisiaj mamy w planie Piaszczyste Morze Ubari.. Po drodze wstępujemy na Eirawan Camping, szybki prysznic i w drogę.
Nareszcie diuny. Jesteśmy zafascynowani.. Nie wiadomo na co patrzeć, nieprawdopodobna ilość kształtów i kolorów!!! Niektóre wydmy osiągają wysokość około300 metrów, więc to prawdziwe góry z piasku. Jazda odlotowa, bo kierowca, broń Bóg, nie wybiera płaskich miejsc, lecz jedzie góra - dół. I znów jesteśmy pełni podziwu dla umiejętności Tuaregów i sprawności samochodów. Nie chcę myśleć ile te jeepy palą na 100 kilometrów. Coś nieprawdopodobnego. Takiej jazdy jeszcze nie przeżyłam..

Morze Ubari to nie tylko  „morze” z nazwy. W istocie to ocean piasku stykający się na horyzoncie z niebem. Zero roślinności Kiedy nagle pojawia się w stosunkowo dużej ilości (palmy, akacje, krzewy) okazuje się, że zbliżamy się do jezior. Są trzy; Mavo, Gebraun, Umm al.-Maa, ponieważ pozostałe wyschły. W tych również systematycznie ubywa wody. Są to słone jeziora, o bardzo dużym zasoleniu, co nie przeszkodziło kilku zapaleńcom skorzystać z kąpieli. W środku pustyni trudno odmówić sobie takiej przyjemności.
Jeziora są niewielkie, ale bardzo piękne i niebywale fotogeniczne
Pojezierze stanowi olbrzymią atrakcję. Było to jedyne miejsce w Libii, w którym spotkaliśmy dość dużą grupę turystów . Przyjeżdżają tu zapewne systematycznie, bowiem wśród palm rozłożyli na piachu swoje kramiki emigranci z Nigru handlujący pamiątkami, głównie biżuterią. Jest tu również pod wiatą z liści palmowych kawiarnia - słowem pełna komercja, która jednak w najmniejszym stopniu nie odbiera uroku temu miejscu.

Wieczorem , z obawy przed chmarą komarów, rozbiliśmy obóz w dość znacznej odległości od zbiorników wodnych. Nocleg jak zwykle „pod gwiazdami”. Nad ranem zbudził  nas dość silny wiatr. Wystawiłam głowę ze śpiwora i natychmiast piasek miałam wszędzie. Zebraliśmy się nadspodziewanie szybko. Wszystkich zaskoczył kucharz, przygotowując w tych warunkach skromne śniadanie.

26.02.2005 - sobota
521.jpg Rano postanowiliśmy „rzucić okiem” na zanikające jezioro Mandara. W 2002 roku było jeszcze pełne, teraz widać muliste dno Kilka zdjęć i ruszamy w drogę.
Przedzieramy się przez diuny do drogi asfaltowej i nagle ostatnia, wysoka wydma , a za nią zupełnie inny pejzaż. W dole arabskie miasteczko, a w niedalekim tle kamieniste góry.
To miasteczko to kres naszej wycieczki jeepami. Przed campingiem czeka na nas znajomy Mercedes .Przerzucamy bagaże, ostatnie zdjęcia, uściski rąk, wymiana adresów… Przykro się rozstawać.
Przed nami 800 kilometrów nudnej jazdy Jesteśmy zmęczeni i głodni Po wielu godzinach zatrzymaliśmy się w pizzerii, która według Abdullaha miała być „tuż, tuż”. Na pizzę trzeba by było czekać godzinę, więc zamiennie ja biorę baraninę z grilla (palce lizać), pozostali oczywiście kurczaka.  Późno wieczorem docieramy do hotelu, który okazuje się jak na Libię wyjątkowo przyzwoity. W pokoju przepakowanie bagaży , a dokładnie - pozbycie się z nich piachu, który jest wszędzie (zadanie w warunkach hotelowych okazało się niewykonalne), toaleta , no i już jest po  godzinie 24. Spać!

27.02.2005 - niedziela
522.jpg W drodze do Trypolisu zatrzymujemy się w miasteczku Gharyan, które współcześnie słynie z bajecznie kolorowych wyrobów ceramicznych, które wystawione są na sprzedaż tuż obok warsztatów, wzdłuż drogi na odcinku kilkuset metrów. Skorupy są oryginalne, więc sporo wylądowało w naszych bagażach.

Niewątpliwie następną atrakcją jest podziemne miasto składające się z kilkudziesięciu domostw berberyjskich wykutych w ziemi nawet kilkanaście metrów pod jej powierzchnią  w obronie przed częstymi najazdami wrogich plemion. Spełniały swoją rolę doskonale, więc przetrwały w doskonałym stanie do dziś i są w dalszym ciągu zamieszkane.

Do Trypolisu pozostało 80 kilometrów, skąd odlatujemy do Warszawy z przesiadką w Budapeszcie.
Żegnaj Afryko.








 
Biuletyn: Imię: Email:
              
      Nie masz konta?

BIULETYNKontaktO nasMapa stronyPolityka Prywatności i ZaufaniaRegulamin korzystania z serwisu
Copyright © 2006-2014 grupa eturystyka.org - Wszystkie prawa zastrzeżone;